Rozdział 7 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lilien
Układam grzywkę Ethana tak, żeby odrobinę sterczała i utrwalam swoją pracę przy pomocy kosmetyków. Wygląda teraz jak mały łobuz i łamacz dziewczęcych serc w jednym. Jestem pewna, że w całym wszechświecie nie ma drugiego takiego słodziaka.
— Chodź, zrobimy sobie zdjęcie — proponuję, a chłopiec przytakuje ochoczo.
Natychmiast robi minę „poważnego gangstera”, a potem kolejną — z wywalonym językiem i palcami w geście pokoju. Śmieję się tak głośno, że aż łzy stają mi w oczach. Robię mu chyba z piętnaście zdjęć, a on za każdym razem wymyśla coraz głupszą pozę. Jest mi też niezwykle miło, kiedy do selfie ze mną, bez zastanowienia cmoka mnie policzek.
Asher podchodzi do nas i obejmuje mnie ramieniem, a zadowolony chłopiec staje między nami, wyciąga przed siebie telefon i pstryka kilka kolejnych ujęć, a potem odsuwa się kawałek i robi jedno zdjęcie tylko dla nas. Natychmiast mi wszystkie wysyła.
— Powinniśmy się zbierać — sugeruje Asher. — Musimy przygotować się na zajęcia.
— Idziecie już? — Ettie patrzy to na mnie, to na Ashera i jest wyraźnie zawiedziony.
Przytulam go mocno na pożegnanie i obiecuję, że niedługo znowu przyjadę. Ethan mruczy coś pod nosem o „nudnych dorosłych”, ale i tak nie puszcza mnie przez dobre dziesięć sekund. W końcu wsiadamy do samochodu, którym przyjechał po nas Cassian, a on macha nam jeszcze długo, stojąc w drzwiach rezydencji.
Kiedy wchodzimy do willi w magicznym świecie, Asher całuje mnie w skroń i kieruje się do gabinetu. Cassian zostaje przy moim boku.
— Zjemy coś? — proponuję mu, bo już zaczęłam robić się trochę głodna.
Chłopak przytakuje i idziemy razem do kuchni. Po tej stronie świata nie ma lodówki, ani kuchenki gazowej lub elektrycznej. Żywność utrzymuje świeżość dzięki duchowym kamieniom. Gdybyśmy z kolei chcieli zjeść coś ciepłego, musielibyśmy napalić w piecu. Jak dla mnie jednak kanapki w zupełności wystarczą. Pieczywo w magicznym świecie smakuje obłędnie!
Cassian, ku mojemu zaskoczeniu, bez słowa zaczyna mi pomagać. Kroi pomidory, układa ser i szynkę, a przy okazji podkrada mi plasterek ogórka prosto z deski. Uderzam go w rękę, a on tylko się śmieje i udaje niewiniątko. W kuchni robi się nagle bardzo… normalnie. Jakbyśmy byli zwykłą parą, która robi sobie późne śniadanie po imprezie.
Najedzeni i w wyjątkowo dobrych humorach wracamy do swoich pokoi. Po drodze jednak zatrzymuję się zaskoczona. Ktoś sprząta korytarz. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że willa jest zupełnie pusta, bo Asher zwolnił całą służbę.
Cassian zatrzymuje się za moimi plecami, a ja czuję jego ciepłą bliskość i mimowolnie rumienię się na wspomnienie poprzedniej nocy.
— Cześć, Angelica — chłopak odzywa się swobodnie.
Dziewczyna odwraca się w naszym kierunku, a ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że to faktycznie ona. W związanych, zakrytych chustą włosach i roboczym ubraniu zupełnie jej nie poznałam.
— O, hej — wita się z nami z szerokim uśmiechem. — Nie spodziewałam się was tak szybko.
— Co tu robisz? — pytam podejrzliwie.
— Asher zaproponował mi pracę — wyjaśnia, a ja zdaję sobie sprawę, że jest wyraźnie zaskoczona, że o tym nie wiem.
Coś ścisnęło mnie w żołądku. Dlaczego mi nie powiedział? To… miłe, że chce pomóc Angelice, ale dlaczego zrobił to za moimi plecami?
— Ok… — odzywam się niepewna, jak zareagować.
Przypominam sobie, że przecież Angelica pochodzi ze zwykłej, wiejskiej rodziny. Dzięki posiadanej magii została adoptowana przez szlachciców, ale oni jedynie opłacają jej czesne w „Różach i zaklęciach”. Resztą zajmował się Cassian, bo jej kieszonkowe było naprawdę bardzo skromne. Tylko, że teraz… chłopak jest ze mną, nie z nią, a Lucas zapewne też nie jest jakoś szczególnie majętny. Czuję nieprzyjemne ukłucie, z powodu, że tak skomplikowałam jej życie.
