Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Mael

    Mgła gęstnieje, a wraz z nią pojawia się smród siarki i spalonego mięsa. Demoniczne bestie wychodzą z cienia drzew. Mają czarne, pokraczne kształty ze zbyt wieloma kończynami i oczami, które jarzą się czerwienią. Nie są duże, ale jest ich sporo.

    Lilien zamiera. Widziałem już ten stan na treningach — jej ciało sztywnieje, oddech staje się płytki, a wzrok pusty. Wiem, że boi się krwi. Nawet jeśli jeszcze nie polała się żadna, jej umysł już tam jest.

    To idealny moment. Nie waham się. Przyciągam ją do siebie, jedną ręką obejmując w pasie, drugą unosząc przed nami. Czarna pantera materializuje się z cienia z niskim, gardłowym warknięciem i rzuca się na najbliższą bestię, rozszarpując ją jednym uderzeniem łapy.

    — Trzymaj się mnie — mówię cicho, ale stanowczo.

    Ona nie reaguje. Stoi jak sparaliżowana, a ja czuję, jak jej serce bije jak oszalałe.

    Przez ostatnie tygodnie nie miałem dostępu do jej duchowej mocy. Nawet, gdy chciałem ją ukraść, jej energia sama mnie odrzucała, jak żywa tarcza. Moc, którą pożyczam od demonów dzięki kontraktowi z Feniksem, jest doskonała do manipulacji, do iluzji, do szeptów w głowach… ale nie do walki. Nie do tego, co dzieje się teraz.

    Bestie zbliżają się. Pantera warczy, ale jest ich zbyt wiele. Patrzę na Lilien — na jej szeroko otwarte, nieobecne oczy — i podejmuję decyzję. Pochylam się i całuję ją. Nie delikatnie. Nie pytająco. Mocno, głęboko, zaborczo — tak, jak chciałem to zrobić od tygodni. Moje usta na jej ustach, jedna ręka na jej karku, druga na dole pleców, przyciągająca ją jeszcze bliżej. Smakuje strachem, zaskoczeniem i czymś słodkim. Dobrze. Niech czuje, że w tej chwili nie ma ucieczki.

    Przez ułamek sekundy nic się nie dzieje. Potem Lilien reaguje. Odsuwa się gwałtownie, sapie i patrzy na mnie z mieszanką furii i niedowierzania.

    — Ty… ty cholerny… — zaczyna, ale nie kończy, bo w tym samym momencie kreuje iluzję.

    Powietrze wokół nas faluje. Nagle bestie widzą nie nas, a dziesiątki kopii Lilien i mnie, biegnących w różne strony lasu. Zdezorientowane potwory rzucają się w różne kierunki, warcząc i kłapiąc paszczami na puste cienie.

    Lilien patrzy na mnie z triumfalnym, wkurzonym błyskiem w oczach.

    — Następnym razem po prostu powiedz, że potrzebujesz mocy, zamiast mnie atakować jak jakiś barbarzyńca — warczy, ale w jej głosie jest już coś lekkiego, prawie rozbawionego.

    Nie czekam na pozwolenie. Przyciągam ją z powrotem i całuję znowu — tym razem ona sama mi na to pozwala. Jej usta są gorące, gniewne, ale oddaje pocałunek z taką samą siłą. Czuję, jak jej duchowa energia wlewa się we mnie, złocista, ciepła, potężna. Tym razem nie odrzuca mnie. Daje mi siebie.

    Kiedy się odsuwam, oboje z trudem łapiemy oddechy. 

    — Lepiej? — pyta z sarkazmem, ale jej policzki są zarumienione.

    Uśmiecham się powoli, czując, jak moc pulsuje mi w żyłach.

    — Znacznie.

    Pantera wraca do mnie, a ja rzucam się do przodu, wzmocniony jej energią. Bestie padają jedna po drugiej. Lilien stoi za mną, a w jej spojrzeniu płonie ogień i to jest piękniejsze niż jakakolwiek iluzja, którą kiedykolwiek stworzyłem.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Kiedy już zaczynamy rozmawiać, nie mogę przestać mówić. Wylewa się ze mnie potok słów. Wszystko to, co chciałam powiedzieć przez ostatnie miesiące, ale nie miałam komu. Mael… jest idealnym słuchaczem. Nie przerywa mi, zawsze wie, co odpowiedzieć, a przede wszystkim, nieszczególnie zależy mi na tym, co o mnie pomyśli. 

    — Więc mówisz, że dla ciebie ten świat był historią zapisana w książce? — pyta zaciekawiony. 

    Przytakuję. 

    — Słyszałeś o mnie w jakiejś dziwnej przepowiedni? — dopytuję. — Dziewczyna z innego świata, która zmieni przeznaczenie? Nie było tam większej ilości szczegółów? — chcę wiedzieć.

    Mael patrzy na mnie niemal przepraszająco.

    — Przepowiednie nigdy nie wydawały mi się szczególnie interesujące, dlatego w nie nie wnikałem. Moja wiedza na ich temat jest dość lakoniczna — wyjaśnia. — Jednak kiedy wrócimy, możesz zapytać mojej siostry. Zna je na pamięć. 

    — Więc w jaki sposób nagle stałam się interesująca? — jestem naprawdę zaciekawiona.

    Chłopak wzrusza ramionami.

    — Zainteresował mnie Feniks, nie ty — przyznaje z brutalną szczerością. 

    Ze śmiechu niemalże krztuszę się własną śliną.

    — Ok… Nie wnikam.

    — Jaką miałem rolę w twojej książce? — teraz to on zadaje pytanie.

    — Przykro mi to mówić, ale w ogóle cię tam nie było. To historia Angelicy i Cassiana — wyjaśniam. — Trwa przez trzy lata nauki w Akademii. Z jakiejś przyczyny moja obecność skondensowała wszystkie wydarzenia do jednego roku. 

    Mael krzywi się nieznacznie. 

    — Wolę twoją wersję historii — stwierdza. — Nie chciałbym czytać powieści z Angelicą w roli głównej.  

    Śmieje się cicho, kręcąc głową, a mgła wokół nas wydaje się gęstnieć, jakby sama chciała nas zamknąć w tej chwili tylko we dwoje. Idziemy dalej, powoli, a on nie puszcza mojej dłoni. Gest jest spokojny, prawie naturalny, jakbyśmy robili to od lat.

    — Wiesz… — odzywa się po dłuższej chwili, głos ma niski i szczery, bez tej swojej zwykłej kalkulującej nuty. — Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tobie w przepowiedni, myślałem, że będziesz po prostu kolejnym elementem układanki. — Zatrzymuje się. Mgła wiruje między nami, a on odwraca się w moją stronę. Jego stalowoszare oczy są zaskakująco miękkie. — Jesteś pierwszą osobą w moim życiu, którą naprawdę chciałem poznać. Nie wykorzystać. Nie kontrolować. Po prostu… być przy tobie. Patrzeć, jak się uśmiechasz. Jak się wkurzasz. Jak bronisz tych, na których ci zależy. Nigdy wcześniej nie miałem na to ochoty. 

