Rozdział 1 – Kolor Samotności
by Vicky
W środku nocy obudził ją towarzyszący krzątaninie hałas. Kiedy uchyliła powieki, oślepiło ją jasne światło jarzeniówek. Całą sobą nienawidziła tego miejsca. Było sterylnie czystym więzieniem. Naciągnęła białą kołdrę pod samą szyję. Odwróciła się na bok, żeby popatrzeć.
Przywieźli kogoś nowego. Nie zdarzało się to często, zwłaszcza w środku nocy. Pacjentów zazwyczaj przyjmowano w dzień. To musiał być nagły wypadek. Ciekawe tylko, dlaczego skończył akurat tutaj.
Sanitariusze i lekarze w białych kitlach postawili parawan, otaczając nim sąsiednie łóżko. Mimo to, ze swojego kącika w rogu dużej, pełnej pacjentów sali, Weronika i tak dokładnie widziała co się dzieje. Z foliowych, powieszonych wysoko worków, sączyły się jakieś płyny i ciemna krew. Sanitariusze sprawnie wykonywali swoją pracę. Elektryczną maszynką ogolili chłopakowi poranioną głowę.
— Dobrze, teraz rozetnij ubranie — instruowała jednego z nich surowo wyglądająca kobieta, z jasnymi włosami zaczesanymi w ciasny kok. — Wtopiło się w ranę na skórze, będziemy musieli to wszystko oczyścić.
Leżący na łóżku chłopak syknął z bólu. Weronika zdała sobie sprawę, że widzi jego myśli. Obudziło się w niej zainteresowanie, ta nuta ciekawości, która ostatnio towarzyszyła jej niezwykle rzadko. Nie czuła się jednak specjalnie zdziwiona. Skoro wszyscy uważali, że zwariowała, to czemu ona miałaby sądzić inaczej? Te dziwne rzeczy, które bezustannie przytrafiały się jej, przecież nie zdarzały się zwykłym, normalnym ludziom.
„Dlaczego chciałeś się zabić?” — zapytała w myślach, zaciekawiona, czy usłyszy jej pytanie.
Wyczuła przemykające się przez jego umysł zaskoczenie, wypływające odrobinę ponad fale wysyłanego bólu.
„Skąd wiesz?” — odbił pytanie, odwracając głowę w jej stronę.
Brązowe oczy wpatrywały się w nią intensywnie.
Nie spodobało jej się, że odpowiedział pytaniem na pytanie. Wszystko jedno. Odwróciła się na drugi bok.
„Nieważne, dobranoc” — odpowiedziała ponuro.
„Nie! Zaczekaj!” — w jego myślach wyczuwała desperację, nieme błaganie. —„Rozmawiaj ze mną, proszę…”
Czuła, że chłopak nie radzi sobie z bólem, nie jest w stanie wytrzymać tego, co robią z nim lekarze i za wszelką cenę próbuje odwrócić od tych czynności własną uwagę. Zobaczyła obrazy, jego wspomnienia. Jechał na motorze. Bardzo szybko. Potem uderzył w drzewo. Specjalnie. Miał nadzieję, że w ten sposób nikt nie będzie obwiniał się o jego śmierć, że nikomu nie przyjdzie do głowy, że było to samobójstwo. Jednak coś poszło nie tak i znalazł się tutaj. Żywy. Ponownie odwróciła się w jego stronę.
„Więc mi odpowiedz” — zażądała.
„Miałem wszystkiego dosyć” — wyjaśnił. — „Zabrakło mi powodu, żeby żyć.”
Te słowa niewiele znaczyły, ale czuła towarzyszące im uczucie pustki. Wiedziała, jak bardzo był nieszczęśliwy, jak ogromnie przytłoczony codziennością. Jej własne życie wyglądało zupełnie inaczej, przynajmniej do pewnego momentu.
„Ale znalazłeś powód, żeby umrzeć?” — westchnęła.
„Nie” — przyznał szczerze. — „Po prostu wybrałem łatwiejszą drogę ucieczki.” Przyjrzał jej się uważnie, całą siłą woli starając się ignorować odrywających kawałki ubrań, które wtopiły się w jego skórę, sanitariuszy. „Okropnie wyglądasz” stwierdził, żeby zmienić temat.
Kąciki ust Weroniki, uniosły się w leciutkim uśmiechu. Doskonale o tym wiedziała. Cała jej twarz była opuchnięta i sina. Poraniony miała także tułów, nogi i ramiona. Jednak nikt do tej pory nie przyznał szczerze, jak paskudnie wygląda.
„Poczekaj tylko aż spojrzysz w lustro” — zasugerowała. — „Nie sądzę, żebyś wyglądał lepiej niż ja.”
Tym razem, mimo ciągłego, nieustającego ani na chwilę bólu, on także się uśmiechnął. Potem znowu spoważniał, wpatrując się w nią intensywnie. Nie potrafiła powstrzymać swoich myśli, nie wiedziała również jak je przed nim ukryć, dlatego dowiedział się tego, czego nie chciałaby komukolwiek zdradzić.
