Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Lilien

    Asher wchodzi do salonu koło ósmej wieczorem, w czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami i z tym spokojnym, pewnym siebie wyrazem twarzy, który zawsze sprawia, że robi mi się cieplej w środku. Ma na sobie ubranie wyjściowe — wyraźnie nie planuje zostać w domu. Zatrzymuje się kilka kroków ode mnie i patrzy na mnie badawczo.

    — Wychodzimy — mówi po prostu. — Przebież się. Obiecuję, że ci się spodoba.  

    Nie pytam dokąd. Po prostu robię to, co mówi i idę za nim. Po drodze wpadamy na Maela. Stoi oparty o ścianę z rękami w kieszeniach i patrzy na nas uważnie.

    — Też idziesz? — pytam, trochę zaskoczona.

    Mael wzrusza ramionami.

    — Asher powiedział, że idzie z tobą. Pomyślałem, że nie zaszkodzi dorzucić jeszcze jednego ochroniarza.

    Jestem pewna, że wyjście bez Feniksa, musi być dla niego kuszącą perspektywą. Asher prycha cicho, ale nie protestuje. Ja również nie. Dziwne, ale przy Maelu czuję się… swobodnie. Nie przeszkadza mi nawet wtedy, gdy idę na randkę z Asherem.

    W samochodzie patrzę przez okno na nocne światła miasta i czuję lekkie, przyjemne mrowienie w żołądku. Asher rzadko sam z siebie wychodzi z inicjatywą. Zawsze, kiedy przychodzę do niego, poświęca mi czas bez wahania — odkłada wszystko, co robi, i skupia się wyłącznie na mnie. Jednak sam… sam rzadko proponuje wyjścia. Ciągle jest czymś zajęty. Zawsze ma zawiłą sieć planów do zrealizowania.

    Cassian i Feniks mają tego luksusu w nadmiarze. Lubią sobie pozwolić na lenistwo. Asher — nie. I właśnie dlatego dzisiejszy wieczór sprawia mi tyle przyjemności.

    Klub, do którego nas zabiera, jest dokładnie taki, jak się spodziewałam — luksusowy, głośny, a przed wejściem stoi długa kolejka ludzi. My jednak nawet nie zwalniamy. Ochroniarz przy drzwiach kiwa głową na widok Ashera i wpuszcza nas od razu, omijając kolejkę. Dwa lata temu pewnie byłabym zaskoczona, teraz nie dziwi mnie to już ani trochę.

    Co naprawdę mnie zaskakuje, to moment, w którym wchodzimy do strefy VIP. Od razu zauważam, że Asher nie jest zaskoczony widokiem osoby, która już tam siedzi. Mój brat, którego zdecydowanie zbyt dawno nie widziałam. Nie mogłam spodziewać się lepszej niespodzianki.

    Ian Everhart siedzi wygodnie rozparty na kanapie, z ręką przerzuconą przez oparcie za plecami swojej narzeczonej, Rose. Na jego twarzy pojawia się lekki, ale szczery uśmiech, kiedy nas zauważa. Natychmiast wstaje, podchodzi i obejmuje mnie ciepłymi ramionami, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że to ten sam Ian, który w „Różach i zaklęciach” praktycznie ignorował Lilien. Zresztą, z jakiejś przyczyny, wszyscy teraz zachowują się zupełnie inaczej. 

    Kiedy odklejam się od Iana, Asher siada obok mnie i kładzie dłoń na moim udzie, a mój brat wraca na swoje miejsce.

    — Wiedziałem, że chciałabyś go zobaczyć — mówi cicho, tylko do mnie. — Dlatego tu jesteśmy.

    Odwracam głowę i patrzę na niego zauroczona. Jest jedyną osobą, w tym świecie, która nie sprawdza bezustannie moich granic. Zamiast je rozciągać, pomaga mi ich pilnować i za to jeszcze bardziej go kocham. Asher wzrusza ramionami, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

    Mael, który właśnie usiadł po mojej drugiej stronie, nachyla się lekko ku mnie.

