Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Lilien

    Jestem szczęśliwa. Czuję, jak w moim wnętrzu rozlewa się przyjemne ciepło. Ettie siedzi obok mnie na kanapie, wtulony w mój bok i wspólnie przeglądamy książkę o zimowych przygodach. Z drugiej strony wciska się młodszy brat Cassiana, Aaron, naburmuszony, że nie poświęcam mu tyle uwagi co kiedyś.

    — Ej, ja też chcę oglądać! — marudzi, próbując wepchnąć się między nas.

    Ettie tylko prycha i mocniej przytula się do mojej ręki.

    — To moja siostra — oznajmia z dumą, jakby to było najważniejsze zdanie na świecie.

    Uśmiecham się i przyciągam Aarona bliżej, tak że teraz siedzę wciśnięta między dwóch małych chłopców, którzy walczą o moją uwagę. To jest… normalne. Cudownie normalne.

    Z dalszej cześci salonu dochodzi ciepły śmiech Elizabeth Vale. Mama Cassiana siedzi na dużej sofie z widokiem na ośnieżone Alpy, otulona miękkim szalem. Gdy zauważa Feniksa, jej twarz rozjaśnia się jeszcze bardziej.

    — Feniks, kochanie, chodź tu na chwilę! — woła radośnie. — Właśnie zamówiłam fondue z restauracji hotelowej, ale podobno ty masz w sobie tyle ognia, że na pewno wiesz, jak je idealnie podgrzać, żeby nie przypalić!

    Feniks wstaje z podłogi przy kominku i podchodzi do niej z tym swoim leniwym, drapieżnym uśmiechem. Elizabeth traktuje go dokładnie tak, jakby Cassian miał brata bliźniaka — obejmuje go ramieniem, poprawia mu kosmyk włosów i śmieje się, gdy on mruczy coś do niej cicho.

    — Wiesz, Lilien — mówi do mnie przez ramię z ogromną czułością — czuję się, jakbym nagle miała dwie córki. Ciebie i Ivy. Zamiast tylko tych dwóch, a teraz trzech, hałaśliwych chłopaków.

    Ivy, która siedzi na fotelu z książką, rumieni się po same uszy, ale widać, że jest w siódmym niebie.

    Ojciec Cassiana stoi przy oknie z kieliszkiem wina w dłoni. Nie jest tak wylewny jak żona, ale w jego oczach widzę spokojną, głęboką satysfakcję. Patrzy na nas wszystkich — na mnie, na Ettiego, na Iana, na chłopaków — i kiwa głową z cichym zadowoleniem.

    — Dobrze, że wszyscy tu jesteście — mówi tylko, ale w tym krótkim zdaniu słyszę więcej ciepła, niż się spodziewałam.

    Ian siedzi w fotelu po drugiej stronie kominka. Wygląda na odprężonego, śmieje się z czegoś, co powiedział Asher, ale ja go znam. Wiem, że pod tą spokojną maską wciąż nosi ciężar po śmierci rodziców. 

    Cieszę się jednak na myśl, że niedługo pójdziemy na narty — śnieg za oknem jest idealny, świeży i puszysty. W tym momencie wszystko wydaje się… prawie normalne. Jak zawsze w ostatnich miesiącach gdzieś w głębi czuję ten lekki, zimny cień. Ciszę przed burzą. Jednak teraz nie chcę o tym myśleć. Dzisiaj chcę tylko siedzieć między dwoma małymi chłopcami, słuchać śmiechu Elizabeth i patrzeć, jak Ian po raz pierwszy od dawna wygląda na naprawdę odprężonego.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Stoję na tarasie term i patrzę, jak Lili schodzi po schodkach do parującego basenu. Jej policzki są wciąż zaróżowione od mrozu i wysiłku na stoku, wygląda jak żywy płomień na tle białych Alp. Jest szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Widzę to w sposobie, w jaki się uśmiecha, jak jej oczy błyszczą, jak nie może przestać się śmiać, nawet gdy śnieg delikatnie pada wokół nas.

    Wreszcie jesteśmy sami. Po całym dniu na nartach, po śmiechu dzieciaków, po tym, jak Feniks i Cassian robili zjazd za zjazdem, jakby chcieli zniszczyć połowę stoku, w końcu jesteśmy tylko ona i ja.

