Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Cassian

    Wieczorem idę pustym korytarzem Akademii w stronę oranżerii. Wiem, że tam ich znajdę — Lili, Ivory i Feniksa. Po ataku demonów nikt nie chce zostawiać jej samej nawet na chwilę. 

    Myślę o nim i od razu widzę wszystko jego oczami. Siedzi na szerokiej marmurowej ławce wśród gęstych tropikalnych roślin. Lili jest wtulona w jego bok, z głową na jego ramieniu. Ivory siedzi po drugiej stronie, oparta o jego drugie ramię. Feniks ma obie ręce zarzucone na ich plecy i mruczy cicho, jak wielki, zadowolony kot, który wreszcie dostał wszystko, czego chciał.

    „Kochanie jest taka miękka… Pisklak też jest ciepły. Lubię, kiedy są blisko. Nikt ich tu nie ruszy. Spalę każdego, kto spróbuje.”

    Uśmiecham się pod nosem i przymykam oczy, opierając się plecami o ścianę korytarza. W tym momencie granica między nami znika całkowicie. Czuję jej ciepło. Czuję, jak jej włosy łaskoczą mnie w szyję. Czuję delikatny zapach jej szamponu i waniliowego balsamu. Czuję, jak jej ciało wtula się we mnie — ufnie, spokojnie, jakby tu było jej najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Przez kilka sekund nie wiem, czy to ja stoję w korytarzu, czy to ja siedzę na tej ławce z dwiema dziewczynami przytulonymi do moich boków.

    Feniks w mojej głowie mruczy z głęboką, pierwotną satysfakcją.

    „Widzisz? Czujesz to? To jest nasze. Ona jest nasza. Pisklak też jest nasz.”

    Otwieram oczy. Wciąż stoję w korytarzu. Jednak jej ciepło na mojej skórze jeszcze przez chwilę nie chce zniknąć. Ruszam przed siebie, kierując się w stronę oranżerii. Po drodze czuję, jak Feniks w mojej głowie mruczy dalej, coraz bardziej niecierpliwie.

    „Chodź szybciej, Cassian. Kochanie lubi, kiedy jesteśmy wszyscy razem.”

    Uśmiecham się lekko i przyspieszam kroku.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Angelica

    Mam teraz Maela, a jednak, wciąż nie potrafię o nim zapomnieć. Może, jeśli dowie się prawdy… może wówczas ich więź również pęknie, jak moja i Lucasa, a wtedy Cassian, tak jak od początku powinien, będzie mój. Przecież, skoro Lilien wolno, to ja również mogę mieć ich obu…

    Znajduję go późnym wieczorem w bocznym korytarzu prowadzącym do ogrodu. Cassian idzie sam, ręce trzyma w kieszeniach, twarz ma skupioną, z dziwnie rozmazanym wyrazem. Serce mi wali w piersi, ale tym razem nie ze strachu. Z determinacji.

    — Cassian.

    Zatrzymuje się. Odwraca się powoli. Jego oczy stają się lodowate.

    — Czego chcesz, Angelica?

    Robię krok bliżej. Nie dam mu uciec.

    — Musisz mnie wysłuchać. To ważne. Chodzi o Lilien.

    Na dźwięk jej imienia jego twarz momentalnie się zmienia. Staje się twarda, niebezpieczna. Widzę, jak coś w nim się budzi — ta mroczna, zaborcza siła, którą kiedyś miałam tylko dla siebie.

    — Nie chcę o niej rozmawiać z tobą — mówi zimno i chce odejść.

    Łapię go za ramię. Czuję, jak napina mięśnie pod moimi palcami.

    — Ona nie powinna tu być! — wypalam. — Nie rozumiesz? Lilien nie należy do tej historii. Nie jest stąd. Przyszła z innego miejsca, z innego świata. Jest anomalią. Zniszczyła wszystko, co miało być. To, co miało być między nami… to, co miało być moim przeznaczeniem… ona to ukradła. Zmieniła całą opowieść na swoją korzyść.

    Cassian patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu. Jego oczy są tak zimne, że aż parzą.

    — Skąd ty w ogóle wiesz takie rzeczy? — pyta niebezpiecznie cicho.

    — Bo ktoś mi powiedział prawdę — odpowiadam. — Ktoś, kto widzi to samo co ja. Lilien oszukała cały świat. Dlatego wszyscy przy niej szaleją. Dlatego ty… ty też. Bo ona nie jest stąd. Nie jest prawdziwa. Jest fałszywa. A ty biegasz za nią jak pies, choć kiedyś byłeś wolny.

    Widzę, jak jego twarz się zmienia. Nie jest to jednak zmiana, na którą liczyłam. Jego oblicze jest teraz pełne gniewu, skierowanego w moją stronę.

    — Nie waż się — mówi cicho, ale jego głos drży z wściekłości. — Nie waż się mówić o niej w ten sposób.

    — Ale to prawda! — podnoszę głos. — Ona wszystko zepsuła! Powinnam być twoja. Ja powinnam być tą, którą wybierasz. A ona… ona jest tylko intruzem!

    Cassian robi krok w moją stronę. Jego oczy są czarne z furii.

    — Lilien jest jedyną prawdziwą rzeczą w moim życiu — cedzi przez zęby. — A ty… ty jesteś tylko przeszłością, którą dawno zostawiłem za sobą.

    Odwraca się i odchodzi korytarzem. Stoję sama, z dłońmi zaciśniętymi w pięści tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w skórę. On jeszcze nie rozumie, ale zrozumie, dopilnuję tego. Mael mi pomoże, a wtedy Cassian w końcu zobaczy, kim naprawdę jest Lilien. Pieprzona złodziejka przeznaczenia. Zapłaci za to! Wszyscy zapłacą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Stoję na placu razem z innymi pierwszorocznymi czarodziejkami, serce wali mi tak mocno, że prawie słyszę je w uszach. Lilien i Feniks są tuż obok mnie, czarodziejka ściska moją dłoń dla otuchy, a Feniks stoi po jej drugiej stronie w czarnym bezrękawniku, w którym chłopaki trenują. Materiał opina jego ramiona i tors, a ja nie mogę oderwać wzroku od jego lewego przedramienia. Jest puste. Nie ma tam tatuażu, nie pojawiło się niczyje imię. 

    Czuję, jak coś nieprzyjemnie ściska mnie w żołądku. Zawód jest tak gwałtowny, że aż mnie boli w piersi. Wokół słyszę szepty innych dziewczyn — wszystkie patrzą na niego, na tego rudowłosego, złocistego chłopaka, który wygląda jak żywy sen i wszystkie są tak samo rozczarowane jak ja.

