Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Vanessa

    Siedzę na trybunach z Angelicą i Lizą, nogi mam zarzucone na oparcie przedniego rzędu, a w ustach trzymam słomkę od lodowatej coli. Chłopaki właśnie zaczęli trening na boisku pod nami — na sobie mają tylko czarne koszulki bez rękawów i sportowe spodnie opinające biodra. Ich tatuaże są widoczne jak na dłoni. Żadna z naszej trójki nie ma jeszcze swojego partnera, więc dobrze będzie rozeznać się w sytuacji. 

    Nathan ma na przedramieniu imię Sary wypisane eleganckimi, delikatnymi literami. Lucas… no cóż, jego ramię jest czyste od jakiegoś czasu. Jestem bardzo ciekawa, co wydarzyło się między nim, a Angelicą, ale dziewczyna uparcie milczy.

    Asher oczywiście ma imię „Lilien” wypisane czarnym, srebrzyście iskrzącym się tuszem na przedramieniu i wygląda, jakby chciał, żeby każdy wiedział, do kogo należy. Denerwuje mnie, że to samo imię widnieje na przedramieniu Cassiana.

    Potem mój wzrok pada na niego. Rudowłosy bóg chaosu. Feniks. Stoi na boisku w takiej samej czarnej koszulce, jak pozostali. Materiał przyjemnie opina jego wytrenowane mięśnie. Na jego przedramieniu nie ma tatuażu. Żadnego. Ani śladu imienia. Skóra jest gładka, złocista, perfekcyjna. Serce mi podskakuje.

    — O kurde… — szepczę, nachylając się do przodu. — On jeszcze nie ma partnerki?

    Angelica obok mnie sztywnieje. Widzę, jak jej palce zaciskają się na puszce tak mocno, że  aluminium trzeszczy.

    — To kuzyn Cassiana — mówi cicho, ale głos jej drży. — Kręci się wokół Lilien. Jak wszyscy.

    Lisa parska śmiechem i szturcha mnie łokciem.

    — Nic dziwnego. Skoro jest kuzynem Cassiana, to pewnie ma w genach „zajmowanie się Lilien”. Jak mucha do gówna.

    Nie słucham ich do końca. Patrzę tylko na niego. Feniks właśnie robi pompki — mięśnie grają mu pod skórą, rude włosy opadają mu na czoło, a kiedy się podnosi, na moment patrzy prosto w naszą stronę. Te złote oczy… cholera, czuję jak przechodzą mnie przyjemne ciarki. Uśmiecha się leniwie, jakby wiedział, że go obserwuję, i mruga.

    Czuję, jak robi mi się gorąco w brzuchu.

    — Boże, on jest… — wzdycham, nie kończąc zdania. — Jakby ktoś wziął ogień i zrobił z niego człowieka. I jeszcze nie ma tatuażu… to znaczy, że jest wolny?

    Angelica blednie tak bardzo, że aż się boję, że zaraz zemdleje. Jej usta zaciskają się w wąską linię.

    — Nie jest wolny — cedzi przez zęby. — Kręci się wokół Lilien. Zawsze przy niej. Jak cień. Jak pies na łańcuchu.

    Lisa odchyla się na ławce.

    — No właśnie. Lilien ma już dwóch — i rzuca złośliwie. — Po co jej trzeci? Chyba że chce założyć harem.

    Śmieję się, ale nie mogę oderwać wzroku od Feniksa. Robi teraz przysiady z Asherem i Lucasem — cała trójka wygląda jak żywy obraz. Rudowłosy bóg chaosu między dwoma książętami.

    — A ja i tak bym się nie obraziła — mruczę pod nosem. — Nawet jeśli jest kuzynem Cassiana i kreci się wokół Lilien. Cholera, za taki widok można wybaczyć wiele.

    Angelica nie odpowiada. Tylko patrzy na boisko z miną, jakby właśnie połknęła truciznę. Nadal patrzę na Feniksa i czuję, jak kąciki moich ust same się unoszą.

    Chłopaki właśnie skończyli serię przysiadów i trener krzyczy, żeby przywołali bestie — standardowe ćwiczenie na koordynację i kontrolę mocy. Całe trybuny milkną. Nawet my trzy przestajemy plotkować i nachylamy się do przodu.