    Czuję, jak coś w mojej piersi niebezpiecznie się zaciska. Nie chcę tego czuć, ale jego słowa są zbyt szczere, zbyt spokojne, zbyt… prawdziwe. Przeklinam w duchu łączącą nas magiczną więź, z powodu której nie jest w stanie mnie okłamać. Zdecydowanie wolałabym, żeby była to kolejna manipulacja.

    — A co, jeśli to tylko iluzja? — pytam cicho. — Jeśli wszystko, co teraz czujesz, to tylko dlatego, że mnie „zdobyłeś”?

    Mael uśmiecha się lekko, tym rzadkim, prawie smutnym uśmiechem, którego prawie nigdy nie pokazuje.

    — Wtedy i tak bym nie odpuścił — odpowiada. — Bo nawet jeśli to iluzja… to najlepsza, jaką kiedykolwiek miałem.

    Przez chwilę stoimy w całkowitej ciszy. Mgła otula nas jak koc, a on nie puszcza mojej dłoni. Drugą ręką delikatnie odgarnia mi wilgotny kosmyk włosów z twarzy. Gest jest prosty, ale tak intymny, że czuję, jak robi mi się gorąco mimo panującego wokół nas chłodu.

    — Nie proszę, żebyś mi wybaczyła — mówi cicho. — Wiem, że to, co zrobiłem, jest niewybaczalne. Chcę tylko, żebyś wiedziała… że dla mnie to nigdy nie było wyłącznie grą. Od momentu, kiedy cię poznałem, przestało nią być.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Stoję w ciemnym korytarzu hotelu, kiedy powietrze nagle gęstnieje. Feniks w mojej głowie sztywnieje. Jest jak napięta struna.

    „Ktoś nas obserwuje” — warczy cicho, a jego głos jest zimny i drapieżny. — „Nie nasz. Pachnie… starymi bogami. Przysłali kogoś, żeby sprawdzić, czy to naprawdę my powróciliśmy.”

    Zza zakrętu wychodzi postać, to wysoki mężczyzna w długiej, ciemnej szacie, ze znajomym symbolem panteonu nad sercem. Jego oczy są srebrzyste, nienaturalne, otacza go mistyczna aura, a ja rozpoznaję w nim sługę. Patrzy prosto na mnie i uśmiecha się z szacunkiem, jakby właśnie zobaczył boga.

    — Panowie z panteonu chcieliby… — zaczyna.

    Nie kończy.

    Feniks przejmuje kontrolę w ułamku sekundy. Moje ciało rusza naprzód tak szybko, że mężczyzna nawet nie zdąża mrugnąć. Chwytam go za gardło, unoszę do góry i jednym płynnym ruchem skręcam mu kark. Trzask jest cichy, niemal przyjemny.

    „Nie mam ochoty dyskutować” — mruczy Feniks w mojej głowie z czystą, dziecięcą irytacją. — „Ani z przyjaciółmi, ani z wrogami. Nie teraz. Nie kiedy Kochanie jest gdzieś tam sama.”

    Przywołuję orła. Wielki, złocisty ptak materializuje się z cienia, jego skrzydła błyszczą jak gwiazdy. Rośnie jeszcze większy, bo tego od niego oczekujemy. Feniks wrzuca ciało sługi w jego szpony — bezwładne, ociekające krwią.

    — Zabierz to z powrotem — mówi, a jego głos jest niski i zimny. — Powiedz im, że nie życzę sobie wizyt. Ani teraz, ani nigdy. Jeśli jeszcze ktoś przyjdzie… następnym razem wyślę całą armię.

    Orzeł wydaje ostry skrzek i znika pozostawiając po sobie jedynie złotą smugę, zabierając szczątki jako makabryczne ostrzeżenie.

    Feniks w mojej głowie chichocze nisko, obłąkańczo.

    „Niech wiedzą, że nie jestem ich zabawką. Nie jestem ich rozrywką. Jestem tylko jej. I jeśli ktokolwiek spróbuje mi ją zabrać…”

    Wtedy czuję jak Lili się oddala. Przed chwilą jeszcze była w pobliżu, w hotelu, a teraz jej nie ma. Przez ułamek sekundy świat robi się czerwony. Feniks eksploduje we mnie z taką furią, że aż mi dech zapiera.

    Biegnę tam, gdzie wyczuwałem ją ostatnio. Widzę przerażoną twarz Ashera, wpatrującego się w pustą przestrzeń i wyczuwam pozostałości portalu. Asher powoli, tłumiąc emocje, wyjaśnia co się przed chwilą stało. 

    „ONA ZNIKNĘŁA?! Z NIM?! Z TYM ŚLISKIEM SUKINSYNEM?!” — Feniks ryczy w mojej głowie, a jego głos jest już całkowicie szalony. — „Czuję ją! Czuję naszą Lili przez więź, ale zaświaty to pieprzony labirynt! Nie znam wszystkich przejść, poza piekłem, które właśnie spaliłem! Będę otwierał portale losowo, dopóki jej nie znajdę!”

    Czuję, jak cała piekielna moc, którą przejął po królowej, budzi się we mnie jak żywa bestia.

    „Wysyłam wszystko” — warczy Feniks, a w jego głosie jest czysta, mordercza determinacja. — „Każdego demona, każdą bestię, każdą duszę, którą mogę zmusić do posłuszeństwa. Niech przeszukają każdy zakamarek zaświatów. Niech spalą wszystko, co stanie im na drodze. Lili jest nasza. NASZA. I nikt, ani bogowie, ani Mael, ani całe pieprzone piekło, mi jej nie zabierze.”

    Stoję w korytarzu, serce wali mi jak oszalałe, a w głowie Feniks już planuje apokalipsę. Tym razem nie próbuję go powstrzymać. W tej chwili… ja też chcę spalić cały świat, żeby ją odzyskać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Odnoszę wrażenie, jakbyśmy niemalże popadali w rutynę. Chodzimy po dziwnym, zamglonym lesie, a ja nie odczuwam zmęczenia. Mael przez cały czas jest tuż przy mnie, nie oddala się ani na krok. Bezustannie przytula mnie jedną ręką albo splata palce z moimi tak pewnie, jakby już dawno uznał, że to jego miejsce. Wciąż ze mną rozmawia, a naszą wymianę zdań co jakiś czas przerywają wyłaniające się z miedzy drzew potwory. Chłopak zabija je systematycznie, niemalże rutynowo, a ja czuję, że również na mnie przestały robić jakiekolwiek wrażenie. 