    „Dlaczego nie ma tatuażu…?” — myślę z żalem. — „Przecież jest taki… inny. Taki ciepły. Taki opiekuńczy.” Jednak zaraz potem przychodzi inna myśl — cicha, nieśmiała, prawie boję się ją do siebie dopuścić. Skoro nie ma tatuażu… to znaczy, że nie wybrał też Lilien.

    Patrzę na nich kątem oka. Lilien stoi blisko niego, ale nie w ten sposób, w jaki stoi przy Asherze. Przy Asherze jest cała rozpromieniona, zarumieniona, jej oczy błyszczą inaczej, głębiej, mocniej, jakby cały świat mógł się zawalić, a ona i tak będzie patrzeć tylko na niego. Przy Feniksie jest… swobodna. Czuła, ale nie taka sama. Jakby był jej najlepszym przyjacielem, który akurat wygląda jak bóg chaosu.

    Za to Asher? On nawet nie jest zazdrosny. Widziałam to już wiele razy. Kiedy Feniks wtula się w Lilien albo mruczy „Kochanie”, Asher tylko unosi brew i uśmiecha się lekko, jakby to było coś zupełnie normalnego. Jakby wiedział, że Lilien należy do niego w sposób, którego nikt inny nie jest w stanie tknąć.

    Czuję, jak ulga powoli rozlewa się po mojej klatce piersiowej. To nie jest romantyczne uczucie. To nie jest miłość. To jest… bardzo bliska, dziwna, ale jednak przyjaźń. A skoro tak… Może ja jeszcze mam szansę. Może Feniks po prostu jeszcze nie wybrał nikogo, czeka, patrzy na mnie tak samo, jak ja patrzę na niego, tylko jeszcze tego nie powiedział.

    Lilien ściska moją dłoń mocniej i uśmiecha się do mnie ciepło.

    — Wszystko w porządku, pisklaku? — pyta Feniks niskim, mruczącym głosem, nachylając się bliżej. 

    Jego złote oczy są tak blisko, że czuję się, jakby cały świat zawęził się do nich. Kiwam głową, czując, jak policzki mi płoną.

    — Tak… wszystko w porządku.

    Po raz pierwszy od początku ceremonii pozwalam sobie na małą, nieśmiałą nadzieję. Może jednak jeszcze mnie wybierze.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Ceremonia wciąż trwa, a ja stoję na uboczu, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Nagle za moimi plecami pojawia się znajome ciepło. Feniks staje tuż za mną, przytula się całym ciałem i wtula twarz w moją szyję, głęboko wdychając mój zapach.

    — Chcę, żeby wszyscy widzieli, że należę do ciebie, Kochanie — mruczy mi prosto w skórę, niskim, gardłowym głosem. — Jeśli tylko zechcesz… mogę sobie wypalić twoje imię na przedramieniu. Tutaj i teraz. Na oczach wszystkich, żeby wszyscy zobaczyli.

    Wiem, że nie żartuje. On nigdy nie żartuje, kiedy mówi takie rzeczy. Delikatnie unoszę rękę i dotykam jego policzka, głaszcząc go czule kciukiem.

    — Nie trzeba, Kotku — szepczę miękko. — W zupełności wystarczy mi, że Cassian je ma.

    Feniks mruczy nisko, jakby moje słowa jednocześnie go uspokoiły i rozczarowały. Przytula się do moich pleców jeszcze mocniej, nosem wtulając się w moje włosy.

    — Ale ja chcę, żeby wszyscy wiedzieli — szepcze z lekkim, kapryśnym pomrukiem. — Żeby nie było żadnych wątpliwości.

    — Wszyscy wiedzą — mówię miękko i ściskam jego dłoń, która leży na moim biodrze. — A ty i tak jesteś mój. Z tatuażem czy bez — zapewniam go bez wahania.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Stoję w cieniu kolumnady, nieco z boku placu, i obserwuję ceremonię z kliniczną precyzją, której nie jestem w stanie — ani nie chcę — powstrzymać.

    Feniks stoi bezpośrednio za Lilien. Nie zachowuje nawet minimalnego dystansu. Wtula twarz w jej szyję, głęboko wciągając jej zapach, a jego dłonie spoczywają na jej talii z absolutną, bezwstydną pewnością posiadania. Mruczy coś cicho, tak nisko, że ledwo wychwytuję słowa, ale sens jest oczywisty — oferuje dziewczynie wypalenie jej imienia na swoim przedramieniu. Tutaj. Teraz. Na oczach całej Akademii.

    A ona… ona tylko delikatnie dotyka jego policzka i odpowiada mu z tym swoim charakterystycznym, spokojnym ciepłem. Nie mogę oderwać od nich wzroku. To jest zjawisko, które wykracza poza wszelkie znane mi schematy kontroli. Istota o tak kolosalnej, pierwotnej mocy — zdolna do zniszczenia całego kontynentu bez większego wysiłku — redukuje się do roli posłusznego, rozkapryszonego zwierzaka, który błaga o jej uwagę. I ona mu na to pozwala. Nie dominuje siłą. Nie grozi. Po prostu jest. I to wystarcza, by tak potężny byt klękał przed nią w metaforycznym — a chwilami dosłownym — sensie.

    Czuję ukłucie zazdrości, ostre i nieprzyjemne.

    Zazdroszczę jej tej władzy. Nie nad samą istotą — choć i to jest fascynujące — lecz nad tym, jak naturalnie, jak absolutnie bez wysiłku go kontroluje. Do tego zaskoczony zdaję sobie sprawę, że chętnie znalazłbym się na jego miejscu. Pozwoliłbym jej położyć dłoń na mojej twarzy i decydować, co ze mną zrobi.

    Jednak nie potrzebuję partnerki.

    Mam własne metody. Kradnę duchową energię z taką samą precyzją, z jaką inni oddychają. Angelica jest tego idealnym przykładem — jej moc płynie do mnie powoli, niepostrzeżenie, a ona nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest już pusta.

    Dla zachowania pozorów oszukuję magię, kreując sztuczna więź. Wykorzystuję energię zabraną od niej, by magia parowania zarejestrowała mnie jako jej partnera. To iluzja, którą w pełni kontroluję. Mogę ją utrzymywać tak długo, jak mi wygodnie, a w dogodnym momencie zerwać bez najmniejszego konsekwencji dla siebie.

    Uśmiecham się chłodno, nie odrywając oczu od Lilien i rudowłosego bytu przy niej. Jakże intrygująca jesteś, Lilien Everhart. Nie tylko jesteś czymś, czego nie powinienem pragnąć. Posiadasz kogoś, kogo ja również chciałbym mieć u swoich stóp. Coraz bardziej jestem skłonny uznać, że warto będzie to sobie wziąć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Angelica

    Przez chwilę świat się zatrzymuje. Potem Lisa wydaje z siebie piskliwy pisk zachwytu i chwyta mnie za ramię.