    — Jak romantycznie — mówi na tyle cicho, żebym tylko ja go słyszała. — Twój chłopak organizuje ci spotkanie z bratem, zamiast po prostu powiedzieć „chodźmy na drinka”. Prawie się wzruszyłem.

    — Wreszcie postanowiłeś wtajemniczyć Lili w to, co robimy? — pyta Ian, unosząc kieliszek do ust.

    Choć nie uśmiecha się szeroko, jestem pewna, że bardzo go to bawi. Patrzę pytająco na Ashera, który rzuca mojemu bratu lekko zirytowane spojrzenie. 

    — Klub należy do nas — wyjaśnia spokojnie. — Kilka innych w centrum również.

    Odwracam głowę i patrzę na niego pytająco.

    — „Należy do was”?

    Asher wzrusza ramionami, jakby to była oczywistość.

    — Robimy razem interesy. Ten klub jest jednym z nich. Uznałem, że warto rozwijać się w obydwu światach…

    — Oczywiście, że należy do nich — mruczy cicho Mael, który też jest wyraźnie rozbawiony. — Twój brat i twój chłopak razem budują imperium, a ty siedzisz tu i udajesz, że to całkiem normalne.

    Prycham cicho.

    — Zamknij się, bo dzisiaj nie ręczę za siebie.

    Mael uśmiecha się złośliwie, ale nie kontynuuje tematu. Ian w tym czasie rozmawia z Asherem o jakichś interesach, ale co chwilę zerka na mnie jakby chciał się upewnić, że na pewno wciąż jeszcze jestem żywa. Jego narzeczona — wysoka, elegancka blondynka o ostrych rysach — patrzy na nas z lekką ciekawością, ale nie wtrąca się.

    Siedzę między Asherem a Maelem, popijam drinka i czuję, że wreszcie naprawdę mogę się rozluźnić.

    Kilkanaście minut później wstaję i idę w kierunku łazienek. Rose pojawia się obok mnie w damskiej toalecie klubu, kiedy właśnie poprawiam makijaż przed lustrem. Zauważam ją w odbiciu i uśmiecham się grzecznie. Znam ją przelotnie — głównie z tego, że jest dziewczyną Iana. Oryginalna Lilien znała ją chyba trochę lepiej, ale ja… ja wciąż mam wrażenie, że rozmawiam z kimś, kogo znam tylko z czyichś wspomnień.

    Rose jest ładna. Elegancka, ale nie nachalnie. Ma jasne włosy spięte w luźny kok i spokojne, niebieskie oczy. Wygląda na miłą i brzmi tak samo, ale lan chyba nie darzy jej jakimś szczególnym uczuciem, bo nigdy nie zdarzyło się, żeby zaprosił ją na jakieś rodzinne spotkania, szczególnie po śmierci rodziców. Podejrzewam, że Rose po prostu jest dla niego wygodna. Zresztą w tej rodzinie to przecież ja jestem mistrzynią romantycznych melodramatów.

    — Lilien — mówi ciepło, podchodząc do umywalki obok mnie. — Miło cię znowu zobaczyć. lan mówił, że ostatnio mało cię widuje.

    — Mam sporo nauki — odpowiadam wymijająco.

    Rose kiwa głową, jakby rozumiała. Przez chwilę poprawia włosy, a potem rzuca mi spojrzenie przez lustro.

    — Opowiesz mi coś o waszym koledze? — pyta nagle, z lekką ciekawością. — Ma na imię Mael, prawda? Wydaje się… interesujący.

    Czuję się zaskoczona. Nie spodziewałam się tego pytania.

    — Przyłączył się do nas — odpowiadam ostrożnie.

    Rose uśmiecha się lekko, ale w jej oczach coś się zmienia.

    — Zawsze jest taki… małomówny? — pyta. — Wygląda, jakby wszystkich wokół oceniał.

    Prycham cicho.

    — To jego ulubione zajęcie.

    Rose śmieje się lekko, ale szybko milknie. Przez chwilę wygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymuje. Potem jednak odwraca się do mnie bardziej bezpośrednio.

    — Czemu nie ma z wami Cassiana? — pyta.

