Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy Bogów

    Ten, w którym córka Imperatora zakochuje się w Strażniku.

    Kate

    Nie lubiłam zamieszania. Akademia i tak była wystarczająco gęsta od spojrzeń, szeptów i niedopowiedzianych ambicji, a odkąd pojawiła się Elianna, wszystko zaczęło brzmieć jak napięta struna. Wystarczyło, że ktoś wypowiedział jej imię półgłosem, a powietrze robiło się cięższe. To było męczące i niebezpieczne. 

    Dlatego, kiedy zobaczyłam ją na korytarzu, idącą pewnym krokiem w białym mundurku, z czarnym, grubym warkoczem przerzuconym przez ramię, od razu poczułam irytację. Nie dlatego, że była „córką Imperatora”. Tytuły nie robiły na mnie wrażenia, jeśli człowiek nie umiał zachować się mądrze, zaś ona wyglądała, jakby przyszła tu z jednym celem — wbić się klinem w czyjeś życie. 

    Charlotte dostrzegła ją w tym samym momencie. Zawsze dostrzegała takie rzeczy. Miała w sobie spokój kogoś, kto jest zbyt pewny własnego miejsca, by podnosić głos, a jednak i tak potrafiła sprawić, by ludzie milkli. 

    — Tam jest — mruknęła, choć wcale nie musiała. 

    Skinęłam głową i ruszyłyśmy równym krokiem, nie spiesząc się. W naszej grupie tempo zawsze było sygnałem — brak pośpiechu znaczył kontrolę, a Elianna miała ją poczuć. 

    Zatrzymałyśmy ją w miejscu, gdzie korytarz zwężał się przy wysokich oknach. Światło było tu chłodne i czyste. Idealne do rozmów, które mają zabrzmieć jak uprzejmość, a zostać w pamięci jak ostrzeżenie. 

    — Elianna, prawda? — odezwała się Charlotte pierwsza. Uśmiechnęła się delikatnie, dokładnie tak, jak uśmiecha się ktoś, kto nie musi się przedstawiać. — Dobrze, że znalazłaś czas, żeby dołączyć do Akademii. 

    Elianna zmrużyła oczy minimalnie. Nie dygnęła, nie cofnęła się ani o krok. Widziałam ten rodzaj dumy. Twardy, wyuczony, karmiony latami krzywdy. 

    — O co chodzi? — spytała krótko. 

    Ja również uśmiechnęłam się, ale mój uśmiech był cieńszy. 

    — Zanim zaczniesz robić tu… porządki — powiedziałam łagodnie — chcę, żebyś wiedziała jedną rzecz. Liya jest pod ochroną. Nie tylko Strażników. Nas też. 

    Elianna uniosła podbródek.

    — Nie prosiłam o wykład. 

    — To nie wykład — odparła Charlotte miękko. — To ostrzeżenie. Różnica jest prosta. 

    Przez moment mierzyłyśmy się spojrzeniami. W jej intensywnie niebieskich oczach było coś, co drażniło mnie bardziej niż gniew — przekonanie, że ona ma prawo czuć się ofiarą. Jakby cały świat był jej winien rekompensatę. 

    — Jeśli będziesz robić Liyi problemy — dodałam spokojnie — nikt ci tu nie pomoże. Akademia potrafi być… okrutna, kiedy ktoś psuje równowagę. 

    Stwierdzenie było prawdziwe, a jedyną rzeczą, której chciałam jej oszczędzić było złudzenie, że bycie córką Imperatora daje jej immunitet. Elianna odwróciła wzrok na ułamek sekundy, jakby coś w niej drgnęło, ale natychmiast wróciła do tej swojej kamiennej maski. 

    — Równowagę? — prychnęła. — To zabawne słowo. 

    Już miałam odpowiedzieć, kiedy usłyszałam za sobą krok. Cichy. Kontrolowany. Zbyt znajomy, żeby go pomylić. Zamarłam. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, kto to jest, ale i tak to zrobiłam, bo mój mózg domagał się potwierdzenia. Dymitr. Stał kilka kroków za nami, w czarnym stroju, z jasnymi blond włosami splecionymi w ten swój skomplikowany warkocz, jakby elegancja była u niego formą przemocy. W jego złotych oczach nie było zwyczajowego rozbawienia. I to było… niepokojące. Patrzył na mnie tak, jakbyśmy byli obcymi ludźmi. 