    Lili podchodzi do mnie przez wodę. Para unosi się wokół jej ciała, a ja czuję, jak coś we mnie mięknie i twardnieje jednocześnie. Ona chce być ze mną. Sama. Bez reszty paczki. Bez Feniksa, który zawsze jest przy niej jak cień. Bez Cassiana. Tylko my.

    — W końcu… — szepcze, gdy staje przede mną. Jej dłonie suną po moim torsie, mokre i zimne od powietrza, ale cudownie przyjemne. — Tylko ty i ja.

    Przyciągam ją bliżej, jedną ręką obejmując jej talię, drugą wsuwając w mokre włosy na jej karku. Woda wokół nas paruje, a w tle wznoszą się ośnieżone szczyty Alp, oświetlone zachodzącym słońcem.

    — Tylko my — potwierdzam cicho, pochylając się, żeby pocałować ją w usta.

    Całuję ją powoli, głęboko, z tą samą spokojną pewnością, co zawsze. Ona oddaje pocałunek z westchnieniem, które sprawia, że zaciskam palce na jej biodrach. Czuję, jak jej ciało przylega do mojego — miękkie, gorące, mokre. Jest moja. W tej chwili jest całkowicie moja.

    Odsuwam się tylko na tyle, żeby spojrzeć jej w oczy.

    — Kocham cię taką — mówię niskim głosem. — Zaróżowioną od mrozu, uśmiechniętą, wolną od całego tego chaosu, który nas otacza.

    Jej palce suną po mojej szczęce.

    — Chciałam tego — szepcze. — Pragnęłam, żebyśmy choć przez chwilę mogli być sam na sam. Bez nikogo innego.

    Przyciągam ją jeszcze bliżej, aż jej nogi oplatają moje biodra pod wodą. Trzymam ją mocno, pewnie, jak zawsze. Para unosi się wokół nas, a śnieg delikatnie pada na jej rzęsy. Parująca woda term z widokiem na ośnieżone Alpy, właśnie stała się naszym małym, prywatnym światem.

    Przyciskam czoło do jej czoła i zamykam oczy.

    — Jesteś moja — szepczę. — Tylko moja.

    Lili uśmiecha się i całuje mnie znowu, tym razem jeszcze głębiej, jeszcze głodniej. Nareszcie wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być. Czuję, jak jej palce wplątują się w moje włosy. Woda paruje wokół nas, śnieg delikatnie pruszy, a ona jest tam, gdzie powinna być — w moich ramionach.

    Wtedy czuję falę gorącego powietrza i mam ochotę przeklinać. Feniks staje na brzegu basenu, biały opar unosi się wokół jego ciała. Stoi tam w całej swojej złocistej, rudowłosej chwale, z tym samym drapieżnym uśmiechem, który zawsze zapowiada problemy.

    Lili odrywa usta od moich i odwraca głowę.

    — Kotku…? — pyta zaskoczona, ale w jej głosie jest też radość.

    On nie czeka na zaproszenie. Pod tym względem zdecydowanie wolałem oryginalnego Cassiana. Wchodzi do wody jednym płynnym ruchem, podchodzi i bez słowa obejmuje Lili od tyłu. Przyciska się do jej pleców, a ona automatycznie odchyla głowę, opierając ją na jego ramieniu.

    — Nie mogłem dłużej czekać — mruczy jej prosto do ucha, ale patrzy przy tym na mnie. Jego złociste oczy błyszczą czystą, zaborczą satysfakcją. — Kochanie pachniała za dobrze. Musiałem sprawdzić, czy nie zapomniałaś o swoim Kotku.

    Lili śmieje się cicho, ale ja czuję, jak moja szczęka się zaciska. Feniks się nie odsuwa. Jedną ręką obejmuje jej talię, drugą sunie po jej mokrym ramieniu. Całuje jej szyję — powoli, świadomie, dokładnie tam, gdzie przed chwilą ja ją całowałem.

    — Asher… — mówi do mnie leniwie, nie przerywając pocałunków na jej skórze — …nie gniewaj się. Po prostu nie mogłem patrzeć, jak moja Lili jest tu sama z tobą. Musiałem się upewnić, że jest bezpieczna.

    Czarodziejka drży między nami, ale nie z zimna. Z czegoś zupełnie innego. Jej palce zaciskają się na moim przedramieniu, a drugą rękę wyciąga do tyłu, żeby pogłaskać Feniksa po włosach.