    Jej głos ma w sobie lekką nutę żalu. Pyta tak, jakby naprawdę liczyła na to, że go zobaczy. Zamieram na ułamek sekundy. Rose szybko odwraca wzrok, jakby sama się przestraszyła tego, co powiedziała.

    — To znaczy… — poprawia się, trochę za szybko. — Po prostu… rzadko go widuję ostatnio.

    Kiwa głową, jakby chciała zamieść temat pod dywan, ale tyle mi wystarczyło i… mam szczerą nadzieję, że Rose nie wywinie niczego głupiego, bo Feniks jest nieprzewidywalny. 

    — Twój chłopak… — mówi ciszej, patrząc na moje odbicie w lustrze. — Zawsze jest taki chłodny?

    Czuję, jak coś nieprzyjemnie ściska mnie w żołądku. Asher. Rose wyraźnie wzdryga się na samo wspomnienie o nim. Nie jest to strach w pełnym tego słowa znaczeniu… ale coś bardzo do niego podobnego. Jakby miała z nim jakieś doświadczenie, którego wolałaby nie mieć. Patrzę na nią uważniej. Czy Rose czymś go osobiście wkurzyła? Czy po prostu była świadkiem czegoś, czego nie powinna widzieć?

    — Asher bywa… wymagający — odpowiadam ostrożnie, starając się, żeby mój głos brzmiał neutralnie. — Ale nie jest aż taki straszny, jak ludzie myślą.

    Rose uśmiecha się, ale jej uśmiech nie dociera do jej oczu.

    — Rozumiem — mówi cicho. — Po prostu… wolę trzymać się od niego z daleka, kiedy tylko mogę.

    Odwraca się do lustra i poprawia włosy, jakby temat był już zamknięty. Ja jednak patrzę na nią jeszcze przez chwilę, z lekkim niepokojem. Co takiego Rose widziała lub zrobiła, że aż tak bardzo boi się Ashera?

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Rose

    Wracam z Lilien z damskiej toalety, poprawiając na bieżąco szminkę. Rozmowa z nią była… ciekawa. Zwłaszcza jej reakcja na moje pytanie o Ashera. Wyglądała, jakby naprawdę nie wiedziała, o co mi chodzi. Albo udawała.

    Kiedy wchodzimy z powrotem do strefy VIP, od razu zauważam zmianę w loży. Cassian Vale siedzi tam, gdzie wcześniej było puste miejsce. Rozparty wygodnie, ze szklanką w dłoni, jakby cały klub należał do niego. Brązowe włosy, bursztynowe oczy, ten leniwy, arogancki uśmiech, który zawsze działał mi na nerwy w pozytywny sposób.

    Czuję, jak coś we mnie się budzi. Od lat mam do niego słabość. Zawsze miałam. Był jednym z tych chłopaków, o których marzyłam, zanim jeszcze związałam się z Ianem. Nie sądziłam, że będzie z Lilien Everhart. Nigdy za nią nie przepadał. A teraz podobno jest jej partnerem? Razem z Asherem? Prawie się uśmiecham.

    Nie rozumiem tej całej „więzi partnerskiej”. Brzmi jak jakaś staroświecka bzdura. Ja nigdy w to nie wierzyłam. I nie zamierzam zaczynać teraz.

    Podchodzę do loży i siadam naprzeciwko Cassiana, krzyżując nogi w sposób, który zawsze działał na mężczyzn.

    — Cassian — mówię miękko, z uśmiechem, którego nie kieruję do Iana. — Dawno cię nie widziałam.

    Cassian podnosi wzrok. Na moment jego spojrzenie przesuwa się na Lilien, która właśnie siada obok Ashera, a potem wraca ku mnie.

    — Rose — odpowiada uprzejmie, ale bez większego zainteresowania. — Miło cię widzieć.

    Nie odpuszczam.

    — Też mi miło — odpowiadam, pochylając się lekko do przodu. — Musisz mi opowiedzieć, co u ciebie słychać. Ostatnio tak mało cię widać w mieście.