    Asher jako pierwszy robi krok do przodu. Podnosi rękę, a przed nim materializuje się ogromny, śnieżnobiały tygrys — majestatyczny, z czarnymi pasami i oczami jak lodowe kryształy. Tygrys warczy nisko i ociera się o bok Ashera, jakby potwierdzał, że jest gotowy.

    — Klasyka — mruczy Lisa z uznaniem. — Książę i jego biały kotek.

    Potem Lucas. Kruk materializuje się na jego ramieniu — wielki, czarny, z piórami lśniącymi jak olej. Ptak przechyla łepek i wydaje chrapliwy dźwięk, jakby się śmiał. Lucas tylko kiwa głową, a kruk wzbija się w powietrze i zatacza koło nad boiskiem.

    Niebieski wilk wyłania się z cienia przy stopach Cassiana. Jest potężny, z futrem w odcieniu głębokiego, nocnego granatu. Wilk warczy cicho i przykleja się do boku swojego pana, jakby był jego drugą skórą.

    Wszystkie trzy wstrzymujemy oddech, bo Feniks właśnie robi krok naprzód. Rudowłosy bóg chaosu unosi rękę. Nie ma tatuażu. Nie ma partnerki. A jednak… Z jego dłoni wyrywa się czarna, wirująca mgła. Przed nim nagle materializuje się rumak — piękny, czarny jak noc, z grzywą, która wygląda jakby płonęła srebrnym ogniem. Koń rży głośno, uderza kopytem w ziemię i podchodzi do Feniksa, pochylając łeb tak, że rudowłosy może go pogłaskać po chrapach.

    Całe boisko zamiera.

    — O. Mój. Boże — szepczę, czując, jak serce mi wali. — On przywołał czarnego rumaka… bez partnerki?

    Angelica obok mnie blednie tak bardzo, że jej twarz wygląda jak papier. Lisa tylko otwiera usta i nie zamyka ich przez dobre pięć sekund.

    — To niemożliwe — mamrocze siedząca za nami dziewczyna. — Bez tatuażu… bez więzi… a on przywołuje coś takiego?

    Feniks stoi tam, z ręką na szyi rumaka, i uśmiecha się tym swoim leniwym, drapieżnym uśmiechem. Koń prycha i uderza kopytem, jakby chciał pokazać całemu światu, kto tu rządzi.

    Lisa nachyla się do mnie.

    — No proszę. Lilien ma już dwóch, a ten rudzielec jeszcze nikogo nie wybrał i przywołuje bestię, której większość magów z trzeciego roku by nie ogarnęła. Pewnie też kręci się wokół niej.  Za bardzo, jeśli wiesz co mam na myśli — szepcze złośliwie. — Jak wszyscy.

    Angelica zaciska palce na puszce tak mocno, że słyszę trzask aluminium.

    — Oczywiście, że się kręci — cedzi przez zęby. — Wszyscy się kręcą wokół Lilien. Nawet ten… ten rudowłosy demon.

    Patrzę na Feniksa. Rumak właśnie robi elegancki krok w bok, a Feniks głaszcze go po grzywie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Te złote oczy, te mięśnie, ten uśmiech…

    — I tak bym go chętnie przygarnęła — mówię cicho, nie mogąc oderwać wzroku. 

    Angelica rzuca mi spojrzenie pełne czystej nienawiści, ale nic nie mówi. Wciąż wpatruję się w czarnego rumaka i rudowłosego chłopaka, który stoi obok niego jak król chaosu. Może ten rok jednak okaże się bardzo, bardzo interesujący.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Jestem w środku ciemności. Schowek na środki czystości jest ciasny, śmierdzi chemią i starymi ścierkami. Drzwi są zamknięte na klucz. Nie wiem, jak długo tu siedzę. Minuty? Godziny Czas się rozmył. Oddycham szybko, płytko, ale powietrza jakby nie było. Płuca palą. Serce wali tak mocno, że boli. Boję się ciemności. Zawsze się ich bałam.