    — Jesteście niemożliwi — szepcze, ale w jej głosie jest śmiech i coś ciepłego, rozanielonego.

    Feniks tylko mruczy z zadowoleniem i przygryza jej ucho.

    — Jesteśmy twoi — odpowiada. — Obaj. I nie zamierzamy się dzielić.

    Patrzę na niego nad ramieniem Lili. On patrzy na mnie. W jego oczach jest wyzwanie, ale też ta sama mroczna, zaborcza miłość, którą sam czuję.

    Wzdycham ciężko i przyciągam Lilien bliżej, tak że teraz jest ściśnięta między nami dwoma — gorącymi, mokrymi, nieustępliwymi.

    — Niech będzie — mruczę, całując ją w kącik ust. — Ale jeśli znowu zaczniesz mruczeć „Kochanie” w nieodpowiednim momencie, to cię utopię.

    Feniks śmieje się gardłowo i gryzie Lili w szyję.

    — Spróbuj — odpowiada mi, ale jego oczy są pełne rozbawienia.

    Dziewczyna tylko jęczy cicho i wtula się mocniej w nas obu. Mimo irytacji czuję, jak na moich ustach pojawia się cień uśmiechu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Mógłbym się w niej utopić. Nie tylko w jej ciele — w całym jej zapachu, w każdym drżeniu, w każdym westchnieniu, które wydobywa się z jej ust, gdy przyciskam się do jej pleców w parującej wodzie.

    Moja. Słowo pulsuje mi w głowie jak gorąca lawa. Lili jest między nami a Asherem, mokra, gorąca, żywa, i czuję, jak jej serce bije szybciej tylko dlatego, że ja tu jestem. Ja. Nie tylko on. Ja. Przygryzam jej szyję — nie mocno, ale wystarczająco, żeby zostawić ślad. Chcę, żeby jutro rano widziała moją obecność na swojej skórze. Chcę, żeby pamiętała, że nawet kiedy jest z nim, ja i tak jestem przy niej. Zawsze.

    „Patrz na niego, Cassian” — Feniks szepcze w głowie do tej drugiej połowy mnie, a jego głos jest pełen obłąkanej, dziecięcej radości. — „Patrz, jak próbuje być spokojny, a jednocześnie wie, że ja tu jestem. Że ona mnie chce. Że nawet teraz, kiedy on ją całuje, ona odchyla głowę, bo chce, żebym ja też ją gryzł.”

    Czuję euforię tak czystą, że aż mnie pali. Ona jest moja. Ona jest nasza. Ale w tej chwili… w tej chwili jest bardziej moja, bo to ja przyszedłem po nią. To ja nie mogłem dłużej wytrzymać z dala od niej.

    Wsuwam dłoń pod jej kostium, dotykam nagiej, mokrej skóry brzucha i czuję, jak drży. Uśmiecham się w jej szyję.

    „Chcę ją pożreć” — Feniks mruczy mi w głowie. — „Chcę ją mieć tu i teraz, na oczach tych cholernych Alp. Chcę, żeby krzyczała nasze imię, a nie jego. Chcę, żeby wiedziała, że nawet kiedy jest z nim, to ja zawsze mogę przyjść i zabrać ją sobie.”

    Asher patrzy na mnie ponad jej ramieniem. Widzę w jego oczach irytację, ale też akceptację. Wie, że nie odejdę. Nigdy nie odejdę. I to jest piękne. Ona jest między nami. Gorąca. Mokra. Moja.

    Przyciskam się mocniej do jej pleców. 

    — Jesteś moja, Kochanie… — szepczę jej prosto do ucha, tak cicho, że tylko ona słyszy — nawet kiedy on cię trzyma.

    Czuję, jak jej ciało reaguje na moje słowa i to jest lepsze niż jakikolwiek ogień. To jest raj, a ja jestem w nim. Z nią. Woda jest gorąca, powietrze gęste od pary, a jej skóra jeszcze gorętsza. Lili siedzi między nami w parującym basenie termalnym, plecami wtulona w mój tors, z nogami zarzuconymi na uda Ashera. Para unosi się wokół nas jak biała zasłona, a ja czuję każdy jej oddech — szybki, płytki, spragniony. Asher całuje ją powoli w szyję, a ja… ja nie mogę przestać jej dotykać. Moje dłonie suną po jej mokrych biodrach, wślizgują się pod cienki, mokry strój kąpielowy.

