Rozdział 13 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Asher
Kładę się na łóżku, obok Cassiana. W tym momencie cholernie mu zazdroszczę, bo jako jedyny może być przy niej… choć oczywiście nie tak jakby chciał.
— Opowiedz mi co robi — proszę.
Cassian podpiera głowę na łokciu i patrzy na mnie. Ma nieszczęśliwy wyraz twarzy.
— Nie chcesz tego wiedzieć — wzdycha.
Wiem, co ma na myśli, bo mimo słabnącej więzi i tak czuję ból. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jest teraz blisko Maela. Być może ten skurwiel trzyma ją właśnie w ramionach i… zdecydowanie nie chcę sobie tego wyobrażać.
— Chcę wiedzieć wszystko, co może mi w jakikolwiek sposób pomóc dopracować nasz plan — odpowiadam mu jednak stalowym głosem.
Chłopak przytakuje.
Wynajęliśmy mieszkanie po przeciwnej stronie ulicy — stare, ciasne, ale z idealnym widokiem na okna ich lokum. Dzięki Feniksowi, który jest tam w formie małego chłopca, znamy każdy szczegół tego, co się dzieje po drugiej stronie. Każdy gest, słowo, dotyk. To tortury, ale jednocześnie jedyna rzecz, która pozwala nam nie oszaleć.
Cassian właśnie kończy relacjonować, kiedy nagle rozlega się pukanie do drzwi. Otwieram je i zamieram. W progu stoi Lucas, którego się spodziewałem, ale… obok niego znajduje się Ivy. Irytacja uderza we mnie jak fala.
— Co ona tu, kurwa, robi? — warczę, nie siląc się na uprzejmość.
Dziewczyna nie cofa się. Patrzy prosto na mnie, z determinacją, jakiej u niej jeszcze nie widziałem.
— To samo, co wy — odpowiada twardo. — Przyjechałam po Lili.
Cassian za moimi plecami wydaje niski, wściekły pomruk. Feniks w jego głowie musi właśnie szaleć.
— Nie jesteś nam potrzebna — cedzę. — To nie jest twoja walka.
Ivy robi krok do przodu, a w jej oczach płonie coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem u tej małej, nieśmiałej dziewczynki.
— Lili zaopiekowała się mną od pierwszej chwili, gdy mnie zobaczyła — mówi stanowczo. — Broniła mnie, gdy wszyscy inni się odwrócili. Jest dla mnie jak starsza siostra. Więc tak, to jest też moja walka. I jestem pewna, że będzie mi łatwiej się do niej dostać niż wam.
Jej słowa trafiają celnie. Stoję w drzwiach i czuję, jak frustracja miesza się z zimną kalkulacją. Ivy nie jest już tą samą przestraszoną dziewczynką z początku roku. Jest wkurzona, zdeterminowana i gotowa zrobić absolutnie wszystko, żeby odzyskać Lili.
Patrzę na nią przez chwilę, po czym odsuwam się na bok, wpuszczając ich do środka.
— Wchodźcie — mówię chłodno. — Ale jeśli choćby przez sekundę staniesz nam na drodze…
Nie kończę zdania. Ivy przechodzi obok mnie, unosząc podbródek.
— Nie zamierzam wam przeszkadzać — odpowiada. — Chcę tylko ją odzyskać. Tak samo jak wy.
Zamykam drzwi. W mieszkaniu robi się ciasno. Trzech mężczyzn i jedna mała, ale cholernie uparta dziewczynka. Wszyscy mamy jeden cel. Odzyskać Lilien. Nawet jeśli będzie to oznaczało spalenie połowy Paryża.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Siedzimy w wynajętym mieszkaniu po przeciwnej stronie ulicy — ciasnym, ciemnym i pełnym napięcia. Powietrze jest ciężkie, jakby ktoś wyssał z niego cały tlen. Lucas chodzi nerwowo po pokoju, Ivy siedzi na parapecie z kolanami pod brodą, a Cassian opiera się o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi.
