Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Lucas

    Stoję przy relingu luksusowego jachtu i patrzę, jak woda jeziora Michigan odbija wieczorne światła Chicago. Powinienem czuć spokój. Zamiast tego czuję napięcie w karku, które nie chce odpuścić.

    Kilka dni temu Ivory przyszła do Lilien z prośbą o wspólny weekend. Chciała przedstawić jej „swoich nowych przyjaciół”. Czarodziejka oczywiście się zgodziła. Teraz jesteśmy tutaj. 

    Jak zawsze stoję z boku i obserwuję. Dwóch chłopaków nie odstępuje Ivory na krok. Kieran Hale i Eric Voss. Obaj z północy. Obaj zbyt przystojni, zbyt pewni siebie i zbyt dobrze wychowani, żeby to było naturalne. Kieran właśnie nachyla się do niej i szepcze coś przy jej uchu. Eric podaje jej kieliszek z koktajlem, uśmiechając się wyuczonym arystokratycznym uśmiechem. Obaj patrzą na nią tak, jakby była czymś cennym.

    Przy nich siedzi Emily — zawsze uśmiechnięta, zawsze w idealnym miejscu.

    Asher stoi obok mnie, oparty o reling. Lilien jest po drugiej stronie Ashera, patrzą w tym samym kierunku, co ja.

    — Paniczu, Lilien — mówię cicho, tak żeby tylko oni słyszeli. — Nie podoba mi się to. — Oboje odwracają się w moją stronę. — Ci dwaj — kontynuuję. — I ta dziewczyna. Pojawili się zbyt nagle. Są zbyt idealnie dopasowani. Zbyt chętni, zbyt dobrze zorganizowani. Nie ufam im. Ani trochę.

    Asher zaciska szczękę. Nie wygląda na zaskoczonego. Raczej na kogoś, kto właśnie potwierdził swoje najgorsze podejrzenia.

    — Feniks — mruczy pod nosem. — Znowu bawi się w swoje gierki.

    Czarodziejka marszczy brwi, patrząc na grupkę przy sofie.

    — Myślisz, że to jego sprawka? — pyta cicho.

    — Jestem tego prawie pewien — odpowiadam. — Ci chłopacy nie kręcą się wokół Ivory bez powodu.

    Lilien milczy przez chwilę, obserwując, jak Kieran odgarnia kosmyk włosów z twarzy Ivory, a Eric kładzie rękę na oparciu sofy za jej plecami.

    — Będziemy ich obserwować — mówi w końcu spokojnie, choć w jej głosie słyszę napięcie. — Bardzo uważnie.

    Kiwam głową, nie spuszczając wzroku z uśmiechniętej Ivory. Coś tu jest nie tak i zamierzam dowiedzieć się co, zanim ktokolwiek zdąży zrobić krzywdę naszej grupie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Emily

    Wrześniowy wieczór jest wyjątkowo ciepły. Lekki wiatr znad jeziora Michigan muska moją skórę, niosąc zapach wody i odległych świateł Chicago. Stoję przy relingu z kieliszkiem owocowego drinka w dłoni i uśmiecham się ciepło do wszystkich wokół — idealna przyjaciółka, zawsze w dobrym humorze, gotowa wesprzeć, kiedy wymaga tego sytuacja. Jednak w środku… w środku aż mnie skręca.

    Feniks właśnie podchodzi do Ivory. Wygląda cudownie, z tymi dzikimi, płonącymi rudymi włosami i złotymi oczami, które wyglądają, jakby stopiło się w nich słońce. Porusza się z tą leniwą, kocią gracją, przez którą serce bije mi szybciej. Idzie prosto do niej, jakby reszta świata przestała istnieć.

    Kieran i Eric reagują natychmiast. Bez słowa, z głębokim szacunkiem odsuwają się na boki, robiąc mu miejsce po obu stronach Ivory. Kieran cofa się o krok i lekko pochyla głowę. Eric robi to samo — gładko, bez najmniejszego wahania, jakby robili to setki razy. Żadnego protestu. Tylko pełen czci dystans.