    Kiedy ostatnia z demonicznych bestii pada na ziemię, po prostu idziemy dalej, kontynuując rozmowę. Najwyraźniej nawet ja do wszystkiego mogę się przyzwyczaić. 

    Opowiadam Maelowi o tym, jak Feniks chciał wyleczyć moją traumę, zmuszając mnie do kąpieli w basenie po brzegi wypełnionym krwią. On narzeka na to, jak uciążliwe było towarzystwo Angelicy. Między wierszami wyczuwam, jak bardzo znudzony życiem był Mael, zanim trafił do Akademii Róż i Zaklęć. Odnoszę wrażenie, że niewiele rzeczy sprawiało mu radość, a tym bardziej wywoływało ekscytację. 

    Mimowolnie przypominam sobie Paryż i odnoszę wrażenie, że naprawdę podobało mu się tamto życie. Sama przed sobą muszę przyznać, że ja również mogłabym obyć się bez zagrożeń i wszechobecnych dramatów. W przeciwieństwie do Angelicy nie lubię być w centrum uwagi i na ten temat też żalę się Maelowi.   

    — Masz trzech chłopaków — przypomina mi brutalnie, bez cienia żartu. — Już samo to wzbudza zainteresowanie.

    — Dwóch, nie trzech — prostuję. 

    — Odnoszę wrażenie, że Feniks klei się do ciebie bardziej, niż pozostała dwójka.

    — Och, czyli cos ci jednak umknęło — uśmiecham się triumfalnie. 

    — Co masz na myśli?

    — Feniks to Cassian, tylko bez hamulców — wyjaśniam mu lekko. — Jak Dr Jekyll i Mr Hyde — podsuwam mu skojarzenie. 

    Mael patrzy na mnie zupełnie zbity z tropu.

    — Co masz na myśli?

    — W oryginale Feniks budzi się, bo Cassian umiera, ale jest tylko jego duchową bestią — wyjaśniam. — W tej wersji rzeczywistości zrobiłam coś… co obudziło go w pełni. Dlatego są dwaj, ale tak naprawdę to nie, bo dzielą wszystkie myśli i wrażenia. Brzmi, jak psychoza, prawda? — stwierdzam odrobinę niezręcznie.   

    — To nieco zmienia postać rzeczy… — mruczy Mael, a w jego głosie słychać autentyczne zaskoczenie.

    Mael milczy przez kilka kroków. Mgła wokół nas jest tak gęsta, że drzewa wyglądają jak duchy, a nasze kroki są niemal bezdźwięczne na miękkim mchu. Nie puszcza mojej dłoni. Trzyma ją pewnie, ciepło, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie i jakby już dawno postanowił, że nigdy mnie nie puści.

    W końcu parska cichym, krótkim śmiechem, nie zdumionym, tylko jakby właśnie poukładał sobie w głowie całą układankę.

    — Czyli przez cały ten czas… to był jeden chłopak. Dwa oblicza. Jeden z hamulcami, drugi bez. I ty… ty po prostu to akceptujesz.

    Patrzę na niego z boku. W tej mgle jego twarz wygląda mniej ostro, ale wciąż jak oblicze zimnego stratega, który właśnie znalazł nową zmienną w równaniu.

    — Nie wiem, czy to akceptacja, czy po prostu… nie mam już siły walczyć z tym, co jest — przyznaję szczerze. — Feniks jest częścią Cassiana. Nie da się ich rozdzielić. I szczerze? Czasem… nawet nie chcę. Lubię, kiedy jest bez hamulców i nie musi udawać.

    Mael zatrzymuje się nagle. Odwraca mnie do siebie jednym pewnym ruchem — nie prosi, nie pyta, po prostu robi. Mgła osiada na jego rzęsach, a stalowoszare oczy patrzą na mnie z tą samą, niezmienną pewnością.

    — Wiesz, co jest najdziwniejsze? — mówi cicho. — Zazdroszczę mu. Nie ciebie… no dobrze, ciebie też. Ale przede wszystkim zazdroszczę mu tego, że może być przy tobie bez masek. Ja przez całe życie nosiłem maskę. Nawet przed samym sobą. A ty… ty patrzysz na kogoś takiego jak Feniks i nie uciekasz. Nie próbujesz go zmienić. Po prostu… jesteś.

    Jego kciuk sunie po wierzchu mojej dłoni — powoli, świadomie, zaborczo. Gest jest prosty, ale tak intymny, że czuję, jak robi mi się gorąco mimo chłodnej mgły.

    — Jesteś pierwszą osobą, przy której nie czuję potrzeby bycia kimś innym — dodaje jeszcze ciszej, ale ton jego głosu jest absolutnie pewny. — I właśnie dlatego będziesz moja, Lilien.Patrzę na niego i nie wiem, co powiedzieć. W jego słowach nie ma prośby. Nie ma bezradności. Jest tylko fakt — zimny, precyzyjny i absolutnie nieunikniony.

    — Nie wiem, co z tym zrobić — szepczę w końcu.

    Mael uśmiecha się tym swoim arystokratycznym, lekko znudzonym uśmiechem, który teraz jest tylko dla mnie.

    — Nie musisz nic robić — odpowiada spokojnie. — Wystarczy, że jesteś tu. Przy mnie. Tak blisko.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    W końcu ją wyczuwam. Feniks i ja jesteśmy jednym — rude włosy, złociste oczy, aura tak gorąca, że powietrze wokół drży. Idziemy przez zaświaty jak jeden byt, jak jeden gniew. I nagle… jest. Jej zapach. Jej obecność. Słaba, ale wyraźna.

    Przyspieszam. Mgła się rozstępuje i widzę ich.

    Lili idzie obok Maela. Lili idzie obok niego i… zachowuje się, jakby była na pikniku. Uśmiecha się. Jest rozluźniona. W jej oczach nie ma nawet grama strachu.

    Feniks we mnie eksploduje.

    „ONA SIĘ UŚMIECHA?! DO NIEGO?! PO TYM WSZYSTKIM?!” — ryczy w mojej głowie, a jego furia jest tak czysta, że aż pali. — „Czuję to przez więź… czułem każdy jej pocałunek. Każde muśnięcie jego ust. Każde westchnienie, które nie było naszym imieniem. Spalę go. Spalę go tak powoli, że będzie błagał o śmierć.”

    Otwieram wyrwę. Czarny, wirujący rozstęp rozrywa powietrze tuż przed nimi. Mael ledwo zdąża zareagować, a już oboje spadają w ciemność.

    Rzucam się za nimi. Chwytam Lili w locie — mocno, desperacko, jakby od tego zależało całe moje istnienie. Trafia prosto w moje ramiona. Czuję jej ciało, ciepło, upojny zapach. Przez ułamek sekundy wszystko jest na swoim miejscu.