    Czuję na sobie spojrzenie Lilien, ale je ignoruję. Czuję też spojrzenie Ashera — lodowate, ostrzejsze niż zwykle, ale je też ignoruję. Cassian jest tutaj. Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę, a jego bursztynowe oczy są spokojne, ale nie do końca obojętne. Widzę to. Znam ten wzrok. Znam mężczyzn, którzy udają, że ich to nie interesuje, a tak naprawdę już rozważają, jak daleko mogą się posunąć.

    — Ostatnio mam dużo na głowie — odpowiada w końcu, unosząc kieliszek do ust. — Akademia, treningi… wiesz, jak to jest.

    Uśmiecham się szerzej i opieram łokieć o stół, podpierając brodę dłonią. Nachylam się trochę bardziej, niż trzeba.

    — Wiem, ale zawsze znajdowałeś czas na to, co ważne. Albo na to, co cię bawiło.

    Czuję, jak Asher patrzy na nas. Nie muszę na niego zerkać, żeby wiedzieć, że jego wzrok jest lodowaty. To ten sam wzrok, który pamiętam z tamtej nocy, kiedy próbowałam się do niego zbliżyć. Wtedy prawie złamał mi rękę. Dosłownie. Jednak tym razem nie jestem przy nim. Jestem przy Cassianie. I Cassian… Cassian nie patrzy na mnie tak, jakby chciał mi zrobić krzywdę.

    — Nie zmieniłeś się — mówię cicho, ale wystarczająco głośno, żeby on usłyszał. — Nadal jesteś najprzystojniejszym facetem w tym mieście. Szkoda, że tak rzadko się pokazujesz.

    Cassian unosi brew, a na jego ustach pojawia się lekki, leniwy uśmiech.

    — Rose — mówi powoli, z nutą ostrzeżenia w głosie. — Uważaj.

    Nie odpuszczam. Przeciwnie — nachylam się jeszcze bliżej, tak że moje kolano muska jego udo pod stołem.

    — A może to ty powinieneś uważać — odpowiadam miękko. — Bo ja nie zapomniałam, jak to jest, kiedy ktoś taki jak ty patrzy na mnie w określony sposób.

    W tym momencie czuję na sobie spojrzenie Lilien. Jest ostre. Rozumiem ją, ale mnie to nie obchodzi. Cassian patrzy na mnie. Powoli odstawia szklankę na stół. Jego wzrok jest spokojny, ale w głębi czai się coś, co znam aż za dobrze. Zainteresowanie.

    — Rose — powtarza, tym razem ciszej. — Nie rób tego.

    Uśmiecham się.

    — A co jeśli chcę?

    W tym momencie Mael, który do tej pory milczał, wydaje z siebie cichy, suchy śmiech. Podnosi wzrok znad szklanki i patrzy prosto na mnie.

    — Odważna jesteś — mówi spokojnie. — Albo bardzo głupia.

    Nie patrzę na niego. Patrzę na Cassiana. I czekam na jego odpowiedź.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Siedzę w loży i obserwuję, jak Cassian coraz wyraźniej traci cierpliwość. Rose nachyla się do niego przez stół, jakby byli sami w całym klubie. Jej dłoń raz po raz ląduje na jego przedramieniu, a głos ma ten słodki, zalotny ton, który u większości mężczyzn działałby bez pudła.

    Cassian jest naprawdę wkurzony. Przyszedł tutaj tylko po to, żeby przeprosić Lilien za to przedstawienie w Akademii, a ta kobieta mu w tym ewidentnie przeszkadza.

    W końcu Cassian wstaje. Bez słowa. Rusza w kierunku toalet na tyłach strefy VIP. Rose, rzecz jasna, idzie za nim. Wzdycham w duchu i również wstaję z kanapy. Wiem, co się zaraz wydarzy. I zdaję sobie sprawę, że będę musiał posprzątać.

    Idę za nimi w odpowiedniej odległości. W korytarzu prowadzącym do toalet Cassian nagle się odwraca. Rose niemal w niego wpada.

    — Rose — mówi chłodno. — Dość.

    Ona jednak się nie wycofuje. Wręcz przeciwnie — przysuwa się jeszcze bliżej, opierając dłoń o ścianę obok jego głowy.