    Feniks siada obok niej bez pytania. Natychmiast wciska się w jej bok jak wielki, zaborczy kot, wtula twarz w jej szyję i mruczy głośno, gardłowo — tak głośno, że nawet ja słyszę to z tej odległości. Ivory uśmiecha się i unosi rękę, by przeczesać palcami jego ogniste włosy. Feniks mruczy jeszcze głośniej, ocierając się o nią z rozkosznym pomrukiem, jakby chciał wtopić się w nią całą.

    Patrzę na to i czuję, jak coś gorzkiego rozlewa mi się po języku. Ona nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką jest szczęściara. Ja bym wiedziała. Ja bym doceniła każdą sekundę jego uwagi. Ja bym…

    Zaciskam palce na kieliszku tak mocno, że aż bieleją mi knykcie. Na zewnątrz mój uśmiech pozostaje ciepły i szczery. Podchodzę bliżej i siadam w fotelu naprzeciwko nich.

    — Wyglądacie razem tak pięknie — mówię miękko, z zachwytem w głosie. — Jak z obrazu.

    Ivory rumieni się lekko, a Feniks leniwie unosi wzrok na mnie i uśmiecha się tym swoim szalonym, uroczo niebezpiecznym uśmiechem. Nie odpowiada. Całą uwagę ma skupioną wyłącznie na niej. I właśnie o to chodzi. Ona jest jego ulubienicą. Jego małą, słodką Ivory. Jednak ja… ja mogłabym być kimś o wiele lepszym. Mogłabym być tym, czego on naprawdę potrzebuje. Uśmiecham się jeszcze szerzej i biorę łyk drinka. Jeszcze nie teraz, ale jestem pewna, że niedługo.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Stoję przy relingu i patrzę, jak wieczorne słońce powoli tonie w jeziorze Michigan. Wiem dokładnie, w co bawi się Feniks. Milczę, bo na razie to nie sprawia kłopotu Lilien. A kiedy Feniks jest zajęty czymś innym, jest… znośniejszy.

    Lilien stoi kilka kroków ode mnie, obserwując grupkę przy sofie. Jej szmaragdowe oczy są lekko rozszerzone z niepokoju.

    Kieran i Eric dostrzegają ją w tej samej chwili. Obaj wstają jednocześnie. Kieran pochyla głowę w pełnym szacunku ukłonie, a Eric kładzie dłoń na sercu, jakby salutował komuś wyższemu rangą. Emily robi krok w tył i składa dłonie przed sobą, uśmiechając się z nabożną czcią.

    — Pani Lilien — mówi Kieran cicho, z szacunkiem. — To wielki zaszczyt móc przebywać w pani obecności.

    Eric odsuwa się jeszcze dalej, robiąc jej więcej miejsca przy sofie, jakby Lilien była kimś, obok kogo nie wypada siedzieć zbyt blisko bez pozwolenia. Lili mruga zaskoczona tą nagłą, ceremonialną zmianą.

    Patrzę na Cassiana. Nasze spojrzenia spotykają się. Posyłam mu jedno, długie, karcące spojrzenie — takie, które mówi wszystko bez słów. „Wystarczy. Teraz.” Cassian sztywnieje.

    Feniks reaguje natychmiast. Wstaje z sofy jednym płynnym, drapieżnym ruchem. Nie rzuca Ivory nawet jednego spojrzenia. Nie żegna się. Nie mówi ani słowa. Cała jego uwaga, całe jego ciało, cała jego obsesja przeskakuje błyskawicznie na Lili — jakby reszta świata przestała istnieć w jednej sekundzie.

    W dwóch krokach jest przy niej. Oplata ją ramionami od tyłu, przyciąga mocno do swojego torsu i wtula twarz w jej włosy, mrucząc gardłowo, głośno, z głęboką, pierwotną rozkoszą.