    — Proszę… — szepczę drżącym głosem, ale nikt nie słyszy. — Proszę, wypuśćcie mnie…

    Łzy spływają mi po policzkach. Kulę się w kącie, obejmując kolana ramionami. Lisa i Vanessa śmiały się, zanim zamknęły drzwi. „Grzeczna dziewczynka potrzebuje czasu dla siebie” — powiedziały, a potem kliknął zamek.

    Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać. Nie mogę—

    Nagle słyszę trzask.

    Drzwi stają w płomieniach.

    Nie cały schowek — tylko same drzwi. Piękny, złocisty ogień liże drewno, ale nie rozprzestrzenia się dalej. Żadnego dymu. Nie ma też żaru. Jest tylko czysty, kontrolowany płomień. Drzwi rozsypują się w kupkę popiołu w ułamku sekundy.

    Wstaję z kąta, oślepiona światłem z korytarza.

    Wtedy go widzę. Feniks. Rudowłosy, złocisty, z tymi płonącymi oczami. Wyciąga do mnie rękę. Nie waham się ani sekundy. Rzucam się naprzód i wpadam prosto w jego ramiona. Wtulam twarz w jego koszulę od mundurka, która pachnie dymem i czymś ciepłym, bezpiecznym. Wczepiam się w materiał obiema rękami tak mocno, że gniotę go i marszczę. On mnie nie odsuwa. Nie mówi „puść”. Po prostu obejmuje mnie jedną ręką, drugą gładząc mnie po włosach.

    — Już dobrze, pisklaku — mruczy niskim, gardłowym głosem. — Już cię mam.

    Trzymam się go jakbym tonęła. Łzy dalej lecą, ale teraz są inne, pełne ulgi, a nie strachu. Kiedy w końcu odrobinę się odsuwam, żeby złapać oddech, widzę Angelicę. Stoi kilka metrów dalej w korytarzu i patrzy na nas. Twarz ma białą jak ściana. Oczy szeroko otwarte. Wygląda, jakby właśnie zobaczyła coś, czego się bała najbardziej na świecie.

    Feniks też ją widzi. Jego złote oczy zwężają się. Uśmiech, który pojawia się na jego ustach, jest piękny… i przerażający jednocześnie. Patrzy na nią tak wrogo, że aż mi się robi zimno. Myślę, że to przeze mnie, jest zły, bo ktoś mnie tam zamknął.

    — Chcesz, żebym spalił te dwie suki? — pyta mnie cicho, ale tak, żeby Angelica usłyszała. — Te, które cię tu zamknęły. Mogę to zrobić tak samo jak spaliłem drzwi. Tylko kupka popiołu. Szybko i czysto.

    Otwieram usta, ale nie zdążam nic powiedzieć. W korytarzu słychać kroki. Lucas i Lilien biegną w naszą stronę. Dziewczyna jest blada, ale gdy mnie widzi w ramionach Feniksa, jej twarz natychmiast się rozluźnia. Kładzie dłoń na ramieniu chłopaka — spokojnie, pewnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

    — Bądź grzeczny, Kotku — mówi cicho, ale głos ma ciepły i stanowczy.

    Feniks mruczy coś pod nosem, ale nie protestuje. Nie odpycha mnie. Nadal trzyma mnie przy sobie, jedną ręką obejmując w talii. Lilien nie każe mu się odsunąć. Nie mówi „puść ją”. Po prostu stoi obok i patrzy na mnie z troską.

    Czuję, jak ulga zalewa mnie wielką, ciepłą falą. Nie jestem już sama. Dopiero teraz, nareszcie… czuję się bezpieczna.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Siedzę w auli na wykładzie, ale tak naprawdę jestem gdzie indziej. Jestem Feniksem. Czuję każdy jego oddech, impuls, każdy pieprzony impuls, który przechodzi mu przez głowę jak prąd o napięciu tysiąca woltów. Jest wściekły. Jest zachwycony. Jest na granicy tego, co jeszcze da się nazwać „myśleniem”.