    Feniks w mojej głowie mruczy jak wielki, rozleniwiony kot.

    „Nasza… cała nasza… czuję, jak drży, kiedy jej dotykamy… chcę ją tu wziąć, teraz, na oczach tych cholernych gór… niech wiedzą, że należy do nas…”

    Uśmiecham się w jej mokre włosy i gryzę delikatnie płatek ucha. Ona wzdycha cicho, odchylając głowę, a ja czuję, jak jej ciało mięknie między nami. To jest idealne. Za idealne.

    Wtedy to czuję. Nie ja. On. Feniks nagle sztywnieje w mojej głowie jak napięta struna. Cała jego leniwa, rozkoszna błogość znika w ułamku sekundy. Zastępuje ją coś zimnego, drapieżnego, absolutnie morderczego.

    „Ktoś idzie” — warczy mi prosto w czaszkę. Głos ma niski, gardłowy, bez śladu żartu. — „Blisko. Za blisko. Nie pachnie dobrze. Nie nasz. Chcę spalić. Chcę spalić go, zanim zdąży choćby pomyśleć o niej.”

    Moje ręce na jej biodrach zaciskają się odruchowo. Lilien czuje zmianę i unosi głowę, patrząc na nas z lekkim zaskoczeniem.

    — Kotku…? — szepcze.

    Nie odpowiadam jej. Patrzymy prosto na Ashera. On już wie. Zna ten wyraz naszych oczu. Widział go wystarczająco wiele razy.

    — Asher — mówimy cicho, ale głos jest już w połowie mój, a w połowie Feniksa. — Zabierz ją. Natychmiast. Do pokoju. Nie wychodźcie, dopóki nie wrócę.

    Asher nie pyta. Nie waha się ani sekundy. Wstaje, woda spływa z niego strugami, a on wyciąga Lili z basenu jakby nic nie ważyła. Owija ją swoim ręcznikiem, przyciąga do siebie i rusza w stronę wyjścia z term bez jednego słowa. Czarodziejka patrzy na mnie przez ramię, oczy ma szeroko otwarte.

    — Kotku…? — pyta cicho, a w jej głosie słychać niepokój.

    Feniks w mojej głowie szczerzy zęby w uśmiechu, który nie ma w sobie nic ludzkiego.

    „Idź z nim, Kochanie. Bądź grzeczna. Ja tylko… posprzątam.”

    Patrzę, jak znikają w korytarzu prowadzącym do hotelu. Wstaję. Woda spływa po mojej skórze, ale ja już jej nie czuję. Feniks znika z miejsca, w którym był przed chwilą i jest teraz w pełni obecny w jednym ciele razem ze mną. Czuję go w każdym mięśniu, w każdym oddechu. Ogień pod skórą. Głód w zębach.

    „Ktoś ośmielił się zbliżyć do naszej Lili” — szepcze mi w głowie, a jego radość jest tak czysta, że aż piękna. — „Chodźmy… zobaczymy, kto dziś będzie krzyczał.”

    Uśmiecham się do pustego korytarza. Ktoś właśnie popełnił największy błąd swojego życia.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Idziemy przez lobby hotelu. Lili jest tuż obok mnie — ciepła, żywa, wciąż pachnąca parą z term i moim dotykiem. Jej dłoń jest w mojej dłoni. Czuję, jak serce mi bije spokojniej niż przez ostatnie tygodnie. W końcu jest tutaj, ze mną.

    Wciąż czuję jednak niepokój wywołany zachowaniem Feniksa. Przez chwilę mam nadzieję, że tym razem jednak nic się nie wydarzy, a potem… nagle dzieje się wszystko naraz.

    Niewidzialna siła uderza w Lili jak taran. Czarodziejka sapie głośno, jej palce wyślizgują mi się z dłoni. Ciało dziewczyny odrywa się ode mnie w tył, jakby ktoś szarpnął ją za niewidzialną smycz. Robię krok naprzód, ale powietrze przed nami pęka.

    Czarny, wirujący rozstęp rozrywa rzeczywistość — nie wygląda jak zwykły portal demoniczny. Jest głębszy, zimniejszy, jakby ktoś rozciął tkaninę świata i odsłonił coś, co nie powinno istnieć. Ciemność w środku pulsuje srebrzystą, niezdrową poświatą.

    — Lili! — ryczę.