    — O rany, Angie! To ty! To naprawdę ty!

    Vanessa z drugiej strony piszczy jeszcze głośniej, klaszcząc w dłonie.

    — Mael Blackthorn wybrał właśnie ciebie?! Dziewczyno, ty wygrałaś życie! On jest… on jest absolutnie idealny!

    Czuję, jak na mojej twarzy rozlewa się szeroki, triumfalny uśmiech. W końcu. W końcu ktoś wybrał mnie. Nie Lilien. Nie tę małą złodziejkę, która zabrała mi wszystko. Mnie.

    Mael podnosi wzrok i patrzy prosto na mnie. To jego stalowoszare, lodowate spojrzenie nagle robi się gorące. Rusza w moją stronę przez plac. Jest spokojny, pewny siebie, jakby cały świat należał do niego. A teraz – także ja.

    Nie wytrzymuję. Rzucam się naprzód i wpadam mu prosto w ramiona. On łapie mnie mocno, przyciąga do siebie i pochyla głowę, muskając ustami moje ucho.

    — Moja piękna Angela… — mruczy niskim, aksamitnym głosem. — Wiedziałem, że to ty. Od pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłem, czułem, że jesteś inna. Silniejsza. Godna czegoś więcej niż ta… mała uzurpatorka, która wślizgnęła się do naszej historii.

    Jego słowa są jak miód zmieszany z trucizną. Czuję, jak nienawiść do Lilien rozgrzewa mi się w piersi na nowo, jeszcze mocniej niż przedtem.

    — Ona nie zasługuje nawet na to, żeby na ciebie patrzeć — ciągnie Mael, głaszcząc mnie po plecach. — Ty jesteś prawdziwą królową tego miejsca. Będę tym, który ci pomoże odzyskać wszystko, co ci ukradła.

    Przytulam się do niego jeszcze mocniej, czując na sobie zazdrosne spojrzenia połowy czarodziejek z Akademii. Lisa i Vanessa stoją obok i dosłownie piszczą z zachwytu.

    — Angie, on jest boski… — szepcze Lisa.

    Mael odsuwa się lekko, ale nie wypuszcza mnie z objęć. Patrzy mi głęboko w oczy i uśmiecha się tym swoim niebezpiecznym, arystokratycznym uśmiechem.

    — Od dzisiaj wszystko się zmieni — mówi cicho, tylko do mnie. — Ty i ja… razem pokażemy Lilien Everhart, gdzie jest jej miejsce.

    Kiwam głową, czując, jak po moim kręgosłupie spływa dreszcz czystej, słodkiej satysfakcji.

    Wreszcie ktoś mnie wybrał i doskonale widzi, że zasługuję na wszystko. Tym razem nie zamierzam niczego oddać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Jest już jesień, powietrze jest chłodne i wilgotne, a ja nie mogę przestać się uśmiechać na samą myśl o tym, dokąd dzisiaj jedziemy. Cała paczka wybiera się do tropikalnego kompleksu pod magiczną kopułą, miejsca, które wygląda jak wyrwane z najpiękniejszego snu. W środku jest prawdziwa plaża z białym piaskiem, magiczne morze z falami, baseny termalne, bujna roślinność i ogromny balon, którym można unosić się nad całym tropikalnym lasem. Nie mogę się doczekać.

    Lili i Sara są tak samo podekscytowane jak ja. Schodzimy razem ze sterowca, a one nie przestają paplać o tym, co najpierw zrobimy. Ja… no cóż, nie mogę się powstrzymać od myśli, że zaraz zobaczę chłopaków w samych kąpielówkach. Szczególnie jednego, oczywiście Feniksa.

    Kiedy wchodzimy pod kopułę, uderza we mnie fala wilgotnego, ciepłego powietrza i zapach soli oraz kwiatów. Miejsce jest jak wyrwane ze snu. Rozglądam się zachłannie, ale szybko moje spojrzenie ucieka w stronę chłopaków.

    Wtedy ich widzę. Lilien i Cassian siedzą w płytkiej wodzie przy brzegu, tam gdzie fale delikatnie obmywają piasek. Są całkowicie zatopieni w sobie. Całują się powoli, głęboko, jakby świat wokół nich przestał istnieć. Jej palce są zanurzone w jego włosach, a on trzyma ją tak mocno, jakby bał się, że ktoś mu ją zabierze.

    Zamieram. Lilien jest sparowana z Asherem. Wszyscy o tym wiedzą. Widziałam ich razem tyle razy, że nie mam wątpliwości — oni są w sobie szaleńczo zakochani. Jednak teraz… z jakiejś niezrozumiałej dla mnie przyczyny… Cassian…

    Dopiero po dłuższej chwili zauważam to, co wcześniej umknęło mi w szoku. Na jego lewym przedramieniu, wyraźne i ciemne, płonie imię Lilien. Serce mi zamiera. Stoję tam, z ręcznikiem w dłoniach, i czuję, jak cała radość z tropikalnego raju nagle robi się… dziwna. Nie rozumiem. Czy powinnam to widzieć? Skąd wzięło się ukłucie, które właśnie pojawiło się w mojej piersi?

    Feniks podchodzi do mnie od tyłu i kładzie mi dłoń na ramieniu.

    — Pisklaku? — mruczy ciepło. — Wszystko w porządku?

    Odwracam się do niego gwałtownie. Moje policzki płoną. Ponownie zerkam na Lilien i Cassiana, którzy nadal się całują, nieświadomi niczego wokół. Nie wiem, co powiedzieć. Gardło mam zupełnie ściśnięte. 

    Feniks patrzy na mnie tymi swoimi złotymi oczami, przechylając głowę.

    — Ivy? — powtarza miękko. — Co się stało? Jesteś cała czerwona.

    W tym momencie podchodzą do nas Asher i Lucas. Książę ma na twarzy ten swój spokojny, pewny siebie wyraz, Lucas natomiast marszczy brwi, widząc moją minę.

    — Hej, co jest? — pyta Lucas spokojnie.

    Feniks nie odsuwa się ode mnie ani na centymetr. Wręcz przeciwnie — przysuwa się bliżej, jakby chciał mnie osłonić własnym ciałem.

    — Pisklak jest czerwona — mówi z lekkim rozbawieniem, ale też troską. — Coś się stało? Powiedz mi. Jak ktoś cię zdenerwował, to mogę go spalić. Tylko troszeczkę.

    Czuję, że moja twarz robi się jeszcze gorętsza. Czerwona jak burak. Nie wytrzymuję.

    — Czy… czy Lili ma… dwóch partnerów? — W końcu dukam cicho, ledwo słyszalnie, wskazując drżącą ręką w stronę plaży.

    Przez chwilę panuje cisza. Lucas mruga zaskoczony, a potem unosi brwi.

