Rozdział 4 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Cassian
Idziemy korytarzem po ostatniej lekcji w Akademii Róż i Zaklęć. Lilien idzie kilka kroków przed nami z Sarą, śmieją się z czegoś. Ja trzymam się trochę z tyłu, jak zwykle. Ivy idzie obok mnie, przyciskając książki do piersi. Jest cicha, ale widzę, że jest spięta i co chwilę zerka za siebie.
Nagle z bocznego korytarza wychodzą trzy dziewczyny z grupy Angelicy, które zebrała ostatnio wokół siebie niczym królowa roju pszczół. Najwyższa z nich blokuje Ivy drogę. Mimo że wcześniej widziałem podobne sytuacje oczami Feniksa, to dalej nie mogę uwierzyć, że one tak na serio. Jesteśmy na studiach, nie w podstawówce, mam im ochotę wygarnąć.
— O, patrzcie, mała dziwka znowu jest sama — rzuca złośliwie. — Gdzie twój rudowłosy opiekun? Znowu przykleił się do Lilien?
Ivy zatrzymuje się gwałtownie. Widzę, jak jej ramiona się napinają. Feniks w mojej głowie natychmiast się budzi.
„Oho… znowu te same suki. Chcę spalić im tylko włosy. Tylko końcówki. Żeby ładnie pachniało spaloną dumą.”
Kładę dłoń na ramieniu Ivy, spokojnie, ale stanowczo.
— Idź dalej — mówię do niej cicho. — Nie musisz z nimi rozmawiać.
Dziewczyna z przodu parska śmiechem.
— O, Cassian w roli rycerza. Jak słodko. Myślałeś, że jak Lilien cię nie chce, to weźmiesz sobie jej nową zabawkę?
Feniks w mojej głowie wybucha niskim, gardłowym śmiechem.
„Zabawkę? Ona nazywa pisklaka zabawką? Chcę jej wyrwać język. Tylko język. Resztę zostawię, żeby Lili widziała, jak się wije.”
Przyciągam Ivy bliżej siebie, delikatnie, po prostu tak, żeby była za moimi plecami.
— Nie mieszajcie się w nie swoje sprawy — odpowiadam spokojnie, ale głos mam zimny. — Ivy jest pod naszą opieką. To wszystko, co musicie wiedzieć.
Jedna z dziewczyn robi krok do przodu i próbuje pchnąć Ivy w ramię. Nie zdąża. Feniks przejmuje kontrolę na ułamek sekundy. Moja ręka wystrzeliwuje i łapie dziewczynę za nadgarstek. Nie ściskam mocno, ale wystarczająco, żeby poczuła.
— Nie dotykaj jej — mówię cicho. Głos jest mój, ale ton… ton jest już trochę Feniksa.
Dziewczyna blednie.
— Puść mnie…
Puszczam. Robią krok w tył, wszystkie trzy.
— Idźcie stąd — dodaję jeszcze spokojniej. — I nie zbliżajcie się więcej do Ivy. Ani do Lilien.
Odchodzą szybko, rzucając nam ostatnie wrogie spojrzenia. Ivy stoi za mną, wciąż trochę spięta. Odwracam się i delikatnie kładę jej dłoń na ramieniu.
— Wszystko w porządku? — pytam.
Kiwa głową, ale widzę, że ma łzy w oczach.
— Dziękuję… — szepcze.
Uśmiecham się lekko.
— Nie ma za co. Jesteś naszym pisklakiem — mówię odrobinę rozbawiony. — Lilien by nas zabiła, gdybyśmy na ciebie nie uważali.
Feniks w mojej głowie mruczy z zadowoleniem.
„Pisklak jest nasz. Bo Lili go lubi. Więc chronimy. Nawet jeśli czasem chce się go spalić. Ale nie spalamy. Jeszcze nie.”
Ivy uśmiecha się niepewnie i idzie dalej ze mną. Zostaję przy niej, na tyle blisko, żeby nikt nie próbował niczego głupiego. Bo tak już jest. Wszystko, co Lilien lubi… staje się nasze. Nawet jeśli to tylko mały, rudowłosy pisklak.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Stoję w cieniu starego, rozłożystego dębu na skraju parku po niemagicznej stronie uniwersytetu. Słońce zachodzi leniwie, malując trawę złotem i pomarańczem. Lilien siedzi na kocu z Asherem. Książę półleży oparty na łokciu, ona siedzi wtulona w jego bok. Śmieją się cicho. Nie podsłuchuję wielkich sekretów, tylko zwykłe, głupie przekomarzanie.
— Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie „księciem z bajki”, to cię pocałuję tak, że zapomnisz, jak się nazywasz — mówi Asher, a w jego głosie pobrzmiewa leniwa, zaborcza czułość.
Lilien parska śmiechem i szturcha go w ramię.
— Obiecanki cacanki, Wasza Wysokość.
Uśmiecham się pod nosem. Zwykła, banalna scena. Nic, co mogłoby mnie zainteresować, a jednak nie mogę oderwać wzroku.
Wtedy powietrze faluje delikatnie. Zza zakrętu alejki wychodzi on. Rudowłosy demon. Ten sam, którego widziałem w holu pierwszego dnia. Ma złocistą skórę, włosy jak żywy ogień i oczy płonące pierwotnym światłem. Niesie w rękach papierową torbę i trzy kubki z kawą. Podchodzi do nich swobodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Bez słowa wyciąga się na kocu i kładzie głowę bezpośrednio na kolanach Lilien, przyjmując pozycję całkowitego poddania.
— Karm mnie, Kochanie — mruczy niskim, gardłowym tonem, który brzmi jak warczenie wielkiego kota. — Zasłużyłem. Przyniosłem kawę i bułeczki z nadzieniem.
Lilien śmieje się cicho, bez najmniejszego wahania odrywa kawałek swojej bułki i wkłada mu prosto do ust. Demon reaguje głębokim, wibrującym mruczeniem, zamyka oczy w stanie ewidentnej, niemal katatonicznej satysfakcji. Jego ręka leniwie oplata jej udo, jakby chciał się upewnić, że dziewczyna nigdzie nie ucieknie.
Stoję nieruchomo, analizując ten fenomen z chłodną, intelektualną fascynacją.
Asher tylko unosi brew i bierze swój kubek, jakby widok potężnego demona leżącego z głową na kolanach jego partnerki był czymś zupełnie normalnym.
To nie jest możliwe. Nie mieści się w żadnym znanym mi schemacie. Istota o tak kolosalnej, pierwotnej mocy — zdolna do anihilacji całych struktur magicznych, coś co powinno siać zniszczenie i żądać krwi — redukowała się do roli posłusznego, rozkapryszonego zwierzaka, który pozwala się karmić z ręki. Nie żądała. Nie dominowała. Prosiła. I otrzymywała. Z ręki śmiertelnej dziewczyny.
Patrzę na Lilien. Jej palce wciąż są w rudych włosach demona, gładzi go powoli, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. On mruczy jeszcze głośniej, wtula policzek w jej udo i zamyka oczy w absolutnym, bezwarunkowym oddaniu.
Coś we mnie budzi się gorące i głodne. Moje zainteresowanie, początkowo czysto strategiczne i ukierunkowane na demona jako potencjalne narzędzie, zaczyna się przekształcać w coś znacznie bardziej złożonego. Nie intryguje mnie już wyłącznie sam byt. Intryguje mnie ona.
Dziewczyna, która w sposób niewytłumaczalny, niemal paradoksalny, sprawuje nad nim władzę absolutną. To fenomen, który wymaga dogłębnej dekonstrukcji. Uśmiecham się powoli, czując, jak limerencja zaczyna się rozlewać po mojej klatce piersiowej jak ciepły, gęsty syrop.
Pragnę dowiedzieć się, jak to robi. Chcę odkryć, dlaczego tak potężna istota kładzie głowę na jej kolanach i mruczy jak kot, kiedy ona karmi go kawałkiem bułki. I coraz mocniej zastanawiam się… jak by to było, gdyby kiedyś tak samo położyła rękę na moich włosach.
Jakże intrygująca jesteś, Lilien Everhart. Jakże godna szczegółowego, systematycznego zbadania.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Znajduję Maela w cieniu drzewa, w parku po niemagicznej stronie szkoły. Powietrze jest ciepłe, pachnie trawą i kawą, a ja czuję, jak żółć podchodzi mi do gardła, gdy zdaję sobie sprawę, komu chłopak się przygląda.