    Potem się rozdzielamy. Feniks wyrywa się ze mnie w pełni — rude włosy, złociste oczy, płonąca aura. Stoi obok mnie, a ja wciąż trzymam Lili. Obaj patrzymy na Maela, który podnosi się z ziemi kilka metrów dalej.

    Feniks nie mówi ani słowa. Po prostu rzuca nim o ścianę z taką siłą, że kamień pęka. Mael uderza plecami, osuwa się, ale Feniks jest już przy nim — chwyta go za gardło i przyciska do ściany, unosząc kilka centymetrów nad ziemią.

    — Czułem każdy jej pocałunek — warczy Feniks, a jego głos jest podwójny, mój i jego jednocześnie. — Każde muśnięcie twoich brudnych łap. Każde westchnienie, które mi ukradłeś. Myślisz, że możesz ją zabrać? Myślisz, że możesz jej dotykać i przeżyć?

    Lili drży w moich ramionach. Czuję przez więź, jak bardzo jest skołowana, ale ja… ja nie mogę oderwać wzroku od Maela.

    Feniks szczerzy zęby w uśmiechu, który nie ma już w sobie nic ludzkiego.

    — Jesteś martwy — szepcze. — Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

    W tej chwili wiem, że tym razem go nie powstrzymam. Bo ja też tego chcę.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Czuję, jak spadam, a potem nagle jestem w ramionach — silnych, gorących, znajomych. Cassian. Jego ciało jest napięte jak struna, serce wali mu tak mocno, że czuję je przez koszulę. Wtulam się w niego instynktownie, chowając twarz w jego szyi, wdychając jego zapach. Ulga jest tak ogromna, że niemal bolesna. W końcu! Wreszcie jest przy mnie. Teraz jestem bezpieczna.

    Potem jednak czuję, jak się zmienia. Feniks się wyrywa. Rude włosy, złociste oczy, płonąca aura — staje obok nas, oddzielony, ale wciąż ten sam. Obaj patrzą na Maela z taką furią, że powietrze robi się gorące.

    Serce mi zamiera.

    — Cassian… — szepczę drżącym głosem, ale on już nie patrzy na mnie. 

    Patrzy na Maela jak na coś, co chce rozszarpać gołymi rękami.

    Feniks rzuca nim o ścianę z siłą, od której pęka kamień. Mael uderza plecami, osuwa się na podłogę, ale Feniks jest już przy nim, chwyta go za gardło i unosi w powietrze.

    Czuję falę strachu. Czemu są tak bardzo wściekli? Przecież tym razem to nie była jego wina… 

    — Czułem każdy jej pocałunek — warczy Feniks, a jego głos jest podwójny, Cassiana i jego jednocześnie. — Każde muśnięcie twoich brudnych łap. Każde westchnienie, które mi ukradłeś. Myślisz, że możesz ją zabrać? Myślisz, że możesz jej dotykać i przeżyć?

    Drżę w ramionach Cassiana. Czy… Feniks jest po prostu zazdrosny? Wyrywam się z jego uścisku, świadoma, że jest gotowy go zabić.

    — Kotku, nie!

    Mój głos jest ostry, drżący, pełen desperacji. Robię krok w stronę Feniksa, oczy mam szeroko otwarte.

    — Kotku, nie… proszę — powtarzam ciszej, ale z bólem, który czuję aż w piersi. — Nie rób tego. Zostaw go w spokoju.

    Feniks zamiera. Jego ręka wciąż zaciska się na gardle Maela, ale odwraca głowę w moją stronę. W złotych oczach widać mieszankę wściekłości i zaskoczenia.

    — Wiem, że jesteś wściekły… obaj jesteście — mówię, przenosząc wzrok z Feniksa na Cassiana. Głos mi się łamie. — Ale tym razem to nie jego wina. Nie chcę, żebyś go torturował. 

    Feniks warczy nisko, ale powoli, bardzo powoli puszcza Maela. Chłopak osuwa się po ścianie, łapiąc oddech.

    Podchodzę bliżej i kładę drżącą dłoń na ramieniu Feniksa.

    — Kotku… — szepczę miękko, ale stanowczo. — Proszę.

    Feniks patrzy na mnie długo. W jego oczach płonie furia, ale pojawia się też coś miękkiego, coś, co jest zarezerwowane wyłącznie dla mnie.

    — Dla ciebie… — mruczy w końcu, głosem pełnym napięcia. — Tylko dla ciebie.

    Wtulam się w niego, a potem przyciągam do siebie też Cassiana. Stoimy tak we trójkę — dwóch wściekłych, zaborczych mężczyzn i jedna dziewczyna, która wreszcie może odetchnąć z ulgą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Biegnę tak szybko, że płuca mi płoną. Serce wali jak oszalałe, a w głowie mam tylko jedno — Lili. Kiedy w końcu ich widzę, nogi same uginają mi się z ulgi.

    Lili jest cała. Stoi między Cassianem a Feniksem, wtulona w ramiona tego pierwszego, a on obejmuje ją tak, jakby chciał wtopić się w nią na stałe. Oddycham ciężko, opierając dłonie na kolanach, i czuję, jak łzy napływają mi do oczu.

    — Lili… — szepczę z ulgą. — Dzięki Bogom… jesteś cała…

    Ale wtedy mój wzrok przesuwa się trochę w bok. I zamieram.

    Feniks… trzyma Maela za gardło. Podniósł go kilka centymetrów nad ziemię i przyciska do ściany z taką łatwością, jakby ten ważył tyle co piórko. Twarz Maela jest czerwona, a on sam nie może oddychać. Feniks patrzy na niego z zimnym, absolutnym spokojem — tym samym, który zawsze mnie fascynował… ale teraz wygląda zupełnie inaczej.

    Widzę, jak palce Feniksa zaciskają się mocniej. Jak jego złociste oczy są całkowicie pozbawione litości. Jakby zabicie Maela było dla niego czymś tak prostym i naturalnym jak oddychanie.

    Robi mi się zimno. On… on naprawdę mógłby go zabić — myślę, a ta świadomość uderza we mnie jak cios. — Z zimną krwią. Bez mrugnięcia okiem. Bo ktoś dotknął Lili.

    Nagle wszystko, co wcześniej wydawało mi się urocze i opiekuńcze w Feniksie, nabiera zupełnie innego, mrocznego odcienia. Ten sam chłopak, który nazywał mnie pisklakiem, który dawał mi swoją bluzę, który chronił mnie przed Angelicą… teraz wygląda jak ktoś, kto bez wahania mógłby zabić człowieka.

    Cofam się o krok, odruchowo zasłaniając usta dłonią.

    Lili nie wygląda na przestraszoną. Mówi tylko — „Kotku, nie!” — i podchodzi do niego, ale ja stoję jak wmurowana. Właśnie w tej chwili naprawdę zobaczyłam, kim jest Feniks i po raz pierwszy… naprawdę się go boję.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Siedzę na podłodze w rogu salonu, plecami oparty o chłodną ścianę. Ogień w kominku trzaska cicho, ale ja ledwo rejestruję dźwięk. Cała moja uwaga jest skupiona na niej. Wiem, że to tylko kwestia czasu. 