    „Pisklak nas dotyka” — warczy mi w głowie, a głos ma rozedrgany, jak płomień, który zaraz wybuchnie. — „Dotyka. Nas. Nikt poza Kochaniem nie może nas dotykać. Nikt. Chcę spalić jej ręce. Chcę spalić jej palce jeden po drugim, żeby zapamiętała. Chcę zobaczyć, jak jej piegi topią się w ogniu. Ładnie by pachniało.”

    Czuję, jak Feniks drży. Dosłownie drży. Stoi na korytarzu, a Ivory wciąż wczepia się w jego koszulę, wtulona w niego jak mały, ciepły kłębek. On jej nie odpycha. Chce. Bardzo chce, ale nie robi tego.

    „Lili ją lubi” — powtarza sobie w kółko, jak mantrę, która ledwo go trzyma. — „Lili ją lubi. Jest nasza. Jak Asher. Jak Ethan. Oni sprawiają, że Kochanie się uśmiecha. Nie wolno ich krzywdzić. Nawet jeśli wkurzają. Nawet jeśli chcę ich spalić tak bardzo bardzo mocno, że zostanie tylko kupka popiołu i ładny zapach spalenizny. Nie. Nie spalamy. Chronimy. Chronimy. Chronimy.”

    Jego myśli są chaotyczne, skaczą jak iskry na wietrze. Raz chce spalić Angelicę i te dwie suki obok niej za to, że zamknęły pisklaka. Raz chce spalić samą Ivory za to, że się ośmieliła go dotykać. Raz chce spalić cały świat, bo wszyscy za bardzo patrzą na Lili.

    Jednak nie robi niczego. Powód jest prosty. Lili jest obok. Właśnie siadają na ławce na dworze. Lilien kładzie dłoń na jego głowie i zaczyna głaskać.

    „Głaszcz mnie” — żąda Feniks natychmiast, głosem niskim, kapryśnym i jednocześnie błagalnym. — „Zasłużyłem. Spaliłem drzwi. Uratowałem pisklaka. Głaszcz. Bardziej.”

    Lilien śmieje się cicho i głaszcze go mocniej, a mnie przeszywa przyjemny dreszcz. Feniks mruczy z głębokiej, zwierzęcej rozkoszy, ale nadal czuję, jak jest napięty. Pisklak wciąż się do niego przytula. Nadal trzyma się jego koszuli. Nadal pachnie strachem i mokrą od łez bluzką.

    „Znoszę to” — syczy Feniks do mnie. — „Znoszę, bo jest nasze. Bo Lili jest szczęśliwa. Ale jak jeszcze raz mnie dotknie bez pozwolenia… jak jeszcze raz… to spalę tylko jej palce. Tylko czubki. Żeby zapamiętała. Żeby wiedziała.”

    Czuję, jak balansuje na krawędzi, albo raczej cienkiej, rozgrzanej do czerwoności linie. Ivory grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a ja siedzę w auli, serce mi wali, i oddycham z ulgą dopiero wtedy, gdy czuję, jak Lilien dalej głaszcze go po włosach i szepcze do niego pieszczotliwie.

    Na razie go uspokoiła. Na razie. Bo Feniks wciąż szepcze w mojej głowie, cicho i obsesyjnie. 

    „Pisklak jest nasz… ale jak przestanie być potrzebny… jak przestanie sprawiać, że Kochanie się uśmiecha… wtedy spalimy. Tylko trochę. Tylko tak, żeby zostało coś ładnego. Może dymiące serce? To byłaby ładna pamiątka.”

    Rozumiem, że to nie jest groźba. To obietnica, którą Feniks składa sam sobie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Rozmyślam nad basenem, bo nie podoba mi się to, co się dzieje. Wydarzenia z trzech lat rozegrały się w jeden rok. Co będzie teraz? Nie jestem taką optymistką, żeby uważać, że rozwiązaliśmy wszystkie możliwe problemy. 

    Uśmiecham się pogodnie na widok zbliżającego się do mnie Ashera. Siada obok mnie na brzegu basenu, zanurzając nogi w wodzie tuż przy moich. Jego ramię muska moje ramię, ciepłe i pewne.

    — Kolejna lista? — pyta cicho, z lekkim, rozbrajającym uśmiechem.

    Wzdycham ciężko i podaję mu kołonotatnik. Palce mi drżą.