— Czemu nie możemy jej po prostu odzyskać siłą? — Lucas pyta zupełnie nie rozumiejąc sytuacji.
Patrzę na niego spokojnie, ale stanowczo.
— Ponieważ — odpowiadam mu pewnym głosem — Feniks nigdy nam na to nie pozwoli. Nie zrobi nic wbrew Lili.
Cassian niechętnie przytakuje.
— Asher ma rację. Jeżeli chodzi o nią… nie spodziewaj się po Feniksie logicznego myślenia.
Lucas zatrzymuje się i patrzy na nas z niedowierzaniem.
— Więc co? Mamy siedzieć i czekać, aż sama sobie przypomni?
— Nie — odpowiadam chłodno. — Będziemy działać, ale mądrze. Bez ryzyka, że Lilien jeszcze bardziej się nas wystraszy albo odwróci od nas na dobre.
Ivy podnosi głowę. Jej oczy błyszczą determinacją.
— Ja mogę się do niej zbliżyć łatwiej niż wy — mówi cicho, ale pewnie. — Ona się mnie nie boi. Jeśli uda mi się znaleźć blisko niej…
Wzdycham. Dziewczyna myśli zbyt prostolinijnie. Szczerze wątpię, żeby Mael miał jakiekolwiek opory przed zrobieniem jej krzywdy, a jestem pewien, że Lili bardzo nie spodobałoby się narażanie Ivy na takie niebezpieczeństwo.
Patrzę na nich i czuję, jak w mojej głowie powoli układa się plan. Nie jest jeszcze idealny, ale jest realny. Nie zamierzam siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak Mael kradnie mi Lilien. Odzyskamy ją. Nawet jeśli Feniks będzie musiał udawać, że przybył tu z piekła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Idę samotnie przez kampus Sorbonki, gdy nagle ktoś zastępuje mi drogę. Blondyn. Ten sam, którego wcześniej spotkaliśmy w restauracji na wybrzeżu. Jest wysoki, ma idealnie symetryczne rysy twarzy i oczy w kolorze głębokiego, czystego chabru. Jego włosy są jasne, lekko falujące, a spojrzenie… jest tak intensywne, że na moment zapiera mi dech. Wygląda jak książę z bajki, dokładnie taki, o jakim zawsze marzyłam w dzieciństwie — elegancki, królewski, absolutnie nierealny.
Serce mi przyspiesza, zanim zdążę pomyśleć.
— Lilien — mówi cicho, ale z taką pewnością, jakby znał mnie od lat. — Nazywam się Asher Aurelian. Jeszcze kilka tygodni temu byłem twoim ukochanym.
Zamieram.
— Słucham? — wyrywa mi się zduszony śmiech.
On robi mały krok w moją stronę, ale nie przysuwa się za blisko. Zostawia mi przestrzeń.
— Mael przy pomocy magii namieszał ci w pamięci — kontynuuje spokojnie, choć w jego oczach widzę ból. — Zabrał ci wspomnienia o mnie. O nas. O tym, co nas łączy.
Chcę uciec. Natychmiast. Nogi same chcą mnie ponieść w przeciwną stronę, bo to wszystko jest szalone. Jednocześnie… nie mogę się ruszyć. Czuję do niego dziwne, potężne przyciąganie. Chemię, która sprawia, że serce bije mi szybciej, a w brzuchu pojawiają się motyle. Jasne włosy, chabrowe oczy, ta spokojna, królewska aura — jest jak mój wymarzony ideał z kart książek. Jak bohater, o którym zawsze uwielbiałam czytać. To przeraża mnie jeszcze bardziej.
— Nie znam cię — szepczę, robiąc krok w tył.
Asher nie rusza się z miejsca. Zamiast tego unosi dłoń. Powietrze wokół nas faluje. Z cienia materializuje się ogromny, biały tygrys. Jest majestatyczny, eteryczny, jakby utkany z czystej magii. Jego futro lśni srebrzyście w jesiennym słońcu, a oczy mają ten sam chabrowy odcień co oczy Ashera. Tygrys patrzy na mnie spokojnie, bez agresji.