    W końcu to się dzieje. Lili wstaje od stołu i podchodzi do mnie. Bez słowa siada tuż obok. Tak blisko, że nasze kolana się stykają. Czuję ciepło jej uda przez materiał spodni i przez chwilę zapominam, jak się oddycha.

    Nie dotykam jej pierwszy. Czekam. Chcę, żeby to ona zrobiła ten krok — bo wtedy później nie będzie mogła powiedzieć, że ją do czegokolwiek zmusiłem. Ku mojej satysfakcji ona to robi. Jej ramię ociera się o moje. Kolano lekko wciska się w moje udo. Czuję, jak jej oddech przyspiesza, gdy uświadamia sobie, jak bardzo jesteśmy blisko. Mój oddech również przyspiesza. Każdy centymetr jej ciała przy moim jest jak iskra na suchej skórze.

    — Dlaczego postanowiłaś usiąść właśnie tu? — pytam cicho, głosem niższym niż zwykle. 

    Mój oddech muska jej skroń. Lili się nie odsuwa. Patrzy na mnie tymi swoimi szmaragdowymi oczami, w których jest gniew, ciekawość i coś, co sprawia, że czuję dreszcz w dole kręgosłupa.

    — Bo tu jest… spokojnie — odpowiada szeptem.

    Uśmiecham się powoli, ale nie łagodnie. Nachylam się odrobinę bliżej, tak że nasze nosy prawie się stykają. Czuję ciepło jej oddechu na swoich ustach.

    — Kłamiesz — szepczę. — Usiadłaś tu, bo wiesz, że przy mnie nie musisz udawać. 

    Moja dłoń sama wędruje do jej kolana. Kładę ją tam pewnie, kciukiem zataczając małe, powolne kręgi po materiale spodni. Czuję, jak jej ciało drży. Tylko odrobinę, jednak to wystarczy.

    — Jesteś jedyną osobą, przy której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem — kontynuuję tym samym, niskim, precyzyjnym tonem. — I właśnie dlatego będziesz moja, Lilien. Nawet jeśli Feniks będzie mnie za to rozrywał na kawałki. Pragnę cię tak bardzo, że aż boli.

    Jej oddech się urywa. Widzę, jak jej wargi rozchylają się lekko. Czuję, jak jej serce przyspiesza — tak samo jak moje. Nachylam się jeszcze bliżej, aż nasze czoła się stykają. Moje palce na jej kolanie zaciskają się — nie delikatnie, tylko stanowczo, zaborczo.

    — I wiesz co jest najlepsze? — szepczę, muskając nosem jej nos. — Że ty też to czujesz. Nawet kiedy się wściekasz. Nawet kiedy próbujesz mnie znienawidzić. Twoje ciało pamięta mnie. Pamięta każdy mój dotyk.

    Lili drży. Mocno. Uśmiecham się powoli, czując, jak między nami narasta coś gorącego, gęstego i absolutnie nieuniknionego.

    — Nie musisz nic mówić — dodaję cicho, ale w moim głosie nie ma prośby. Tylko fakt. — Wystarczy, że jesteś tu. Przy mnie. Tak blisko.

    — Zamierzasz mnie prowokować? — pyta, ale tym razem w jej słowach nie ma już złości. 

    Patrzę jej prosto w oczy.

    — Nie przyszłoby mi to do głowy — mruczę do niej cicho. — W końcu nie chcę, żebyś sobie poszła. Biorę to, co i tak już należy do mnie — dodaję.  

    Zostaję tak, z czołem przy jej czole, z dłonią na jej kolanie, z jej oddechem na moich wargach, świadomy każdego dreszczu, który przebiega przez jej ciało. Wiem, że to dopiero początek.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Ulga jest tak silna, że czuję się lekki jak puch. Lili siedzi przy stole obok mnie, cała, ciepła, żywa. Jej dłoń czasem muska moje udo pod blatem, jakby chciała się upewnić, że naprawdę tu jestem. Śmieje się z czegoś, co powiedział Ian, policzki ma zarumienione od wina i od żaru z kominka. Patrzę na nią i czuję, jak coś we mnie się rozluźnia po raz pierwszy od wielu dni. Wróciła. Cała. Zdrowa.

    Jednocześnie… ta ulga miesza się z czymś ciemnym i gorzkim, co nie chce odejść. Mael. Gdyby nie on, byłaby tam zupełnie sama.

    Siedzi teraz w rogu salonu, na podłodze, oparty plecami o ścianę. Wygląda na zupełnie obojętnego, ale co chwilę wodzi za nią wzrokiem. I wtedy to się dzieje — Lili wstaje od stołu, podchodzi do niego i bez wahania siada obok. Na podłodze. Tuż przy nim.

    Są tak blisko, że niemal stykają się kolanami. Ona podciąga nogi, on lekko się obraca w jej stronę. Rozmawiają cicho, tak cicho, że nikt inny nie słyszy. Jej głowa jest pochylona ku niemu, a on patrzy na nią skupionym, intensywnym spojrzeniem.

    Czuję, jak szczęka mi się zaciska tak mocno, że aż boleśnie. Przez więź wciąż czuję echo tego, co działo się po drugiej stronie portalu. Jej usta na jego ustach. Jego dłonie na jej ciele. To nie był jej wybór — wiem o tym. Rozumiem, że to była konieczność, ale i tak czuję to wszystko, jakby działo się teraz. Jakby wciąż smakowała nim.

    Lili śmieje się cicho z czegoś, co powiedział Mael. Nachyla się jeszcze bliżej, żeby lepiej go słyszeć. Ich ramiona prawie się dotykają.

    Wstaję powoli. Podchodzę do okna, udając, że patrzę na ośnieżone Alpy, ale tak naprawdę obserwuję ich odbicie w szybie. Cassian siedzi obok mnie w fotelu i też milczy. Wiem, że on też to widzi.

    — Wszystko w porządku? — pyta cicho, ale znam go już na tyle, że słyszę w jego głosie to samo napięcie.

    Patrzę, jak Lili gestykuluje ręką, opowiadając coś Maelowi, a on kiwa głową, całkowicie skupiony tylko na niej.

    — Nie — odpowiadam w końcu, równie cicho. — Nie jest w porządku.

    Mael unosi wzrok i na ułamek sekundy nasze spojrzenia spotykają się w odbiciu szyby. Widzę w jego oczach coś, co mnie wkurza jeszcze bardziej. To spokojna, głęboka satysfakcja, jakby wiedział, że właśnie wygrał małą, ale ważną bitwę.