    — Nie wiedziałaś? — pyta szczerze zdziwiony. — Tak, ma dwóch. Ashera i Cassiana. To się zdarza, choć bardzo rzadko.

    Asher tylko kiwa głową, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

    — Dokładnie tak — potwierdza spokojnie. — Żadne z nas nie ma z tym problemu.

    Feniks nachyla się bliżej do mojego ucha.

    — Kochanie ma dwóch. I obaj są nasi — mruczy miękko, prawie pieszczotliwie. —To nic złego, pisklaku. Nie musisz się tym przejmować.

    Patrzę na nich szeroko otwartymi oczami, wciąż próbując ogarnąć to, co właśnie usłyszałam. Lilien ma dwóch partnerów, a ja… właśnie zobaczyłam, jak całuje się z drugim z nich.

    Feniks delikatnie gładzi mnie po ramieniu.

    — Oddychaj, pisklaku. Chcesz lody? Albo może chcesz, żebym kogoś spalił? Mogę to załatwić dyskretnie.

    Mimo wszystko parskam nerwowym śmiechem. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego, jak bardzo skomplikowany jest ten świat.

    Sara i Nathan właśnie do nas dołączają. Sara rzuca okiem na Lilien i Cassiana, którzy nadal się całują w płytkiej wodzie, jakby wokół nich nie istniał cały świat, i tylko parska cichym śmiechem.

    — Też tak chcę — mówi do Nathana, szturchając go łokciem w bok. — Żebyś tak na mnie patrzył, jakby reszta świata przestała istnieć.

    Nathan uśmiecha się szeroko i przyciąga ją do siebie.

    — Jakbyś nie wiedziała, że już tak patrzę.

    Sara chichocze i cmoka go w policzek. Oboje wyglądają na całkowicie niewzruszonych tym, co się dzieje. Jakby widok Lilien całującej się z Cassianem był dla nich najzwyklejszą rzeczą pod słońcem.

    Nie wiem, co powiedzieć. Czuję się jednocześnie zszokowana i… dziwnie uspokojona. 

    Później obserwuję, jak Asher i Cassian nadskakują Lilien niczym dwie pszczoły wokół królowej. Asher zamawia dla niej jakiś kolorowy, tropikalny drink z parasolką, Cassian przynosi jej ręcznik i od razu okrywa jej ramiona, kiedy lekko drży z zimna. Oboje są przy niej bez przerwy.

    Feniks nagle robi się… nieobecny. Stoi przy mnie, ale jego spojrzenie jest trochę nieostre, jakby część niego była zupełnie gdzie indziej. Mruczy coś pod nosem, a jego palce na moim ramieniu robią się odrobinę cieplejsze.

    W tym samym momencie słyszę ciche szepty od stolika obok. Siedzą przy nim młode czarodziejki, nawet tutaj czuję ich silną, duchową energię.

    — …naprawdę ma dwóch partnerów? To Lilien Everhart, prawda?

    — Tak. I ten o bursztynowych oczach… Cassian. Słyszałem, że może przywołać więcej niż jedną duchową bestię. Bez ograniczeń kontraktu. To jakiś fenomen.

    — No właśnie. Feniks to dopiero jest coś. Widzieliście, jak walczył na Pierze?

    Czuję, jak moje policzki robią się jeszcze gorętsze.

    Feniks nachyla się do mnie.

    — Nie przejmuj się nimi, pisklaku — szepcze mi prosto do ucha. — Oni nie rozumieją. Nikt nie rozumie.

    Uśmiecha się tym swoim złotym, trochę drapieżnym uśmiechem i nagle wydaje się znów w pełni obecny. 

    Siedzę przy stoliku w wodnym barze, zanurzonym po kostki w ciepłej wodzie, i trzymam w dłoni wysoki szklany kubek z bezalkoholowym drinkiem. Jest piękny — pełen owoców, z parasolką i kolorowymi słomkami — ale i tak czuję się jak dziecko. Feniks siedzi po mojej prawej stronie, Lucas po lewej. Obaj patrzą na mnie z tym samym, opiekuńczym wyrazem twarzy.

    — Pisklaku, nie rób takiej miny — mruczy Feniks, nachylając się bliżej. — To jest o wiele lepsze niż te wszystkie kolorowe trucizny, które tu podają.

    Lucas kiwa głową, całkowicie poważny.

    — Jesteś niepełnoletnia, Ivy. Nie będziemy ryzykować.

    Czuję, jak policzki mi się rumienią. Lekko obruszona, odwracam wzrok.

    — Wiem, że jestem niepełnoletnia — mamroczę. — Ale moglibyście chociaż zapytać, zamiast od razu decydować za mnie…

    Feniks parska cichym, gardłowym śmiechem i kładzie mi rękę na ramieniu.

    — Moglibyśmy, ale wtedy i tak byśmy ci zabronili. Więc po co marnować czas?

    Lucas uśmiecha się lekko, choć w jego oczach jest ta sama troska.

    — Martwimy się o ciebie. To wszystko.

    Patrzę na nich obu i mimo lekkiej irytacji czuję, jak coś ciepłego rozlewa mi się w piersi. Są tacy… opiekuńczy. Nawet jeśli traktują mnie jak małą dziewczynkę.

    — No dobra… — wzdycham, udając, że jestem obrażona. — Ale następnym razem chociaż udawajcie, że mam coś do powiedzenia.

    Feniks nachyla się jeszcze bliżej.

    — Nigdy. Jesteś naszym pisklakiem. — Szepcze mi prosto do ucha, a jego głos jest niski i rozbawiony. — My decydujemy, co jest dla ciebie bezpieczne.

    Lucas tylko kiwa głową, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

    Biorę łyk drinka. Jest naprawdę dobry — słodki, owocowy, z nutą mango i marakui. Mimo wszystko uśmiecham się pod nosem. Ten tropikalny raj właśnie stał się o wiele bardziej skomplikowany, niż myślałam… ale jednocześnie czuję się tu dziwnie bezpieczna. Nawet jeśli traktują mnie jak dziecko.

    Kwadrans później wciąż siedzę przy stoliku w wodnym barze i staram się skupić na swoim bezalkoholowym drinku, ale mój wzrok i tak ucieka w stronę plaży, tam, gdzie poszedł Feniks. Chłopak leży wyciągnięty na piasku, z głową wygodnie ułożoną na kolanach Lilien. Ona leniwie przesuwa palcami po jego rudych włosach, a on mruczy z zadowoleniem, przymykając oczy jak wielki, rozleniwiony kot. Wyglądają… jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie.