Nie drżę ze strachu. Wręcz przeciwnie, czuję dziwną, głęboką ufność.
— Magia istnieje, a ty też jesteś jej częścią — mówi Asher cicho.
Robię kolejny krok w tył, serce wali mi jak oszalałe.
— Chcę odejść — mówię drżącym głosem.
Asher kiwa głową. Nie próbuje mnie zatrzymać.
— Dobrze. Idź.
Odwracam się i odchodzę szybkim krokiem, ale czuję na sobie jego spojrzenie aż do momentu, gdy skręcam za róg budynku. Nie rozumiem, co się właśnie stało, ale wiem jedno — nieznajomy blondyn z chabrowymi oczami właśnie wstrząsnął moim światem. Nie jestem tylko pewna, czy to dobrze, czy bardzo, bardzo źle.
Kiedy wracam do domu, wciąż widzę przed oczami jego chabrowe oczy. Nie mogę zapomnieć jego widoku, ani tego, co mi powiedział.
Siadam na kanapie i na chwilę przymykam powieki. Maela jeszcze nie ma, musiał gdzieś wyjść w towarzystwie Feniksa, bo chłopca również nie ma w mieszkaniu.
W końcu wstaję, z zamiarem przygotowania czegoś do jedzenia. Staram się choć na chwilę wyłączyć myślenie.
Wtedy właśnie go widzę. Kolejny nieznajomy, który na dodatek, jakimś cudem, znalazł się w naszym mieszkaniu.
Chłopak jest wysoki, ma ciemne włosy i szare oczy, zupełnie, jak Mael, tylko jest znacznie szczuplejszy w ramionach. Poza tym pojawił się znikąd, zupełnie, jakby wyszedł z cienia.
— Nie bój się, nie planuję cię skrzywdzić — odzywa się spokojnym, łagodnym głosem. — Mam na imię Lucas.
Patrzę na niego bardziej zirytowana niż przestraszona. Jego obecność jest… dziwnie kojąca.
— Ty też zamierzasz mnie przekonywać, że straciłam pamięć, a tak naprawdę jestem twoją ukochaną? — Pytam sceptycznie.
Przecząco kręci głową.
— Kiedyś… byłaś moją przyjaciółką — oznajmia, ale bez emocji. — Przyszedłem do ciebie z czysto egoistycznych pobudek. Wysłuchasz mnie? — pyta.
— Zgoda — wzdycham, wskazując mu krzesło. Posłusznie je zajmuje, a ja siadam na przeciwko niego. — Czego chcesz? — pytam już z odrobinę mniejszą irytacją.
Chłopak wpatruje się we mnie przez dłuższa chwilę.
— Widzisz… jakiś czas temu więź, którą miałem z partnerką pękła, co bardzo mnie osłabiło — wyjaśnia. — Potem ty… odkryłaś, że możesz mi przekazywać swoją duchową energię, mimo że nie mamy względem siebie żadnych romantycznych uczuć — ciągnie. — Chciałem cię prosić, żebyś to kontynuowała, bo bez twojej pomocy…
Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest blady. Jego ręce drżą, a on sam… chyba ledwo trzymał się na nogach.
— Jak mam to zrobić? — pytam.
Jasne, być może chce mnie oszukać, ale teraz naprawdę wygląda jakby mnie potrzebował, a ja… szczerze chcę mu pomóc. Po tym wszystkim, co widziałam, trudno mi zaprzeczyć, że magia naprawdę istnieje.
— Nie jestem pewien — chłopak marszczy brwi. — Po prostu brałaś mnie za rękę i mi ją przekazywałaś, kiedy widziałaś, że jestem zmęczony.