Siedzą na kocu. Idealni. Jak z jakiegoś chorego, cukierkowego obrazka. Lilien siedzi z Asherem, śmieją się cicho, on ma rękę na jej talii, jakby świat należał tylko do nich. Potem pojawia rudowłosy potwór. Feniks. Przynosi kawę i bułeczki jak jakiś pieprzony kelner. Kładzie się prosto na jej kolanach, z głową na jej udach.
— Karm mnie, Kochanie. Zasłużyłem — mruczy.
A ona… ona odrywa kawałek bułki i wkłada mu do ust. Delikatnie. Jakby karmiła ulubionego kota. Feniks mruczy głośniej, zamyka oczy i wtula się w nią jeszcze mocniej, a jego ręka leniwie oplata jej udo.
Czuję na policzkach nieprzyjemne ciepło. Złość sprawia, że zaczynam robić się czerwona na twarzy. To nie jest normalne. To nie jest w porządku. To cholerne coś, istota, która powinna siać zniszczenie, leży jak rozkapryszony kociak i prosi ją o karmienie, a ona głaszcze go po rudych włosach, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
Mael stoi obok mnie w milczeniu. Czuję jego obecność jak gorący cień. Nie musi nic mówić. Wiem, co myśli. To samo, co powiedział mi w wieży. Ona nie jest stąd. Jest anomalią. Złodziejką przeznaczenia. Właśnie to widzę teraz na własne oczy.
— Patrz na nich — szepczę, a mój głos drży z obrzydzenia i wściekłości. — Oni naprawdę wierzą, że to jest w porządku i ona może mieć ich obu. Ashera i… to coś.
Mael nie odpowiada, tylko kładzie mi dłoń na ramieniu. Delikatnie. Władczo. Czuję, jak jego palce zaciskają się lekko, jakby chciał mi przypomnieć, że jestem tu z nim, a on wybrał mnie.
— Ona nawet nie wie, co robi — cedzę przez zęby. — Siedzi tam jak księżniczka i karmi to coś z ręki, a on mruczy, jakby był jej własnością.
Czuję, jak nienawiść we mnie rośnie, czysta i piękna, dokładnie tak, jak Mael mi powiedział. To nie jest moja wina. Nigdy nie była. To ona wszystko popsuła. Wślizgnęła się do naszej historii i zabrała mi to, co powinno być moje.
Feniks otwiera jedno oko i patrzy prosto w naszą stronę. Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że nas widzi. Czuję strach, nad którym nie potrafię zapanować. Pierwsza odwracam wzrok.
— Chcę, żeby to się skończyło — szepczę. — Chcę, żeby ona w końcu zapłaciła za to, co mi zrobiła.
Mael pochyla się bliżej. Jego oddech muska moje ucho.
— Zapłaci — mówi cicho, a w jego głosie jest obietnica. — Jednak najpierw… pokażemy jej, co znaczy prawdziwa moc.
Patrzę na Lilien, która właśnie wkłada Feniksowi kolejny kawałek bułki do ust, a on mruczy z rozkoszą jak wielki, zadowolony kot. Uśmiecham się powoli. Tym razem nie będę stała z boku. Tym razem to ja będę tą, która zabierze wszystko.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Weekend w końcu nas dopadł i cała paczka wyległa na niemagiczną stronę Chicago. Idziemy promenadą wzdłuż rzeki. Słońce grzeje, wiatr od wody jest przyjemny, a my wyglądamy jak zwykła, hałaśliwa grupa studentów — tyle że jeden z nas ma w głowie żywego, rudowłosego psychopatę, który od kilku minut nie odkleja się od Lili.
Feniks dosłownie przykleił się do niej jak rzep. Idzie z ręką zarzuconą na jej ramiona, nosem wtulonym w jej włosy, co chwilę ocierając się o nią biodrem. Za każdym razem, gdy Lili próbuje zrobić krok, on robi go razem z nią. Jakby bał się, że jak na sekundę odpuści, to ona zniknie.
„Kochanie tak dobrze dzisiaj pachnie” — mruczy mi w głowie, głosem słodkim i jednocześnie głodnym. — „Chcę ją gryźć. Tylko delikatnie. Tylko po to, żeby zostawić ślad. Żeby wszyscy wiedzieli, że jest moja. Nasza. Tylko nasza.”
Lili śmieje się cicho i nie odsuwa go. Wręcz przeciwnie — na chwilę opiera głowę o jego ramię. Feniks wydaje z siebie niski, gardłowy pomruk zadowolenia, który słyszę tylko ja.