    — Przecież nigdy nie lubiłeś Lilien — mówi, patrząc mu prosto w oczy. — Zawsze nią gardziłeś. Co się zmieniło?

    Cassian patrzy na nią przez chwilę, a potem jego głos staje się jeszcze bardziej lodowaty.

    — Kto powiedział ci, że lubiłem ciebie?

    Rose na moment milknie. Potem jednak się uśmiecha — tym samym, pewnym siebie uśmiechem, który najwyraźniej uważa za nieodparty.

    — Nie musisz mnie lubić — odpowiada miękko. — Wystarczy, że mnie zapragniesz.

    Przysuwa się jeszcze bliżej. Jej dłoń ląduje na torsie Cassiana, palce powoli przesuwają się w dół po materiale koszuli. I wtedy Cassian przestaje być sam. Jego ciało sztywnieje na ułamek sekundy. Oczy błyskają złotem, a potem z jego gardła wydobywa się niski, gardłowy śmiech — dźwięk, którego Cassian nigdy by nie wydał. Pojawił się Feniks.

    Rose nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, co właśnie zrobiła, ale kiedy jej dłoń zaczyna schodzić niżej, Feniks chwyta ją za nadgarstek. Trzyma mocno, brutalnie. Rose wzdycha z zadowoleniem, myśląc pewnie, że to gra, a potem zaczyna płonąć.

    Płomień pojawia się nagle — nie duży, ale wystarczająco gorący. Rose krzyczy. To nie jest zwykły krzyk bólu. To jest wrzask — wysoki, histeryczny, pełen czystego przerażenia. Skóra na jej dłoni i przedramieniu natychmiast pokrywa się czerwonymi plamami.

    Feniks patrzy na nią z lekkim, szaleńczym uśmiechem.

    — Dotknij mnie jeszcze raz — mówi spokojnie — a spalisz się cała.

    Rose osuwa się na podłogę, tuląc poparzoną rękę do piersi. Łzy płyną po jej twarzy, a z gardła wydobywają się zdławione, łamiące się dźwięki.

    Wychodzę z cienia korytarza i wzdycham.

    — No i proszę — mruczę. — Znowu.

    Asher pojawia się obok mnie niemal w tej samej chwili. Musiał zauważyć, że ich nie ma. Patrzy na poparzoną kobietę na podłodze, potem na Cassiana/Feniksa, a jego twarz pozostaje całkowicie obojętna.

    — Dość — mówi chłodnym, lodowatym głosem.

    Feniks patrzy na niego przez dłuższą chwilę. Przez moment mam wrażenie, że nie posłucha, ale w końcu wzrusza ramionami i cofa się. Płomienie gasną. Cassian wraca do siebie — blady, z trudem łapiący oddech. Rose leży na podłodze i szlocha. Asher odwraca się do mnie.

    — Wyczyść jej pamięć — mówi krótko. — I wszystkich, którzy to widzieli. — Kiwa głową w stronę ochroniarza, który natychmiast podchodzi. — Wyczyśćcie nagrania z kamer. I wezwijcie pogotowie. Powiedzcie, że to wypadek przy barze.

    Ochroniarz kiwa głową i znika. Asher ponownie patrzy na mnie.

    — I wyczyść pamięć Iana — dodaje ciszej. — Żeby nie myślał, że to on jest winny. 

    Robię to, nie komentując. Lilien ma już przez nich wystarczająco dużo problemów. 

    — To ostatni raz, kiedy po tobie sprzątam — warczy Asher do Cassiana, zanim ten zdąży cokolwiek powiedzieć.

    Cassian otwiera usta, ale w tym momencie na korytarzu pojawia się Lilien. Chłopak blednie. Czarodziejka patrzy najpierw na poparzoną Rose, potem na Cassiana, a na końcu na mnie i Ashera. Jej twarz jest spokojna, a to nie wróży niczego dobrego. Cieszę się, że tym razem jej złość nie jest skierowana ku mnie. 

    Lilien podchodzi do Ashera i bez wahania bierze go za rękę.