Nie zastanawiam się zbyt długo. Kładę dłoń na jego ręce i myślę, jak dużym problemem będzie, jeśli tu zemdleje i zauważy to Mael. Widzę, jak nad naszymi splecionymi dłońmi pojawia się delikatne, srebrzyste światło. Moja energia… naprawdę ku niemu wędruje.
Chłopak przymyka oczy i oddycha z ulgą.
— Dziękuję, Lili — szepcze, a kiedy puszczam jego rękę, od razu wstaje. — Jestem twoim dłużnikiem. Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebowała, wystarczy, że dasz mi znać.
Mimo że na niego patrzę i jestem pewna, że nawet nie mrugnęłam, on po prostu znika. Zupełnie… jakby rozpłynął się w powietrzu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Dzięki naszym krótkim, ukradkowym spotkaniom z Lilien wiem teraz znacznie więcej. Dziewczynę otacza zakazana magia. Ta zaczerpnięta nie z duchowej energii, a z Krainy Cieni, prostu z odmętów piekła. Czuć ją w powietrzu wokół niej, jest ciężka, lepka, cuchnie siarką i starożytnym złem. Każdego, kto jej używa, prędzej czy później spotka zasłużona kara, ale ja nie mam czasu, żeby na to czekać.
Feniks wyczuł to od razu. Moc Królowej Demonów otacza Maela niczym druga skóra.
Stoję przy oknie wynajętego mieszkania i patrzę na budynek po drugiej stronie ulicy. Cassian siedzi na kanapie, milczący, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. W jego oczach płonie złoty ogień, co oznacza, że Feniks jest w pełni obecny.
— Feniks dalej twierdzi, że może pozbyć się Królowej Piekła? — pytam bez ogródek.
Cassian kiwa głową, a jego głos jest już w połowie głosem Feniksa.
— Twierdzi. I nie kłamie. Mówi, że spali ją, jeśli będzie trzeba. Razem z całym jej królestwem.
Milczę przez chwilę, ważąc słowa.
— Dobrze — odpowiadam w końcu. — Spróbujemy najpierw czegoś innego. Czegoś… subtelniejszego, ale jeśli to nie wypali… — Odwracam się od okna i patrzę prosto na Cassiana. Na nich obu. — …niech Feniks się nie powstrzymuje.
W oczach Cassiana pojawia się dziki, obłąkany błysk. Feniks uśmiecha się wewnątrz niego tym swoim drapieżnym, pozbawionym hamulców uśmiechem. Wiem, że zrozumieli. Nie obchodzi mnie cena, ani co spłonie. Nie ma znaczenia ile zasad złamie. Chcę tylko odzyskać moją czarodziejkę. Jeśli będzie trzeba spalić piekło, żeby ją uwolnić, to spalimy je do gołej ziemi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Mael zabrał Feniksa na polowanie, pozbywają się kilku niewygodnych dla Maela celi. Feniks działa obojętnie, bez głębszych refleksji czy emocji, jak dobrze naoliwiona maszyna do zabijania. Kiedy wracają pod kamienicę, w której mieszkają, ona stoi w płomieniach.
Dom płonie, ale nie spala się doszczętnie. Wiem, że Feniks uważnie tego pilnuje.
— Ugaś to natychmiast! — rozkazuje mu Mael, który sprawia wrażenie dziwnie zdesperowanego.
Feniks przekrzywia głowę i przypatruje się mu zaciekawiony, jakby Mael właśnie opowiedział mu bardzo kiepski żart.
— O co chodzi? Przecież jesteś bezpieczny — zauważa rozsądnie, a w mojej głowie rozlega się jego psychopatyczny chichot.
„Patrz na niego. Nasz wielki pan i władca nagle robi w majtki. Jak uroczo. Myślałem, że będzie bardziej stoicki, a tu taka panika. Ciekawe, czy jak spłonie, będzie smakował jak dobrze wysmażony befsztyk.”
— Ona… ona jest w środku! — panika w jego głosie wydaje mi się dziwna, jakby… zupełnie do niego nie pasowała, a jednak… brzmi niemal komicznie szczerze.