    Lili śmieje się znowu,  miękkim, szczerym śmiechem, który zwykle rezerwuje dla nas. Nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie to znosić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian 

    Sylwester. Godzina przed północą. Stoję na przeszklonym tarasie z widokiem na ośnieżone Alpy. Ivory wtula się w mój bok, jej głowa leży na moim przedramieniu, palce lekko zaciskają się na mojej koszuli. Czuję jej ciepło, słyszę jej cichy oddech. Powinienem coś powiedzieć, być miły, ale nie mogę oderwać wzroku od tego, co dzieje się na dole, przed budynkiem.

    Mael i Lili. Stoją zbyt blisko siebie. Rozmawiają. Śnieg pada leniwie wokół nich, a oni wyglądają jak para z jakiegoś pieprzonego filmu. Mael mówi coś cicho. Lili unosi wzrok, a potem on pochyla się i całuje ją. Nie delikatnie. Nie ukradkiem. Całuje ją tak, jakby miał do tego prawo i ona… mu na to pozwala. Jej dłoń w rękawiczce wędruje na jego tors. Nie odpycha go, a wręcz sprawia wrażenie, jakby chciała przyciągnąć go bliżej.

    Feniks w mojej głowie eksploduje.

    „Ona… pozwala mu się dotykać? Po tym wszystkim? Po tym, jak ją porwał, okłamał, namieszał jej w głowie?! Ona właśnie oddaje mu usta, a my stoimy tu jak idioci?!”

    Jego głos jest tak głośny, że aż mi dzwoni w uszach. Czarny, obłąkany śmiech miesza się z czystą, palącą furią.

    „Spalę go. Spalę mu język, żeby nigdy więcej nie mógł się do niej odezwać. Spalę mu ręce, żeby nie mógł jej dotykać. Spalę go tak powoli, że będzie czuł każdy milimetr ognia i będzie wiedział, że to za nią.”

    Ivory coś do mnie mówi, ale ja już jej nie słyszę. Feniks przejmuje kontrolę tak gwałtownie, że czuję, jak moje ciało rusza samo. W jednej chwili jestem na tarasie, a w następnej już na zewnątrz, w śniegu, przy nich.

    Feniks jest w pełni obecny. Rude włosy, złociste oczy, aura tak gorąca, że śnieg topi się wokół nas w promieniu metra. Nie myślę. Po prostu działam.

    Odpycham Lilien — mocno, zbyt mocno. Ląduje kilka kroków dalej w śniegu. Mael odwraca się ku mnie zaskoczony, ale nie zdąża nic powiedzieć. Feniks płonącą dłonią chwyta go za gardło i unosi w powietrze jedną ręką.

    „Patrz na niego” — syczy Feniks w mojej głowie, a jego radość jest tak mroczna, że aż piękna. — „Patrz, jak się wije. Chcę mu wyrwać serce i pokazać jej, że bije tylko dlatego, że ja na to pozwalam.”

    Lili podnosi się ze śniegu. Jej oczy są szeroko otwarte.

    — Cassian, przestańcie! — krzyczy.

    Jednak Feniks już się nie zatrzymuje. Rzuca Maelem o ścianę budynku. Chłopak uderza plecami z głuchym hukiem i osuwa się na ziemię. Tym razem nie ma odwrotu.

    Lili podnosi się ze śniegu i natychmiast do niego podbiega. Klęka przy nim, dotyka jego twarzy, a potem… rozcina sobie nadgarstek. Czerwone motyle materializują się w powietrzu i opadają na Maela, lecząc go.

    Feniks jest we mnie, jesteśmy jednym bytem. Czuję w nim jednocześnie wściekłość i… coś nowego. Zawstydzenie.

    „Ona… ona go leczy. Po tym, jak ją pocałował. Po tym, jak mu pozwoliła. A my… my ją popychamy. My, którzy mamy ją chronić… właśnie ją odepchnęliśmy.”

    Feniks milknie. Po raz pierwszy nie ma we mnie tego obłąkanego śmiechu. Jest tylko cisza. Ciężka. Nieprzyjemna.

    Lili podnosi głowę i patrzy na nas obu. W jej oczach jest ból, rozczarowanie i coś, co rani najbardziej. Strach. Nie przed Maelem. Przed nami.

    Zdaję sobie sprawę, że Feniks naprawdę się boi — że właśnie przekroczyliśmy granicę, której Lili może nam nigdy nie wybaczyć.

    Czarodziejka podnosi się powoli. Stoi między nami a Maelem, jakby chciała nas rozdzielić własnym ciałem. Drży, ale nie odsuwa się. Feniks zamiera. Śnieg wokół nas topnieje od gorąca, ale on sam jest lodowaty.

    „Ja… ja ją popchnąłem.”

    Głos w mojej głowie jest tak cichy, że prawie go nie poznaję. To nie jest ten obłąkany, radosny Feniks. To jest ktoś przerażony. Prawdziwie, głęboko przerażony.

    „Odepchnąłem ją. Naszą Lili. Ona upadła. Przez nas.”

    Czuję jakby cała jego furia, cała jego siła nagle obróciła się przeciwko niemu samemu.

    Nagle powietrze wokół nas gęstnieje. Ciemna, zimna obecność wślizguje się w moją głowę jak dym. Nieproszona. Niechciana. Ale Feniks… Feniks tym razem jej nie odpycha.

    „Niech przyjdzie” — szepcze słabo. — „Niech robi co chce. Nie obchodzi mnie to. Tylko… niech ona będzie bezpieczna.”

    Świat wokół nas się rozmywa. Stoję na śniegu, a w następnej chwili jestem gdzie indziej —w pustej, szarej przestrzeni, gdzie nie ma ścian, są tylko mgła i echo.

    Przed nami stoi Istota. Nie ma twarzy, tylko zarys sylwetki i oczy — wiekowe, pełne rozbawienia.

    — No proszę — mówi Istota z czarnym, leniwym humorem. — Naprawdę tu jesteście. Dawno się nie widzieliśmy, stary przyjacielu. Albo wrogu? Zawsze miałem problem z rozróżnieniem.

    Feniks w mojej głowie parska śmiechem, ale to nie jest jego zwykły, obłąkany chichot. Jest w nim gorycz.

    „Przyjacielu? — warczy cicho. — Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, próbowałeś mnie zamknąć w klatce z gwiazd. Nie udawaj, że tęskniłeś.”

    Istota śmieje się nisko, gardłowo.

    — Tęskniłem. Trochę. Świat bez ciebie jest nudny. Kiedy usłyszałem, że znowu się obudziłeś, musiałem to sprawdzić. Słyszałem też, że masz… słabość. To do ciebie niepodobne.

    „Ona nie jest słabością” — syczy Feniks. — „Ona jest powodem, dla którego jeszcze nie spaliłem całego tego pieprzonego wszechświata.”