    — Nie rozumiem, co się dzieje z Angelicą — mówię, patrząc na odbicie nieba w wodzie. — W książce była… idealna. Dobra, empatyczna, odważna. Pasowała do Cassiana, byli jak dwie połówki. Ich związek rozwijał się powoli, przez różne wydarzenia, wspólne bitwy, przez zaufanie. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. A teraz? Od początku roku świadomie się od nas odsunęła. Ignoruje mnie i Sarę. Patrzy na nas tak, jakbyśmy były wrogami. I nie wiem… czy to moja wina. Czy to wszystko, co zmieniłam, ją złamało.

    Asher milczy przez chwilę, przeglądając moją listę. W końcu odkłada notes na bok i przyciąga mnie do siebie. Obejmuję go w pasie, wtulając twarz w jego szyję. Pachnie słońcem, solą i tym znajomym, bezpiecznym ciepłem.

    — Może po prostu nie potrafi sobie poradzić z tym, że świat przestał być jej historią — mówi cicho, gładząc mnie po plecach. — Zmieniłaś wszystko, Lili. I ona też musiała się zmienić. Tylko że nie każdy potrafi to zaakceptować.

    Czuję, jak jego dłoń zsuwa się niżej, na moją talię. Przyciąga mnie bliżej, aż siedzę prawie na jego kolanach. Woda pluszcze cicho wokół nas.

    — A Cassian… — szepczę, zamykając oczy. — On nigdy nie był wobec niej taki obsesyjny. W książce nie biegał za nią. Ich relacja była trudna, ale naturalna. A on… on patrzy na mnie tak, jakby beze mnie świat nie miał prawa istnieć. To mnie niepokoi, Ash. Naprawdę mnie niepokoi.

    Asher unosi moją brodę palcami. Jego niebieskie oczy są bardzo blisko, skupione na mojej twarzy.

    — Może dlatego, że ty jesteś inna — mówi miękko. — Naprawdę go widzisz. Całego. Nie tylko aroganckiego dupka z książki. Widzisz Feniksa. Widzisz ciemność. I nie uciekasz.

    Całuje mnie powoli, głęboko, jakby chciał w ten pocałunek wlać całą swoją pewność. Oplatam ramionami jego szyję, przyciągam go bliżej. Woda obmywa nam nogi, a ja zatracam się w jego dotyku, w gorącym, zaborczym, ale jednocześnie tak czułym uścisku.

    Jego dłonie suną po moich plecach, potem schodzą niżej, na biodra. Przyciąga mnie jeszcze mocniej, aż siedzę na nim okrakiem. Czuję bicie jego serca przy swoim. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo mnie pragnie — nie tylko teraz, ale zawsze.

    — Cokolwiek się stanie — szepcze mi w usta między pocałunkami — nie jesteś w tym sama. Nigdy więcej nie będziesz sama.

    Całuję go jeszcze mocniej, z całej siły, jakby świat mógł się skończyć za kilka sekund. W tej chwili jest tylko on, ciepło jego ciała i bicie serca, które bije dla mnie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Stoję na skraju czarnego, poskręcanego lasu, gdzie powietrze gęstnieje od magii i ciężkiego zapachu spalenizny. To jeden z „bezpieczniejszych” odcinków linii frontu — tak przynajmniej twierdzi instruktor. Dla nas, drugorocznych, to pierwszy prawdziwy test praktyczny. Czarodziejki i ich partnerzy razem.

    Serce wali mi tak mocno, że czuję je w gardle. Ash stoi tuż przy mnie, jego ciepła dłoń spoczywa na moim biodrze w pewnym i opiekuńczym geście. Cassian znajduje się po drugiej stronie, gdy wpatruje się we mnie, jego bursztynowe oczy są pełne ciepła. Obaj są gotowi. Jednak ja… ja ledwo oddycham.

    — Pamiętaj — szepcze Asher, pochylając się do mojego ucha. — Nie musisz być bohaterką. Masz nas.