    — Katherine — odezwał się spokojnie, a jednak w jego głosie usłyszałam ostrze. — Charlotte. 

    — Dymitr — odpowiedziałam automatycznie, licząc, że zaraz puści do mnie ten swój krótki, drwiący uśmiech, który zawsze oznaczał „nie panikuj, wiem, co robię”. 

    Nie zrobił tego jednak. Zamiast tego zrobił coś, czego się nie spodziewałam nawet w najdziwniejszym scenariuszu — wszedł między nas a Eliannę — dosłownie. Jednym krokiem przesunął się tak, by stanąć pół kroku przed nią, jak tarcza. Nie dotknął jej, nie musiał. Samą postawą mówił „tu jest granica”. Przez chwilę patrzyłam na niego bez słowa, bo mój mózg próbował dogonić rzeczywistość. 

    — Co ty robisz? — wyrwało mi się w końcu. 

    Dymitr nie spojrzał na mnie od razu. Najpierw zerknął na Eliannę, krótko, kontrolnie, jak ktoś, kto ocenia, czy osoba za jego plecami jest bezpieczna. Dopiero potem przeniósł spojrzenie na mnie. 

    — Pracuję — odpowiedział. 

    To jedno słowo podziałało na mnie jak policzek. Ta dziewczyna była teraz zadaniem. A Dymitr… Dymitr był Strażnikiem. Wiedziałam przecież o tym, a jednak znałam go już dość długo, by zdawać sobie sprawę, że potrafi być obojętny lub okrutnie szczery. Potrafi stwierdzić, że ktoś jest przeszkodą i trzeba go usunąć. Nie potrafiłam uwierzyć, że nagle stał się… rycerzem. 

    — To ona robi problemy — powiedziała Charlotte, jej głos nadal był idealnie uprzejmy, ale w tej uprzejmości pojawiła się stal. — I wygląda na to, że zamierza robić ich więcej. 

    Dymitr nawet nie drgnął. 

    — Ona jest uczennicą Akademii — odparł spokojnie. — Ma takie samo prawo oddychać tym powietrzem jak wy. Jeśli zamierzacie urządzać polowanie, zróbcie to gdzie indziej. 

    Moje serce zaczęło bić szybciej, z wściekłości i z czegoś jeszcze… z poczucia zdrady, którego nie powinnam czuć, a jednak czułam. 

    — Dymi, przestań — syknęłam. — Ona bruździ w życiu Liyi. Nie widzisz tego? 

    Jego złote oczy błysnęły czymś, co wcześniej widziałam u niego rzadko — chłodnym zniecierpliwieniem. 

    — Widzę — odpowiedział. — Widzę też, że robicie dokładnie to, czego ona się spodziewa. Dokarmiacie jej teorię, że wszyscy tu są przeciwko niej. Gratulacje. 

    Elianna za jego plecami milczała. Jednak czułam jej obecność jak kłujący cierń. Była zbyt cicha, uważna. Jak ktoś, kto zapamięta każde słowo i potem wykorzysta je przeciwko nam. 

    — Ona nie jest jedną z nas — rzuciłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. 

    — Nie musi być — odparł Dymitr. — Wystarczy, że jest pod moją ochroną. 

    To było jak uderzenie. Pod jego ochroną. Obca dziewczyna, która dopiero co pojawiła się w Akademii, miała jego ochronę, a ja… ja byłam tylko elementem przeszłości, w której cynizm był wspólnym językiem. 

    Patrzyłam na niego przez chwilę, szukając choćby śladu dawnego Dymitra. Tego, który jednym spojrzeniem potrafił powiedzieć „to gra, Kate, nie wchodź w to emocjonalnie”. Tego, z którym rozumiałam się bez słów. Nie znalazłam. Znalazłam kogoś, kto postanowił być konsekwentny. Kogoś, kto — ku mojemu zdumieniu — wyglądał, jakby naprawdę wierzył, że robi właściwą rzecz. 

