Rozdział 14 – Dziedziczka
by Vicky
Wracam do Dworu Orchidei późnym wieczorem. Kinkiety przygasły już do tego miękkiego, bursztynowego blasku, który zawsze zostawiają, kiedy wiedzą, że jestem wykończona. Pnącza na ścianach holu drżą lekko, jakby chciały mnie objąć, ale wyczuwają nastrój i tylko jedno z nich ostrożnie muska mój rękaw.
Martin czeka przy drzwiach. W rękach trzyma grubą, kremową kopertę z moim imieniem napisanym znajomym, nieco drżącym pismem mamy.
— Przyszło dzisiaj, panienko — mówi cicho. — To odpowiedź na list, który wysłałaś do mamy. Zostawiła go w umówionym miejscu przy starej kapliczce na granicy światów. Posłaniec odebrał go stamtąd i przyniósł prosto do mnie.
Biorę kopertę. Jest cięższa, niż powinna być. W środku coś jeszcze jest. Wchodzę do swojego pokoju, zamykam drzwi i siadam na łóżku. Rozrywam papier drżącymi palcami.
Droga Eveline,
Dziękuję, że napisałaś. Długo się bałam tego dnia, ale cieszę się, że w końcu zapytałaś. Nie umiem tego powiedzieć inaczej, więc napiszę prosto.
Nie jestem Twoją biologiczną matką. Przez szesnaście lat udawałam, że jestem. Karmiłam Cię, tuliłam w nocy, kiedy miałaś koszmary, kłóciłam się o oceny i o to, czy możesz wychodzić po zmroku. I chociaż krew w Twoich żyłach nie jest moja, serce… serce zawsze było. Zawsze będzie. Nic tego nie zmieni. Ani magia, ani prawda, ani to, kim naprawdę jesteś.
Twój tata zostawił dla Ciebie list. Miałeś go dostać tylko wtedy, gdybyś kiedykolwiek dowiedziała się prawdy. Dziś uznałam, że ten dzień właśnie nadszedł.
Kocham Cię. Zawsze będę Cię kochać.
Twoja mama (ta, która Cię wychowała i zawsze będzie Twoją mamą)
Czuję przyjemną lekkość w sercu, bo choć byłam przekonana, że mama w ten właśnie sposób myśli, to przekonanie, a pewność są dwiema różnymi rzeczami. Rozpieram się wygodniej, plecami oparta o miękkie poduszki. Dopiero teraz naprawdę mogę odetchnąć.
W kopercie z listem znajduję kolejną kopertę. Grubszą. Starszą. Papier jest pożółkły, ale pismo taty wyraźne, trochę kanciaste, jakby pisał w pośpiechu. Rozkładam list. Pierwsza kartka nie jest zbyt gruba, ale pod spodem znajduję kolejne strony z pamiętnika oraz szkicowane portrety Vanessy z dopiskiem, że pewnie chciałabym je dostać. Przymykam na chwilę oczy. Miał rację, oczywiście, że chcę je mieć.
Moja mała Eve,
Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że już wiesz. Twoja prawdziwa matka miała na imię Vanessa. Była poetką. Nie taką, co pisze ładne wierszyki o kwiatkach. Pisała o tym, co pod skórą świata. O ciemności, która śpiewa. O motylach, które noszą w sobie kawałki piekła.
Zostawiłem Ci wskazówkę. Nie jest łatwa. Jest taka, jakie lubiła Vanessa — ukryta w słowach, które tylko Ty w końcu zrozumiesz. Szukaj tam, gdzie Vanessa zostawiła swoje najcichsze słowa, w miejscu, gdzie motyle siadają na kartkach, a atrament wciąż pachnie jej palcami.
Reszta sama Cię znajdzie. Wiem, że kiedyś zrozumiesz i dokonasz własnego wyboru.
Kocham Cię. Bardziej niż się da wyrazić słowami.