— Dostaliśmy też z Lucasem swój pokój — dodaje Angelica. — Nie masz nic przeciwko, prawda? — pyta już znacznie mniej pewnie, a uśmiech powoli znika z jej twarzy.
Dochodzę do wniosku, że źle zrozumiała moją reakcję. Przecież wcale nie chodzi mi o to, że ją wyganiam. Wręcz przeciwienie. Dom jest okropnie duży. Powinni z nami zostać, bez konieczności sprzątania, czy do czego tam jeszcze zatrudnił ich Asher.
Cassian kładzie mi rękę na ramieniu.
— Wybacz nam na chwilę — zwraca się do Angelicy, a potem prowadzi mnie do swojego pokoju. — Lili, daj jej żyć — odzywa się cicho, gdy zamykają się za nami drzwi.
— Przecież nic nie zrobiłam! — odsuwam się od niego zirytowana.
Chłopak ciężko wzdycha.
— Chciałaś jej powiedzieć, że nie musi pracować i chętnie będziesz jej wszystko finansowała, mam rację? — doskonale odgaduje moje myśli.
— Co w tym złego? — pytam odrobinę naburmuszona.
— Angelica nie jest twoją lalką, nie możesz się nią bawić, jak ci się żywnie podoba — wyjaśnia brutalnie. — Wygląda na to, że raz na jakiś czas zgadzam się z Asherem. Wymyślił sposób, żeby ją tu ściągnąć tak, żeby nie czuła się niekomfortowo i zachowała swoją dumę.
Przyglądam mu się naprawdę zaskoczona. Nie przyszło mi do głowy, że Angelica mogłaby czuć się nieswojo, gdybyśmy po prostu zaprosili ją tutaj za darmo i zapewnili utrzymanie.
— Możesz mieć rację… — przyznaję niechętnie.
— Mogę? — pyta nieco rozbawiony, unosząc brew.
Uderzam go otwartą dłonią w tors, a on przytrzymuje moją rękę. Nagle atmosfera się zmienia. Czuję pod palcami serce Cassiana, które bije zdecydowanie zbyt szybko. Napięcie narasta, jakby było czymś materialnym. Przymykam na chwilę oczy, a wtedy czuję jego usta na swoich ustach. Wplata dłoń w moje włosy i pogłębia pocałunek, a ja go odwzajemniam i robię to z przyjemnością. Jestem przerażona, bo to zupełnie nie tak miało wyglądać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Jestem tak zachwycony, że mogę bezkarnie całować Lili, że nawet nie zauważam wędrującej przez całe moje ciało magii. Czuję niesamowity przypływ siły i powoli budzącą się umiejętność. Niechętnie odsuwam się od dziewczyny i zdejmuję przez głowę bluzę.
— Och! — przygląda mi się, jak zaczarowana.
Podchodzę do lustra i oglądam w nim swój tors. Miała rację. We wszystkim. Na moim ciele pojawiły się czarne tatuaże. Długi wąż oplata moją rękę ogonem, a jego pysk kończy się na obojczyku. Po drugiej stronie widzę rozkładającego skrzydła orła.
Lili podchodzi i przesuwa palcami po moich plecach, a ja drżę z rozkoszy. Mogłaby nigdy nie przestawać.
— Z tyłu jest wilk — informuje mnie podekscytowanym głosem. — Potrafisz któryś przywołać? — pyta nie kryjąc ciekawości.
Koncentruję się przez chwilę, a wtedy tatuaże ożywają, a na ich miejscu pojawiają się inne. Lili przesuwa dłonią po aksamitnym, granatowym futrze duchowego wilka, a on w odpowiedzi ociera się o jej nogi, jakby był przygarniętym ze schroniska psiakiem.
— Nareszcie — wyrzucam z siebie z ulgą.
Dziewczyna podchodzi do mnie i opiera głowę o moje ramię, obiema dłońmi oplatając biceps. Wspina się na palce i całuje mój policzek.
— I pomyśleć, że tak się martwiłam, a wystarczyły same pocałunki — jest wyraźnie zachwycona, a mnie przeszywa lodowaty dreszcz. — Tyle mogę robić — kontynuuje beztrosko.
Zamieram.
Jej słowa są lekkie, prawie radosne, jakby właśnie odkryła, że problem da się rozwiązać małym, niewinnym gestem. Dla niej to „tylko pocałunki”. Dla mnie… to wszystko. Całe miesiące czekania, całe noce, kiedy leżałem i wyobrażałem sobie, jak by to było, gdyby mnie choć raz dotknęła z własnej woli.
Patrzę na nią z góry. Ma zarumienione policzki, rozczochrane włosy i ten błysk w oczach, który zawsze mnie rozbraja. I nagle czuję, jak coś we mnie pęka — nieprzyjemnie, boleśnie.