    Kolejny raz tego dnia czuję ukłucie w piersi. Niezadowolenie. Zazdrość – taką małą, paskudną, której nie chcę czuć, ale nie potrafię jej powstrzymać. Przecież Cassian zawsze był dla mnie taki uprzejmy, stawał w mojej obronie, tak samo jak Feniks, a teraz patrzę, jak Feniks leży z głową na jej kolanach i mruczy, jakby należała tylko do niego.

    Nie wytrzymuję. Wstaję, odstawiam drinka i wchodzę do basenu. Woda jest przyjemnie chłodna. Podchodzę do Cassiana, który stoi trochę z boku i obserwuje całą scenę z lekkim, rozbawionym uśmiechem.

    — Cassian… — zaczynam cicho, gdy już jestem przy nim. — Mogę cię o coś zapytać?

    Odwraca się do mnie, zaskoczony, ale kiwa głową.

    — Jasne. Pytaj.

    Zbieram się w sobie, czując, że policzki mi płoną.

    — Czy… nie jesteś zazdrosny o Feniksa? — wypalam w końcu, wskazując brodą na plażę, gdzie Feniks nadal leży z głową na kolanach Lilien. — Bo on… no wiesz… właśnie leży tam z nią, jakby… jakby to było normalne.

    Cassian patrzy na mnie przez chwilę, a potem… niemal krztusi się śmiechem. Zakrywa usta dłonią, ale i tak widzę, jak ramiona mu drżą.

    — Zazdrosny o Feniksa? — powtarza, wyraźnie rozbawiony. — Ivy, serio?

    — No… tak? — dukam, czerwieniąc się jeszcze bardziej.

    Cassian kręci głową, wciąż się uśmiechając.

    — O niego nie da się być zazdrosnym, Ivy. Traktuj go po prostu jak dużego, rudego kota, który ma obsesję na punkcie Lilien. To wszystko.

    Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami, czekając na jakieś dalsze wyjaśnienie, ale on tylko wzrusza ramionami, jakby to naprawdę było takie proste.

    — Nie przejmuj się tym, Ivy — dodaje łagodniej. — Wszystko jest w porządku. Naprawdę.

    Przytakuję, choć w głowie mam jeszcze większy mętlik niż przed chwilą.

    „Jak dużego kota”…?

    Stoję w chłodnej wodzie, patrzę na Lilien głaszczącą Feniksa po włosach i na Cassiana, który wygląda na całkowicie spokojnego, i czuję, że im więcej mi tłumaczą, tym mniej wszystko rozumiem. Tropikalny raj właśnie stał się jeszcze bardziej skomplikowany.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Stoję w chłodnej wodzie basenu i patrzę na Ivy, która właśnie zadała pytanie, przy którym prawie parsknąłem śmiechem.

    — Czy… nie jesteś zazdrosny o Feniksa? — duka, cała czerwona, wskazując brodą na plażę, gdzie Feniks leży z głową na kolanach Lilien.

    Przez chwilę milczę, bo naprawdę muszę się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. W głowie Feniks już zaczyna. Najpierw cichy, gardłowy chichot. Potem robi się głośniejszy, coraz bardziej obłąkany, jakby ktoś potrząsał puszką pełną szaleństwa.

    „Zazdrosny? O mnie? O samego siebie?!” — rechocze Feniks w mojej głowie, a jego śmiech jest tak chaotyczny, że aż czuję wibracje w czaszce. — „O kurwa, Cassian, słyszałeś to?! Ona pyta, czy jesteś zazdrosny o mnie! O nas! Ja pierdolę, to jest złoto!”

    Z trudem zachowuję spokojną twarz i wzruszam ramionami.

    — O niego nie da się być zazdrosnym, Ivy — odpowiadam szczerze, z lekkim rozbawieniem w głosie. — Traktuj go po prostu jak dużego, rudego kota, który ma obsesję na punkcie Lilien. To wszystko.

    W głowie Feniks wyje ze śmiechu.

    „Dużego, rudego kota?! Ja?! O tak, jestem kotem! Wielkim, tygrysem, który spali dla niej świat! I właśnie leżę z głową na kolanach Kochania, a ty stoisz tu i tłumaczysz pisklakowi, że nie jesteś zazdrosny o samego siebie! Cassian, uwielbiam ją, serio. To jest najzabawniejsza rzecz od czasu, jak spaliłem tamten plac treningowy!”

    Feniks rechocze tak głośno, że aż czuję, jak drży mi kącik ust. Muszę się bardzo skupić, żeby nie parsknąć.

    Ivy patrzy na mnie wielkimi, zdezorientowanymi oczami, jakby czekała na jakieś głębsze wyjaśnienie. Ja tylko kręcę głową.

    — Nie przejmuj się tym, Ivy. Wszystko jest w porządku — dodaję łagodniej. — Naprawdę.

    Feniks w mojej głowie wciąż się śmieje — obłąkańczo, radośnie, z tym charakterystycznym, szaleńczym entuzjazmem.

    „Powiedz jej, że jak będzie grzeczna, to też kiedyś położy głowę na jej kolanach. Nie. Czekaj! Nie mów. To moje miejsce. Tylko moje. I czasami Ashera. I twoje, jak w końcu przestaniesz udawać, że nie jesteś mną.”

    Kręcę głową, nadal rozbawiony absurdem całej sytuacji, i patrzę, jak Ivy próbuje ogarnąć to, co właśnie usłyszała. A w mojej głowie Feniks dalej chichocze — cicho, ale uparcie, jak ktoś, kto właśnie usłyszał najlepszy żart świata.

    „Zazdrosny o mnie… Ja pierdolę, Cassian. Uwielbiam ją.”

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Wychodzę z toalety, poprawiając ramiączko kostiumu kąpielowego, i skręcam za róg, gdy nagle zatrzymuję się w pół kroku.

    Kilka metrów przede mną stoi Angelica. Tuż obok niej Mael Blackthorn. Oboje patrzą prosto na mnie. Angelica uśmiecha się tym swoim nowym, ostrym uśmiechem, którego nie poznaję. Mael milczy, ale w jego stalowoszarych oczach dostrzegam subtelny, ledwo zauważalny błysk rozbawienia — dokładnie taki sam, jaki czasem widzę u Ashera, kiedy coś go wyjątkowo intryguje.

    — No proszę — odzywa się Angelica słodko, ale z jadem w głosie. — Lilien Everhart we własnej osobie. A raczej… ta, która w ogóle nie powinna tu być.

    Czuję, jak serce mi podskakuje.

    — Słucham? — pytam spokojnie, choć żołądek mi się ściska.

    Angelica robi krok bliżej, a jej uśmiech staje się jeszcze bardziej wredny.

    — Nie udawaj takiej zaskoczonej. Oboje wiemy, że nie należysz do tego świata. Pojawiłaś się znikąd i zmieniłaś całe przeznaczenie. Zepsułaś wszystko, co miało się wydarzyć.