„Patrz, jak się do mnie tuli. Patrz, jak jej ciało pamięta moje. Przez kilka dni byłem grzeczny. Teraz już nie mogę. Chcę ją mieć całą. Chcę ją nieść. Chcę ją zjeść. Chcę ją spalić i odrodzić w ogniu, żeby była tylko moja.”
„Feniks, zwolnij” — mruczę pod nosem.
On tylko parska mi w głowie śmiechem.
Ivory idzie obok Sary i Nathana, trochę nieśmiało, ale widać, że jest szczęśliwa. Lucas zerka na nią co chwilę z tym swoim opiekuńczym spojrzeniem. Asher idzie po drugiej stronie Lili, rękę trzyma luźno na jej talii, jakby obaj z Feniksem uzgodnili, że dzisiaj będą ją dzielić po połowie.
Feniks nagle pochyla się i całuje Lili w skroń, długo i głośno.
— Moja — mówi na głos, tak po prostu, bez żadnego wstydu.
Lili parska śmiechem i klepie go w tors.
— Kotku, zachowuj się. Ludzie patrzą.
„Niech patrzą” — warczy Feniks w mojej głowie. — „Niech patrzą i zazdroszczą. Niech wiedzą, że ona jest moja. Że jej uśmiech jest mój. Że jej oddech jest mój. Że jak ktoś spróbuje ją dotknąć… spalę go. Tylko trochę. Żeby bolało.”
Wchodzimy do restauracji nad rzeką — takiej z tarasem i widokiem na wodę. Siadamy przy długim stole na zewnątrz. Feniks oczywiście siada obok Lili i natychmiast przysuwa krzesło tak blisko, że praktycznie stykają się kolanami. Jedną rękę kładzie na jej udzie pod stołem. Drugą bawi się kosmykiem jej włosów.
„Lili jest taka miękka” — mruczy dalej. — „Chcę ją rozebrać tu i teraz. Chcę ją położyć na tym stole i pokazać wszystkim, że jest moja. Chcę… cholera, Cassian, powiedz jej, żeby mnie pogłaskała, bo zaraz spłonę z tęsknoty.”
Uśmiecham się pod nosem i kręcę głową. Lili zauważa mój uśmiech i unosi brew.
— Co tam u ciebie w głowie? — pyta rozbawiona.
— Lepiej nie pytaj — odpowiadam szczerze.
Feniks tylko chichocze mi w głowie, głośno i radośnie.
„Powiedz jej, że chcę ją mieć na kolanach. Powiedz jej, że przez kilka dni byłem grzeczny i teraz mi się należy nagroda. Duża nagroda. Całonocna.”
Patrzę na Lili, na jej rozpromienioną twarz, na to, jak naturalnie czuje się między nami wszystkimi. W głowie mam Feniksa, który właśnie zaczyna śpiewać cicho, obsesyjnie.
„Lili… Lili… Lili… Moja. Nasza. Na zawsze.”
Jestem pewien, że weekend dopiero się rozkręca.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Idziemy Chicago Riverwalk całą paczką. Wieczór jest ciepły, rzeka odbija światła miasta, a w powietrzu unosi się zapach popcornu i wody. Wszyscy się śmieją, przekrzykują, robią zdjęcia. Ja jak zwykle trzymam się trochę z tyłu. Lubię te wspólne wyjścia — naprawdę je lubię — ale nigdy nie byłem typem, który musi być w samym środku. Wolę obserwować. Być cieniem. Tak mnie nauczono przez całe życie.
Patrzę na Lili. Idzie między Asherem a Feniksem, śmieje się z czegoś, co powiedział Nathan. Wygląda lepiej niż kilka dni temu, ale wciąż widzę w jej oczach ten cień. Basen krwi. Pomysł, który zrealizował Feniks, a Asher go poparł. Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak mógł uznać, że zalanie jej krwią pomoże jej przezwyciężyć traumę. To było głupie, niebezpieczne i cholernie ryzykowne.
Potem mój wzrok przesuwa się na Ivy. Idzie po drugiej stronie Feniksa. On znowu jest przy niej — za blisko. Rękę trzyma luźno na jej ramionach, pochyla się, coś szepcze, uśmiecha się tym swoim złotym, drapieżnym uśmiechem. Ivy wygląda na szczęśliwą, zarumienioną, ale ja czuję ucisk w żołądku.
