Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kolor Samotności

    Minął ponad tydzień, a ona zamiast umierać, z każdym dniem rodziła się na nowo. Nie było ani jednej minuty, w której byłaby sama. Nawet kiedy spała, on błądził po jej myślach. Opiekował się nią. Czuła się szczęśliwa w jego objęciach. 

    Spacerowali po zielonym, urządzonym w angielskim stylu ogrodzie. Ręka Mateusza w naturalny sposób odnalazła jej dłoń. Uśmiechnął się zawadiacko, a potem, znikając z oczu pilnującej ich służby medycznej, pociągnął dziewczynę w krzaki. Zatrzymała się wpadając na niego. Wyczuła jego zadowolenie. Objął ją ramionami, a potem przyciągnął do siebie. Jego usta znalazły się tuż przy jej twarzy. 

    Wtedy poczuła paraliżujący ją strach. 

    — O co chodzi? — zapytał odrobinę zakłopotany. — Wydawało mi się, że tego właśnie chcesz.

    — Chcę — odpowiedziała, wczepiając z całej siły palce w poły jego szpitalnego ubrania.

    Przymknęła oczy. 

    To nie był Dominik i doskonale o tym wiedziała. Mateusz nigdy by jej nie skrzywdził. Znała jego myśli. Była tego pewna, a jednak, przełamanie tej bariery, w dalszym ciągu sporo ją kosztowało. 

    — Nie jestem nim — syknął, na potwierdzeni jej myśli.

    — Przepraszam — wyszeptała, spuszczając wzrok.

    Nie pozwolił jej na to. Delikatnie dłonią uniósł jej brodę. Bez odrazy spojrzał w pokrytą sino żółtymi, gojącymi się plamami twarz. 

    — Zwolnimy, dobrze? To znaczy, jeżeli to jest właśnie to, czego potrzebujesz — obdarzył ją łagodnym uśmiechem.

    Nie, to nie było to. 

    Ponieważ sięgała mu zaledwie do ramienia, musiała wspiąć się na palce, by pocałować go w usta. 

    Przepełniony jakimś dziwnym, upojnym szczęściem, odwzajemnił jej pocałunek. 

    To właśnie on był wszystkim tym, czego teraz potrzebowała.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    W niedzielę był dzień odwiedzin. Weronika snuła się po pustym korytarzu. Jej nigdy nikt nie odwiedzał. Zresztą nikogo, kto tak naprawdę przejmował się jej losem, nie znała. 

    Niechętnie weszła do wspólnej świetlicy. Ignorując obecność innych, mamroczących do siebie lub rozmawiających z bliskimi ludzi, skuliła się w stojącym w rogu, wytartym przez lata używania, fotelu. 

    Nigdzie nie mogła go znaleźć, ale wcale jej to nie dziwiło. Jego pewnie ktoś odwiedzał. 

    Wtedy właśnie zobaczyła wchodzącą do pomieszczenia parę. Mateusz ponuro uśmiechał się do ładnej blondynki. Usiedli przy jednym ze stolików, cicho rozmawiając. Dziewczyna palcami musnęła jego rękę. 

    Weronika poczuła, jak coś w niej pęka i boleśnie rozdziera ją od środka. Jej sen ponownie zamieniał się w koszmar. 

    „Kim ona jest?!” — spytała ostro.

    Mateusz niemal podskoczył. Wyczuła w jego myślach zmieszanie i zawstydzenie.

    „To Patrycja, moja dziewczyna” — przyznał.

    Weronika poczuła się, jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Zaczęła wycofywać się w głąb siebie, ale on chwycił ją i nie pozwolił odejść. Nie mogła powstrzymać tych wszystkich okropnych myśli. 

    Drań! 

    Dupek! 

    Dlaczego ją pocałował? 

    Po co było to wszystko? 