    Kiwam głową, choć gardło mam ściśnięte. Wtedy instruktor daje sygnał. Powietrze pęka. Z rozdarcia wylewa się stado mniejszych demonów — ciemnych, szybkich, uzbrojonych w ostre pazury i czerwone ślepia. Inne pary ruszają do walki. Błyskają zaklęcia, ryczą bestie duchowe, rozlega się szczęk stali i okrzyki.

    Zamieram. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Płuca zaciskają się tak mocno, że każdy wdech pali. Nie patrzę na demony. Widzę tylko krew. Czerwoną, gęstą, lepiącą się do skóry. Krew na marmurze w mojej rodzinnej willi. Krew cesarzowej tryskającą mi na twarz. Krew, którą Feniks później spalił, ale jej wspomnienie zostało.

    Nie boję się potworów. Boję się krwi. Asher jest przy mnie w ułamku sekundy. Jedną ręką otacza mnie w pasie, drugą unosi miecz, zasłaniając mnie własnym ciałem.

    — Lili — jego głos jest niski i spokojny, ale słyszę w nim napięcie.

    Feniks na plecach Cassiana eksploduje. Złocisty ogień bucha z dłoni chłopaka, pochłaniając najbliższego demona w jednej chwili. Bestia nawet nie zdążyła wydać dźwięku. Odwraca się do mnie. Jego bursztynowe oczy płoną.

    — Kochanie… oddychaj — mówi cicho, głosem, który nie jestem pewna, czy należy do niego, czy do Feniksa. 

    W tych dwóch słowach brzmi cała ich zaborcza siła.

    Stoję między nimi, drżąca, i nagle wszystko do mnie dociera. Masakra w domu Everhartow, atak skrytobójców i fakt, że zamordowałam cesarzową… to wszystko nie jest mi obojętne. Pozostawiło we mnie ogromny ślad. Asher przyciąga mnie mocniej do siebie, jego czoło opiera się o moje. Cassian przysuwa się z drugiej strony i kładzie dłoń na moim ramieniu, a Feniks na jego plecach mruczy nisko, uspokajająco.

    — Jesteśmy tu — szepcze Asher. — I nigdzie się nie wybieramy.

    Zamykam oczy i pozwalam mu się przytulać. Wiem, że w tej chwili tylko oni trzymają mnie w jednym kawałku.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Budzę się gwałtownie, jakby ktoś wylał mi na twarz wrzątek. Pokój jest pusty. Łóżko obok mnie zimne. Lili nie ma. Feniksa nie ma. W głowie mam tylko ciszę — nienaturalną, martwą ciszę.

    „Co ty, kurwa, zrobiłeś?” — myślę, zrywając się na równe nogi.

    Wtedy go słyszę. Głęboko. Blisko. Jakby siedział mi w czaszce i lizał od środka.

    „Pssst… nie krzycz. Nie budź Lili. Chcę jej pokazać, że krew jest piękna. Nie musi się jej bać, można się w niej kąpać jak w mleku i miodzie. Jest ciepła, pachnie życiem, jest… nasza.”

    Zimny pot spływa mi po kręgosłupie. Biegnę. Boso, w samych spodniach od piżamy, przez korytarze willi. Serce mi wali jak oszalałe. W głowie Feniks śpiewa — cicho, słodko, obłąkańczo.

    „Czerwona. Ciepła. Lepka. Jak jej usta, kiedy dochodzi. Jak jej skóra, kiedy się boi. Chcę, żeby się w niej zanurzyła. Chcę, żeby się w niej rozebrała. Chcę, żeby zrozumiała, że krew to nie strach. Krew to my. Krew to miłość. Krew to ja.”

    Wpadam do pomieszczenia z basenem pod willą i zamieram. Basen jest pełen krwi. Gęstej, ciemnej, lśniącej czerwienią. Nie ma w nim już ani kropli wody. Jest tylko krew. Po brzegi. Czerwona tafla odbija światło lamp jak lustro z piekła.

    Lili stoi na krawędzi w cienkiej, białej koszulce nocnej. Oczy ma zasłonięte czarną opaską. Feniks trzyma ją za rękę — delikatnie, czule, jakby prowadził ją na bal.

    „Nie… nie… nie…” — powtarzam w głowie, ale nogi niosą mnie dalej.