    — Nie tylko Feniksa nie chcę dzisiaj widzieć — mówi do Cassiana, głosem spokojnym, ale ostrym jak brzytwa.

    Cassian nie odpowiada. Stoi w miejscu, blady i napięty. Lilien odwraca się do Ashera.

    — Chodźmy — mówi cicho.

    Blondyn kiwa głową, a Lilien ciągnie go za rękę z powrotem do loży. Idę za nimi. Czuję przyjemną, mroczną satysfakcję, gdy dziewczyna bez wahania siada między mną a Asherem. Nie obok Cassiana. Nie w miejscu, gdzie zwykle siada.

    Asher macha do kelnerki i zamawia Lilien kolejny drink. Nie pyta, co chce. Po prostu zamawia. Lilien opiera się lekko o moje ramię. Milczy, ale się nie odsuwa. Czuję cichą, mroczną satysfakcję. Nie dlatego, że Feniks znowu narobił bałaganu. Tylko dlatego, że tym razem Lilien nie wróciła z miejsca do niego, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Nawet nie próbowała.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Trening praktyczny odbywa się na tyłach linii frontu, w szerokiej, spalonej słońcem dolinie, gdzie powietrze wciąż pachnie burzowym powietrzem. Idziemy we czwórkę. Ja, Asher, Cassian i Mael. I każdy krok, jaki robimy, wywołuje falę poruszenia wśród żołnierzy. Ludzie zamierają w pół gestu. Niektórzy salutują sztywno, inni pochylają głowy z nabożnym szacunkiem. Słyszę szepty, są ciche, ale wyraźne.

    — To ona… czarodziejka z trzema partnerami…

    — Ten obok to Cassian Vale… ten, co przywołuje całą armię duchowych bestii…

    — I książę Asher Aurelian… przyszły Imperator…

    Czuję, jak policzki mi płoną. Nie cierpię tego. Nie znoszę, gdy patrzą na mnie jak na żywą legendę, a nie jak na zwykłą dziewczynę, która po prostu próbuje przetrwać kolejny dzień w szkole. Cassian idzie tuż obok mnie, ramieniem prawie ocierając się o moje ramię. Wyczuwam jego niepokój — napięty, gorący, jakby bał się, że za chwilę mogę się rozpaść, a jednocześnie wie, że wciąż jestem na niego wściekła i stara się nie narzucać.

    — Lili… — zaczyna cicho, gdy mijamy kolejny oddział. — Nie musisz tego robić. Mogę zakończyć tę wojnę. Jedno słowo i wszystkie portale zostaną zamknięte. Nie będziesz musiała walczyć.

    Asher, idący po mojej drugiej stronie, zatrzymuje się w pół kroku. Jego głos jest spokojny, ale stanowczy.

    — Nie. Jeśli demony znikną, ludzie zaczną walczyć między sobą. Zawsze tak jest.

    Patrzę na niego z wdzięcznością. 

    — Ja też jestem tego pewna — dodaję cicho. — Jeśli demony znikną… wydarzy się coś znacznie gorszego.

    Cassian zaciska szczękę, ale nie protestuje. Wiem, że jest zirytowany. Czuję to przez naszą więź.

    Mijamy ostatni posterunek. Żołnierze rozstępują się przed nami jakbyśmy byli jakimiś gwiazdami. Mael idzie z tyłu, milczący, ale jego obecność jest tak spokojna i pewna, że czuję się przy nim… stabilniej.

    W końcu docieramy do strefy testów punktowanych. Zatrzymuję się i odwracam do nich trzech.

    — Podczas dzisiejszych testów — mówię wyraźnie — będę w parze z Maelem.

    Cisza. Cassian zamiera. Asher unosi brew. Mael tylko lekko przechyla głowę, jakby się tego spodziewał.

    — Lili… — zaczyna Cassian, a w jego głosie słychać nuty irytacji.

    — Ty byłbyś dzisiaj ostatnim wyborem — przerywam mu w pół słowa. — Poza tym tylko on potrafi sprawić, że kiedy się boję… nie zamieram — wyjaśniam spokojnie. — Przy nim nie jestem bierna. Realnie walczę. Wy mnie chronicie. On mnie zmusza, żebym sama stanęła do walki.