    — Kochanie… — szepcze prosto w jej ucho, jakby reszta świata przestała istnieć. — Chodź ze mną.

    Nie czeka na odpowiedź. Delikatnie, ale stanowczo prowadzi ją na dziób jachtu, gdzie nie ma już nikogo. Oplata ją ramionami i przyciąga do siebie tak, jakby chciał wtopić się w nią cały. Nad wodą rozkwitają jego ogniste fajerwerki — złocisto-czerwone, żywe, pulsujące. Lili wzdycha cicho z zachwytu i opiera się o niego ufnie. Feniks mruczy zadowolony i całuje ją w skroń.

    Patrzę na nich i czuję znajome ukłucie w piersi. Podoba mi się, że jest szczęśliwa. Nie podoba mi się, że to on właśnie teraz daje jej to szczęście, tak łatwo i efektownie. Feniks potrafi zamienić zwykły wieczór w spektakl.

    Zbliżają się jej urodziny. Nie te z tego świata. Te prawdziwe, które obchodziła z nami w zeszłym roku, bez fajerwerków i bez publiczności. Pamiętam, jak wtedy powiedziała, że nie potrzebuje prezentów, a najbardziej cieszy ją to, że jesteśmy przy niej.  I właśnie dlatego tak trudno jest mi coś wymyślić. Bo jak podarować komuś, kto ma już wszystko coś, co naprawdę jej się spodoba? Nie chcę dawać jej czegoś, co zniknie po kilku minutach. Chcę dać jej coś, co zostanie.

    Wzdycham cicho i odwracam wzrok z powrotem ku wodzie. Muszę znaleźć coś, co będzie tylko nasze i przypomni jej, że ja też tu jestem — i że zostanę, nawet gdy fajerwerki zgasną.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ivory

    Ceremonia parowania dobiega końca, a ja wciąż stoję w miejscu, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się stało. Jeszcze kilka minut temu myślałam, że po prostu przejdę obok nich jak zwykle — uśmiechnę się grzecznie i wrócę na swoje miejsce. Tymczasem na przedramionach Erica i Kierana pojawiło się moje imię. U obydwu. Jednocześnie.

    Tłum wokół nas jest wyraźnie poruszony. Kilka osób z kultu wymienia spojrzenia, ktoś cicho się śmieje z niedowierzaniem. Czuję na sobie dziesiątki spojrzeń, niektóre są pełne zazdrości, inne szczerego zaskoczenia. Nikt nie spodziewał się, że to właśnie ja zostanę wybrana, a już na pewno nie przez dwóch chłopaków naraz.

    Eric i Kieran stoją kilka kroków przede mną. Oboje mają odsłonięte przedramiona, na których wyraźnie widać czarne litery. Czekają. Nie naciskają. Po prostu patrzą na mnie z wyczekiwaniem, jakby od mojego słowa zależało wszystko.

    Serce wali mi tak mocno, że czuję je w gardle. Dłonie mi drżą, więc zaciskam je na materiale spódnicy od mundurka. Wiem, że powinnam coś powiedzieć. Wiem, że wszyscy na mnie czekają. Jednak dopiero po chwili jestem w stanie zrobić pierwszy krok.

    Staję przed nimi. Wokół nas panuje cisza — gęsta, napięta, pełna szeptów i spojrzeń. Najpierw podchodzę do Erica. Jest spokojny, jak zawsze. Platynowe włosy opadają mu lekko na czoło, a w jego oczach nie ma pośpiechu, tylko cicha, pewna gotowość. Zatrzymuję się tuż przed nim.

    — Ericu Voss, przyjmuję cię jako mojego partnera — mówię, i głos mi się łamie na jego nazwisku.

    Eric uśmiecha się — szeroko, ale bez tej arystokratycznej wyniosłości, którą czasem pokazuje. Jest w tym uśmiechu coś szczerego. Kładzie dłoń na moim policzku, kciukiem muska skórę.

    — Dziękuję — szepcze tylko.