    — Chodźmy — powiedziała Charlotte spokojnie, bardzo cicho, tak, żebym tylko ja usłyszała. — Szkoda czasu. 

    Nie ruszyłam się z miejsca. Wciąż patrzyłam na Dymitra. 

    — Dlaczego? — zapytałam w końcu, już bez złości, bardziej z niedowierzaniem. — Dlaczego dla niej? 

    Na ułamek sekundy jego spojrzenie stało się… inne. Jakby coś głębszego przemknęło pod powierzchnią. Nie odpowiedział jednak tak, jak odpowiadał kiedyś. 

    — To nie twoja sprawa — odparł po prostu. 

    I odwrócił się minimalnie, wciąż stojąc tak, żeby Elianna mogła przejść obok niego bez dotykania nas. Jakby naprawdę był tarczą. Jakby naprawdę był rycerzem. Stałam tam, czując, jak w środku rośnie mi zimna, gorzka myśl — jeżeli Dymitr jest po jej stronie, to znaczy, że sytuacja zaszła za daleko i że ktoś naprawdę zaczyna tracić kontrolę.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Cassian

    Droga w góry była czysta i cicha, jakby świat sam rozsuwał się przede mną, nie chcąc stawiać oporu decyzji, która już zapadła. Moje białe skrzydła były wspanialsze niż to zapamiętałem i z pewnością nigdy nie zapomnę dzięki komu je odzyskałem. 

    Wiedziałem, gdzie szukać mojego celu. Surowa posiadłość w górach, odcięta od świata, zbyt stara, by robić wrażenie, i zbyt dyskretna, by ktokolwiek uznał ją za zagrożenie. Kamień wgryziony w zbocze. Zimne korytarze. Ogród, w którym nic nie rosło przypadkiem. 

    W środku pachniało starą wełną, dymem i wilgocią. Tak pachną domy, w których nikt nie śmie być szczęśliwy.

    Nie musiałem się spieszyć. Nie musiałem też walczyć. Straże były symboliczne, bardziej po to, by przypominać o dawnej władzy gospodarza niż by realnie zatrzymać kogoś takiego jak ja. Mijali mnie jak cień, zanim zdążyli zrozumieć, że cień ma ciężar. Nie zostawiałem śladów tam, gdzie ktoś mógłby je później odczytać. Ten rodzaj pracy wymagał czystości.

    W końcu znalazłem go w pokoju, który wyglądał jak gabinet człowieka przyzwyczajonego do tego, że jego słowa są prawem. Ciężkie meble, mapy, pieczęcie, pamiątki po kraju, który już nie istniał, ale w jego głowie wciąż był żywy. Przy oknie stał fotel ustawiony tak, by można było patrzeć na góry. Stary mężczyzna siedział w nim spokojnie, jak ktoś, kto przez całe życie był przekonany, że nic go nie dosięgnie.

    Czułem w nim twardość, która nie wynikała z odwagi. Wynikała z przyzwyczajenia. Z tego, że latami nikt nie mówił mu „nie”. Dla takich ludzi śmierć nie była karą, a jedyną granicą, której nie potrafią przekroczyć.

    Podszedłem bez pośpiechu. W ciszy łatwiej usłyszeć, co człowiek ma w środku. U niego w środku była pogarda, pewność siebie, zimna satysfakcja, że przez dziewiętnaście lat trzymał sekret, który miał kiedyś rozciąć Imperium niczym ostrze.

    Pomyślałem o Liyi.

    O jej jasnych dłoniach, spokoju, który w pałacu bywał bronią, a w chwilach prywatnych potrafił być czymś miękkim i prawdziwym. O tym, że to ona była centrum, nawet jeśli nie wszyscy to rozumieli. O tym, że ludzie tacy jak ten stary człowiek nie atakują wprost, zamiast tego zatruwają powoli.

    Nie mogłem pozwolić, żeby choćby jego cień dotknął jej życia. Kiedy uniosłem rękę, nie było we mnie wahania. Nie czułem triumfu. Nie czułem też nienawiści. Tylko tę dziwną, chłodną pewność, że to jest jedyny ruch, po którym reszta układanki zostanie na miejscu.