„Zabiłbym drania, który ci to zrobił!” — warknął rozwścieczony.
„Nie warto” — odpowiedziała wycofując się w głąb siebie.
Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się odrobinę, dalej jednak czuła jak bardzo jest wściekły. Zdziwiło ją to, że tak bardzo się tym przejął.
„Gdzie my w ogóle jesteśmy?” — zapytał zmieniając temat.
„W prywatnej klinice” — odpowiedziała obojętnie — „to jednocześnie szpital psychiatryczny, więc chyba wiedzieli, co planowałeś, skoro trafiłeś tutaj, zamiast do zwykłego szpitala.”
Jego reakcją było rozbawienie. Leki zaczęły działać, ból powoli mijał. Ludzie w białych kitlach sprzątnęli swoje stanowisko. Wychodząc zgasili światło, zostawiając jedynie słabą lampkę, wiszącą przy drzwiach.
„Chodź do mnie” — odezwał się nagle ni z tego ni z owego. Spojrzała na niego pytająco. Zobaczyła wpatrzone w nią, nieco błędnym, oszołomionym przeciwbólowymi środkami wzrokiem, brązowe oczy. — „Chodź” powtórzył „ja nie dam rady wstać, a przecież wyraźnie widzę, że tego potrzebujesz.”
Weronika wahała się przez krótką chwilę, a potem usiadła, zsunęła się z łóżka i podeszła do niego. Miał rację. Nie miała nikogo, kto mógłby ją chociaż troszeczkę przytulić. Ostrożnie położyła się przy nim, wsuwając się pod jego białą kołdrę, którą ze względu na świeżo opatrzone rany, przykryte miał jedynie nogi. Wyciągnął rękę, wsuwając ją pod jej głowę. Objął ją, kiedy ułożyła się wygodnie na jego ramieniu. Poczuła rozlewające się po całym ciele ciepło. Dotknęła delikatnie jego posiniaczonej twarzy. Wyczuła, jak bardzo był zadowolony.
„Lubisz być potrzebny” — stwierdziła siląc się na obojętność.
„Mhm” — przyznał, dłonią z wenflonem odgarniając jej z twarzy włosy. — „Właśnie zacząłem lubić być potrzebny tobie.”
Zamknęła oczy. Wiedziała, że chłopak zaraz zaśnie. Czuła coraz bardziej oszałamiające go leki. Najchętniej wtuliłaby się w niego jeszcze bardziej, ale bała się, że zrobi mu krzywdę. Rozumiała go. Ona sama najchętniej, po zaśnięciu, już nigdy by się nie obudziła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nad ranem Weronika niechętnie wymknęła się z powrotem do swojego łóżka. On także się obudził. Spojrzał na nią lekko rozczarowanym wzrokiem.
„Uciekasz”— stwierdził.
„Przed personelem medycznym, nie przed tobą” — uśmiechnęła się do niego drwiąco.
Wzruszył ramionami, a potem skrzywił się, przypłacając impulsywny ruch dodatkowym bólem.
„Czemu jesteśmy na takiej dużej sali?” — spytał zmieniając temat.
„Nie na długo” — stwierdziła Weronika. — „Kiedy przestaniemy być na obserwacji przeniosą nas do dwu— trzy— osobowych pokoi.”
„Nie jesteś tu pierwszy raz” — westchnął.
„Nie” — przytaknęła mu dziewczyna.
W jej umyśle pojawiły się urywki dziwnych, zagmatwanych wspomnień. Ludzie, którzy mówili jej, że jest szalona, że zwariowała. Ból, strach, a potem rezygnacja. Te wszystkie dziwne, niemożliwe rzeczy, które widziała…
„Nie jesteś wariatką” — stwierdził ostro.
Roześmiała się.
„Skąd ta pewność?”
„Też to widzę” — przyznał.
„Więc ty również oszalałeś” — oznajmiła beztrosko.
„One nas przed czymś ostrzegają” — mruknął nie zaprzeczając.
Leżąca na łóżku Weronika zwinęła się w ciasny kłębek, naciągając kołdrę pod samą szyję.
— Niech sobie robią co chcą, skoro i tak nie istnieją — szepnęła.
— Jak ci na imię? — zapytał cicho, lekko zachrypniętym głosem.
— Weronika — odpowiedziała, odwracając się do niego plecami.
„A tobie?” — zapytała w myślach, uznawszy, że to lepszy sposób komunikacji.
— Mateusz — odpowiedział wpatrując się w jej plecy.
Jak dzieci w przedszkolu, przemknęło przez jej myśli. Wyczuła w nim rozbawienie. Wiedziała, że słyszał to o czym myślała. Czasami poznawała też powodowane emocjami, niewypowiedziane słowa innych osób, nigdy jednak nie było to jeszcze tak intensywne i realne.
„Też je czasem słyszę” — powiedział. — „Tylko, że zawsze przypisywałem to instynktowi.”