Tata
Odkładam oba listy na kolana. Siedzę długo w ciszy, którą przerywa tylko ciche skrzypienie pnączy za oknem. Jedno z nich ostrożnie wsuwa się przez szparę i kładzie mi na ramieniu, jest zimne, ale dziwnie kojący. Nie płaczę. Tylko patrzę na te dwa listy i myślę, że całe moje życie właśnie pękło na pół… a jednocześnie nareszcie czuję, że coś w końcu zaczyna się składać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wracam do Akademii dwa dni później i od razu czuję, że powietrze w sali wykładowej jest gęste od ciekawości i lekkiej paniki. Wszyscy już siedzą. Dziedziczki jak zawsze nienagannie ubrane, wilki za ich plecami, a na środku stoi nauczycielka z notesem i tym swoim sztucznym, promiennym uśmiechem, jakbyśmy właśnie wrócili z wakacji w raju, a nie z wycieczki, która skończyła się w Piekle.
— No dobrze, kochani! — klaszcze w dłonie. — Czas na prezentacje z wycieczek! Zaczniemy od zespołu Eveline Archer, Julia Hannay i Maggie Langford.
Julia i Maggie wymieniają między sobą spojrzenia pełne rozpaczy. Wzdycham cicho, czekając na to, co nieuchronnie musi się wydarzyć. Julia wstaje pierwsza. Wygląda, jakby szła na ścięcie.
— My… no… byliśmy na Archipelagu — zaczyna i od razu milknie.
Patrzy na Maggie, jakby prosiła o pomoc. Maggie przełyka ślinę.
— Było… mokro — duka. — Bardzo mokro. I… byli łowcy niewolników. I wilki rozrywały ludzi na strzępy. I… nawiedzone ruiny. I portal. Do Piekła.
W sali zapada cisza tak ciężka, że słychać, jak ktoś w tylnym rzędzie upuszcza pióro. Nauczycielka mruga.
— Słucham?
— No… — Julia wzrusza ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało. — Eveline wypadła za burtę podczas magicznego sztormu. Jej tryton ją uratował. Potem spotkała łowców, ale wilki sobie z nimi poradziły. Potem były ruiny. A potem… no… Piekło. Z motylami. I fioletowymi kwiatami.
Cała klasa patrzy na nas jak na grupę wariatów. Daria MacAulay podnosi rękę.
— Przepraszam… byliście na Archipelagu? Na tym z kryształowymi lagunami, pływającymi targami i plażami, na których piasek śpiewa?
— Byliśmy — potakuje Maggie. — Tylko zamiast plaż mieliśmy łowców niewolników, a zamiast śpiewającego piasku chupacabrę, którą Etienne karmił własną krwią.
Ktoś z tyłu parska śmiechem. Ktoś inny wydaje zduszony dźwięk niedowierzania.
— I… i macie własnego trytona? — pyta jedna z dziedziczek z niedowierzaniem, a w jej głosie brzmi czysta zazdrość.
Uśmiecham się lekko.
— Mam. Nazywa się Arsen. Kupiłam go na targu. Teraz mieszka ze mną we Dworze Orchidei i zajmuje się oranżerią. Jest w tym naprawdę dobry.
W sali wybucha chaos. Ktoś szepcze „ona ma własnego trytona?”, ktoś inny „jak ona to robi, że wszystko jej się przydarza?”.
Nauczycielka odchrząkuje nerwowo.
— Dobrze… bardzo… barwna prezentacja. Dziękujemy. Następni proszę.
Siadam z powrotem. Julia i Maggie padają na krzesła jak po bitwie.
— Nienawidzę cię — szepcze Julia w moją stronę, ale w jej głosie jest więcej rezygnacji niż złości.
Uśmiecham się słodko.
— Dzięki.
Po lekcji, gdy już wszyscy wychodzą, nauczycielka zatrzymuje mnie w drzwiach.
— Archer, wreszcie znaleziono dla ciebie nauczyciela czarnej magii. Będziesz miała indywidualne lekcje. Spotkanie dziś po ostatnich zajęciach w zachodniej wieży. Nie spóźnij się.