— Tyle możesz robić… — powtarzam cicho, prawie do siebie.
Uśmiecha się, nieświadoma, co te słowa naprawdę ze mną robią. Przesuwa palcami po moim tatuażu, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a ja stoję i myślę tylko o jednym — oddałbym wszystko, żeby te pocałunki były dla niej tak samo ważne, jak dla mnie. Żeby nie były wyłącznie „środkiem” do obudzenia mojej mocy, tylko prawdziwym wyborem.
Patrzę na wilka, który stoi przy jej nodze i pozwala jej się głaskać, jakby należał do niej, nie do mnie. Jakby od zawsze wiedział, że to ona go przywoła i to dla niej miał się pojawić.
— Lili… — mówię cicho, ale ona nawet nie zwraca uwagi na mój ton.
Dziewczyna przestaje mnie dotykać. Zamiast tego kuca przy wilku i śmieje się cicho, kiedy zwierzę trąca ją nosem w dłoń. Granatowe futro mieni się lekko w półmroku, jak nocne niebo. Czuję, że wilk jest częścią mnie, że jego siła przepływa przez moje ciało razem z magią, która wciąż nie może się uspokoić. Mam pewność, że wszystko to reaguje na nią — na jej dotyk, głos, nawet samą obecność.
— Cassian, on jest niesamowity… — mówi, odwracając się do mnie z błyszczącymi oczami.
Podchodzę do niej powoli. Wilk cofa się o krok, jakby robił mi miejsce. Lili wstaje i patrzy na mnie pytająco, wciąż trzymając dłoń na jego karku. Przyciągam ją delikatnie do siebie i opieram brodę na czubku jej głowy. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nawet jeśli dla niej to „tylko tyle”, dla mnie to i tak więcej, niż kiedykolwiek miałem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Nieprzyjemne uczucie w żołądku przychodzi niespodziewanie i trwa dłużej, niżbym chciał. Biorę głęboki oddech, ale to nie pomaga. Doskonale wiem co to oznacza i z trudem tłumię narastającą we mnie zazdrość. Czuję, że Lili robi coś z Cassianem. Coś intymnego, co powinno być tylko moje.
Rozsądek powtarza mi spokojnie, że to najlepsze możliwe rozwiązanie, którego zdecydowanie teraz potrzebujemy, ale emocje nie chcą słuchać mojego rozsądku. Przymykam oczy na chwilę, próbując się opanować. Jestem piekielnie zazdrosny i nienawidzę tego, że nie potrafię nic na to poradzić.
Wstaję z fotela i ruszam korytarzem w stronę pokoju Cassiana. Drzwi są uchylone. Zatrzymuję się tuż przed nimi, słuchając ciszy, która nagle wydaje mi się zbyt głośna. W końcu wchodzę bez pukania.
Widok uderza mnie jak cios prosto w splot słoneczny.
Cassian stoi bez koszuli, a na jego ciele wiją się czarne tatuaże — wąż oplatający ramię, orzeł rozkładający skrzydła na piersi, wilk na plecach. Jego moc w końcu się obudziła, ale to nie tatuaże przykuwają moją uwagę.
Lili jest tuż przy nim. Blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Jej dłoń spoczywa na jego torsie, palce delikatnie przesuwają się po świeżo obudzonej magii. Ma zarumienione policzki, rozchylone usta i ten błysk w oczach, który znam aż za dobrze. Wygląda na… szczęśliwą. Naprawdę szczęśliwą.
Coś we mnie skręca się boleśnie i zaciska jak stalowa obręcz.
Przez sekundę stoję w drzwiach i walczę ze sobą. Chcę wejść, oderwać ją od niego, powiedzieć, że jest moja, zawsze była moja i nikt inny nie ma prawa jej tak dotykać. Chcę, żeby poczuła, jak bardzo mnie to boli, jednak nie robię tego. Zamiast tego robię krok do przodu i mówię spokojnie, niemal obojętnie:
— Widzę, że się udało.
Oboje odwracają się w moją stronę. Lili wygląda na lekko spłoszoną, ale nie odsuwa się od Cassiana od razu. To boli bardziej niż wszystko inne. Widzę, jak jej palce jeszcze przez moment zostają na jego skórze, zanim w końcu opadają.
Przez sekundę wyobrażam sobie, jak rozrywam mu gardło. Potem przypominam sobie, że jest nam potrzebny. Uśmiecham się spokojnie i podchodzę bliżej. Kontrola jest ważniejsza niż zazdrość. Nie patrzę na Cassiana. Patrzę tylko na nią.
Wyciągam rękę.
— Chodź tu — mówię cicho, ale w moim głosie jest coś twardego, czego nie potrafię ukryć.