    Zrobiłem to szybko. Na tyle szybko, by nie dać mu czasu na szok, krzyk, czy modlitwę. Na uruchomienie wspomnień, które mogłyby stać się legendą dla jego ludzi. Nie było potrzeby, żeby umierał długo. Ważne, żeby przestał istnieć jako punkt odniesienia.

    Gdy osunął się w fotelu, powietrze w pokoju nie zmieniło się wcale. Światło za oknem nadal było takie samo. Góry nadal stały, obojętne. Zawsze były obojętne. To ludzie nadawali im znaczenie, budując na nich swoje więzienia i swoje mity.

    Przez moment patrzyłem na niego bez emocji. Na ciało, które jeszcze przed chwilą było wolą i rozkazem. Na twarz, która teraz nie miała już nic do powiedzenia. To była najuczciwsza wersja ciszy, jaką znałem.

    Kiedy wychodziłem, w korytarzach nadal pachniało dymem i wilgocią. Wciąż było zimno. Jednak to zimno nie należało już do niego. Dom przestał mieć właściciela. Została tylko skorupa.

    Jeśli Elianna kiedyś stanie się zagrożeniem, nie będzie miała już do kogo wrócić po rozkazy. Jeśli będzie chciała nienawidzić, będzie musiała robić to sama, bez jego głosu w tle, bez jego planów i obietnic. To nie gwarantowało niczego. Jednak odejmowało jeden czynnik, który mógłby rozsadzać świat Liyi od środka.

    W Imperium nie dało się ocalić wszystkiego. Dało się tylko wybierać, kto ma przetrwać.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Cassian miał w sobie tę przyjemną cechę, której brakowało większości strażników w Pałacu — kiedy coś należało zrobić, robił to bez zadawanie zbędnych pytań i teatralnych skrupułów. Był wygodny. Nie w tym sensie, w jakim bywają wygodne poduszki albo miękkie fotele w imperialnym skrzydle, tylko w sensie absolutnie praktycznym — kiedy trzeba było zrobić coś brudnego, robił to bez mrugnięcia. Zwykle to ja brałem na siebie takie rzeczy, bo ktoś musiał, a ja miałem do tego odpowiedni zestaw cech, którego nie wypominałem sobie w lustrze. Tym razem jednak mogłem zrzucić ten ciężar na niego i musiałem przyznać, że było to niewątpliwie… przyjemne. Szczególnie, że miałem dość problemów tutaj, na miejscu. 

    Raport dla Imperatora był krótki. Raiden nie zadawał zbędnych pytań, kiedy informacja była jasna. Skinął głową, jakby właśnie potwierdził zmianę w rozkładzie sił na mapie, a nie czyjś koniec. Kiedy wyszedłem z jego gabinetu, drzwi zamknęły się za mną bezszelestnie. Korytarz imperialnego skrzydła pachniał chłodnym kamieniem i ciszą, która w pałacu zawsze była zaplanowana. 

    — No proszę — mruknąłem do siebie, poprawiając mankiet. — Jak to miło mieć kogoś, kto zrobi to, czego nikt nie chce robić. 

    Zamierzałem iść prosto na trening, ale skróciłem drogę przez ogród. Pałacowe rośliny wyglądały, jakby wyhodowano je pod dyktando rozkazów, a nie słońca. Estetyczne, posłuszne. Idealne tło do udawania, że w Imperium cokolwiek dzieje się „naturalnie”. 

    I właśnie tam ją zobaczyłem. 

    Elianna stała przy rabacie róż, wciąż w białym mundurku Akademii. Warkocz miała starannie ułożony, jakby próbowała przykryć nim fakt, że wcale tu nie pasuje. Gdy mnie zauważyła, jej twarz rozjaśniła się zbyt szybko, zaskakująco szczerze. 

    — Dymitr! — zawołała, a w jej głosie zabrzmiała nuta, której jeszcze poprzedniego dnia w nim nie było. 

    Zatrzymałem się i uniosłem brwi. 