    Czuję, jak magia więzi rozlewa się po moim ciele, ciepła, pulsująca. Zamykam na chwilę oczy, bo nagle robi mi się słabo z emocji.

    Potem odwracam się do Kierana. On patrzy na mnie inaczej. Bardziej intensywnie. Ciemne oczy wpatrzone są we mnie tak, jakby chciał zobaczyć wszystko naraz — moją radość, mój strach, moją niepewność. Zatrzymuję się przed nim. Serce bije mi jeszcze szybciej.

    — Kieranie Hale, przyjmuję cię jako mojego partnera — mówię cicho, ale wyraźnie.

    Kieran przez ułamek sekundy patrzy na mnie tak, jakby nie do końca wierzył, że to się naprawdę dzieje. Potem jego usta unoszą się w wolnym, głębokim uśmiechu. Bierze moją dłoń i przyciska do swoich ust, całując kostki palców.

    — Będę cię chronił — mówi niskim głosem, tak cicho, że tylko ja go słyszę. — Zawsze.

    Magia więzi uderza we mnie drugi raz — mocniej, ostrzej. Odwracam się lekko w stronę tłumu. Kilka osób z kultu ma łzy w oczach. Inni uśmiechają się szeroko, z dumą, jakby właśnie stało się coś ważnego nie tylko dla mnie, ale i dla nich. Ktoś klaszcze cicho. Ktoś inny szepcze „wreszcie”. Czuję, jak policzki mi płoną. Ręce mi drżą. Może… naprawdę jestem ważna. Nawet jeśli tylko dla nich dwóch.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Stoję z boku i patrzę, jak Feniks powoli podchodzi do linii chłopaków. Dla wszystkich wokół jesteśmy kuzynami — dwoma różnymi studentami. Nikt nie wie. Nikt nawet nie podejrzewa. Dla nich Feniks to po prostu rudowłosy, złocistooki „krewny” Cassiana Vale’a, który pojawił się w ubiegłym roku i od razu stał się obiektem westchnień połowy Akademii.

    A Feniks… Feniks śmieje się w mojej głowie jak szalony.

    „Chcę tego. Chcę tego teraz! Pragnę, żeby wszyscy widzieli. Żeby wiedzieli, że też jestem jej partnerem.”

    Zaciskam szczękę. Wiem, co planuje. Nauczył się tej sztuczki od Maela — tej małej, brudnej iluzji, która pozwala stworzyć fałszywą więź na tyle realistyczną, by tatuaż się pojawił. To tylko oszustwo, ale jemu to wystarczy. Szczególnie, że między nami, a Lili od dawna już istnieje prawdziwa więź. 

    „Chcę mieć jej imię na skórze. Na mojej skórze. Nie na twojej. Na mojej.”

    Ceremonia trwa. Chłopacy zdejmują koszule. Magia gęstnieje. Feniks staje w szeregu jak wszyscy inni. Wysoki, opalony, z tymi dzikimi rudymi włosami i złotymi oczami, które przyciągają spojrzenia jak magnes. Kilka dziewczyn w tłumie wyraźnie wstrzymuje oddechy.

    I wtedy to się dzieje. Pod jego ramieniem, powoli, wyraźnie, pojawiają się czarne litery. Lilien. W tłumie wybucha chaos. Szepty przechodzą w głośne rozmowy. Ktoś wyraźnie mówi „czwarty?”. Inna osoba parska niedowierzającym śmiechem. Kilkoro uczniów z kultu ma w oczach coś w rodzaju religijnego zachwytu. Lilien ma już Ashera. Ma Cassiana i Maela. A teraz… nagle Feniks też?

    „Patrz na nich. Patrz, jak na nas patrzą. Jak na mnie patrzą. Wszyscy widzą. Wszyscy wiedzą. Jesteśmy jej. Należymy do niej i tylko do niej.”