    Asher milczy, ale widzę, jak zaciska szczękę. Cassian patrzy na Maela z czystą, gorącą nienawiścią. Mael nie uśmiecha się. Nie triumfuje. Tylko kiwa głową, jakby potwierdzał fakt.

    — Jak chcesz — mówi cicho.

    I właśnie w tej chwili, dzięki temu prostemu „jak chcesz”, czuję ulgę, której nie potrafię wyjaśnić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Stoję na wzniesieniu razem z nauczycielami i grupą żołnierzy. Stąd mamy idealny widok na całą dolinę — spustoszoną, poczerniałą, jakby ktoś za długo trzymał ją w piekarniku. Ziemia jest popękana, pokryta warstwą popiołu i zastygłej lawy. W kilku miejscach zieją demoniczne portale — ogromne, pulsujące rany w rzeczywistości, otoczone wirującymi, czarnymi jak smoła krawędziami. Z ich wnętrza wydobywa się gęsty, fioletowo-czarny dym, a co jakiś czas prześwituje przez nie czerwone, gorejące oko albo pazur wielkości człowieka. Powietrze śmierdzi siarką, świeżą krwią i czymś słodkawym, co przypomina gnijące mięso.

    Natomiast pośrodku tego piekła stoi ona. Lili. Z Maelem u boku. Feniks w mojej głowie warczy tak głośno, że ledwo słyszę własne myśli. 

    „Patrz na niego… patrz, jak ją dotyka. Jak śmie kłaść łapy na naszym Kochaniu. Oderwę mu je. Powoli. Jedną po drugiej.”

    Mael mówi coś cicho do Lili, nachylając się ku niej. Ona kiwa głową, ale widzę, że jest spięta. On jednak się nie cofa. Wręcz przeciwnie — jego dłoń sunie po jej ramieniu, potem niżej, aż zatrzymuje się na jej talii. Przyciąga ją bliżej do siebie.

    „Zabiję go. Spalę go. Spalę ich wszystkich. Ona jest NASZA.”

    Czarodziejka irytuje się — widzę to w sposobie, w jaki zaciska usta — ale nie odsuwa się. Zamiast tego robi coś, czego nie widziałem u niej nigdy wcześniej. Walczy. Kreuje iluzje tak realistyczne, że nawet ja przez chwilę wierzę, że dolina naprawdę się rozpada. Z jej dłoni wylewają się srebrzyste smugi, które materializują się w całe stada iluzorycznych wilków, a potem w gigantycznego, płonącego smoka, który rzuca się na najbliższy portal. Demon próbuje wyjść, ale smok zaciska na nim paszczę i ciągnie z powrotem w otchłań.

    Żołnierze wokół mnie wstrzymują oddechy, a ja czuję, jak żołądek mi się skręca. Bo Mael stoi za nią, obejmuje ją w talii jedną ręką i szepcze jej coś do ucha. Ona kiwa głową, a potem odwraca się lekko i… pozwala mu się pocałować.

    Nie jest to delikatny pocałunek. Jest szybki, pewny, niemal brutalny. Lili odwzajemnia go — krótko, ale zdecydowanie. Gdy ich usta się spotykają, obok Maela materializuje się ogromna, czarna pantera o srebrzystych oczach. Bestia ryczy, a jej sylwetka robi się wyraźniejsza, silniejsza, jakby pocałunek Lili właśnie wlał w nią świeżą porcję mocy.

    Feniks w mojej głowie wyje.

    „ONA GO CAŁUJE. ONA GO CAŁUJE, A MY STOIMY TUTAJ JAK IDIOCI. Spal go. Spal ich oboje. Nie, nie ją — tylko jego. Powoli. Żeby krzyczał. Żeby błagał. Żeby zrozumiał, że ona jest NASZA.”

    Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w dłonie. Asher stoi obok mnie. Również jest na granicy. Widzę, jak jego szczęka pracuje, jak palce drżą mu na rękojeści miecza. Jednak milczy. Tak jak i ja. Bo obaj widzimy, że to działa. Lili walczy. Naprawdę walczy. Nie zamiera ze strachu. Nie chowa się za naszymi plecami. Przy Maelu staje się tą wersją siebie, której nigdy nie pozwala sobie pokazać przy nas — ostrą, zdecydowaną, gotową zabijać.

    „Ona jest nasza” — syczy Feniks w mojej głowie, a jego głos jest już bardziej zwierzęcy niż ludzki. — „Nikt inny nie ma prawa jej dotykać. Nikt. Zabiję go. Zabiję ich wszystkich. A potem ukryję ją i nigdy więcej nie pozwolę nikomu innemu nawet na nią spojrzeć…”

    Lili odsuwa się od Maela i natychmiast kreuje kolejną iluzję — tym razem jest to ogromny, srebrny feniks, który rzuca się na portal z furią. Ironia jest tak wielka, że aż chce mi się śmiać. Albo wyć. Albo zejść tam na dół i spalić wszystko do gołej ziemi.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Siedzę w ogrodzie na dachu z książką na kolanach i staram się skupić na tekście, choć od kilku minut czuję, że ktoś mnie obserwuje. Wiem, kto to jest, zanim jeszcze się pojawi. Feniks wchodzi na taras w swojej dziecięcej postaci — mały, z wielkimi złotymi oczami i rudymi włosami w nieładzie. Wygląda tak niewinnie, że aż mnie to bawi. Podchodzi bliżej i zatrzymuje się kilka kroków ode mnie.

    — To ci tym razem nie pomoże — warczę, nie podnosząc nawet wzroku znad książki.

    Feniks przechyla głowę, jakby był małym ptaszkiem.

    — Nie? — pyta cichutkim, błagalnym głosem, szeroko otwierając oczy.

    Wiem, co robi. Zdaję sobie sprawę, że to czysta manipulacja. Wiem, że za tymi wielkimi oczami kryje się istota, która poprzedniego wieczora prawie spaliła kobietę żywcem w klubie. A jednak… wzdycham ciężko i odsuwam się trochę na sofie, robiąc mu miejsce. Feniks natychmiast wspina się obok mnie i wtula się w mój bok, ocierając policzkiem o moje ramię jak mały, zadowolony kot. Przez chwilę siedzi cicho, a ja wracam do lektury. Po chwili jednak zauważa, co mam na kolanach.

    — Wciąż to czytasz? — pyta, unosząc głowę. — Jeszcze nie skończyłaś?

    — Skończyłam — odpowiadam spokojnie, przewracając stronę. — Ale za każdym razem, kiedy kończę, pojawiają się nowe kartki. Wygląda na to, że książka sama się dopisuje.

    Feniks milczy, wpatrując się w książkę ze szczerą niechęcią.

    — Przekaż Cassianowi, że nie musi się czaić za drzwiami — odzywam się cicho. — Też może tu wejść.

    Zza drzwi tarasu słychać ciche westchnienie, a chwilę później pojawia się Cassian. Wygląda na zmęczonego i napiętego. Siada po mojej drugiej stronie, nie patrząc mi w oczy.

    — Przepraszam — mówi cicho. — Za to, że nad sobą nie zapanowałem.

    Nie odpowiadam. Po prostu odkładam książkę na bok i wtulam się w jego ramię. Cassian natychmiast przyciąga mnie do siebie — mocno, desperacko, z wyraźną ulgą. Jego dłoń zaciska się na moim ramieniu tak, jakby bał się, że zaraz zniknę. Przez chwilę siedzimy w ciszy.

    — Z tego, co zauważyłam — mówię w końcu, opierając głowę o jego tors — wkurzyła nie tylko ciebie, ale też Ashera. A naprawdę trudno sprawić, żeby on przestał być obojętny.

    Cassian nie odpowiada. Przytula mnie do siebie mocniej. Feniks, wciąż w dziecięcej postaci, wtula się w mój bok z drugiej strony i mruczy cicho pod nosem. Jakby nic się nie stało. Ja jednak wiem, że to się nie skończyło. I zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później będę musiała coś z tym zrobić.

    Note