Waha się tylko ułamek sekundy, a potem robi krok w moją stronę. Gdy tylko jej ciało dotyka mojego, przyciągam ją mocno do siebie i ukrywam twarz w jej włosach. Czuję jej ciepło, upojny zapach, bicie jej serca. Dopiero teraz ta stalowa obręcz wokół mojej klatki piersiowej zaczyna powoli pękać.
Oddycham głębiej, wtulony w nią. Jeszcze chwilę temu chciałem go zabić. Teraz trzymam ją w ramionach i staram się pamiętać, że to ja jestem tym, do którego wraca. W głowie już układam, jak to wszystko wykorzystać.
— Wszystko w porządku? — pyta cicho, wtulona we mnie.
— Teraz tak — odpowiadam szczerze i całuję ją w skroń, dłużej niż trzeba.
Jednak w środku wciąż czuję ten zimny, nieprzyjemny ciężar. Bo wiem, że to dopiero początek i za każdym razem, kiedy będzie blisko niego, będę musiał walczyć z tym uczuciem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Magia jest niesamowita. Tego dnia ćwiczymy kreowanie iluzji, a ja jestem zachwycona chabrowymi motylami, które unoszą się nad moją głową, po chwili powoli osiadając na wykreowanych przez Angelicę barwnych kwiatach.
W świecie „Róż i zaklęć” magia opiera się na spirytualnej energii, którą pożyczamy sobie z granicy między światami. To właśnie stamtąd nasi partnerzy przywołują swoich duchowych towarzyszy, którzy w tym świecie stają się materialni. Jest to rzadka, wrodzona umiejętność, ponieważ kontrakt ze spirytualną bestią musi zostać nawiązany jeszcze przed narodzinami.
Dlatego właśnie Cassian jest tak wyjątkowy. Chociaż przed urodzeniem jego istota zawarła pakt z nocnym wilkiem, to dzięki pojawiającym się na jego ciele magicznym tatuażom może przywołać do siebie z zaświatów każdą bestię, którą wyczuje w pobliżu, zupełnie jakby zawarł z nią kontrakt.
Najważniejsze jest jednak to, że gdyby Cassian albo Asher zostali ranni, to mogłabym im pomóc nawet wtedy, gdyby byli dosłownie na granicy śmierci. Już sama świadomość tego wprawia mnie w niemalże euforyczny nastrój.
— Lilien, skup się! — woła Angelica, śmiejąc się. Jej kwiaty właśnie zaczęły chylić się ku ziemi pod ciężarem moich motyli, które… nie powinny mieć ciężaru. Z założenia miały być lekkie, jak… motyle… — Twoje motyle znowu mi wszystko psują!
Nadawanie iluzjom nie tylko kształtu i koloru, ale też ciężaru, masy, faktury i smaku jest naprawdę trudnym zadaniem.
— Przepraszam! — wołam wesoło, ale nie przestaję się uśmiechać. — Wyraźnie lubią twoje kwiaty aż za bardzo, zresztą tak jak i ja.
Angelica przewraca oczami, ale w jej głosie słychać rozbawienie.
— I tak wiem, że najbardziej lubisz wszystko, co ma imię na „A”. Asher, Asher, Asher… — droczy się, naśladując mój głos.
Czuję, jak policzki mi płoną, ale nie mogę powstrzymać śmiechu.
— No dobra, może i tak — przyznaję. — Ale serio, pomyśl tylko. Gdyby coś im się stało… mogłabym ich wyleczyć. Nawet gdyby byli na granicy śmierci. To… to jest niesamowite.
Angelica patrzy na mnie przez chwilę z dziwnym wyrazem twarzy, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu tylko uśmiecha się miękko.
— Wiem. Tylko… uważaj na siebie, dobrze? — mówi cicho. — Nie wszystko da się naprawić samą magią.
Uśmiecham się, ale jej słowa zostają we mnie dłużej, niż powinny. Jakby wiedziała coś, czego ja jeszcze nie dostrzegałam.
Zanim zdążę zapytać, co miała na myśli, drzwi sali wykładowej otwierają się z hukiem. Do środka wpada zdyszany student z wyższego roku, blady jak ściana.
— Anomalia Graniczna! — krzyczy, ledwo łapiąc oddech. — Pierwsza prawdziwa Anomalia właśnie się otworzyła na terenie Akademii! Na zachodnim skraju lasu! Są już pierwsze ofiary!
W sali zapada martwa cisza. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. W książce to miało wydarzyć się dopiero za pół roku. I wtedy zginęło szesnastu studentów, zanim Cassian i Angelica zdążyli cokolwiek zrobić. A teraz… jesteśmy dopiero na początku semestru. I nikt nie jest jeszcze gotowy na walkę z demonami.