    Lili stoi kilka kroków przede mną. Jej twarz jest spokojna, ale ja znam ją wystarczająco dobrze, żeby zobaczyć, co naprawdę czuje. Szmaragdowe oczy są lekko zwężone. Usta zaciśnięte w cienką linię. Jest wściekła. Naprawdę wściekła.

    Podchodzę bliżej, ale to Feniks robi pierwszy krok. Zatrzymuje się przed nią i odsłania ramię, pokazując tatuaż. Uśmiecha się tym swoim szalonym, zbyt szerokim uśmiechem — tym, który mówi, że doskonale wie, co właśnie nabroił.

    Lili patrzy na tatuaż. Potem podnosi wzrok na niego.

    — Jesteś idiotą — mówi cicho, ale ja i tak to słyszę. — Po co to zrobiłeś? 

    Feniks przechyla głowę lekko w bok, jakby jej słowa go bawiły.

    — Chciałem go mieć — odpowiada Feniks, głosem niskim i zachwyconym. — Chciałem, żeby twoje imię widniało na mojej skórze, żeby wszyscy je widzieli.

    Lili przez chwilę patrzy na niego w milczeniu. Widzę, jak zaciska pięści. Wie, że to blef. Zdaje sobie sprawę, że Feniks po prostu chciał tatuażu i znalazł sposób, żeby go dostać. I nie podoba jej się, że dał się na to nabrać cały tłum.

    Wokół nas słychać masę szeptów. „Cztery partnerów…”, „Czy to w ogóle możliwe?”, „Czy ona naprawdę…”. Ktoś z kultu patrzy na nas z czymś w rodzaju uwielbienia.

    Lili przymyka oczy. Bierze głęboki oddech. A potem, jak zawsze przy Feniksie, kapituluje. Podnosi dłoń i kładzie ją poniżej ramienia Feniksa, dokładnie na tatuażu ze swoim imieniem. Potem unosi wzrok na niego i mówi wystarczająco głośno, żeby wszyscy słyszeli.

    — Feniksie Vale, przyjmuję cię jako swojego partnera.

    Jej głos jest spokojny. Niemalże ciepły, jednak ja wciąż widzę w jej oczach irytację. Widzę, że gra i robi to tylko po to, żeby nie eskalować większej sceny.

    Feniks w mojej głowie wydaje z siebie długi, zadowolony, niemal drżący jęk.

    „Tak… Tak, Kochanie… Właśnie tak. Wszyscy widzą. Wszyscy wiedzą. Jestem cały twój. Niech wszyscy zdają sobie sprawę do kogo należymy.”

    Lilien ściska przedramię Feniksa trochę mocniej niż trzeba. Jej paznokcie lekko wbijają się w skórę.

    — Jesteś zadowolony? — szepcze tylko do nas, tak cicho, że nikt inny nie słyszy.

    „Bardzo” — odpowiada Feniks w mojej głowie z czystą, obłąkaną satysfakcją.

    Stoję z boku i patrzę, jak Lili znowu robi dokładnie to, czego on chciał — czego tak naprawdę chcieliśmy obaj — i czuję, jak coś nieprzyjemnie ściska mnie w żołądku. Wiem, że Feniks rozumie, dlaczego jest wściekła. Rozumiem to też ja. Po prostu on jest przekonany, że za chwilę jej humor się poprawi. Ja… nie jestem tego taki pewien.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Odsuwam dłoń od przedramienia Feniksa trochę zbyt gwałtownie. Nadal czuję, jak krew pulsuje mi w skroniach. Wokół nas nadal dostrzegam spojrzenia, słyszę szepty i te ciche, podekscytowane rozmowy. Czuję się, jakby ktoś właśnie zapalił reflektory i skierował je prosto na mnie.

    — Zejdź mi z oczu — mówię cicho, ale wystarczająco ostro, żeby Feniks zrozumiał, że tym razem nie żartuję.

    Nie czekam na odpowiedź. Odwracam się na pięcie i idę przed siebie, nie patrząc na niego. Serce wciąż bije mi za szybko, a w głowie mam jedną, wyraźną myśl — on znowu to zrobił, postawił mnie w samym centrum, jakby to była jego prywatna zabawa.