    — Elianna — odpowiedziałem spokojnie. — Widzę, że żyjesz. To już jakiś sukces jak na ten pałac. 

    Uśmiechnęła się, jakby to był komplement. 

    — Kei mówił, że… mam się trzymać południowego skrzydła i mogę być w ogrodzie, jeśli nie wyjdę poza wyznaczoną alejkę. 

    — Kei ma rację — powiedziałem łagodnie. — Poza wyznaczoną alejką jest świat, a świat bywa… mniej uprzejmy. 

    — Ty jesteś uprzejmy — wypaliła natychmiast, po czym zorientowała się, że powiedziała to zbyt bezpośrednio. — To znaczy… dziękuję. Za dzisiaj i za to, że… nie traktujesz mnie jak problemu. 

    W jej oczach było coś niepokojąco jasnego — nadzieja, zaufanie. To nieskomplikowane, młodzieńcze „wreszcie ktoś mnie widzi”. Widziałem więcej, niż mogłaby przypuszczać. 

    — Jestem profesjonalistą — odparłem z lekkim rozbawieniem — a problemy zwykle robią się same. Nie ma sensu im pomagać. 

    — A jednak wszyscy… — urwała, zaciskając palce na materiale spódnicy. — Wszyscy patrzą na mnie, jakbym miała im coś odebrać. 

    — Bo w pewnym sensie tak jest — powiedziałem spokojnie. 

    Spojrzała na mnie gwałtownie.

    — Co masz na myśli?

    — Ich spokój — wyjaśniłem, jakbym mówił o pogodzie. — Równowagę. To, co sobie poukładali w głowach, żeby zasnąć wieczorem bez poczucia, że żyją w państwie, które może się rozsypać jak domek z kart. 

    Przez chwilę milczała, a ja pozwoliłem jej wypełnić ciszę myślami. To zawsze działało lepiej niż presja. 

    — Wiesz — odezwała się w końcu, ciszej — ja naprawdę chciałam tylko… go poznać. 

    Oczywiście, że chciała. Tęsknota też potrafi być bronią, tylko bardziej chaotyczną. 

    — To akurat nie jest najgorszy powód, jaki widziałem — przyznałem. 

    Przeszła ze mną kilka kroków wzdłuż alejki, jakby już samo to, że idziemy obok siebie, dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Widać było, że łapie się tej chwili jak liny. 

    — Idziesz na trening? — zapytała z nadmierną gotowością. — Mogę… mogę iść kawałek z tobą? 

    — Możesz — zgodziłem się od razu. — Dopóki nie spróbujesz mnie przebić mieczem. Wtedy rozmowa zrobi się niezręczna. 

    Zaśmiała się, zaskoczona. 

    — Nie umiem walczyć. 

    — W tym pałacu ludzie uczą się szybko — skomentowałem lekko. 

    Zerknęła na mnie z boku. Patrzyła za długo, zbyt uważnie. To nie było zwykłe zainteresowanie. To był ten moment, w którym ktoś zaczyna dopisywać ci do twarzy rzeczy, których wcale w niej nie ma. Sięgnąłem ku jej wspomnieniom. Jej emocje były rozedrgane, świeże, łatwe do czytania. Widziałem w nich dzisiejszy dzień, moje spokojne spojrzenie, ton głosu, interpretowany jako troska, mój dystans odbierany jak opanowanie godne zaufania, a pod tym wszystkim zaczynało kiełkować coś nowego — romantyczny kierunek, delikatny, jeszcze nie do końca uświadomiony, ale wyraźny. 

    Och? Więc to w ten sposób mnie postrzegała? To było… ciekawe. Byłem pewien, że mogę to wykorzystać. Nie zamierzałem rozwiewać jej złudzeń. Zakochana nastolatka powinna być łatwa w obsłudze. 

    — O czym myślisz? — spytała nagle, jakby wyczuła zmianę. 

    Uśmiechnąłem się minimalnie. W sam raz. 

    — O tym, że masz talent do wpadania w kłopoty — odpowiedziałem łagodnie. — I że będę musiał pilnować, żebyś w nie nie weszła po pas. 

