Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Lilien

    Kiedy po powrocie do penthouse’u rozpakowuję swoją szkolną torbę, moje palce natrafiają na coś, czego tam absolutnie nie powinno być. Wolumin wygląda jak jakaś tajemnicza, antyczna książka. Jest gruby, ciężki, oprawiony w ciemną, popękaną skórę, z wytłoczonymi na okładce symbolami, które zdawały się poruszać, gdy patrzyłam na nie zbyt długo. Z pewnością nie pożyczałam jej z biblioteki, a jednak leżała na samym dnie torby, jakby czekała, aż ją znajdę. Zaczynam zastanawiać się, czy to nie jakiś psikus.

    Otwieram ją ostrożnie. Stronice są stare, pożółkłe, zapisane dziwnym, płynnym pismem, które nie przypomina żadnego znanego mi języka. Mimo to… rozumiem ją, tak samo jak działo się w przypadku dokumentów pisanych w języku imperium. Słowa same układają się w mojej głowie, jakby szeptały mi prosto do umysłu.

    Im dłużej czytam, tym bardziej jestem pewna. Książka jest o Feniksie. Nie o tym Feniksie, którego znam — kapryśnym, kocim, zaborczym i miziastym. Treść mówi o czymś o wiele starszym. O starożytnej, znudzonej, potężniejszej od samych bogów i absolutnie nieobliczalnej wersji Feniksa. O istocie, która spaliła już niejedno imperium tylko dlatego, że się nudziła. O stworzeniu, które patrzyło na świat jak na zabawkę, którą można roztrzaskać, gdy przestanie być użyteczna.

    Serce wali mi coraz szybciej. Zamykam książkę i idę do salonu, gdzie Asher siedzi przy oknie z otwartym podręcznikiem na kolanach.

    — Ash… — mówię cicho, kładąc tom na stoliku przed nim. — Znalazłam to w swojej torbie. Przeczytaj.

    Mężczyzna przysuwa księgę bliżej, otwiera na pierwszej stronie i marszczy brwi. Przewraca kilka kartek, potem jeszcze kilka. W końcu kręci głową.

    — Nie rozumiem ani słowa — przyznaje. — To musi być jakiś starożytny dialekt. Bardzo stary. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

    W tym momencie drzwi od jednego z pokoi otwierają się cicho i do wspólnego salonu wchodzi Mael. Mieszka z nami, bo nie mamy innego wyboru, dopóki istnieje więź. Porusza się jak zawsze bezszelestnie, jakby był częścią cienia.

    Zatrzymuje się, widząc księgę. Jego stalowoszare oczy zwężają się lekko.

    — To język starych bogów — mówi spokojnie, podchodząc bliżej. — Sam nie znam go na tyle dobrze, żeby czytać płynnie… ale ogólną treść rozumiem.

    Nie zdążam nawet zapytać, co dokładnie zrozumiał, bo w drzwiach salonu pojawia się Cassian i od razu widać, że nie jest sam. Są w jednym ciele, ale w dwóch zupełnie różnych nastrojach. Cassian marszczy brwi, a w jego bursztynowych oczach na ułamek sekundy płonie płynne złoto. Feniks jest tuż pod powierzchnią.

    Jego spojrzenie pada na księgę i natychmiast się zmienia. Zaskoczenie. Potem czysta, lodowata niechęć. Bez słowa wyciąga rękę. Na jego palcach już tańczy mały, złocisto-czerwony płomień — gotowy, by spalić książkę w ułamek sekundy.

    — Nie — protestuję ostro, zasłaniając tom własnym ciałem. — Nawet o tym nie myśl.

    Cassian zamiera. Na jego twarzy pojawia się wyraźne niezadowolenie — mieszanka irytacji Cassiana i leniwej, niebezpiecznej frustracji Feniksa. Przez chwilę patrzą na mnie w milczeniu, jakby rozważali, czy warto się kłócić. W końcu płomień na ich palcach gaśnie. Niezadowoleni, ale posłuszni, opuszczają rękę.

    Stoję z dłońmi na starej, antycznej księdze i zdaję sobie sprawę, że właśnie otworzyłam coś, czego być może nie powinnam była dotykać. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Siedzimy w ogrodzie na dachu penthouse’u. Noc jest ciepła, pachnie jaśminem i wilgotną ziemią, ale ja czuję tylko zimny, metaliczny posmak niepokoju w ustach.