    Idę korytarzem, mijając grupy uczniów, które wciąż jeszcze szepczą między sobą. Nie mam ochoty odpowiadać na niczyje pytania. Chcę po prostu być chwilę sama. Przyspieszam kroku. I właśnie wtedy, kiedy skręcam za róg, niemal w niego wpadam. Mael.

    Staję, jak wryta. On też się zatrzymuje, patrząc na mnie z góry tym swoim spokojnym, stalowoszarym wzrokiem. Na jego twarzy nie ma zaskoczenia. Raczej coś w rodzaju cichego zrozumienia. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywa. Potem Mael unosi brew.

    — Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zabić — mówi spokojnie. — A raczej… jakbyś już kogoś zabiła, tylko w myślach.

    Prycham cicho, mimo woli.

    — Feniks — rzucam krótko.

    Mael przez ułamek sekundy patrzy na mnie, a potem jego usta unoszą się w bardzo nikłym, ale wyraźnym uśmiechu.

    — Oczywiście — mruczy. — Kto jak nie on.

    Robię krok w jego stronę.

    — Znowu to zrobił — mówię z irytacją w głosie. — Znowu musiał zrobić przedstawienie. Jakby nie mógł po prostu… mi odpuścić. Zawsze musi być w centrum, a mnie ciągnie tam za sobą. 

    Mael przechyla głowę lekko w bok.

    — Naprawdę myślałaś, że tym razem będzie inaczej? — pyta sucho. — To Feniks. On nie istnieje, jeśli nie jest w centrum uwagi. Szczególnie twojej.

    — Wiem — odpowiadam z westchnieniem. — Jednak tym razem naprawdę przesadził. Wiedział, że tego nie lubię. Zdawał sobie sprawę, że nie chcę być wystawiana na widok publiczny jak jakaś… atrakcja. A on i tak to zrobił.

    Chłopak przygląda mi się przez chwilę.

    — On nie myśli kategoriami „lubię” i „nie lubię” — mówi spokojnym, ale wyraźnie złośliwym tonem. — On myśli kategoriami „chcę” i „nie chcę”. A chciał mieć twoje imię na skórze, więc to zrobił. Reszta… reszta go po prostu nie obchodzi.

    Czuję, jak coś we mnie się rozluźnia. Nie dlatego, że Mael mówi coś miłego, tylko dlatego, że mówi prawdę — bez owijania w bawełnę i bez udawania, że Feniks jest „tylko trochę impulsywny”.

    — Czasem mam wrażenie, że on naprawdę nie rozumie, dlaczego się wkurzam — przyznaję ciszej. — Jakby myślał, że jak zrobi dla mnie fajerwerki albo mnie przytuli, to wszystko będzie w porządku.

    Mael prycha cicho.

    — On doskonale rozumie. Po prostu uważa, że twoje zdenerwowanie jest mniej ważne niż jego potrzeba posiadania. Typowe dla niego.

    Odwracam głowę i patrzę na niego z ukosa.

    — Ty naprawdę go nie lubisz, co?

    Chłopak wpatruje się we mnie spokojnie.

    — Szczerze go nienawidzę — mówi bez ogródek. — I mam ku temu bardzo dobre powody. Ale w tym momencie… cieszę się, że chociaż raz nie jestem jedynym, którego masz dość.

    Nie mogę się powstrzymać i prycham lekkim śmiechem. Dostrzegam, że to przyniosło mu satysfakcję. Patrzy na mnie przez chwilę. Jego stalowoszare oczy są spokojne, ale w głębi czai się coś ostrzejszego.

    — On wie, że możesz być wściekła — mówi cicho. — Po prostu nie wierzy, że kiedykolwiek naprawdę go odrzucisz. I ma ku temu podstawy.