    Istota przechyla głowę, jakby rozważała nasze słowa.

    — Intrygujące. Czy to już początek twojego upadku? Czy może… początek czegoś ciekawszego?

    Feniks nie odpowiada. Czuję, jak w nim narasta coś niebezpiecznego — mieszanka wściekłości, winy i strachu tak wielkiego, że aż mnie paraliżuje.

    Wtedy nagle ją czuję. Lili. Jest na zewnątrz, na śniegu. Stoi przy mnie i mocno mnie obejmuje. Jej ręce owijają się wokół mojej talii, twarz wtula w mój tors. Jej głos jest drżący, ale pełen troski.

    — Cassian… czy wszystko w porządku?

    Feniks materializuje się obok nas w ułamku sekundy. Nie jest już w pełni w mojej głowie, teraz stoi obok, rude włosy, złociste oczy, aura tak gorąca, że śnieg wokół nas paruje.

    Patrzy na Lili. Na jej dłonie zaciśnięte na mojej koszuli. Na to, jak pyta, czy ze mną wszystko w porządku… po tym, jak ją popchnąłem. Czuję, jak Feniks się rozpływa.

    „Ona… ona pyta, czy z nami wszystko w porządku?” — szepcze w mojej głowie, drżącym, zagubionym, pełnym niedowierzania głosem. — „Ja ją popchnąłem. Ja ją skrzywdziłem. A ona… ona mnie przytula. Ona mnie pyta, czy jest w porządku…”

    Feniks klęka na śniegu obok nas. Dosłownie pada na kolana w śniegu i patrzy na Lili z taką miłością, że aż boli.

    — Kocham cię — szepcze, a jego głos jest jednocześnie mój i jego. — Kocham cię tak bardzo, że sam nie jestem w stanie tego ogarnąć. 

    Lili odwraca się do niego powoli. Nie odsuwa się ode mnie. Tylko wyciąga rękę i delikatnie dotyka jego policzka. A Feniks — ten sam Feniks, który przed chwilą chciał spalić cały świat — drży pod jej dotykiem jak dziecko. Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili obaj jesteśmy gotowi zrobić absolutnie wszystko, żeby nigdy więcej jej nie skrzywdzić. Nawet jeśli oznacza to walkę z samym sobą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Został już tylko kwadrans do północy, a ja nie mogę znaleźć Ashera. Przeszłam przez cały salon, taras, korytarze — wszędzie ludzie się śmieją, wznoszą kieliszki, odliczają czas. Serce mi wali jak szalone. Gdzie on jest?

    W końcu wychodzę na zewnętrzny balkon na najwyższym piętrze. Jest prawie pusty. Dopiero teraz go widzę. Ash stoi przy balustradzie, oparty o nią łokciami, i patrzy na ośnieżone Alpy. Śnieg pada delikatnie, a on wygląda… jak żywcem wyjęty z baśni. Na ten widok od razu robi mi się ciepło w środku.

    Podbiegam do niego bez wahania. Kiedy mnie zauważa, odwraca się i jego chabrowe oczy od razu się rozjaśniają. Uśmiecha się tym swoim spokojnym, ale tak cholernie pięknym uśmiechem, który zawsze mnie rozbraja.

    — Szukałam cię wszędzie — mówię zdyszana i bez wahania rzucam mu się w ramiona.

    Przytula mnie mocno, od razu, jakby czekał na to od wielu godzin. Chowam twarz w jego szyi i wdycham jego zapach. Czuję, jak cała się rozluźniam.

    — Jesteś — szepczę z ulgą i radością jednocześnie. — W końcu jesteś.

    Ash śmieje się cicho i całuje mnie w skroń. Odsuwam się tylko na tyle, żeby móc spojrzeć mu w oczy. Serce mi bije jak szalone. Uśmiecham się szeroko, bo nie mogę inaczej.

    — Kocham cię. Tak po prostu. Bardzo — mówię prosto, bez wielkich słów. 

    On patrzy na mnie przez chwilę, jakby nie mógł uwierzyć, że to naprawdę powiedziałam. Potem jego oczy ciemnieją, a on przyciąga mnie do siebie i całuje — powoli, głęboko, tak jak tylko on potrafi. Jakby chciał zapamiętać ten moment na zawsze.

    Kiedy się od siebie odsuwamy, opiera czoło o moje.

    — W końcu… powiedziałaś to na głos — szepcze z uśmiechem. 

    Śmieję się cicho i wtulam się w niego jeszcze mocniej.

    — I już nigdy nie przestanę mówić.

    Za nami rozlega się pierwszy wystrzał fajerwerków. Północ. Nie patrzę w niebo. Patrzę na niego. To on od zawsze jest moim największym marzeniem, które spełnia się już od ponad roku i mam nadzieję, że nic już nigdy tego nie zmieni.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Fajerwerki rozrywają niebo nad Alpami, ale ja ich prawie nie widzę. Widzę tylko ją. Lili wtula się we mnie całym ciałem, twarz ma schowaną w mojej szyi, a jej oddech jest ciepły i szybki. Jej słowa wciąż brzmią mi w głowie — proste, szczere, bez tych wszystkich wielkich deklaracji, które zwykle ludzie tak bardzo lubią.

    „Kocham cię. Tak po prostu. Bardzo.”

    Przyciskam ją mocniej do siebie, jedną rękę trzymam na jej plecach, palce drugiej wplatam w jej włosy. Śnieg pada za oknami, ale ja czuję tylko ciepło jej ciała.

    I nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Mael. Feniks. Bogowie. Przepowiednie. Liczy się tylko ona. Tylko Lili. Jej uśmiech. Jej śmiech. To, jak się czerwieni, kiedy na nią patrzę. To, jak wzdycha, kiedy ją przytulam. To, jak w końcu powiedziała mi, że mnie kocha. Jeśli ona jest szczęśliwa… to ja również. Nawet jeśli jutro świat znowu się zawali. Nawet jeśli będę musiał walczyć z każdym, kto spróbuje ją skrzywdzić. Nawet jeśli sam będę musiał się zmienić. Bo ona jest jedyną rzeczą, która kiedykolwiek naprawdę się dla mnie liczyła. Całuję ją w skroń.

    — Dopóki ty jesteś szczęśliwa… — szepczę prosto w jej włosy, tak cicho, że tylko ona może usłyszeć — reszta nie ma znaczenia.

    I naprawdę tak myślę.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Fajerwerki rozrywają niebo nad Alpami, ale ja prawie ich nie widzę. Ash wciąż mnie trzyma. Jego ramiona są wokół mnie, ciepłe i pewne, a ja wtulam się w niego tak mocno, jakby świat mógł mi go zabrać w każdej chwili. On się uśmiecha, tym swoim spokojnym, trochę nieśmiałym uśmiechem, który zawsze mnie rozbraja, i wiem, że jest szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. Czuję to w każdym jego oddechu.