    Przywołuję tygrysa w ułamku sekundy. Wielki, biały kształt materializuje się obok mnie z niskim warknięciem, gotowy do skoku, ale nie zdążam.

    Ze stołka przy barze, zaledwie kilka metrów dalej, zrywa się Mael. Jego twarz jest skupiona, oczy płoną triumfem. Nie patrzy na mnie. Patrzy tylko na nią.

    Rzuca się w wyrwę pierwszy, jest szybki, precyzyjny, jakby czekał na ten moment od tygodni. Chwyta Lili w locie, zanim jej ciało zdąży w pełni wpaść w ciemność. Przez ułamek sekundy widzę jej szeroko otwarte, przerażone oczy, jej rękę wyciągniętą w moją stronę.

    — Ash!

    Jej krzyk urywa się gwałtownie. Wyrwa zamyka się nagle, jakby nigdy jej tam nie było. Powietrze w lobby faluje jeszcze przez sekundę, a potem zostaje tylko pustka. Tygrys ryczy i skacze, ale uderza w pustkę. W miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była ona. Stoję w środku eleganckiego, rozświetlonego lobby, z sercem walącym tak mocno, że czuję je w gardle.

    Ona zniknęła. Z nim. Znowu. Tym razem nie czuję już nawet gniewu. Czuję tylko lodowatą, absolutną pewność. Zrobię wszystko, żeby ją odzyskać. Nawet jeśli będę musiał iść za nią do piekła.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Spadam w ciemność. Jestem pewna, że zaraz zginę, roztrzaskując się o coś, co z pewnością czeka na mnie w dole. Wtedy czuję wokół siebie otaczające mnie, silne ramiona. Chłopak obraca się w powietrzu tak, żeby to on uderzył plecami o ziemię, a nie ja. Uderzenie jest mocne, ale Mael amortyzuje cały impet swoim ciałem. Jęczy cicho, ale nie puszcza mnie. Leżymy na zimnej, kamiennej podłodze w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Ściany są tutaj z czarnego kamienia, a na suficie widać słabe, niebieskawe światło run.

    Kiedy zasłania mnie swoim ciałem, nie rozumiem. Nie mam pojęcia, dlaczego Mael zachowuje się jak Cassian. Próbuję się od niego odsunąć, ale jego ramiona są jak stal.

    — Przestań zgrywać bohatera — warczę na niego rozeźlona.

    Śmieje się. Autentycznie się roześmiał.

    — Uważasz, że robiłbym to dla kogokolwiek innego? — pyta chłodno.

    — Puść mnie! — warczę, uderzając go pięścią w tors.

    On tylko śmieje się cicho, tym samym, autentycznym śmiechem co wcześniej. Trzyma mnie przy sobie, jedną rękę ma na moim karku, drugą na dole pleców, jakby bał się, że znowu zniknę.

    — Nie mogę — odpowiada spokojnie. — Nie po tym, jak prawie cię straciłem przez ten cholerny portal.

    Czuję jego serce bijące mocno pod moją dłonią. Jest szybkie. Prawdziwe. Nie jak u kogoś, kto tylko gra bohatera.

    To mnie wkurza jeszcze bardziej.

    — Nie jesteś Cassianem — syczę, próbując się wyrwać. — Nie udawaj, że jesteś.

    Mael patrzy na mnie swoimi stalowymi oczami, a w jego spojrzeniu jest coś, co sprawia, że czuję dreszcz, nie tylko strachu.

    — Nie udaję — mówi cicho, ale z absolutną pewnością. — Robię to, bo to ty.

    Jego głos jest niski, niemal czuły, a ja nienawidzę tego, jak moje ciało na niego reaguje. Nienawidzę tego ciepła, które rozlewa się po mojej skórze mimo gniewu. Nienawidzę tego, że przez chwilę, tylko przez jedną cholerną chwilę, czuję się przy nim… bezpieczna.

    To najgorsze ze wszystkiego.

    — Jesteś kłamcą — szepczę, ale mój głos już nie brzmi tak pewnie.

    Mael nie odpowiada. Zamiast tego przyciąga mnie bliżej, jego dłoń na moim karku jest ciepła, stanowcza. Czuję jego oddech na swojej szyi i zamykam oczy, walcząc z falą niechcianych wspomnień — jego dotyku, jego pocałunków, tego, jak kiedyś, w iluzji, którą stworzył, czułam się przy nim…

    — Wiem, że mnie nienawidzisz — mówi cicho, prawie czule. — Ale wiem też, że część ciebie mnie pamięta i to wystarczy.