    Przez chwilę nie mogę wydobyć z siebie głosu. Skąd ona to wie? Nie daję się sprowokować. Biorę głęboki oddech i patrzę jej prosto w oczy.

    — Angelica… — mówię cicho, ale wyraźnie. — Naprawdę nie rozumiem. Dlaczego przestałaś przyjaźnić się ze mną i z Sarą? Byłyśmy sobie bliskie. Co się stało?

    Na moment na jej twarzy pojawia się zaskoczenie, jakby nie spodziewała się, że zapytam wprost. Potem jej usta wykrzywiają się w pogardliwym grymasie.

    — Przyjaźniłyśmy się? — prycha złośliwie. — Ty mi wszystko zabrałaś. Cassiana. Moją pozycję. Szacunek. Wszystko, co mi się należało. Jesteś tylko sprytną małą złodziejką, która wślizgnęła się do naszej historii i wszystko popsuła.

    Jej słowa bolą, ale staram się nie pokazać tego po sobie. Mael stoi obok i milczy. Nie wtrąca się ani słowem. Tylko obserwuje. Widzę, jak kącik jego ust drga w ledwo zauważalnym, pełnym satysfakcji uśmieszku. Zdaję sobie sprawę, że świetnie się bawi.

    Czuję niepokój, który powoli rozlewa się po całym moim ciele. To nie jest po prostu zazdrość Angelicy, tylko coś znacznie bardziej skomplikowanego. Uśmiecham się lekko, choć wcale nie jest mi do śmiechu.

    — Rozumiem — odpowiadam spokojnie. — Szkoda. Naprawdę szkoda.

    Odwracam się i odchodzę korytarzem, czując na plecach ich spojrzenia. W głowie mam chaos. Skąd oni wiedzą? Dlaczego akurat teraz?

    Przyspieszam kroku, starając się uspokoić oddech. Jeszcze czuję na plecach spojrzenie Angelicy i ten nieprzyjemny, lodowaty uśmiech Maela. Chcę jak najszybciej wrócić do reszty paczki, do ciepła, śmiechu i normalności.

    Nie zdążam jednak zrobić nawet dziesięciu kroków.

    — Lilien.

    Głos Maela jest gładki, aksamitny, jakby ktoś przeciągnął palcem po jedwabiu. Dogania mnie bez pośpiechu, ale zdecydowanie. Nie towarzyszy mu Angelica — jest sam.

    Zatrzymuję się i odwracam, starając się zachować uprzejmy, ale chłodny wyraz twarzy.

    — Mael — odpowiadam spokojnie, bez uśmiechu. — Słucham?

    On zatrzymuje się tuż przede mną, zachowując idealny dystans. Jego stalowoszare oczy są skupione, ale w kącikach ust czai się ten subtelny, ledwo zauważalny cień satysfakcji.

    — Nie chcę cię zatrzymywać — mówi gładko, lekko pochylając głowę. — Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała… kogoś, kto rozumie, jak to jest stać poza ramami tej historii… jestem do twojej dyspozycji.

    Jego słowa są uprzejme, wręcz dworskie, ale czuję w nich coś zimnego i kalkulującego. Jakby dokładnie wiedział, co powiedzieć, żeby trafić w najczulszy punkt.

    Uśmiecham się chłodno, ale uprzejmie.

    — Dziękuję za propozycję — odpowiadam spokojnie. — Doceniam gest, ale radzę sobie. A teraz wybacz, reszta na mnie czeka.

    Robię krok w tył, chcąc odejść, ale Mael robi mały, prawie niedostrzegalny krok w przód, nadal blokując mi drogę w sposób, który wygląda na całkowicie przypadkowy.

    — Rozumiem — mówi tym samym gładkim tonem, ale nie rusza się. — Nie chcę być natrętny. Po prostu… czasem łatwiej rozmawia się z kimś, kto widzi szwy tej rzeczywistości. Kto wie, że niektóre nici zostały… przesunięte.

    Uśmiecha się delikatnie, a jego spojrzenie jest intensywne, zbyt uważne. Czuję, jak niepokój wraca ze zdwojoną siłą.

    — Naprawdę muszę już iść — mówię chłodniej, tym razem bez uśmiechu.

    Chłopak nie cofa się od razu. Stoi jeszcze przez sekundę, jakby chciał zapamiętać moją reakcję, a potem lekko pochyla głowę.

    — Oczywiście. Nie zatrzymuję cię — odpowiada gładko, ale jego ciało nadal zajmuje trochę za dużo miejsca w korytarzu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Siedzę na ciepłym piasku obok Ivy, podparty na łokciach. Woda delikatnie obmywa nam stopy. Rozmawiamy o niczym — o tym, jak bardzo lubi orchidee, o tym, że w Chicago jesienią jest już za zimno na takie wyjścia, o głupich memach, które pokazywała jej Sara. Ivy się śmieje, trochę nieśmiało, ale widać, że jest jej przyjemnie.

    Ja jednak co chwilę zerkam w stronę ścieżki prowadzącej do toalet. Lili długo nie wraca, a to powoduje mój niepokój. Feniks w mojej głowie od razu się budzi, czujny i rozdrażniony.

    „Gdzie ona jest?” — warczy. — „Za długo. Za długo jej nie ma. Idę po nią.”

    „Spokojnie” — odpowiadam mu w myślach, ale sam czuję, jak napięcie rośnie. — „Idź. Tylko dyskretnie.”

    Feniks nie czeka na więcej. Czuję, jak odłącza się i rusza. W ułamku sekundy przełączam się na jego oczy. Widzę korytarz. Feniks idzie szybkim, drapieżnym krokiem, złociste oczy ma zwężone. W głowie ma już pełny chaos.

    „Jeśli ktoś ją dotknął… jeśli ktoś ją zdenerwował… spalę go. Spalę powoli. Najpierw palce, potem język, żeby nie mógł krzyczeć. Chcę słyszeć, jak błaga. Chcę, żeby Kochanie się uśmiechnęła, kiedy jej powiem, że już po problemie.”

    Skręca za róg i wtedy ich widzi. Partner Angelicy, Mael, stoi blisko Lilien. Milczy, ale na jego twarzy jest ten subtelny, zadowolony grymas, który Feniks rozpoznaje natychmiast.

    „On” — warczy Feniks w mojej głowie, a jego furia jest tak gorąca, że prawie czuję zapach spalenizny. — „Ten pieprzony szczur. Stoi za blisko Kochania. Za blisko. Chcę mu wyrwać oczy. Chcę mu spalić język, żeby nigdy więcej nie wymówił jej imienia. Chcę…”

    Feniks zaciska pięści. Jego aura robi się gorąca, niebezpieczna.

    W tym samym momencie Ivy mówi coś do mnie, śmieje się cicho.