Feniks jest nieobliczalny. Obserwowałem go w Imperium podczas wojny. Widziałem, co potrafi zrobić, kiedy przestaje się hamować. Całe kwartały miasta w popiele, ludzie spaleni tak dokładnie, że zostawały tylko cienie na murach. A teraz klei się do Ivy jak rzep. Dziewczyna jest delikatna, krucha i nie ma pojęcia, z czym ma do czynienia.
Chcę podejść, coś powiedzieć, odciągnąć go od niej. Jednak przez całe życie uczono mnie bycia cieniem. Nie wtrącać się. Nie rzucać się w oczy. Zostać w tle i chronić tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba. Więc idę za nimi i czuję wewnętrzny konflikt, który mnie zżera.
Wtedy Lili zwalnia kroku. Zostaje z tyłu i podchodzi prosto do mnie.
— Lucas — mówi cicho, uśmiechając się tym swoim ciepłym uśmiechem.
Kładzie mi dłoń na ramieniu. Czuję, jak złocista, ciepła energia spływa z jej palców prosto we mnie. Jest delikatna, ale mocna — dokładnie taka, jakiej potrzebuję po całym dniu. Ostatnio ciągle to robi. Zawsze się o mnie troszczy, jakby wiedziała, że bez tego powoli opadam z sił.
— Dziękuję — mówię szczerze, czując, jak napięcie w moim ciele natychmiast się rozluźnia.
Lili kiwa głową i na chwilę opiera czoło o moje ramię.
— To co się stało z Angelicą… to nie twoja wina — mówi cicho, jakby czytała mi w myślach. — To Asher zaplanował, że zostaniesz jej partnerem. Ty tylko wykonywałeś rozkazy.
Nie odpowiadam. Tylko kiwam głową. Ma rację, ale i tak czuję ciężar. Lili ściska moje ramię i wraca do pozostałych. Feniks przez cały czas jest przy Ivy, a ja zostaję z tyłu, patrząc na nich wszystkich. Lubię te wyjścia, naprawdę, jednak czasami chciałbym umieć przestać być cieniem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Po kolacji ktoś rzuca pomysł, żeby iść na Navy Pier i wjechać na koło widokowe. Wszyscy od razu łapią za ten pomysł jak za linę ratunkową. Lili jest zachwycona, Ivy szeroko otwiera oczy, a Feniks… idzie między nimi wyraźnie z siebie zadowolony.
Wsiadamy do jednej z dużych, przeszklonych kabin. Jest nas sporo, więc kabina jest pełna śmiechu i przepychanek. Ja siadam po jednej stronie Lili, Asher po drugiej. Feniks oczywiście wciska się między nas, praktycznie siadając Lili na kolanach. Oplata ją ramieniem w pasie i wtula nos w jej włosy, mrucząc coś pod nosem.
Kabina rusza w górę. Chicago rozciąga się pod nami jak migoczące morze świateł. Rzeka lśni, budynki błyszczą, a w oddali ktoś odpala fajerwerki — pewnie jakaś impreza nad jeziorem. Kolorowe rozbłyski rozkwitają na ciemnym niebie.
Feniks zamiera. W mojej głowie jego głos robi się nagle bardzo, bardzo cichy i skupiony.
„Patrz… patrz, Kochanie… oni robią ogień na niebie. Dla zabawy. Ale ja mogę zrobić lepszy. Dużo lepszy. Dla ciebie.”
„Feniks…” — szepczę ostrzegawczo.
Za późno. Uśmiecha się tym swoim złotym, obłąkanym uśmiechem i unosi rękę, jakby chciał pogłaskać powietrze. Nikt poza mną tego nie zauważa.
Niebo eksploduje, jednak nie zwykłymi fajerwerkami. Setki ogromnych, płonących kwiatów rozkwitają nad Chicago — złocistych, czerwonych, pomarańczowych, z płatkami z żywego ognia. Każdy kwiat jest idealny, każdy wiruje leniwie, sypie iskrami jak pyłkiem, a potem powoli opada, zostawiając za sobą smugę światła. Całe niebo wygląda jak ogród, który Feniks stworzył tylko po to, żeby Lili mogła na niego patrzeć.