    Milczę. Wiem, że ma rację. To jedna z nielicznych rzeczy, która odróżnia Feniksa od Cassiana. Ta cholerna pewność siebie, która potrafi być urocza, ale czasami… mam jej naprawdę dość. 

    Mael robi krok w moją stronę i podnosi dłoń. Delikatnie odgarnia mi kosmyk włosów za ucho, a jego palce przez chwilę zostają na mojej skórze.

    — Chodź — mówi po prostu. — Zabiorę cię stąd.

    Nie pytam dokąd. Po prostu kładę dłoń w jego dłoń. W jednej chwili otacza nas ciemność teleportacji. Kiedy otwieram oczy, jesteśmy w innym miejscu. 

    Planetarium. Puste. Ciche. Tylko łagodne światło gwiazd na suficie i ścianach.

    Mael puszcza moją dłoń i robi kilka kroków do przodu, patrząc w górę na projekcję nocnego nieba. Stoi tyłem do mnie, ale wiem, że czeka, daje mi przestrzeń, jeśli jej potrzebuję — i jednocześnie jest gotów być blisko, jeśli zechcę.

    Odwracam się do niego. Stoi z rękami w kieszeniach, patrząc na gwiazdy, jakby nic się nie stało, ale wiem, że specjalnie wybrał miejsce, gdzie nikt nas nie znajdzie.

    — Dziękuję — mówię cicho.

    Chłopak odwraca głowę i patrzy na mnie. W jego oczach nie ma triumfu. Jest tylko ciche, spokojne zrozumienie.

    — Do usług — odpowiada, kłaniając się drwiąco.

    W tym momencie, w cichym planetarium, pod sztucznym niebem, czuję, że właśnie tego mi było trzeba. Nie kogoś, kto będzie go bronił. Kogoś, kto po prostu… też go nie znosi. I kogoś, przy kim mogę być sobą — nawet wtedy, gdy jestem wściekła.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Idę korytarzem w stronę biblioteki, kiedy ktoś mnie zatrzymuje. To jeden z chłopaków z mojego roku — ktoś, z kim czasem wymieniam kilka słów na zajęciach. Ma na twarzy ten specyficzny wyraz, jaki ludzie mają, kiedy wiedzą coś, o czym ty jeszcze nie wiesz i bardzo chcą się podzielić informacją.

    — Słyszałeś? — pyta, zniżając głos, jakby mówił o czymś naprawdę pikantnym. — O Lilien. Podobno ma teraz czwartego partnera. Ten rudowłosy… Feniks. Podobno na ceremonii parowania jej imię pojawiło się na jego przedramieniu, a ona go przyjęła.

    Zatrzymuję się. Na zewnątrz pozostaję spokojny. Uśmiecham się lekko, tak jakbym usłyszał plotkę o pogodzie.

    — Naprawdę? — odpowiadam obojętnie.

    Chłopak kiwa głową z podnieceniem.

    — Cała Akademia o tym gada. Cztery partnerów… to chyba pierwszy taki przypadek od lat.

    Kiwa głową i odchodzi, wyraźnie zadowolony, że mógł mi to przekazać. Zostaję sam. Przez chwilę stoję w miejscu, patrząc przed siebie. W głowie mam tylko jeden, wyraźny obraz — Lilien, stojąca w centrum uwagi całej Akademii, z dziesiątkami spojrzeń wbitych w nią jak szpilki. Wiem, jak bardzo tego nienawidzi. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo nie znosi być wystawiana na widok publiczny, jak bardzo nie chce być tematem plotek i spekulacji.

    A Feniks… Feniks znowu to zrobił.

    Czuję, jak coś zimnego i ostrego zaciska mi się w żołądku. Mam ochotę go udusić. Nie dlatego, że znowu próbuje zaznaczyć swoje terytorium, tylko dlatego, że zrobił to w sposób, który musiał ją zranić. Zaciskam szczękę i ruszam przed siebie, tym razem szybciej. Muszę znaleźć Cassiana. Albo Feniksa. Albo obu naraz.

    Note