    Zabawił się jej kosztem, a teraz…

    „Zaczekaj!” — nie prosił, tylko stanowczo rozkazywał. — „Nie zrobiłem tego specjalnie! Ona po prostu ani przez chwilę nie przyszła mi na myśl. Kompletnie, zupełnie o niej zapomniałem.”

    Miał dziewczynę… to nie było w porządku. Weronika zaczęła się wahać. Chciała go, chciała być z nim, ale przecież… Wiedziała, że Mateusz uważnie śledzi jej rozważania, jednocześnie jakoś logicznie starając się odpowiadać na pytania Patrycji. 

    Mówił prawdę. 

    Przez ostatnie dwa tygodnie ani razu o niej nie pomyślał, bo gdyby to zrobił, przecież by się o jej istnieniu dowiedziała. Tylko, że ona jednak tam była, żywa i realna.

    „Teraz, kiedy cię poznałem, stałaś się moim powodem do życia” — oznajmił słysząc jej myśli. — „Nie możesz mi mieć za złe, że miałem dziewczynę, kiedy jeszcze nawet nie wiedziałem o twoim istnieniu.”

    Tym razem w jego umyśle były ciche, błagalne nuty. 

    Może i nie mogła, ale miała mu to za złe. Naprawdę miała, a on doskonale o tym wiedział i przepraszał za coś zupełnie normalnego, rzecz, której wcale nie był winien.

    „Patrycja to moja przyjaciółka jeszcze z dzieciństwa, jest dla mnie jak siostra, nigdy jej w inny sposób nie kochałem” — dodał. — „Nigdy nie powinna się stać moją dziewczyną, to od początku był błąd.”

    — Poznałem kogoś — odezwał się na głos, przerywając blondynce w pół słowa.

    Spojrzała na niego najpierw zaskoczona, a potem skonsternowana.

    — Co masz na myśli? — spytała dźwięcznym głosem, delikatnie marszcząc brwi, co tylko dodawało jej uroku.

    — Znalazłem dziewczynę, zakochałem się — wyznał, a Weronika poczuła, jak jej serce na chwilę się zatrzymało, a potem puściło dzikim galopem.

    — Czy to znaczy, że ze mną zrywasz? — upewniła się Patrycja lekko drżącym głosem.

    — Przepraszam, że tak wyszło — westchnął cicho, a Weronika poczuła, że naprawdę jest mu bardzo przykro, że rani tę dziewczynę. Wiedziała jednak, że zrobiłby to i sto kolejnych razy, żeby tylko nie zranić jej samej. Przymknęła oczy, starając się nie drżeć. To właśnie jego szukała przez całe życie, tak jak i on szukał jej. — Chodź, przedstawię ci ją — zaproponował.

    — Co?! Tutaj?! — zdziwiła się blondynka. — Przecież to klinika psychiatryczna! Chcesz powiedzieć, że ona jest wariatką?

    Mateusz uśmiechnął się gorzko.

    — Nie bardziej niż ja — odpowiedział ponuro, wstając z krzesła, a Patrycja wstała zaraz za nim. 

    „Nie! Nie chcę!” — zaprotestowała gwałtownie Weronika. Chłopak ją zignorował. Podszedł bezpośrednio do jej fotela. — „Zapłacisz mi za to!” — warknęła. 

    Uśmiechnął się w odpowiedzi. Usiadł przy niej w szerokim fotelu, obejmując ją delikatnie ramieniem.

    — To moja Weronika — zwrócił się do Patrycji. — Weroniko, poznaj moją przyjaciółkę, Patrycję.

    Przedstawił je sobie nawzajem uprzejmie, ale Weronika go nie słuchała. Jedyne co teraz słyszała, to wyrywające się na wolność, podłe myśli tamtej. Były tak samo głośne, jakby stała tu przed nią i krzyczała. 

    „Jak on mógł, zostawić mnie dla takiej szkarady?! Mała dziwka!”. 