Ludzie na Pierze zamierają. Ktoś krzyczy z zachwytu. Sara i Ivory wpatrują się w niebo z otwartymi ustami. Asher unosi brew, ale w kąciku jego ust pojawia się cień uśmiechu. Lucas tylko kręci głową.
Lilien śmieje się głośno, zachwycona.
— Kotku… to ty?
Feniks wtula się w jej szyję i mruczy prosto w jej skórę.
— Dla ciebie, Kochanie. Zawsze dla ciebie. Chcę, żebyś miała najpiękniejsze rzeczy. Chcę, żebyś patrzyła tylko na mój ogień. Tylko na mnie.
W mojej głowie jego głos jest już całkowicie rozedrgany z radości.
„Patrz, jak się uśmiecha. Patrz, jak jej oczy błyszczą. Te iskierki na jej twarzy to przeze mnie. Ja to zrobiłem. Ja udekorowałem dla niej niebo. Ja. Tylko ja. Nikt inny nie potrafi tak dla niej płonąć.”
Kabina wjeżdża na samą górę. Całe Chicago leży u naszych stóp, a nad nami kwitnie ognisty ogród Feniksa — piękny, szaleńczy, niepowtarzalny.
Feniks przyciąga Lili jeszcze bliżej i szepcze jej do ucha tak cicho, że tylko ona i ja — przez niego — to słyszymy.
— Jak chcesz, mogę zrobić więcej. Mogę ozdobić całe niebo twoim imieniem. Mogę spalić gwiazdy, żebyś ty była najjaśniejsza.
Lili tylko się śmieje i całuje go w policzek. Siedzę obok, czując, jak Feniks w mojej głowie mruczy z absolutnego, obsesyjnego szczęścia.
„Moja. Moja. Moja na zawsze.”
Jestem przekonany, że dzisiejszej nocy Chicago będzie miało najpiękniejsze niebo w historii.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Koło widokowe powoli schodzi w dół, a ja wciąż nie mogę oderwać oczu od nieba. Te ogniste kwiaty Feniksa gasną powoli, zostawiając za sobą delikatne, złociste smugi, które wyglądają jak spadające gwiazdy. Wszyscy wokół nas klaszczą i wiwatują, myśląc, że to jakaś specjalna pokazówka. Ja wiem, że to on. I nie mogę przestać się uśmiechać.
Czuję się… jakbym naprawdę była częścią tej paczki.
Lili idzie obok mnie i co chwilę zerka, czy wszystko w porządku. Sara plotkuje ze mną o wszystkim i o niczym. Nathan żartuje, że powinnam spróbować ich specjalnego koktajlu „bez alkoholu, ale z magią”. Lucas uśmiecha się do mnie tym swoim spokojnym, opiekuńczym uśmiechem, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa.
A Feniks… Feniks jest wszędzie przy mnie. Kiedy zrobiło się chłodniej, zdjął swoją bluzę i bez słowa zarzucił mi na ramiona. Jest za duża, pachnie dymem i czymś ciepłym, drzewnym. Gdy próbowałam mu ją oddać, tylko pokręcił głową.
— Pisklak nie może marznąć — powiedział tym swoim niskim, mruczącym głosem. — Lili by się gniewała.
Teraz idziemy dalej nabrzeżem, a on idzie tuż obok mnie. Rękę trzyma luźno na moich plecach, jakby pilnował, żebym nie zgubiła się w tłumie. Jest tak… opiekuńczy. I taki przystojny, że co chwilę przyłapuję się na tym, że na niego patrzę. Czuję się oczarowana. Naprawdę. Przy nich nie jestem tą dziewczyną, którą wszyscy omijają szerokim łukiem. Jestem po prostu… Ivy. I oni mnie lubią.
Nagle zauważam, że Lili trochę zostaje w tyle. Zwalnia kroku i podchodzi do Lucasa. Kładzie mu dłoń na ramieniu i mówi coś cicho. Lucas kiwa głową. Wtedy widzę, jak z jej palców spływa delikatna, złocista energia — cienkie, ciepłe nitki magii, które wnikają w jego skórę. Lucas zamyka na chwilę oczy, jakby coś go odświeżyło.
Zamieram.
Nie wiedziałam, że można przekazać duchową energię komuś, kto nie jest twoim partnerem.