    Lili siedzi między nami na szerokiej, miękkiej sofie balkonowej obsypanej grubymi, puszystymi poduszkami. Ja zajmuję miejsce po jej lewej stronie, Feniks po prawej w swojej ludzkiej postaci. Dwie osoby, jedna obsesja.

    „Kto jej to podłożył…” — szepcze Feniks w mojej głowie tym leniwym, gardłowym tonem, który zawsze zapowiada kłopoty. — „Kto śmiał wsadzić jej do torby naszą prawdziwą historię? Chcę wiedzieć. Chcę go znaleźć. Chcę zobaczyć, jak powoli się pali…”

    Lili trzyma na kolanach starą księgę. Jej palce delikatnie suną po pożółkłych stronach, a ja obserwuję ją, jak urzeczony. Nie boi się. Wręcz przeciwnie — w jej szmaragdowych oczach widzę czyste, głodne zaciekawienie.

    „Patrz na nią…” — mruczy Feniks z rozkoszą, która jest prawie obsceniczna. — „Czyta o tym, jak kiedyś spaliłem całe miasto, bo ktoś źle na mnie spojrzał… a ona tylko się uśmiecha. Nasza mała, idealna Kochanie. Chcę ją tulić tak długo, aż zupełnie zniknie w moich ramionach.”

    Zaciskam szczękę. Nie chcemy, żeby znała historię z księgi. Nie tę wersję nas. Nie tę starożytną, znudzoną, nieobliczalną bestię, która istniała na długo zanim nauczyliśmy się udawać ludzi.

    Feniks nagle pochyla się i wciska twarz w jej włosy, mrucząc głośno, gardłowo, jak wielki kot, który właśnie dostał najlepszą zabawkę świata.

    — Kochanie… — szepcze prosto w jej ucho, a jego głos jest aksamitny i niebezpieczny jednocześnie. — Pogłaszcz mnie. No już.

    Lili uśmiecha się lekko i bez wahania unosi rękę, przeczesując palcami jego ogniste włosy. Feniks mruczy jeszcze głośniej, prawie wibrując z zadowolenia, i ociera się policzkiem o jej ramię.

    „Ona wie…” — szepcze mi do czaszki, rozbawiony do granic szaleństwa. — „Czyta o tym, jak rozrywałem bogów na strzępy dla zabawy… a mimo to głaszcze mnie jak ulubionego kotka. Chcę ją mieć. Całą. Teraz. Chcę, żeby krzyczała moje imię, kiedy będę ją…”

    — Dlaczego nie chcesz, żebym to przeczytała? — pyta nagle cicho, patrząc prosto na Feniksa.

    Feniks unosi głowę. Ja również. Przez chwilę w ogrodzie panuje absolutna cisza.

    „Powiedz jej” — syczy Feniks w mojej głowie. — „Powiedz jej, że się boimy, że w końcu zrozumie, czym naprawdę jesteśmy.”

    — Nie chcę, żebyś się nas bała — odpowiadam niechętnie, a głos mi się łamie. 

    To nie do końca moje słowa, są nasze.

    Lili mruga zaskoczona. Potem jej usta rozciągają się w tym miękkim, absolutnie nieprzestraszonym uśmiechu.

    — Wiem, że nigdy mnie nie skrzywdzicie — mówi spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. — Dlaczego miałabym się was bać?

    W mojej głowie Feniks eksploduje.

    „O kurwa… słyszałeś to?! Ona wie. Wie i nie boi się. Nasza. Nasza. Nasza. Chcę ją przycisnąć do tej sofy i…”

    Feniks przysuwa się jeszcze bliżej, niemal wciskając się całym ciałem w jej bok. Oplata ramieniem jej talię i wtula twarz w jej szyję, mrucząc tak głośno, że czuję wibracje w swoich własnych żebrach. Siedzę i patrzę, jak Lili spokojnie odwraca kolejną stronę księgi, jakby nie trzymała obok siebie istoty starszej niż bogowie, która w tej chwili rozpływa się z dumy i żądzy.

    „Ona jest idealna” — szepcze Feniks w ekstazie. — „Chcę ją mieć. Chcę ją chronić. Chcę, żeby nigdy nie przestała nas głaskać. Chcę spalić cały świat, żeby nikt nigdy nie spróbował jej odebrać. Nasza. Na zawsze.”