    Obrzydzenie na widok sinych plam, pokrywających jej skórę malowało się na twarzy blondynki. Nie była w stanie nad sobą zapanować nawet na tyle, żeby to ukryć. Hipokrytka. Dziwne, że wcale nie nachodziły jej takie myśli, na widok siniaków na twarzy i ramionach Mateusza. Nie odpychały jej też podłużne, białe blizny, przecinające jego policzek.

    „Ona na pewno nie chciała…” — zaczął niepewnie Mateusz, który, najwyraźniej też to wszystko słyszał. — „To naprawdę dobra osoba…”

    Weronika podniosła wzrok, by pogardliwie spojrzeć w błękitne oczy Patrycji. Zobaczyła, jak tamta odwraca wzrok. Za późno. 

    „Opuści szpital, to zapomni o tej brzyduli. To na pewno wariatka, a ja już dopilnuję, żeby znowu był mój. To tylko chwilowe. Lituje się nad nią. To na pewno jakiś pourazowy szok” — myślała intensywnie dziewczyna. 

    Weronika trzęsła się z wściekłości. Gwałtownie zerwała się z fotela. 

    — Suka! — krzyknęła Patrycji prosto w twarz, a potem pędem puściła się przez salon, popychając siedzących lub stojących na jej drodze ludzi, aż w końcu zniknęła za szerokimi, białymi drzwiami.

    Blondynka stała oniemiała. Mateusz westchnął. To nie było wymarzone spotkanie, a przecież zależało mu na przyjaźni Patrycji. Jeżeli jednak kiedykolwiek będzie musiał wybierać, to wiedział już teraz, ze wybierze Weronikę, mimo, że znał ją zaledwie od dwóch tygodni. W tak krótkim czasie stała się całym jego światem.

    — Przepraszam — powiedział ponurym głosem, przypominając sobie, że przecież Patrycja nie powiedziała tego wszystkiego na głos. 

    Potem wybiegł na korytarz w poszukiwaniu Weroniki.

    Odnalazł ją siedzącą pod schodami w ogrodzie. Podkuliła kolana pod brodę, oplatając je ramionami. Przez chwilę myślał, że Weronika płacze, szybko jednak przekonał się, jak bardzo jest wściekła. No tak… Prędzej usłyszałby od niej dziki krzyk niż łkanie. Wczołgał się pod drewniane schody i usiadł koło dziewczyny, oplatając ją ramieniem. 

    — Nie możesz się tak zachowywać — powiedział cicho.

    Spojrzała mu prosto w oczy. Na jej twarzy malował się gniew.

    — To ona mówiła te wszystkie okropne rzeczy, nie ja! — warknęła. — Czemu to na mnie naskakujesz?

    Po raz kolejny tego dnia uśmiechnął się ponuro.

    — Nie o to chodzi. Słyszymy i widzimy to samo — wyjaśnił. — Więc jak sądzisz, dlaczego ludzie nie uważają mnie na co dzień za wariata, a ciebie tak?

    Wzruszyła ramionami.

    — Nie mam pojęcia — przyznała.

    — Ja nikomu nie daję poznać, że słyszę jego myśli. Nie przyznaję się, że widzę jakieś niestworzone rzeczy. Może ty też nie powinnaś?

    — Myśli? — spytała zaskoczona Weronika.

    — Właśnie, przecież ona nie powiedziała tego na głos — westchnął, przyciągając dziewczynę bliżej do siebie.

    Oparła głowę na jego ramieniu. Czarne, proste włosy zakryły jej oczy.

    — Nie powiedziała? — szepnęła pytanie.

    Dopiero teraz Mateusz zrozumiał. Weronika była tego nieświadoma. Nie odróżniała myśli od słów. Nie wiedziała, co dla innych ludzi jest normalne, a co nie. Nic dziwnego, że próbowali ją leczyć. 

    — Pokażę ci — powiedział cicho, całując jej włosy. — Tak, żebyś już nigdy więcej nie musiała tu trafić.  

    Note