Feniks uśmiecha się leniwie.
— No i co z tego? — pyta Feniks, nie kryjąc rozbawienia. — To z tobą podpisałem kontrakt, nie z nią. Pamiętasz? Ja służę tobie. A ona… cóż. To już twój problem.
W mojej głowie Feniks rechocze głośno, z czystą, mroczną radością.
„Ona jest w środku. Jakie to słodkie. Byłoby zabawnie zobaczyć, jak Mael próbuje ją wyciągnąć. Może spali sobie ręce? Albo całą resztę. To by było… poetyckie. Mogę sobie pozwolić na odrobinę rozrywki, prawda?”
Mael patrzy na niego przerażony, a potem, ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, wbiega do środka płonącego budynku.
Feniks w mojej głowie nadal chichocze, wyraźnie rozbawiony całym przedstawieniem.
„Biegnij, bohaterze. Zobaczymy, czy twoja mała czarodziejka doceni, jak dla niej ryzykujesz. A jeśli nie… no cóż. Zawsze możemy powiedzieć, że próbowaliśmy. Albo że to był bardzo romantyczny, aczkolwiek lekko przypalony gest.”
Stoję na ulicy i patrzę na płonący budynek, a w mojej głowie Feniks nadal mruczy z zadowoleniem, jakby właśnie oglądał ulubiony serial.
„To będzie ciekawy wieczór” — szepcze z radością. — „Bardzo ciekawy. Może nawet z deserem.”
Muszę przyznać mu rację. Choć plan wymknął się spod kontroli, a Mael zachował się zupełnie wbrew oczekiwaniom Ashera, zrobiło się naprawdę zabawnie. Szczególnie, że płomienie Feniksa nigdy nie skrzywdziłyby Lili, o czym oczywiście Mael nie ma zielonego pojęcia.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Jestem wściekły, bo mimo kontraktu, nie potrafię zmusić Feniksa do niczego, czego ten nie chce zrobić. Nie spodziewałem się jednak, że jest w stanie zwrócić się również przeciwko Lilien. Nigdy jeszcze, w całym swoim dwudziestoletnim życiu, nie czułem tak oszałamiającego strachu.
Ku mojej uldze, płomienie jej nie dotknęły. Leży na łóżku, jest blada, ale oddycha spokojnie. Ignoruję ból spowodowany poparzeniami i biorę ją na ręce. Przywołuję do siebie panterę, która materializuje się przed nami i wyskakuje z drugiego piętra rozbijając okno. Z oddali słychać syreny zbliżającej się straży pożarnej. Chowamy się w bocznej alejce, gdzie otaczające nas ściany nie mają okien.
Lilien budzi się i patrzy na mnie zaskoczonym, zaspanym wzrokiem. Potem jej oczy się rozszerzają, bo zauważa stojący w płomieniach budynek. Jest już zupełnie rozbudzona. Dostrzega rozległe poparzenia na moim ciele. Jest wyrazie przerażona.
— Mael! — moje imię w jej ustach brzmi desperacko.
Ignoruję ból i jedną ręką przesuwam po jej włosach. Ważne, że jej nic się nie stało. Opieram czoło o jej czoło, biorąc głęboki oddech.
— Możesz mnie wyleczyć, jeśli chcesz — szepczę.
Dziewczyna natychmiast podchwytuje ten pomysł.
— Jak mogę to zrobić? — pyta zdecydowana działać.
— Nie bój się — szepczę, kiedy pantera podnosi łapę i delikatnie rani jej nadgarstek pazurem. Unoszę go do swoich ust. Czuję jej krew na swoich wargach. — Pomyśl, że chcesz mnie uleczyć — mruczę.
Jestem zachwycony, gdy wokół nas formuje się kilkadziesiąt motyli, w kolorze wytrawnego wina. Są naprawdę piękne. Siadają na moim poparzonym ciele, a ja czuję, jak skóra się goi, w miejscach, których dotykają. Dziewczyna również wygląda na naprawdę oczarowaną własną magią.