    Nie odpowiadam. Boję się, że jeśli otworzę usta, w moich słowach nie wybrzmi wyłącznie gniew, a tego nie mogłabym sobie wybaczyć.

    Leżymy tak jeszcze chwilę w zimnym, kamiennym pomieszczeniu. Mael nie puszcza mnie ani na milimetr, jakby bał się, że portal znowu mnie zabierze. Ja z kolei nie mogę przestać myśleć o Asherze i Cassianie — o tym, jak musieli zostać po drugiej stronie, jak Feniks pewnie szaleje z wściekłości. Czuję ukłucie winy, ale też ulgę, że przynajmniej żyję.

    W końcu Mael wstaje, podnosząc mnie ze sobą, jakbym nic nie ważyła. Obejmuje mnie w talii, a ja nie protestuję, ponieważ nogi wciąż mam miękkie po upadku.

    — Chodź — mówi spokojnie. — Musimy stąd wyjść. Nie wygląda na to, żeby było tu bezpiecznie.

    Patrzę na niego z mieszanką gniewu i rezygnacji. Nie wiem, dokąd mnie zabiera, nie mam też pojęcia, co jeszcze planuje. Wiem tylko, że niezależnie od tego, jak bardzo się staram, nie potrafię go znienawidzić tak czysto, jak bym chciała. I to jest najgorsze ze wszystkiego.

    Wtedy wkurza mnie jeszcze bardziej, bo dostrzega, jak drżę z zimna. W hotelu było ciepło, a ja szłam w krótkim rękawku i z wciąż mokrymi po basenie włosami. Zdejmuje swoją czarną, rozpinana bluzę i zakłada mi ją na ramiona, zmuszając, żebym włożyła ręce w rękawy. Zapina ją pod samą szyję i zakłada mi na głowę kaptur, sam zostając jedynie w czarnym t-shircie.

    Myślę o tym, jak bardzo go nie znoszę i do głowy przychodzi mi oczywiste imię. Angelica! Z premedytacją krzywdziła Ivy, która ostatecznie trafiła przez nią do szpitala. Częściowo też z jego winy. Kurczowo trzymam się tego jednego imienia. Jestem pewna, że jeżeli podsunę swojej wyobraźni wystarczająco wyraźny obraz, to poczuję do niego na tyle duże obrzydzenie, żeby moje ciało wreszcie przestało na niego reagować. 

    — Przestań mnie wreszcie dotykać — warczę na niego. — Najpierw Angelica, potem ja. Może łaskawie mógłbyś już przejść do kolejnego celu? — rzucam swoją prowokację. 

    Mael przygląda mi się, jakbym powiedziała coś zupełnie absurdalnego.

    — Więź z Angelicą nie była prawdziwa, tak jak ta, którą stworzyłem, kiedy mnie odrzuciłaś — wyjaśnia wypranym z emocji głosem. — Ta jest — pokazuje na swoje przedramię, na którym widnieje wytatuowane magią moje imię. — Przyjęłaś mnie wtedy świadomie. 

    — Bo namieszałeś mi w pamięci! — ripostuję wkurzona. — Zresztą wcale nie potrzebujesz więzi do tego, żeby z kimś sypiać — znowu niemalże warczę.

    Patrzę na jego twarz i zdaję sobie sprawę, że jest szczerze zaskoczony, a potem na jego obliczu widzę wyraźny niesmak.

    — Nie zmusiłbym się do seksu z Angelicą — niemalże się wzdryga, jakby sam pomysł go śmiertelnie obrażał. 

    Patrzę na niego w półmroku jaskini i widzę coś, czego nie chcę widzieć — szczerość. Prawdziwą, surową, bez tej jego zwykłej kalkulującej maski. Mael nigdy nie był typem, który pokazuje emocje, ale teraz… teraz jego głos brzmi inaczej, ciszej, prawdziwiej.

    — Ona była tylko narzędziem — kontynuuje, nie odrywając ode mnie wzroku. — Użytecznym, ale nic poza tym. Potrzebowałem jej energii, jej nienawiści, jej próżności. Nigdy nie patrzyłem na nią tak, jak patrzę na ciebie.