    — …i wtedy Sara powiedziała, że jak Feniks znowu przywoła rumaka na treningu, to nauczyciel chyba dostanie zawału…

    Uśmiecham się do niej, starając się brzmieć normalnie, choć w głowie mam prawdziwy pożar.

    — No właśnie. On lubi robić wrażenie.

    Feniks w mojej głowie śmieje się nisko, obłąkańczo.

    „Wrażenie? Ja jej pokażę wrażenie. Jak ten sukinsyn jeszcze raz na nią spojrzy… spalę mu całe ramię. Tylko po to, żeby zapamiętał, że ona jest nasza.”

    Siedzę na piasku obok Ivy i uśmiecham się, jakby wszystko było w porządku, jednak w głowie mam Feniksa, który właśnie staje kilka centymetrów od Lilien i wrogo patrzy na znajdującego się przy niej chłopaka z imieniem Angelicy wytatuowanym na przedramieniu. Jest wściekły, gotowy i bardzo, bardzo spragniony ognia.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Stoję w korytarzu, nie ruszając się z miejsca, gdy Lilien próbuje mnie minąć. Jej odpowiedź jest uprzejma, lecz wyraźnie chłodna — niemal klinicznie dystyngowana. Zamiast irytacji czuję głęboką, intelektualną satysfakcję. To nie jest odrzucenie. To jest wyzwanie.

    Każde jej powściągliwe słowo, ostrożny krok w tył tylko pogłębia moją fascynację. Limerencja, którą noszę w sobie od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ją z tym rudowłosym fenomenem, rozlewa się teraz gęściej, goręcej. Im bardziej się przede mną broni, tym silniej pragnę ją rozłożyć na czynniki pierwsze — zrozumieć mechanizm, dzięki któremu tak absolutnie kontroluje coś, co powinno być niekontrolowalne.

    Uśmiecham się w duchu. Lubię, gdy cele stawiają opór. To czyni ostateczne zwycięstwo znacznie bardziej satysfakcjonującym.

    Wtedy powietrze za jej plecami gęstnieje. Feniks staje tuż za nią — złocisty, płonący, emanujący surową, pierwotną siłą. Natychmiast otacza ją ramieniem w pasie i wtula twarz w jej szyję, jakby chciał oznaczyć terytorium. Jego gest jest zaborczy, bezwstydny, absolutny.

    I właśnie to mnie zachwyca.

    Obserwuję, jak istota o tak kolosalnej mocy redukuje się do roli posłusznego, czułego strażnika tylko dlatego, że ona na to pozwala. To nie jest zwykła dominacja. To fenomen kontroli na poziomie, którego jeszcze nie rozumiem. Właśnie dlatego tak bardzo pragnę go rozłożyć na części.

    Zauważam też Angelicę. Stoi w głębi korytarza, częściowo ukryta za załomem ściany. Patrzy na nas — na Lilien i Feniksa — z wyraźnym, niemal zwierzęcym lękiem. Nie zbliża się. Nie ma odwagi. Widzę, jak jej ciało instynktownie się cofa na sam widok ognistego bytu.

    To cieszy mnie jeszcze bardziej.

    Moja marionetka boi się narzędzia, którym zamierzam się posłużyć. Doskonale. Strach utrzymuje ją w ryzach lepiej niż jakakolwiek obietnica.

    Patrzę z powrotem na Lilien, na to, jak Feniks mruczy coś do jej ucha, a ona odpowiada mu spokojnym, czułym gestem. Tak. Im bardziej się przede mną bronisz, Lilien Everhart, tym silniej pragnę cię posiąść.

    Stoję w korytarzu, nie ruszając się z miejsca, gdy Lilien odchodzi. Jej sylwetka jest wyprostowana, krok pewny, a głos — choć uprzejmy — zimny i dystyngowany. Każdy jej gest, powściągliwe słowo tylko pogłębiają moją fascynację. To nie jest odrzucenie. To jest wyzwanie. Im bardziej się przede mną broni, im chłodniej i bardziej obojętnie reaguje, tym silniej czuję, jak limerencja rozlewa się po mojej klatce piersiowej niczym gęsta, gorąca żywica. Nie pragnę jej już tylko jako narzędzia czy anomalii. Pragnę jej jako zjawiska. Jako tej jedynej istoty, która potrafiła okiełznać coś, co powinno być nieokiełznane.

    Chcę ją rozłożyć na czynniki pierwsze. Zamierzam zrozumieć mechanizm tej kontroli. Zobaczyć, jak ta sama władza, którą ma nad potężnym demonem, będzie wyglądała, gdy skieruje ją na mnie.

    Uśmiecham się powoli, sam do siebie.

    — Jakże intrygująca jesteś, Lilien Everhart — szepczę cicho, prawie bezgłośnie.

    Dostrzegam, jak Angelica patrzy na oddalającą się Lilien i na Feniksa, który idzie tuż za nią. Widzę, jak jej ciało instynktownie się cofa. Strach w jej oczach jest wyraźny, niemal namacalny. 

    Odwracam się w jej stronę i kiwam dłonią, przywołując ją bliżej. Podchodzi niechętnie, z wahaniem.

    — Widziałaś? — pytam cicho, gdy staje obok mnie. — Jak ona na niego działa. Jak on na nią reaguje. To nie jest zwykła więź. To jest absolutna dominacja bez użycia siły.

    Angelica zaciska szczęki, ale milczy. Jej nienawiść jest tak gęsta, że niemal czuję jej smak.

    — Ona nie należy do tego świata — kontynuuję gładko, nie odrywając wzroku od oddalającej się Lilien. — Jest anomalią, która wślizgnęła się do naszej historii i wszystko popsuła. Ale właśnie dlatego jest taka… fascynująca. Chcę wiedzieć, jak to robi. Chcę wiedzieć, co sprawia, że tak potężna istota klęka przed nią jak posłuszny zwierzak.

    Uśmiecham się lekko, widząc, jak Angelica drży z wściekłości i strachu jednocześnie.

    — Nie martw się, moja droga — dodaję, kładąc dłoń na jej ramieniu i subtelnie ciągnąc z niej energię. — Wciąż jesteś mi potrzebna. 

    Ale ona… — dodaję w myślach — ona jest czymś znacznie więcej. I zamierzam to sobie wziąć.

    Feniks w oddali wtula się w szyję Lilien, a ja czuję, jak moja obsesja rośnie z każdym uderzeniem serca. To już nie jest strategia. Tak rodzi się pragnienie — czyste, intelektualne, absolutne.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Siedzę na piasku obok Ashera i Lucasa, gdy Lilien wraca od strony korytarza, Feniks idzie obok niej spokojny, obejmując ją w talii, ale w mojej głowie szaleje.

    „Spalę go. Powoli. Chcę słyszeć, jak błaga.”