Potem ogarnia mnie złość, lodowata furia. Mogła dzisiaj zginąć, a ja… nie wyobrażam sobie świata, w którym jej nie będzie.
Przygląda mi się uważnie, a radość na jej twarzy zastępuje niepokój.
— Nie jesteś zadowolony? — pyta cicho.
Przyciągam ja do siebie stanowczo i zamykam w swoich ramionach.
— Ledwo cię zostawiłem, a już ktoś cię tak skrzywdził. Co będzie kiedy zabraknie mnie przy tobie? — wyrzucam z siebie to, o czym myślę.
Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Dlaczego tak się o nią martwię? To co czuję to nie posiadanie, ale troska. Z pełną świadomością i wszystkimi tego konsekwencjami, dociera do mnie, że… naprawdę ją kocham. To już nie tylko limerencja czy zwyczajna obsesja na jej punkcie. Kocham ją. Nie dlatego, że potrafiła kontrolować Feniksa, ani z powodu jej ogromnej, duchowej energii. Kocham ją dla niej samej. Mogłaby zupełnie nie mieć żadnej magii, a ja i tak chciałbym przy niej być.
— Co to? — pyta zdziwiona, wskazując na moje przedramię, na którym wciąż znajdują się strzępy spalonej bluzy. — Kiedy to zrobiłeś?
Odwracam głowę, by spojrzeć na zdobiący moje ciało czarny tatuaż z jej imieniem, który jarzy się srebrzystą poświatą. Tym razem jest… prawdziwy i… wcale mi nie przeszkadza.
— „Przyjmuję cię, jako swojego partnera”, powiedz to Lili — żądam od niej.
Przez chwilę patrzy na mnie podejrzliwie.
— Nie bardzo rozumiem… — zaczyna, ale przerywam jej, chwytając ją za ramiona.
— Po prostu to powiedz, proszę — patrzę na nią błagalnie.
— Przyjmuję cię, jako swojego partnera — wzdycha teatralnie.
Zachwycony czuję budząca się między nami magiczną więź. Przytulam ją do siebie ponownie. Mocno, stanowczo, niemal desperacko. Jestem pewien, że teraz nic już nie może pójść nie tak.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Czuję to, zanim jeszcze Feniks ruszy się z miejsca. Wiem, że to bardzo zły pomysł, a jednocześnie nie mam zamiaru protestować. Dla Lili… jestem gotowy na wszystko.
Feniks przejmuje kontrolę gwałtownie i bez pytania. Moje ciało robi krok w przód i nagle stoję przed czarną, wijącą się szczeliną portalu, która właśnie rozdarła powietrze na środku naszego salonu w wynajętym, paryskim mieszkaniu.
„Czas na małe sprzątanie” — szepcze mi Feniks w głowie, a jego głos jest pełen czystej, dziecięcej radości. — „Królowa Demonów za bardzo się rozpanoszyła. Jak śmiała swoją mocą dotknąć naszego Kochania?!” — radosne nuty przecina czysta, niekontrolowana złość.
Wskakujemy prosto w portal. Po drugiej stronie jest ciemno, gorąco, czuć smród siarki i spalonego mięsa. Feniks jest tym ewidentnie zachwycony i gdybym nie wiedział kim jest, sam zacząłbym się zastanawiać, czy nie jest przypadkiem demonem.
Znajdujemy się w samym sercu Piekła — w wielkiej, czarnej sali tronowej zbudowanej z kości i obsydianu. Sufit ginie gdzieś w mroku, a podłoga jest mokra od świeżej, jeszcze parującej krwi.
Na tronie z czaszek siedzi Ona. Królowa Piekła.
Jej oczy, dwie studnie płynnej lawy, rozszerzają się w ułamku sekundy, gdy nas widzi. Twarz jej blednie, a cała postać jakby się skurczyła.