    Robi krok bliżej. Bluza, którą mi założył, pachnie nim — bergamotką, drewnem cedrowym i czymś chłodnym, męskim. Czuję, jak materiał jeszcze ciepły od jego ciała otula mnie jak kokon, a ja nienawidzę tego, jak bardzo mi się to podoba.

    — Jesteś pierwszą i jedyną osobą, która kiedykolwiek naprawdę mnie… zainteresowała — mówi powoli, jakby samo przyznanie tego kosztowało go sporo. — Nie jako środek do celu. Nie jako źródło mocy. Po prostu ty. 

    Milknie na chwilę. W bladoniebieskiej poświacie run jego twarz wygląda ostro, ale oczy… oczy ma miękkie. Prawie bezbronne. To najniebezpieczniejsza wersja Maela, ta, w której przestaje być zimnym strategiem, a staje się po prostu mężczyzną, który patrzy na mnie tak, jakby reszta świata przestała istnieć.

    — Dlatego nie mogę cię puścić — dodaje cicho. — I dlatego nie zamierzam udawać, że jesteś mi obojętna. Bo nie jesteś. Nigdy nie byłaś.

    Zaciskam zęby, bo czuję, jak coś w mojej piersi niebezpiecznie mięknie. Nie chcę tego czuć. Nie wobec niego. Jednak jego słowa trafiają tam, gdzie nie powinny, prosto w tę część mnie, która pamięta, jak bezpiecznie czułam się w jego ramionach, zanim wszystko się posypało.

    Mael zauważa moje drżenie i bez słowa poprawia kaptur na mojej głowie, otulając mnie szczelniej swoją bluzą. Gest jest prosty, opiekuńczy, bez zbędnych słów i właśnie przez to cholernie cool.

    — Chodź — mówi spokojnie, biorąc mnie za rękę. — Musimy iść dalej. Nie zostawię cię tu samej.

    Idziemy w milczeniu przez plątaninę jaskiń, a ja kurczowo trzymam się gniewu… i jednocześnie czuję, że z każdym jego krokiem obok mnie ten gniew robi się coraz trudniejszy do utrzymania.

    Jaskinie wiją się wokół nas plątaniną korytarzy oświetlonych słabą, bladoniebieską poświatą, która wydaje się wydobywać prosto ze skał. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. Powietrze jest chłodne, wilgotne, pachnie kamieniami i mchem. Każdy krok odbija się echem, jakby sama ciemność nas słuchała.

    Mael idzie przede mną, jedną ręką wciąż trzymając moją dłoń, której nie puszcza, nawet kiedy próbuję ją wyszarpnąć. W drugiej ręce trzyma ostry odłamek skały, którym co kilka metrów zaznacza na ścianie prosty znak — cienką, pionową kreskę. Robi to metodycznie, bez słowa, jakby znał te korytarze na pamięć albo po prostu nie zamierzał pozwolić, żebyśmy się zgubili.

    Patrzę na te kreski i czuję, jak żołądek mi się zaciska. Nie wiemy, dokąd idziemy, ani jak stąd wyjdziemy. A on… on zachowuje się, jakby to wszystko było tylko kolejnym etapem jego planu. Jakby nawet piekło miało się przed nim ugiąć.

    Znowu próbuję wyrwać dłoń, ale jego palce zaciskają się mocniej, nie boleśnie, ale zdecydowanie.

    — Nie puszczę cię — mówi cicho, nie odwracając głowy. — Nigdy więcej.

    Idziemy dalej w milczeniu przez plątaninę korytarzy. Słaba, bladoniebieska poświata run ledwo rozświetla drogę. Mael wciąż trzyma mnie za rękę i nie puszcza, nawet kiedy próbuję się wyrwać. Jego palce są ciepłe, stanowcze, jakby bał się, że jeśli na sekundę mnie puści, znowu zniknę.

    Wędrujemy już dobrą godzinę, kiedy nagle korytarz się rozszerza i w górze, wysoko w ścianie, dostrzegam otwór. Przez niego wpada słabe, naturalne światło — szare, dzienne, jakby z zewnątrz. Serce mi podskakuje. Może w końcu jakieś wyjście?

    Otwór jest jednak za wysoko. Nawet gdybym stanęła na palcach i spróbowała się podciągnąć, nie sięgnęłabym krawędzi.