To… nie powinno być możliwe. W książkach, które czytałam, na lekcjach, które miałam — to zawsze było coś zarezerwowanego tylko dla sparowanych. Jednak ona właśnie to zrobiła. Z Lucasem. Tak zwyczajnie. Jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Czuję lekkie ukłucie w piersi. Coś zimnego, nieprzyjemnego. Zazdrość. Szybko, bardzo szybko tłumię to w sobie. Nie mam do niej powodu. Lili mnie uratowała. Sara też. Feniks dał mi swoją bluzę. Wszyscy są dla mnie mili. Nie mogę być zazdrosna tylko dlatego, że ona potrafi coś, czego ja nie umiem.
Lili zauważa, że na nią patrzę. Uśmiecha się do mnie ciepło i macha ręką, żebym podeszła bliżej.
— Chodź, Ivy! Idziemy na lody.
Feniks natychmiast pojawia się przy mnie z drugiej strony i otacza mnie ramieniem.
— Pisklak musi spróbować malinowych — mruczy. — Są prawie tak słodkie jak ty.
Śmieję się, choć wciąż czuję to małe ukłucie w środku. Jestem jednak szczęśliwa, bo naprawdę czuję się częścią ich paczki. To jak tęcza, która pojawiała się po burzy. Pozwalam sobie na cichą nadzieję, że to szczęście będzie wciąż trwało, a ja już nigdy więcej nie zostanę zupełnie sama.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Siedzimy na ławkach przy Navy Pier, jemy lody słodkie, puszyste lody, a ja czuję się… normalnie. Naprawdę normalnie.
Feniks siedzi po mojej prawej stronie z malinowym rożkiem, który zdążył już w połowie rozsmarować sobie po palcach. Jak zwykle jest taki ciepły, że nawet lodów nie może dłużej trzymać w dłoni, ale jego próby bardzo mnie bawią.
Co chwilę nachyla się i liże moją porcję o smaku białej czekolady, mrucząc z zadowoleniem. Asher z lewej strony podsuwa mi serwetkę, gdy kapie mi na palce, a jego kciuk muska mój nadgarstek w ten leniwy, zaborczy sposób, który zawsze sprawia, że serce mi przyspiesza. Sara i Nathan przekomarzają się o coś głupiego, Ivy śmieje się cicho, a Lucas stoi kawałek dalej, oparty o barierkę, ale co chwilę zerka na nas z tym swoim spokojnym, opiekuńczym uśmiechem.
Jest ciepło, gwarnie, a ja naprawdę fantastycznie się bawię.
I nagle niebo pęka. Powietrze nad rzeką rozrywa się niczym cienka tkanina i z czarnej wyrwy wylewają się demony. Sześć, osiem, dziesięć, a potem kolejne, są ich setki. Ciemne, chude, z ostrymi jak brzytwy pazurami i oczami świecącymi czerwienią. Jeden z nich spada prosto na grupę turystów przy budce z hot-dogami. Kobieta krzyczy. Mężczyzna pada na kolana, gdy demon wbija mu pazury w pierś.
To nie jest trening. Jesteśmy w Chicago, po niemagicznej stronie świata, gdzie nie powinny otwierać się bramy. Żołądek mi się skręca. Krew brudzi chodnik — gęsta, ciemna, dokładnie taka sama jak w rezydencji moich rodziców, jak w basenie pod willą Ashera. Przez sekundę czuję, jak stare przerażenie chce mnie chce mnie pochwycić w swoje szpony, jednak tym razem… nie zamieram. Oddycham, szybko, płytko, jednak mogę się ruszać, jestem w stanie przynajmniej uciekać.
Asher zrywa się z ławki. Jego twarz jest zimna, skupiona, głos ma czysty i mocny, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa.
— Cassian, Lucas — rzuca krótko. — Zostajecie z Lilien i Ivy, wejdźcie do środka do budynku kawiarni i nie pozwólcie im tego oglądać.
Wiem, dlaczego właśnie ich wybrał. Cassian w każdej chwili może przyzwać Feniksa. Lucas to najspokojniejsza i najbardziej precyzyjna ochrona, jaką mamy. Asher patrzy na mnie przez ułamek sekundy, krótko, ale tak intensywnie, jakby chciał mi wbić w pamięć, że tutaj zostaję.
Feniks odwraca głowę i patrzy na mnie przez ramię. Jego głos jest niski, gardłowy, ale w oczach ma ten sam głód, co zawsze.