    Zamykam oczy i błagam w duchu, żeby ta książka nie pokazała jej tego, czego ja sam nie chcę w pełni pamiętać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Lekcja historii magii właśnie się zaczyna, a ja już wiem, że dzisiaj będzie jeden z tych dni, kiedy czuję się… jak ktoś ważny.

    Emily siedzi po mojej lewej stronie i co chwilę zerka na mnie z tym samym rozmarzonym uśmiechem co zawsze, ale dzisiaj robi to nie tylko ona. Z tyłu klasy dwóch chłopaków z kultu — obaj z pierwszego roku, obaj z północy — siedzą tak, żeby mieć mnie na oku. A na mojej ławce, jakby nigdy nic, leży świeża, jeszcze ciepła bułeczka z cynamonem i mała karteczka z napisem „Dla Ivory — od tych, którzy wiedzą, komu służą”. Uśmiecham się sama do siebie. To już trzeci raz w tym tygodniu.

    Wychodzę z klasy na krótką przerwę i wtedy je widzę. Lisa i Vanessa — te same dziewczyny z wyższego roku, które w zeszłym roku robiły mi piekło na korytarzach. Idą prosto ku mnie. Lisa podchodzi z tą swoją sztuczną pewnością siebie i już otwiera usta, żeby rzucić jakąś złośliwą uwagę. Nie zdąża.

    Zza rogu korytarza wyłania się dwóch wyznawców. Wychodzą szybko, ale spokojnie. Jeden z nich — wysoki, milczący — po prostu staje między mną a Lisą, blokując jej drogę. Drugi nachyla się do Vanessy.

    — Przepraszam, ale Ivory nie lubi hałasu na korytarzu — mówi cicho, prawie uprzejmie. — Może byście poszły… gdzie indziej?

    Vanessa otwiera usta, ale wyznawca tylko unosi brew. Nic więcej. Ma na twarzy ten spokojny, lodowaty uśmiech kogoś, kto wie, że za nim stoi cały kult.

    Lisa czerwieni się po same uszy. Vanessa cofa się tak szybko, że prawie przewraca się o stojący przy ścianie kosz na śmieci. Obie mamroczą coś pod nosem i wycofują się pospiesznie w głąb korytarza jak skarcone szczeniaczki.

    Chichoczę cicho. Nie mogę się powstrzymać. W zeszłym roku to one mnie upokarzały, a teraz… teraz same wyglądają, jakby miały ochotę schować się pod najbliższą ławką. To jest… cholernie przyjemne.

    Wracam do klasy i w tym momencie czuję ciepło po obu stronach.

    — Hej, Ivory — rozlega się niski, przyjemny głos po mojej prawej stronie.

    Kieran Hale przysuwa się bliżej. Ciemne włosy opadają mu na czoło, a przenikliwe, stalowoszare oczy patrzą na mnie tak intensywnie, że aż robi mi się gorąco. Po lewej stronie pojawia się Eric Voss — platynowe włosy błyszczą w świetle jak śnieg, arystokratyczne rysy twarzy sprawiają, że wygląda, jakby właśnie zszedł z portretu jakiegoś starego rodu z północy.

    — Przynieśliśmy ci coś na drugie śniadanie — mówi Eric miękko, kładąc na mojej ławce idealnie zapakowaną kanapkę i mały bukiet białych kwiatów. — Wiemy, że lubisz te z kremowym serkiem.

    Kieran nachyla się jeszcze bliżej, prawie dotykając ramieniem mojego ramienia.

    — I… jeśli chcesz, po lekcjach możemy cię odprowadzić do domu. Nie lubimy, kiedy chodzisz sama po korytarzach.

    Obaj uśmiechają się — jeden z tym niebezpiecznym, drapieżnym błyskiem w oczach, drugi z arystokratyczną, spokojną pewnością. Obaj są piękni. Obaj patrzą na mnie tak, jakby naprawdę mnie widzieli. Zdaję sobie sprawę, że nareszcie… nie czuję się jak piąte koło u wozu.

    Czuję, jak policzki mi płoną, ale nie odsuwam się. Pozwalam Kieranowi zostać tam, gdzie jest. Pozwalam Ericowi musnąć palcami grzbiet mojej dłoni, kiedy podaje mi kwiaty.