Kiwam głową, zadowolona. Wreszcie się doczekałam.
Po lekcjach wchodzę do zachodniej wieży, moje wilki czekają na zewnątrz. Drzwi same się otwierają, zanim zdążę zapukać. W środku jest ciemno, ale nie tak, jak w zwykłej ciemności — to półmrok, który patrzy.
Na wąskim, rzeźbionym krześle siedzi wysoki, chudy mężczyzna w czarnym fraku zrobionym jakby z żywych piór. Kruki na parapetach patrzą na mnie z ciekawością. Mężczyzna unosi głowę. Oczy ma czarne jak studnia.
— A więc to ty — mówi leniwie, a jedno z piór na jego ramieniu samo się podnosi i kiwa z dezaprobatą. — Wielki Corvinus nie zwykł marnować swojego boskiego talentu na… spadkobierczynie upadłych rodów. Ale cóż. Zaczynajmy.
Uśmiecham się lekko. To będzie interesujące.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Moje lekcje czarnej magii zaczęły się na dobre i… muszę przyznać, że są całkiem interesujące.
Wchodzę do zachodniej wieży punktualnie, ale i tak czuję się spóźniona. Drzwi same się uchylają, jakby wieża wiedziała, że przyszłam. W środku panuje półmrok, pachnie starym atramentem, kurzem i czymś metalicznym, jakby ktoś właśnie rozlał atrament zmieszany z krwią.
Na środku sali, na wysokim, rzeźbionym krześle, siedzi profesor Corvinus Blackwing. Wygląda, jakby ktoś uszył go z nocy i piór. Frak na nim jest czarny, ale pióra żyją — delikatnie falują, jakby oddychały. Kruki na parapetach patrzą na mnie z zaciekawieniem, jeden z nich nawet przekrzywia łeb, jakby oceniał, czy nadaję się na przekąskę.
— Aaa, przyszłaś — mówi profesor leniwie, nie wstając. — Wielki Corvinus nie zwykł marnować swojego boskiego talentu na indywidualne lekcje. Ale cóż. Skoro dyrektorzy tak ładnie mnie proszą… Zaczniemy od najprostszej rzeczy. Przywołaj zwykły cień.
Wzruszam ramionami i robię to, co przychodzi mi najłatwiej. Zamiast bezkształtnej plamy wyciągam małego, ciemnego ludzika, który zadowolony macha mi dłonią.
Kruki na parapetach zamierają. Profesor Blackwing też. Przez sekundę panuje absolutna cisza, a potem jedno z piór na jego ramieniu samo się unosi i zaczyna klaskać. Dosłownie.
— Oczywiście! — wybucha teatralnie profesor, wstając z krzesła. — Pod skrzydłami Wielkiego Corvinusa nawet taka… surowa glina jak ty rozkwita w prawdziwe arcydzieło nekromancji! To ja cię ukształtuję. Ja jeden!
Uśmiecham się słodko, bo już czuję, że to będzie gra.
— Panie profesorze — mówię ciepło — nikt na całym świecie nie wyjaśniłby mi tego tak genialnie jak pan. Pański umysł to prawdziwa otchłań geniuszu.
Pióra na fraku profesora stają dęba, a potem opadają w ekstazie. Jeden z kruków wydaje entuzjastyczne „kraa!”.
— No proszę — mruczy Corvinus, wyraźnie zadowolony. — W końcu ktoś to dostrzega. Dobrze, dobrze. Skoro tak pięknie prosisz… pokażę ci coś, czego nie pokazuję nawet dyrektorom.
Przez następne dwadzieścia minut zasypuje mnie zakazanymi formułami, których na pewno nie ma w żadnym podręczniku. Za każdym razem, gdy rzucam komplementem — „Panie profesorze, pańska wiedza jest tak głęboka, że czuję się przy niej jak motyl w otchłani” — on puszy się jak paw, pióra mu falują, a ja dostaję coraz ciekawsze zaklęcia.