    Mael zatrzymuje się i patrzy w górę. Przez chwilę ocenia odległość, a potem bez słowa puszcza moją dłoń. Robi krok w stronę ściany, podskakuje lekko i bez najmniejszego wysiłku chwyta się krawędzi otworu. Podciąga się jednym płynnym, silnym ruchem, mięśnie na jego ramionach i plecach napinają się pod cienkim t-shirtem, ale nie wydaje przy tym żadnego dźwięku wysiłku. Jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie.

    Przez chwilę wisi tam, patrząc na mnie z góry. W bladym świetle wpadającym z zewnątrz jego twarz wygląda ostro, ale jednocześnie… imponująco. Cool. Zdecydowanie zbyt cool jak na kogoś, kto powinien być moim wrogiem.

    — Daj rękę — mówi spokojnie, wyciągając dłoń w moją stronę.

    Stoję tam i czuję, jak wbrew sobie podziwiam tę jego cholerną, naturalną siłę i grację. Nienawidzę tego, że to zauważam. Nienawidzę, że przez ułamek sekundy myślę, że wygląda… atrakcyjnie. Ale wyciągam rękę. Bo nie mam innego wyboru.

    Wspinamy się na górę i wychodzimy w spowitym mgłą lesie. Sama nie jestem pewna, czy lepiej być tu, czy w jaskini. 

    Patrzę na Maela, który podnosi się z ziemi, otrzepując mokre liście z kolan. Kiedy podwija się jego koszulka, zaskoczona wpatruję się w podłużne blizny na jego brzuchu. Zupełnie zapomniałam o konsekwencjach więzi. Czuję nieprzyjemny chłód w środku. 

    — To… — zaczynam niepewnie, nie do końca wiedząc, co chcę powiedzieć.

    Mael tylko wzrusza ramionami.

    — Feniks zazwyczaj je rano leczy — wyjaśnia, jak gdyby nigdy nic. — Teraz nie zdążył. 

    Nagle uświadamiam sobie, że nie zdając sobie z tego sprawy, torturowałam go od kilku tygodni. Nie zamierzam go zaakceptować, ale… już nie nienawidzę go tak bardzo jak wcześniej i nie chcę robić mu krzywdy. 

    — Nie możesz po prostu odpuścić? — pytam z nadzieją. — Widziałam na własne oczy, jak rozpadła się więź Lucasa i Angelicy. Tak po prostu, bez żadnych konsekwencji. 

    Chłopak śmieje się, jakbym opowiedziała dobry żart. Wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, a potem stanowczo mnie do siebie przyciąga. Przyciąga tak, że nie ma już między nami ani centymetra powietrza. Jedną ręką obejmuje mnie w talii, drugą delikatnie, ale pewnie unosi mój podbródek, zmuszając, żebym spojrzała mu prosto w oczy. Blizny na jego brzuchu wciąż są widoczne pod podwiniętą koszulką, jednak on patrzy na mnie tak, jakby to nie miało znaczenia.

    — Nie mogę odpuścić — mówi cicho, głosem niskim i absolutnie pewnym. — Jesteś pierwszą i jedyną osobą, na której mi kiedykolwiek zależało. Taka, jaka jesteś. Z tym całym swoim uporem, gniewem i tym światłem, które nosisz w sobie, nawet kiedy próbujesz mnie znienawidzić.

    Jego kciuk delikatnie muska moją dolną wargę. Gest jest zaskakująco czuły, prawie czysty, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch mnie spłoszy.

    — Widziałem tysiące dziewczyn — kontynuuje, a w jego stalowych oczach jest coś, czego nigdy wcześniej u niego nie dostrzegłam. Szczerość. — Żadna z nich nie została w mojej głowie dłużej niż pięć minut. Ty… ty zostałaś na stałe. Od pierwszego spojrzenia. I im bardziej się ode mnie odsuwasz, tym mocniej chcę być przy tobie.

    Czuję, jak jego serce bije mocno pod moją dłonią, którą wciąż trzymam na jego torsie. Nie puszcza mnie. Stoi tak, jakbym była czymś najcenniejszym, co kiedykolwiek miał i jednocześnie jakbym była jedyną rzeczą na świecie, której naprawdę pragnie.

    Mael pochyla się powoli, opierając czoło o moje. Jego oddech jest ciepły, spokojny. 

    — Więc nie, Lili — szepcze. — Nie odpuszczę. Nigdy. Jesteś jedyną osobą, dla której warto walczyć o wszystko.

    Note