    Wiem, że nigdy nie będę miała Feniksa tak, jak bym chciała. Zdaję sobie sprawę, że jego serce należy do Lili, którą ja sama również szczerze kocham. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Ale… może właśnie dlatego tak bardzo mi się podoba, że ktoś w końcu patrzy na mnie, chce być blisko mnie. Mogę choć na chwilę przestać być tylko „tą małą, którą trzeba chronić”.

    Uśmiecham się szerzej i tym razem nie zasłaniam tego uśmiechu strachem.

    — Chętnie — mówię cicho. — Bardzo chętnie.

    Kieran mruczy coś z zadowoleniem, a Eric posyła mi ten swój arystokratyczny, leniwy uśmiech. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem czułam się tak cudownie lekka.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Przerwa obiadowa. Korytarz na trzecim piętrze jest prawie pusty — większość uczniów siedzi już w stołówce. Ja właśnie wracam z łazienki, kiedy słyszę znajome głosy. Lisa i Vanessa stoją pod ścianą przy automatach z napojami. Śmieją się z czegoś, co pewnie znowu dotyczy mnie.

    — Ta mała szara mysz znowu ma dziś obstawę — rzuca głośno Lisa. — Jakby ktoś chciał jej dotknąć.

    Vanessa parska.

    — Serio, kto by chciał tej żałosnej…

    Nie kończy. Zza rogu wychodzi czterech wyznawców. Idą spokojnie, jakby szli na kolejne zajęcia, ale ich twarze… są zupełnie puste. Jak maski. Jeden z nich — wysoki chłopak z blizną na szczęce — zatrzymuje się dwa kroki przed Lisą. Drugi łapie Vanessę za ramię i bez słowa przyciska ją plecami do ściany. Delikatnie, jednak na tyle mocno, że dziewczyna blednie.

    — Przepraszam — mówi bliznowaty cicho, prawie uprzejmie. — Ale Ivy nie lubi, kiedy o niej tak mówicie.

    Vanessa próbuje się wyszarpnąć.

    — Co ty sobie wyobrażasz, ty chory…

    Nie zdąża dokończyć. Dwóch wyznawców jednocześnie chwyta ją za ramiona i zmusza do uklęknięcia na zimnej posadzce korytarza. Kolana uderzają o płytki z głośnym stuknięciem.

    — Na kolana — mówi drugi chłopak tym samym spokojnym, uprzejmym tonem. — Obie.

    Vanessa zaczyna się trząść. Lisa ma łzy w oczach, ale wciąż próbuje być harda.

    — Puśćcie mnie, wy popaprańcy! Ja…

    Bliznowaty nachyla się nad nią. Jego głos jest cichy, ale każda sylaba jest jak lód.

    — Powiedz „Przepraszam, Ivory, za to, że byłam złośliwą suką przez cały zeszły rok”. I to głośno. Żeby wszyscy słyszeli.

    Lisa otwiera usta, ale jeden z wyznawców lekko naciska jej ramię. Kolana dziewczyny zsuwają się jeszcze niżej po podłodze. Vanessa już płacze — cicho, rozpaczliwie.

    — No dalej — mówi trzeci wyznawca, opierając się o ścianę z rękami w kieszeniach. — Im dłużej czekacie, tym dłużej tu stoimy.

    Patrzę na to wszystko z odległości kilku metrów, schowana za rogiem. Serce wali mi jak oszalałe.

    Lisa w końcu łamie się pierwsza. Głos jej drży, jest ochrypły i upokorzony.

    — Prze… przepraszam, Ivory… za to, że byłam złośliwą suką przez cały zeszły rok…

    Vanessa szlocha, ale powtarza za nią, ledwo słyszalnie.

    — Przepraszam, Ivory…

    Bliznowaty kiwa głową, jakby właśnie załatwili zwykłą sprawę.

    — Dobrze. Następnym razem, jak usłyszymy coś podobnego, nie skończy się na przeprosinach. Zrozumiano?

    Obie dziewczyny kiwają głowami jak marionetki. Twarze mają czerwone, rozmazany makijaż, a ich kolana pewnie będą sine przez tydzień. Wyznawcy puszczają je jednocześnie. Lisa i Vanessa podnoszą się chwiejnie, nie patrząc nikomu w oczy, i praktycznie uciekają korytarzem. 

    Czterech chłopaków odwraca się w moją stronę. Bliznowaty zauważa mnie i lekko się uśmiecha — tym samym spokojnym, uprzejmym uśmiechem.