— Nie bój się, Kochanie — mówi. — Ja się tym zajmę.
Wyraźnie zachwycony, z szaleństwem w złotych oczach, przywołuje do siebie czarnego, duchowego rumaka i rzuca się w wir walki, zostawiając za sobą smugę pomarańczowego ognia.
Potem Asher rzuca mi ostatnie, krótkie spojrzenie i rusza naprzód w towarzystwie białego tygrysa. Sara biegnie obok nich, skupiona, już przekazując Nathanowi strumień swojej duchowej energii. Jej chłopak przywołuje do siebie wspaniałego jelenia z ogromnym, rozłożystym porożem, nie zwalniając ani na chwilę.
Demony atakują, ludzie krzyczą, krew leje się po chodniku.
Cassian bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę budynku kawiarni. Ivy i Lucas idą tuż obok nas. Chowamy się do środka, razem z kilkoma innymi osobami, które były akurat w pobliżu. Cassian wykonuje kilka szybkich telefonów, nie odstępując mnie nawet na krok, to samo robi Lucas.
Ivy wygląda na przerażoną bardziej ode mnie, dlatego przyciągam ją do siebie, a ona wtula się we mnie, jak mała dziewczynka. Drugą ręką wyciągam telefon i sama rownież dzwonię do Iana, ostrzec go i przede wszystkim upewnić się, że on i Ethan są bezpieczni. To, przynajmniej na chwilę, pomaga mi oderwać myśli od masakry, która dzieje się na zewnątrz.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Stoję na tarasie opuszczonego biurowca, ukryty głęboko w cieniu, i rejestruję każdy szczegół wydarzeń z kliniczną, intelektualną satysfakcją.
To ja otworzyłem bramę. Celowo. Precyzyjnie. Właśnie tutaj, nad Navy Pier, w bezpośredniej bliskości Lilien Everhart i jej towarzyszy. Chcę zobaczyć reakcję, zmierzyć prawdziwe możliwości demona — rudowłosego, złocistego bytu, który tak absolutnie i bezwarunkowo podporządkował się jej woli.
Powietrze nad rzeką rozrywa się, a z czarnej wyrwy wylewają się demony. Setki. Głodne, chaotyczne, żądne krwi. Idealny test.
Rudowłosy fenomen materializuje się w pełnej formie bez najmniejszego wahania. Złocisty, płonący, z oczami jak stopione złoto. Przywołuje czarnego rumaka jednym gestem i rzuca się w wir walki z gracją, która zapiera dech w piersi.
Obserwuję, jak rozrywa demony na strzępy. Nie walczy — niszczy, dekonstruuje. Każdy jego ruch jest absolutnie precyzyjny, pierwotny, niemal artystyczny w swojej destrukcji. Widzę, jak jeden z demonów zmierza w kierunku miejsca, w którym została Lilien, a istota po prostu znika i pojawia się za nim, rozszarpując mu gardło jednym ruchem dłoni. Krew tryska fontanną, lecz on nawet nie drgnął.
Moje tętno przyspiesza w sposób, którego nie doświadczałem od lat.
To nie jest zwykła walka. To jest manifestacja absolutnej, pierwotnej dominacji. Istota o tak kolosalnej mocy redukuje się do roli idealnego, posłusznego narzędzia — narzędzia, które działa wyłącznie dlatego, że ona na to pozwala. Że ona tego chce.
Uśmiecham się powoli, czując, jak limerencja rozlewa się po mojej klatce piersiowej niczym najprzedniejsze, najniebezpieczniejsze wino. Jakże intrygująca jest ta dziewczyna.
Nie tylko kontroluje coś, co powinno być nieokiełznane — ona czyni to z taką naturalnością, jakby było to jej przyrodzone prawo. Ognisty byt nie walczy dla chwały ani dla siebie. Walczy, ponieważ ona jest centrum jego istnienia. A ja… ja właśnie dałem mu idealne pole do popisu.
Patrzę, jak kolejny demon pada rozszarpany na kawałki, a złocista istota na ułamek sekundy odwraca głowę i patrzy dokładnie w moim kierunku. Jego oczy błyszczą. Wiem, że mnie nie widzi. Jeszcze nie, ale niedługo zobaczy i zda sobie sprawę, że nie jest jedynym drapieżnikiem, który pragnie Lilien Everhart.