    Feniks delikatnie pociąga ją za sobą. Lili robi pierwszy krok w dół schodków. Krew sięga jej kostek. Potem łydek. Biała koszulka nasiąka czerwienią od dołu.

    „Dlaczego tu jest krew…?” — szepcze oszołomiona, głos jej drży.

    Feniks pochyla się i szepcze jej prosto do ucha, słodko, jak kochanek.

    „Bo jest piękna, Kochanie. Bo chciałem ci pokazać, że nie musisz się jej bać. Można się w niej kąpać, można w niej pływać, jest ciepła… jak ja.”

    Biegnę. Biegnę najszybciej, jak potrafię, ale w połowie drogi ktoś mnie łapie od tyłu — mocno, bezlitośnie. Asher. Jego ramiona są jak stal. Przytrzymuje mnie w miejscu, nie mówiąc ani słowa. Niczego nie tłumaczy, tylko patrzy na basen, na Lili stojącą po kolana we krwi, na Feniksa, który uśmiecha się tym swoim złotym, obłąkanym uśmiechem.

    — Asher…? — mój głos się łamie. — Ty… bierzesz w tym udział?

    Nie odpowiada. Feniks w mojej głowie chichocze cicho, radośnie, jak dziecko, które właśnie zrobiło największy psikus świata.

    „Patrz, jak pięknie wygląda. Biała koszulka w czerwieni. Jak anioł w piekle. Jak nasza Lili. Jak moja Lili. Chcę, żeby się w tym wykąpała. Chcę, żeby się w tym zanurzyła. Chcę, żeby zrozumiała, że krew nie gryzie. Krew to miłość. Krew to ja.”

    Asher wciąż mnie trzyma. Milczy. Stoję jak sparaliżowany, i patrzę, jak Lili robi kolejny krok w głąb basenu pełnego krwi. Feniks mruczy mi w głowie, miękko, prawie czule.

    „Nie bój się, Cassian… To tylko krew.”

    Uśmiecha się przerażającym, psychopatycznym uśmiechem, który sprawia, że mój świat się rozpada.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Feniks delikatnie zsuwa mi z oczu opaskę. Pierwsze, co widzę, to czerwień. Gęsta, lśniąca, nieruchoma tafla krwi wypełnia całą nieckę basenu. Jest jej tak dużo, że odbija światło lamp jak ciemne lustro. Moja biała koszulka nocna już nasiąka nią od dołu — ciepła, lepka, ciężka, a on wciąż prowadzi mnie dalej i dalej w głąb basenu.

    Żołądek mi się skręca. Chcę krzyczeć, ale nie potrafię. Gardło mam zablokowane. Stoję po pas we krwi i czuję, jak każdy nerw w moim ciele wyje.

    Uderza we mnie ostre, zwierzęce przerażenie. Chcę uciec, ale nogi mam jak wrośnięte w dno. Krew oblepia mi skórę, wślizguje się między palce stóp, pachnie żelazem i śmiercią. To nie jest iluzja. Krew jest prawdziwa.

    Potem przychodzi determinacja — krótka, desperacka. „Dam radę. To tylko krew. To tylko krew. Przezwyciężę to. Muszę przezwyciężyć.” Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w dłonie. Próbuję zrobić krok do przodu, ale obrzydzenie jest silniejsze. Mdłości podchodzą mi do gardła. Nie boję się siebie. Boję się tej czerwieni, która kiedyś była życiem, a teraz jest tylko wspomnieniem tego, co się wydarzyło.

    I nagle wszystko gaśnie.

    Apatia spływa na mnie jak ciężka, mokra kołdra. Nie czuję już strachu. Nie czuję obrzydzenia. Nie czuję niczego. Stoję w basenie pełnym krwi i po prostu… jestem pusta.

    Cassian wyrywa się Asherowi z gardłowym warknięciem. Asher go puszcza — niechętnie, ale puszcza. W następnej sekundzie Cassian jest przy mnie. Wchodzi w krew bez wahania, bierze mnie na ręce, jakbym nic nie ważyła. Przytula mnie tak mocno, że czuję bicie jego serca przez mokrą koszulę.