    — Przepraszamy za hałas, Ivory — mówi cicho. — To nie powinno się już powtórzyć.

    Potem odchodzą, jakby nic się nie stało. Stoję tam jeszcze chwilę, z dłońmi przyciśniętymi do ust. Czuję… wszystko naraz. Euforię. Strach. I dziwną, ciemną, słodką satysfakcję, która rozlewa mi się po brzuchu jak ciepły miód. Bo w końcu ktoś… w końcu ktoś zrobił to dla mnie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Emily

    Obserwuję to wszystko z absolutną satysfakcją. Siedzę trzy ławki za nimi podczas przerwy i czuję się jak w najlepszym odcinku mojej ulubionej light novel. Kieran i Eric krążą wokół Ivory jak dwa bardzo przystojne, bardzo zdeterminowane wilki, a ona… ona jest taka słodka, gdy się rumieni. 

    Sytuacja pierwsza dzieje się przy stoliku pod oknem. Kieran wyciąga telefon i podsuwa jej jedną słuchawkę.

    — Zrobiłem dla ciebie playlistę — mówi tym swoim niskim, trochę niebezpiecznym głosem. — „Płomień dla Ivory”. Wszystkie utwory, które przypominają mi o tobie.

    Ivory bierze słuchawkę, a jej policzki momentalnie robią się czerwone jak dojrzała truskawka. Oczy ma szeroko otwarte, kiedy przewija tytuły. Ja z tyłu prawie piszczę z radości.

    Sytuacja druga – klasyka. Właśnie wchodzą do klasy po dzwonku. Kieran i Eric jednocześnie próbują zająć miejsca po obu stronach Ivory. Ich łokcie zderzają się w powietrzu. Żaden nie ustępuje. Przez kilka sekund trwa cicha, absurdalna walka — obaj napierają ramionami, uśmiechając się do siebie tym napiętym, „przyjaznym” uśmiechem. W końcu siadają po bokach jednocześnie, jakby uzgodnili to w myślach. Ivory siedzi między nimi sztywna jak deska, a ja gryzę wargę, żeby nie parsknąć śmiechem.

    Sytuacja trzecia dzieje się już na stołówce. Obaj chłopcy wstają w tym samym momencie i idą po napoje. Wraca jednocześnie. Kieran z herbatą malinową, Eric z gorącą czekoladą z bitą śmietaną i posypką. Stawiają oba kubki przed nią w idealnej synchronizacji. Ivory patrzy na dwa napoje, potem na nich, i jej uszy robią się jeszcze bardziej czerwone.

    — Nie… nie musieliście… — mamrocze.

    — Musieliśmy — odpowiadają chórem.

    Wzdycham z zachwytu. Ivory jest taka urocza.

    Potem jest sytuacja czwarta — najsłodsza. Idziemy przez park na niemagiczną stronę Akademii. Kieran został chwilę w tyle, bo ktoś z kultu chciał mu coś szepnąć. Eric zwalnia krok i nagle, zupełnie naturalnie, bierze Ivory za rękę. Jego palce splatają się z jej palcami. Ona nie cofa dłoni. Idzie dalej, rumieniąc się po same koniuszki uszu, a Eric patrzy na nią z tym swoim arystokratycznym, leniwym uśmiechem, jakby właśnie wygrał cały świat.

    Nie wytrzymuję. Doganiam ich i nachylam się do ucha Ivory, gdy Eric na moment odwraca wzrok.

    — No i? — szepczę z szerokim uśmiechem. — Którego wolisz?

    Ivory zamiera. Patrzy na mnie wielkimi, spanikowanymi oczami.

    — Ja… ja nie… nie wiem… — jąka się. — Oni obaj są… mili.

    Uśmiecham się jeszcze szerzej i ściskam jej ramię.

    — W sumie… po co wybierać? — mówię cicho, ale z pełnym przekonaniem. — Lilien też ma więcej niż jednego partnera i nikt nie ma z tym problemu. Ty też możesz, Ivy. Nikt ci nie zabroni.

    Imię Lilien wypowiadam z czcią, jak modlitwę. Ivory patrzy na mnie jeszcze przez sekundę, a potem jej spojrzenie ucieka w stronę Erica, który właśnie odwraca się do nas z tym samym spokojnym uśmiechem. Widzę, jak w jej oczach powoli rodzi się coś nowego. Coś bardzo, bardzo ciekawego.

    Note