W pewnym momencie orientuję się, że to działa jak przełącznik. Chwalić równa się więcej mocy. Nie chwalić równa się nudne podstawy i marudzenie. Uśmiecham się pod nosem. No proszę. W końcu wiem, jak obsługiwać profesora.
— Panie Corvinusie — mówię jeszcze słodziej — naprawdę nikt nigdy nie wyjaśniał mi magii mroku tak… porywająco. Czuję się, jakby pan otworzył przede mną drzwi, których nikt inny nawet nie zauważył.
Profesor dosłownie robi mały piruet z radości. Kruki klaszczą skrzydłami.
— Oczywiście! — woła. — Bo tylko Wielki Corvinus potrafi to zrobić! Dobrze, moja droga uczennico. Skoro tak pięknie prosisz… pokażę ci, jak przywołać cień, który pamięta.
I tak, przez resztę lekcji, chwalę go jak bóstwo, a on sypie wiedzą jak z rękawa. Wychodzę z wieży z głową pełną zakazanych formuł i lekkim uśmiechem. Chyba właśnie odkryłam swój nowy ulubiony przedmiot.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kilka dni później wracam do zachodniej wieży na trzecią lekcję. Corvinus już na mnie czeka — siedzi na swoim tronie-krześle, pióra na fraku falują z niecierpliwością, a kruki na parapetach przekrzywiają łby, jakby obstawiały, ile komplementów dzisiaj padnie.
— Aaa, moja genialna uczennica! — woła teatralnie, zanim zdążę zamknąć drzwi. — Wielki Corvinus już się obawiał, że dzisiaj zapomnisz, jak bardzo jest niezastąpiony.
Uśmiecham się słodko i wchodzę głębiej.
— Panie profesorze, jak mogłabym zapomnieć? Pańskie wyjaśnienia są tak porywające, że nawet motyle z Dworu Nocy bladną z zazdrości.
Jedno z piór na ramieniu Corvinusa prostuje się jak struna i zaczyna klaskać. Profesor dosłownie puszy się jak paw.
— No proszę! W końcu ktoś to dostrzega! — woła i od razu zaczyna machać rękami. — Dzisiaj pokażę ci coś naprawdę zakazanego. Ciemność, która potrafi zatrzymać czas.
Przez następną godzinę chwalę go jak bóstwo, a on sypie wiedzą, której na pewno nie ma w żadnym podręczniku. Im bardziej go podziwiam, tym chętniej zdradza sekrety. To już nie jest lekcja. To jest gra, w której oboje znamy reguły.
Gdy wychodzę z wieży, na korytarzu czekają na mnie wilki. Alexei opiera się o ścianę z rękami skrzyżowanymi na torsie, włosy ma odrobinę potargane po treningu, co, musze przyznać, wygląda niezwykle uroczo. Etienne stoi kawałek dalej, spokojny, z rękami w kieszeniach.
— I jak? — pyta Alexei, prostując się. W jego oczach jest ten ciepły, drapieżny błysk, który ostatnio widuję coraz częściej. — Profesor nadal uważa się za boga?
— Oczywiście — odpowiadam z uśmiechem. — Ale nauczyłam się, jak go obsługiwać. Kilka komplementów i dostaję zakazane zaklęcia za darmo.
Alexei parska cichym śmiechem i robi krok w moją stronę. Nagle korytarz wydaje się zbyt wąski.
— Chodź — mówi cicho. — Odprowadzę cię na wspólne zajęcia.
Etienne unosi brew, ale nie protestuje.
— Zostanę — rzuca, a ja w jego głosie słyszę lekko poirytowane nuty. — Julia czegoś ode mnie chciała.
Zaskoczona oglądam się za siebie. Julia Hannay rzeczywiście stoi na końcu korytarza i nerwowo poprawia sukienkę. Gdy zauważa, że Etienne na nią patrzy, jej twarz momentalnie się rozpromienia.