    Jej policzki lekko się zaróżowiły, co było niemal zabawne. 

    — Pilnować mnie? 

    — Taka moja rola — odparłem, wzruszając ramionami. — Poza tym… jeśli już masz tu kogoś, kto nie patrzy na ciebie jak na problem, rozsądnie byłoby tego nie zmarnować. 

    — Nie zmarnuję — powiedziała szybko, zbyt pospiesznie.

    Idealnie. 

    Zatrzymałem się na skraju ogrodu, tam gdzie zaczynała się droga do sal treningowych. Ogród pachniał różami, a pałacowy spokój udawał, że jest niewinny. 

    — Wracaj do środka — poleciłem spokojnie — i trzymaj się zasad, przynajmniej na razie. 

    — „Na razie”? — podchwyciła natychmiast. 

    — W Imperium wszystko jest „na razie” — odpowiedziałem, jakbym dzielił się mądrością, a nie ostrzeżeniem. 

    Zrobiła krok bliżej, jakby miała jeszcze coś powiedzieć, ale się zawahała. 

    — Dymitr… — zaczęła cicho. — Mogę… mogę liczyć, że mi powiesz, jeśli coś będzie… niebezpieczne? 

    To pytanie było prawdziwe i bardzo wygodne. 

    — Tak — odpowiedziałem bez wahania. — Powiem ci. 

    Nie dodałem, że to ja będę decydował, co jest niebezpieczne, a co tylko niewygodne. Uniosłem dłoń i bardzo lekko, niemal odruchowo, poprawiłem jej kosmyk przy skroni, który wymknął się z warkocza. Gest był na granicy, wystarczająco czuły, żeby zadziałał, i wystarczająco niewinny, żeby nikt nie mógł się do niego przyczepić. 

    — I nie patrz na mnie tak, jakbyś znalazła wybawcę — dodałem półżartem. — To psuje mi reputację. 

    Zaśmiała się, a ja ruszyłem dalej, zostawiając ją z tym dźwiękiem w ustach, z rumieńcem i z poczuciem, że ma przy sobie kogoś swojego. Dokładnie o to chodziło. Im dłużej będzie wierzyła, że jestem „materiałem na chłopaka”, tym łatwiej będzie ją prowadzić — bez szarpania, krzyków i przemocy. Kontrola bywa najskuteczniejsza, kiedy wygląda jak troska.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte

    Nie lubiłam ogrodu, kiedy w pałacu robiło się zbyt cicho. W takiej ciszy każdy dźwięk wydawał się głośniejszy, a każdy szept ważniejszy, niż powinien. Zobaczyłam ich przez liście, zanim oni zauważyli mnie. Dymitr stał przy rabacie róż z Elianną, za blisko, jak na zwykłą rozmowę. Najgorsze nie było jednak to, jak blisko siebie stali. Najgorszy był jego ton. Spokojny, niemal ciepły, żartujący. Jakby miał czas, jakby naprawdę chciał ją uspokoić. 

    Elianna patrzyła na niego w ten sposób, którego nie da się pomylić z wdzięcznością. Zbyt jasny błysk w oczach, zbyt szybki uśmiech, krok dopasowany do jego kroku, jakby już była pewna, że ma w nim kogoś swojego. 

    Stałam w cieniu i przez moment nie mogłam oddychać normalnie. To nie mógł być ten sam Illi’andin, który otwarcie mi groził. Ten, na którego widok do dziś przechodził mnie dreszcz strachu, automatyczny, upokarzająco prawdziwy. Patrzyłam na tę scenę i mój umysł próbował ją ułożyć w coś logicznego, ale nic nie pasowało. 

    Zrobiłam krok w tył, żwir cicho chrupnął pod butem. Zamarłam. Dymitr nie odwrócił głowy, a mimo to miałam wrażenie, że i tak wie, że tu jestem. Odeszłam cicho, z sercem bijącym zbyt mocno, bo nagle zrozumiałam jedno — nawet Liya, która uratowała mi życie nie jest wszechmocna. Co stanie się jeśli ktoś komu bezgranicznie ufa, postanowi nagle zmienić front? 

    Note