    — Już — szepcze mi w rozpuszczone włosy. — Już, Lili. Trzymam cię.

    Wtulam twarz w jego szyję. Pachnie mydłem, wodą kolońską i nim — normalnie. Bezpiecznie. Nie pachnie krwią.

    — Zabierz mnie stąd — mówię tak cicho, że prawie sama siebie nie słyszę. — Proszę… Cassian, zabierz mnie do Chicago. Nie chcę tu być. Nie chcę tu być ani chwili dłużej.

    Czuję, jak jego ramiona zaciskają się wokół mnie jeszcze mocniej. Nie pyta dlaczego. Nie mówi, że to szaleństwo. Po prostu kiwa głową i rusza w stronę wyjścia, niosąc mnie przez basen pełen krwi, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

    Feniks stoi na brzegu i milczy. Jego złote oczy płoną, ale nie rusza się. Asher też stoi w miejscu — blady, nieruchomy, z zaciśniętą szczęką.

    Tylko Cassian idzie. W tej chwili jest jedyną osobą w moim najbliższym otoczeniu, która nie próbuje mnie „naprawić” krwią, ogniem czy szaleństwem. Jest po prostu… Cassianem.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Penthouse jest wypełniony ciszą tak głęboką, że słyszę oddech Lili przy moim boku. Siedzi na moich kolanach, owinięta w mój ulubiony szary sweter, który sięga jej prawie do kolan. Włosy ma jeszcze wilgotne po kąpieli, pachnie czereśniowym żelem pod prysznic i waniliowym balsamem. Przytula się do mnie całym ciałem, głowę trzyma na moim torsie, nogi ma zarzucone na moje uda. Głaszczę ją powoli po plecach, rysując kółka palcami, tak jak lubi. Nie mówię nic. Po prostu jestem.

    Nagle powietrze faluje. Feniks materializuje się kilka kroków od kanapy, w znienawidzonej przez siebie dziecięcej formie. Mały rudowłosy chłopiec w za dużej czarnej koszulce, która sięga mu prawie do kolan. Stoi tam, patrzy na nas wielkimi złotymi oczami i… milczy. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie słyszę w głowie jego zwykłego, chaotycznego szumu. Jest cicho. Za cicho.

    Lili unosi głowę. Patrzy na niego długo, łagodnie. W jej spojrzeniu jest coś bardzo miękkiego.

    — Nie gniewam się na ciebie — mówi cicho, ale wyraźnie. — Wiem, że chciałeś dobrze.

    Feniks mruga. Raz. Drugi. Mała, dziecięca twarz pozostaje nieruchoma, ale ja czuję go w środku. Czuję, jak coś w nim drga.

    „Ona… mnie nie karze” — szepcze mi w głowie, a jego głos jest dziwnie mały, niepewny. „Zawsze mnie karze, kiedy robię za dużo. A teraz… mówi, że wie, że chciałem dobrze. Że nie jest zła. To… to znaczy, że chce odpocząć ode mnie? Od mojego szaleństwa? Od ognia? Od krwi? Od wszystkiego, czym jestem?”

    Czuję, jak mu się robi niewygodnie. Po raz pierwszy. Feniks — istota, która spalała ludzi dla zabawy i nazywała to miłością — czuje wewnętrzny dyskomfort. Prawdziwy. Głęboki. Jakby ktoś zdjął mu z oczu czerwoną mgłę i pokazał, co naprawdę zrobił.

    Lili wyciąga rękę w jego stronę.

    — Chodź tu, Kotku.

    Feniks podchodzi powoli, jak mały, niepewny kociak. Siada na skraju kanapy, blisko, ale nie za blisko. Lili nie każe mu się odsunąć. Przeciwnie — jedną ręką wciąż trzyma mnie za koszulkę, a palce drugiej dłoni delikatnie przesuwa po jego rudych włosach.

    Przytulam ją mocniej. Milczę. Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili jestem jedyną osobą, która nie próbuje jej „naprawiać” ogniem, krwią ani szaleństwem. Feniks w mojej głowie nie warczy, nie chichocze, nie planuje spalenia świata. On również milczy i… wygląda na bardzo zagubionego.

    Note