— Etienne! — woła z entuzjazmem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam. — Czy… czy moglibyśmy chwilę porozmawiać? W cztery oczy?
Etienne wzdycha, ale kiwa głową.
— Jasne.
Patrzę, jak odchodzą razem w stronę jednego z bocznych korytarzy. Julia dosłownie podskakuje przy każdym kroku, jakby szła obok żywej legendy.
Alexei chrząka cicho i wyciąga do mnie rękę.
— Chodź — mówi miękko. — Poradzą sobie.
Biorę jego dłoń. Jest ciepła, pewna. Idziemy korytarzem w ciszy, ale ta cisza jest inna niż zwykle. Gęstsza. Gdy skręcamy za róg, Alexei zwalnia i przyciąga mnie bliżej do siebie. Opieram się plecami o chłodną ścianę. On staje przede mną, tak blisko, że czuję zapach jego skóry. Przez chwilę milczy. Ja również nic nie mówię. Patrzymy na siebie. Długo. Intensywnie. Motyle w moim brzuchu robią szalone salto. Czuję, jak jego kciuk powoli sunie po moim nadgarstku. Moje serce bije jak oszalałe.
— Eve… — szepcze w końcu, tak cicho, że prawie go nie słyszę.
Nie kończy. Tylko pochyla się jeszcze bliżej. Nasze czoła prawie się stykają. Czuję jego oddech na swoich ustach. Czas jakby się zatrzymał. W tym momencie naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy Alexei robi to wszystko tylko „dla mojego komfortu”. Bo to, co czuję teraz… ani trochę nie wygląda na udawanie, a jednak, wciąż nie mam pojęcia, dlaczego postanowił wybrać akurat mnie.
Kiedy w korytarzu pojawia się Etienne, Alexei odsuwa się ode mnie niechętnie, a ja próbuję uspokoić przyspieszony oddech. Mój brat bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą, ignorując zarówno idącą za nim Julię, jak i Alexei’a. Jest czymś wyraźnie wzburzony, dlatego nie protestuję przeciwko takiemu traktowaniu.
— Coś się stało? — pytam, kiedy znikamy z zasięgu głosu pozostałych.
— Julie najwyraźniej spodobał się Dwór Nocy — burczy niezadowolony Etienne.
Przyspieszam krok, żeby nadążyć.
— Co dokładnie zrobiła?
Etienne parska krótkim, wrednym śmiechem, który nie ma w sobie ani grama rozbawienia.
— Niemal wprost zasugerowała, że powinna być moją dziewczyną. „Skoro jesteś księciem, to może… no wiesz… moglibyśmy być razem. Pasowalibyśmy do siebie”. — Przedrzeźnia jej głos z przesadną słodyczą. — Jakby nagle zapomniała, że przez ostatnie tygodnie traktowała mnie jak irytującego psa na smyczy.
Zatrzymuję się zaskoczona.
— Serio?
— Serio — odpowiada sucho. — Jeszcze chwila i zaczęłaby mi prawić komplementy o tym, jaki jestem „szlachetny i dystyngowany”. Najchętniej bym ją zostawił w tamtym labiryncie, żeby sobie pokontemplowała tron z kości.
Patrzę na niego z ukosa. W jego głosie jest czysta irytacja i obrzydzenie. Nie jest zły — jest zniesmaczony. Jakby ktoś zaproponował mu zjedzenie zgniłego jabłka i jeszcze oczekiwał podziękowania.
— No i co jej powiedziałeś? — pytam ostrożnie.
Etienne wzrusza ramionami, ale w jego oczach błyska coś zimnego i cynicznego.
— Że jeśli chce być dziewczyną księcia, to powinna zacząć całować okoliczne żaby, a ja już mam kogoś, przy kim nie muszę udawać.
Zaciska palce na mojej dłoni odrobinę mocniej. Nie patrzy na mnie, ale czuję przez więź, jak bardzo jest poirytowany całą sytuacją.