Przerwali rozmowę, ponieważ usłyszeli echo kroków na korytarzu. Do sali wszedł rozdzielający leki pielęgniarz. Oprócz nich, w dwunastoosobowym pomieszczeniu, leżały jeszcze tylko trzy osoby. Jedna z nich spała, dwie pozostałe przez cały czas były nieprzytomne. Mężczyzna w białym kitlu wstrzykiwał im do kroplówek jakiś przezroczysty płyn. Weronika zerwała się z łóżka, kiedy do niej podszedł. Odskoczyła pod samą ścianę. Fala przerażenia zalała jej umysł.
„Nie, nie pozwól mu” — rzuciła rozgorączkowana. — „Błagam, nie pozwól mu!”
— Spokojnie Weroniko, nic ci nie zrobię, jesteś tutaj bezpieczna — odezwał się wystudiowanym głosem sanitariusz.
Dziewczyna drżała. Opierała się plecami o pomalowaną na zielono ścianę, w panice szukając drogi ucieczki. Była jak schwytane podczas polowania w pułapkę, leśne zwierzę. Przytłaczała ją własna bezradność.
Przez chwilę jeszcze tak stała, a potem zobaczyła jak próbujący zrobić jej zastrzyk, zbliżający się coraz bardziej, mężczyzna, osuwa się na podłogę. Nad nim stał Mateusz, trzymając w rękach stojak od kroplówki. Nie mogła zrozumieć dlaczego on właśnie stanął w jej obronie.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Do pomieszczenia wpadli potężnie zbudowani sanitariusze. Przytrzymali chłopaka. Jeden z nich zrobił wyrywającemu się Mateuszowi jakiś zastrzyk.
Weronika uciekła na swoje łóżko, chowając się pod kołdrą.
Mężczyźni wyprowadzili chłopaka z sali. Musiał być nieprzytomny, ponieważ przestała słyszeć jego myśli. Naciągnęła na siebie pościel, zakrywając nią głowę, a potem zamknęła oczy, za wszelką cenę próbując zapaść w sen. Nie podobała jej się cisza, która zagościła w jej myślach, po jego zniknięciu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika obudziła się z koszmarnego snu. Nie pamiętała jakiego. Za zakratowanym oknem ujrzała zachód słońca. Przespała cały dzień.
Dobrze.
Nie! Nie dobrze!
Myślami zaczęła szukać Mateusza. Znalazła. Poczuła zaciśnięte na jego nadgarstkach skórzane pętle. Pod plecami miał twardy materac. Znała układ całego szpitala, wiedziała, gdzie chłopak jest.
Izolatka.
No tak, nic dziwnego, skoro okazał się agresywny… Tylko, że… przecież sama go o to prosiła.
„Nic ci nie jest?”— zapytała nieśmiało.
Poczuła płynącą od niego ulgę.
„Żyję” — odpowiedział jej krótko. — „Tylko piekielnie się nudzę.”
„Więc porozmawiajmy” — zaproponowała.
Wyczuła w jego myślach aprobatę.
Zsunęła się z łóżka i nie przestając wymieniać z chłopakiem rzeki myśli i obrazów, zaczęła iść w stronę izolatki.
Nikt jej nie zatrzymywał. Wszyscy ją tu już doskonale znali. Jak zwykle snuła się niczym cień, nie rozmawiając z nikim, ignorując wszystko dookoła. W tym świecie to było normalne.
Teraz jednak było jeszcze gorzej.
Wcześniej wysyłała ją tutaj rodzina.
Potem przez jakiś czas było dobrze, cudownie, jak w bajce, a ona udawała, że jest zupełnie normalna. Studiowała, miała narzeczonego, z którym chciała zamieszkać, rodzina, która uznała, że przekazała mu odpowiedzialność, za niespełna rozumu Weronikę, przestała ją wreszcie nękać.
A potem stało się właśnie to.
Nie chciała, żeby Mateusz o tym wiedział, nic jednak nie mogła na to poradzić. Po prostu był tam, dzielił z nią jej myśli i już. Niczego nie dało się przed nim ukryć.
Otworzyła drzwi izolatki, wsuwając się do niewielkiego pomieszczenia. Grający na korytarzu, przy drewnianym stoliku w karty, sanitariusze nie zauważyli jej lub zwyczajnie zignorowali. Chłopak leżał na plecach. Nie mógł się poruszyć. Podeszła i położyła się obok niego.
— Przykro mi — odezwał się cicho.
— To się stało i już, a ja muszę żyć dalej — stwierdziła, opierając głowę na jego ramieniu.
— Gdybym tylko miał sposobność dorwania tego dupka! — zawarczał.
Spojrzała mu prosto w oczy, a potem spuściła wzrok, bo zdała sobie sprawę, że on mówi zupełnie poważnie. Naprawdę, całym sobą, chciał mieć taką właśnie możliwość. Dominik był przecież jej narzeczonym… Wszystko uszło mu bezkarnie, a ją, pobitą do nieprzytomności, rodzina wysłała właśnie tutaj. Po raz kolejny… Tylko tym razem nie miała już siły ani chęci o nic walczyć.