    „Zgadzam się” — myślę natychmiast, a nasze irytacje są tak idealnie zsynchronizowane, że nie wiem już, gdzie kończę się ja, a zaczyna on. — „Czekamy, aż sama powie.”

    Lilien siada między mną a Asherem. Natychmiast otaczam ją ramieniem i przyciągam bliżej. W tej samej chwili Feniks klęka za jej plecami — złocisty, ciepły, pełen napięcia. Jest tuż za nią i obejmuje ją od tyłu, kładąc obie dłonie na jej brzuchu. Zaczyna głaskać ją powoli, uspokajająco, zataczając szerokie, ciepłe kręgi palcami, jakby chciał wymazać z niej cały stres.

    — Kochanie… — mruczy jej prosto we włosy, nisko i czule. — Jesteśmy tu. Oddychaj.

    Czuję, jak jej ciało jest napięte. Głaszczę ją po udzie, Feniks wtula się w jej włosy i przesuwa palcami po jej brzuchu, nasze dłonie uspakajają ją w cichym, wspólnym rytmie.

    — Co się stało? — pytam cicho, starając się, żeby głos brzmiał spokojnie, choć w głowie Feniks już planuje pożogę.

    Lilien bierze głęboki oddech i opowiada nam wszystko o spotkaniu z Angelicą i Maelem. O tym, że Angelica rzuciła jej w twarz, że „nie należy do tego świata” i że „zmieniła przeznaczenie”. Jak Mael stał obok i się nie wtrącał, tylko patrzył z tym swoim subtelnym, zawoalowanym uśmieszkiem, a potem sam zaczepił ją na korytarzu, jakby wiedział o wiele więcej niż zdradził.

    Feniks w mojej głowie eksploduje.

    „Ten pieprzony szczur. Ten śliski, arogancki sukinsyn. Ośmielił się podejść do Kochania? Ośmielił się mówić jej takie rzeczy?! Chcę spalić mu język, żeby nigdy więcej nie mógł wymówić jej imienia. Chcę spalić mu ręce, żeby nigdy więcej nie mógł jej dotknąć.”

    „Całkowicie się zgadzam” — odpowiadam mu w myślach, a nasza irytacja jest tak spójna, że brzmi jak jeden głos. — „Nikt nie ma prawa mówić jej takich rzeczy. Nikt.”

    Lili kończy swoją opowieść.

    — Myślałam… może powinnam z nim porozmawiać? — dodaje cicho, trochę niepewnie. —Spróbować dowiedzieć się, skąd oni to wiedzą i czego właściwie chcą…

    W tym momencie wszyscy czworo reagujemy jednocześnie.

    — Nie — mówimy chórem.

    Asher jest pierwszy, głos ma twardy i nieznoszący sprzeciwu.

    — Absolutnie nie. Nie zbliżysz się do niego.

    Lucas kręci głową, jego ton jest zimny i stanowczy.

    — To zbyt niebezpieczne. Nie wiemy, kim on naprawdę jest i czego chce.

    Feniks mruczy głośniej, przytulając się do jej pleców i głaszcząc ją jeszcze wolniej, uspokajająco.

    — Kochanie, nie — warczy miękko, ale w jego głosie słychać wściekłość. — Nie idź tam. Nie dotykaj go. Nie pozwól mu na siebie patrzeć. Jesteś nasza. Tylko nasza.

    Przyciągam Lilien jeszcze mocniej do siebie, chowam twarz w jej włosach i całuję ją delikatnie w skroń. Feniks z drugiej strony robi to samo — całuje ją w kark, mrucząc uspokajająco.

    — Lili… nie — szepczę jej prosto do ucha, pełen opiekuńczej czułości. — Proszę cię. Nie zbliżaj się do niego. Nie chcę, żebyś była w pobliżu tego człowieka. Nawet na chwilę.

    Głaszczemy ją we dwóch, powoli, rytmicznie, jakby każdy nasz dotyk mógł wymazać to, co przed chwilą usłyszała. Feniks mruczy w mojej głowie z aprobatą, ale jego myśli są nadal pełne ognia.

    „Słuchaj nas, Kochanie. Jesteś nasza. Tylko nasza. I nikt inny nie ma prawa nawet o tym myśleć.”

    Trzymamy ją mocno we dwóch, czując, jak jej ciało powoli się rozluźnia między nami. W głowie Feniks nadal warczy cicho, ale zgadza się ze mną w stu procentach. Obaj chcemy tylko jednego — żeby Lilien była bezpieczna. Nawet jeśli oznacza to spalenie połowy świata.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Siedzę na piasku trochę z boku i patrzę, jak wszystko się zmienia w ciągu kilku sekund. Lilien wraca z toalety, a chłopaki dosłownie przyklejają się do niej w jednej chwili. Asher przyciąga ją między siebie i Cassiana, Lucas siada tuż obok i kładzie dłoń na jej ramieniu, a Feniks klęka za nią i obejmuje ją od tyłu, wtulając twarz w jej szyję. Wszyscy czterej otaczają ją ciasno — jak mur. Głaszczą ją po plecach, szepczą coś uspokajająco, podają jej wodę, sprawdzają, czy nie jest jej zimno. Wyglądają, jakby świat mógł się zawalić, a oni i tak będą jej tarczą.

    Czuję się… nieswojo. Nie wiem dlaczego, ale nagle robi mi się dziwnie ciasno w piersi. Jakbym była intruzem, który patrzy na coś, co nie jest przeznaczone dla moich oczu. Oni są tak bardzo… razem. Tak idealnie zsynchronizowani wokół niej.

    Przez chwilę wyobrażam sobie, że Feniks odwraca głowę, uśmiecha się tym swoim złotym uśmiechem i woła: „Pisklaku, nie siedź tam sama. Chodź do nas.” Albo że Lilien machnie ręką i powie coś ciepłego, jak zawsze. Ale nic takiego się nie dzieje.

    Feniks nadal wtula się w szyję Lilien, mrucząc coś tylko do niej. Asher i Cassian pochylają się nad nią, a Lucas siedzi tuż obok, pilnując jej z drugiej strony. Nikt nie patrzy w moją stronę. Siedzę sama na piasku, z kolanami podciągniętymi pod brodę, i czuję się mała. Bardzo mała.

    Wiem, że to głupie. Przecież oni mnie lubią. Feniks nazywa mnie pisklakiem i chroni mnie. Jednak w tej chwili… czuję się jak ktoś, kto stoi za szybą i patrzy na ciepłą, zamkniętą rodzinę. Biorę głęboki oddech i staram się uśmiechnąć sama do siebie.

    „Nie przesadzaj, Ivy” — myślę. — „Oni po prostu się o nią martwią.”

    Ale i tak jest mi trochę przykro.

    Note