„O nie…” — szepcze Feniks w mojej głowie z rozkosznym niedowierzaniem. — „Ona nas pamięta. Poznaje nas. Patrz, Cassian. Patrz, jak się boi. Jak pięknie się boi.”
Królowa wstaje. Jej głos drży, choć próbuje brzmieć władczo.
— Ciebie… nie powinno tu być. Nie teraz. Nie w tej formie.
Feniks — a właściwie już my — robi krok naprzód. Uśmiecha się tym swoim złotym, absolutnie obłąkanym uśmiechem.
— Wybacz, ale znudziło mi się czekanie na zaproszenie — mówi słodko. — Dawno się nie widzieliśmy. Pamiętasz, jak ostatnim razem spaliłem ci połowę Krainy Cieni, bo mi się nudziło? No to teraz mam jeszcze lepszy powód.
Unosi rękę. Cała sala eksploduje złotym ogniem. Płomienie nie są zwyczajne — są żywe, głodne, radosne. Owijają się wokół kolumn z kości, pożerają gobeliny utkane z dusz, liżą tron Królowej, jakby chciały ją pocałować przed śmiercią.
„Patrz, jak ładnie się pali” — chichocze Feniks w mojej głowie. — „Jakie piękne kolory. Czerwony, pomarańczowy, złoty… chciałbym, żeby Lili mogła je zobaczyć. Tylko że te płomienie nie są tak ładne jak ona. Nic nie jest tak ładne jak ona.”
Królowa próbuje się bronić. Wokół niej materializują się czarne, wijące się cienie, ale Feniks tylko macha ręką i one po prostu… znikają. Spopielają się w locie.
— Proszę… — jej głos już nie jest władczy. Jest błagalny. — Zrobię wszystko. Dam ci armię. Dam ci moc. Tylko nie…
— Nie? — Feniks przechyla głowę, udając zdziwienie. — Ale ja nie przyszedłem po „nie”. Przyszedłem po to, żebyś w końcu zamknęła swoją pieprzoną paszczę i przestała się wtrącać w moje sprawy. Swoją mocą dotknęłaś tego, co należy do mnie.
Robi krok bliżej. Ogień wokół niego tańczy jak żywe stworzenie.
— Wiesz co jest najśmieszniejsze? — pyta prawie czule. — Może będziesz miała farta i odrodzisz się w czymś ciekawszym. Może jako motyl. Albo jako ładna, mała dziewczynka. Wtedy będę mógł cię spalić jeszcze raz. I jeszcze raz. I kolejny. Będzie jak zabawa w nieskończoność.
Królowa Demonów pada na kolana. Jej dłonie drżą. Feniks unosi rękę.
„Czas na deser” — szepcze mi w głowie z czystą, dziecięcą radością.
Cała sala wypełnia się złotym, oślepiającym ogniem. Krzyk Królowej Demonów jest piękny, długi, wysoki i bardzo, bardzo szczery.
Feniks śmieje się głośno, radośnie, jak dziecko, które właśnie dostało największy prezent na świecie.
„Lili by się podobało” — mruczy, gdy płomienie pożerają wszystko wokół. — „Lili lubi, kiedy jej Kotek jest skuteczny, a ja właśnie byłem bardzo, bardzo skuteczny.”
Stoimy w samym środku piekła, które właśnie płonie, a w mojej głowie Feniks mruczy cicho, zadowolony jak kot po solidnym posiłku.
„Wracamy do domu, Cassian. Chcę powiedzieć Lili, że jej Kotek właśnie spalił problem i zrobił to z miłości.” — Uśmiecha się szeroko, obłąkańczo, pięknie. — „Ta okropna, śmierdząca magia przestanie wreszcie za nią łazić, a ona… ona nareszcie sobie o nas przypomni.”
Tylko problem polega na tym, że ja również sobie przypominam… coś, o czym zdecydowanie nie powinienem pamiętać.