— I co ona na to?
— Zaczęła się jeszcze bardziej podlizywać — burczy. — „Jesteś taki zabawny, Etienne, na pewno sprawię, że zmienisz zdanie”. Myślałem, że zwymiotuję.
Parskam cicho, nie mogąc się powstrzymać. Brat rzuca mi spojrzenie pełne udawanego oburzenia, ale w kąciku jego ust drga cień uśmiechu.
— Śmiej się, śmiej. Następnym razem to ty będziesz musiała jej tłumaczyć, że nie zamierzam umawiać się z kimś, kto jeszcze tydzień temu wolałby mnie utopić w najbliższej rzece.
Idziemy dalej korytarzem. Wciąż czuję na sobie ciepło dłoni Alexeia i jego oddech na skórze, a teraz jeszcze to — solidnie zirytowany Etienne, który najwyraźniej ma dość nagłej adoracji Julii. Cudownie. Kolejna drama do kolekcji.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Julia łapie mnie za ramię tuż przed drzwiami sali zajęć. Jej palce są zaskakująco silne.
— Eveline, czekaj.
Zatrzymuję się. W jej oczach jest coś dziwnego — mieszanka ekscytacji i desperacji, której wcześniej u niej nie widziałam.
— Muszę cię o coś zapytać — mówi cicho, rozglądając się, czy nikt nas nie słyszy. — I chcę szczerej odpowiedzi. Z Alexei’em czy z Etienne’em? Gdybyś miała wybrać… z którym wolałabyś się umawiać?
Pytanie spada na mnie jak kubeł zimnej wody. Nie myślę. Po prostu odpowiadam.
— Z Alexei’em.
Słowa wychodzą ze mnie szybko, automatycznie. Bo to prawda, Etienne to przecież mój brat. Natomiast Alexei… Alexei to Alexei.
Julia zamiera. Na jej twarzy rozlewa się szeroki, zachwycony uśmiech.
— Serio? — pyta z niedowierzaniem. — Naprawdę? Nie żartujesz?
— Nie żartuję — odpowiadam i od razu czuję, jak coś zimnego ściska mnie w żołądku.
Za późno. Widzę to w jej oczach. Dałam jej zielone światło. Całe, jasne, neonowe zielone światło. Julia wypuszcza powietrze z ulgą, jakbym właśnie zdjęła jej z piersi kamień wielkości Kłębuszka.
— O rany, dzięki. Bałam się, że… no wiesz. Jest między wami coś więcej. Ale skoro ty wolisz Alexei’a… to ja mogę w końcu spróbować z Etienne’em na serio. On jest… no wiesz. Książę. Prawdziwy książę. I jest taki… opanowany. I tajemniczy. I przystojny…
Mówi dalej, ale ja już jej nie słucham. W głowie mi się kotłuje. Co ja właśnie najlepszego zrobiłam? Próbuję ratować sytuację.
— Julio, czekaj — wchodzę jej w słowo. — Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak… ostatecznie. Ja po prostu… nie wiem, co czuję. I Etienne… on jest skomplikowany. Naprawdę skomplikowany. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, żebyś…
— Eveline — przerywa mi z uśmiechem, który jest jednocześnie słodki i przerażający. — Ty właśnie powiedziałaś „z Alexei’em”. Bez najmniejszego wahania. To dla mnie wystarczająca odpowiedź.
Odwraca się na pięcie, a jej kucyk podskakuje radośnie.
— Dzięki! Jesteś najlepsza!
Patrzę, jak odchodzi korytarzem, niemal podskakując. Czuję, jak wyrzuty sumienia wgryzają mi się w żebra niczym głodny szczeniak chupacabry. No i super. Właśnie poszczułam Julię prosto na mojego brata, który nienawidzi, kiedy ktoś się do niego podlizuje. Wzdycham ciężko i opieram dłoń o chłodną ścianę. Dlaczego ja nigdy nie umiem trzymać języka za zębami?