    Chwilę później słyszę znajome głosy. Najpierw śmiech Ethana i Iana — moi bracia wybiegają na balkon jak dwa szalone tornada, a tuż za nimi podąża uradowany Aaron. Później przychodzą rodzice Cassiana, którzy wyglądają na lekko wstawionych i bardzo zadowolonych. Ivory idzie za nimi z szerokim uśmiechem, który zdobi jej twarz, a na końcu… Mael. Stoi trochę z boku, oparty o framugę drzwi, z rękami w kieszeniach. Nie podchodzi bliżej. Tylko patrzy. Spokojnie. Z tym swoim nieodgadnionym spojrzeniem.

    Ale ja nie mam czasu się tym przejmować, bo Cassian i Feniks są już przy mnie. Cassian obejmuje mnie od tyłu, przytulając twarz do moich włosów, a Feniks staje obok i po prostu wciska się między mnie a Ashera, oplatając ramieniem moją talię. Obaj pachną dymem, śniegiem i tym znajomym, gorącym zapachem, który zawsze kojarzy mi się z domem.

    — No wreszcie — mruczy Feniks prosto w moją szyję, a jego głos jest niski i trochę drżący. — Myśleliśmy, że znowu gdzieś znikniesz.

    Cassian śmieje się cicho i całuje mnie w skroń.

    — Nie oddamy cię nikomu. Nawet na pięć sekund.

    Śmieję się, bo nie mogę inaczej. Stoję tam, w środku tego całego zamieszania — Ash z przodu, Cassian z tyłu, Feniks przy moim boku — i czuję, jak serce mi rośnie. Nasi młodsi bracia wrzucają w powietrze garść confetti, Ivory piszczy coś o „najlepszym Sylwestrze ever”, a rodzice Cassiana wznoszą toast w naszą stronę z kieliszkami szampana.

    I nagle to do mnie dociera. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Bez Ashera, który jest moim spełnionym marzeniem. Bez Cassiana, przy którym czuję się bezpiecznie. Bez Feniksa, który jest moim ogniem — nawet kiedy jest zbyt gorący. Wszyscy oni są tutaj. Razem. I choć Mael stoi z boku i patrzy na mnie tym swoim intensywnym spojrzeniem, ja wiem jedno — to przy nich jest moje miejsce.

    W tym chaosie, w tej dziwnej, popieprzonej, pełnej miłości rodzinie, którą sobie stworzyliśmy. Ash pochyla się i delikatnie całuje mnie w usta — krótko, słodko, jakby chciał mi przypomnieć, że wciąż tu jest. Cassian i Feniks tylko mocniej się do mnie przytulają, a ja zamykam oczy i uśmiecham się tak szeroko, że aż bolą mnie policzki.

    — Kocham was — szepczę, tak cicho, że tylko oni troje mogą usłyszeć.

    W tej chwili, otoczona ich ramionami, wśród śmiechu i fajerwerków, czuję się najszczęśliwsza na całym świecie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Fajerwerki strzelają nad Alpami, a ja stoję w samym środku tego chaosu i nie mogę przestać się uśmiechać. Lili jest dokładnie tam, gdzie powinna być — wciśnięta między mnie, Ashera i Feniksa. Śmieje się, policzki ma zarumienione od zimna i szampana, a jej włosy pachną truskawkami i wanilią. Ivory próbuje jej wcisnąć kolejnego drinka, nasi bracia rzucają w nią confetti, a Mael… Mael stoi z boku i tylko patrzy. Dobrze. Niech patrzy.

    W mojej głowie Feniks już dawno odzyskał rezon.

    „Patrz na nią” — szepcze z tym swoim obłąkanym, radosnym chichotem, który zawsze brzmi, jakby właśnie planował morderstwo na czyimś weselu. — „Patrz, jak się śmieje. Nasza Lili. Nasza mała, idealna Lili. Myślałem, że ją popchnąłem i będzie zła, a ona… ona mnie przytuliła. Przytuliła mnie! Ja, który chciał spalić pół kontynentu, a ona pyta, czy ze mną wszystko w porządku. Kurwa, Cassian, ja się w niej zakochałem na nowo. To powinno być nielegalne.”

    Uśmiecham się w jej włosy, a Feniks kontynuuje, coraz bardziej nakręcony.

    „Następny semestr w Akademii będzie zajebisty. Wyobraź sobie — ja, ty, ona i te wszystkie żałosne owieczki, które myślą, że wiedzą, czym jest magia. Będę im podpalał buty. Dosłownie. I mentalnie. A jak ktoś spojrzy na nią dłużej niż trzy sekundy… bum. Mały, dyskretny pożar w spodniach. Nikt nie zauważy. No, może poza smrodem spalonego ego.”

    Lili odwraca się i patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, szmaragdowymi oczami. Uśmiecha się. Feniks w mojej głowie wydaje z siebie dźwięk, jakby właśnie dostał orgazmu.

    „O kurwa. Ten uśmiech. Ten uśmiech jest niebezpieczniejszy niż cała moja moc. Chcę ją zamknąć w pokoju i nie wypuszczać przez najbliższe sto lat. Albo przynajmniej do końca semestru. Z przerwami na seks i lody.”

    — O czym tak myślisz? — pyta mnie cicho, muskając palcami mój policzek.

    „O tym, jak pięknie będziesz wyglądała, kiedy następnym razem ktoś spróbuje cię ode mnie zabrać” — odpowiada Feniks w mojej głowie.

    — O tym, jak bardzo cię kocham — odpowiadam na głos.

    Feniks parska śmiechem tak głośnym, że aż mi dzwoni w uszach.

    „Kłamczuch. Ale spoko, lubię, jak kłamiesz w dobrej sprawie.”

    Milknie na chwilę, jakby coś rozważał. A potem jego głos robi się nagle niższy, zimniejszy, ale wciąż pełen tego chorego, czarnego humoru.

    „Wiesz co, Cassian… może jednak czas odwiedzić starych znajomych. Tych z panteonu. Tych, co kiedyś próbowali mnie zamknąć w klatce z gwiazd. Chyba powinni wiedzieć, że wróciliśmy. I że mamy Kochanie. I że jeśli ktokolwiek choćby pomyśli o tym, żeby jej dotknąć…”

    Jego szept przechodzi w cichy, obłąkany chichot.

    „…to ja urządzę im naprawdę wesołe powitanie.”

    Patrzę na Lili, która właśnie śmieje się z czegoś, co powiedziała Ivory, i czuję, jak Feniks w mojej głowie szczerzy zęby w uśmiechu.

    „Tak. Czas na małą przyjacielską wizytę.”

    Tym razem nie zamierzam go powstrzymywać. Ja również chcę, żeby wszyscy wiedzieli. Ona jest nasza.

    Koniec części drugiej.

    Note