Rozdział 4 – Kolor Samotności
by Vicky
Patrycja z nienawiścią patrzyła na czarnowłosą dziewczynę. Tę smarkulę, którą obejmował ramieniem jej chłopak! Co on w ogóle w niej wiedział? Ta jego „Weronika” — najchętniej wyplułaby to słowo — to było właściwie takie nic.
Musiała przyznać, że może nie jest taka brzydka, jak wydawało jej się na pierwszy rzut oka, kiedy całą twarz dziewczyny pokrywały siniaki i opuchlizna, ale nie była też żadną rewelacją. Blada, prawie mlecznobiała cera. Długie, proste, czarne włosy, które nie miały ani trochę połysku. Zbyt szczupła sylwetka i to tam, gdzie kobieta powinna mieć trochę więcej krągłości, a całości dopełniała drobna, smukła twarzyczka, z wielkimi, szarymi oczami.
Weronika z pewnością nie zostałaby żadną miss, a mimo to, on, jej chłopak, jej przyjaciel, osoba, z którą znali się praktycznie od pieluch i tak wolał tę dziewuchę, od ślicznej Patrycji, która niejeden raz zostawała wybrana miss lata czy królową balu.
Do tego jej rywalka była wariatką!
Niedoczekanie!
Zapłaci każdą, możliwą cenę, by odzyskać swojego chłopaka, a Mateusz w końcu tak czy inaczej, będzie musiał pójść po rozum do głowy.
— O, wreszcie jesteście! — przywitała ich nieszczerym uśmiechem i z ciągle pogodną twarzą, zaprosiła do domu.
— Hej — przywitał się z nią Mateusz, a wczepiona w jego ramię Weronika, kompletnie zignorowała jej obecność.
Patrycja, jak to miała w zwyczaju, podeszła do przyjaciela, z zamiarem pocałowania go w policzek, ale on gwałtownie się od niej odsunął, jakby mówił jej, że zwykłe „cześć” im wystarczy. Dziewczyna poczuła w środku taką złość, że z trudem powstrzymała się przed wyrzuceniem Weroniki za drzwi. To by jej nic nie dało, bo on, po prostu poszedłby za nią. Nie, musiała go odzyskać i w jakiś inny, skuteczny sposób pozbyć się tego małego pasożyta.
— Jesteście może głodni? — zapytała prowadząc ich na piętro zbudowanego z drewnianych bali domku.
Na dole był połączony z kuchnią salon, oraz łazienka, na górze znajdowały się cztery sypialnie, do których prowadziły pomalowane ciemną bejcą schody.
— Umieram z głodu — przyznał Mateusz, z pogodnym uśmiechem, dalej jednak nie wypuszczając z objęć swojej nowej dziewczyny.
— W takim razie rozgośćcie się i zapraszam na obiad — odpowiedziała mu wesoło, wyczuwając wreszcie dawną nić porozumienia, która zawsze między nimi była. — To będzie pokój Weroniki — otworzyła drzwi, do przytulnie urządzonego, w jasnych tonacjach wnętrza — a to twój — wskazała znajdującą się po przeciwległej stronie korytarza sypialnię.
Mateusz pokręcił głową. Patrycja uznała, że nie pasuje mu ten lekko rozmarzony wyraz twarzy. W jego brązowych, okolonych ciemnymi rzęsami oczach, tańczyły psotne iskierki.
— Zajmiemy tylko jeden pokój — oznajmił stanowczo.
Dziewczyna zbaraniała. Co?! Byli razem przez ponad pół roku, znali się prawie całe życie, a on nigdy nie zaprosił jej nawet do siebie na noc, a teraz? Tę głupią dziewuchę znał od kilku tygodni, a już z nią sypiał?! Patrycja z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. Może jej nie szanuje? Zaspokoi się, a potem ją zostawi! Tak, to na pewno musiało być to…
— Jak chcecie — ograniczyła się do wzruszenia ramionami.
— Poczekaj tu kociaku — odezwał się wesoło Mateusz, delikatnie całując Weronikę — przyniosę nasze rzeczy.
Potem, nie czekając na ich reakcję, zbiegł po drewnianych schodach. Patrycja poczuła się bardzo nieswojo. W obecności tej dziewczyny, pokrywała ją gęsia skórka. Coś było z nią nie tak i to bardzo.
Weronika kompletnie zignorowała jej obecność. W milczeniu przeszła przez korytarz i usiadła na szczycie schodów, zupełnie jakby została tu sama. Kompletnie świrnięta, przyszło na myśl Patrycji. Dziewczyna odwróciła się ku niej. Spojrzała na nią z lekceważącą pogardą. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili się rozmyśliła, z powrotem odwracając wzrok ku schodom, zapewne niecierpliwie oczekując noszącego bagaże Mateusza.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zirytowana Patrycja przyglądała się przez okno siedzącej na trawie parze. Już trzecią godzinę milczeli, po prostu będąc tam i trzymając się za ręce. Nie zamienili ze sobą ani słowa.
Czy Weronika była wiedźmą? Może rzuciła jakiś urok na Mateusza, że zaczął zachowywać się tak idiotycznie… Przecież to co robił, kompletnie nie miało sensu. Nikt nie mógł być aż tak zakochany!
Nie! Koniec tego! Dziewczyna dużym wysiłkiem woli odgoniła pochmurną minę, przyoblekając na twarz nieszczery uśmiech i wyszła przed dom. Kiedy do nich podeszła, obydwoje spojrzeli na nią zaskoczeni, jakby nie spodziewali się, że ktoś obcy może wtargnąć do ich prywatnego świata. Poczuła się odrobinę zmieszana, ale nie zamierzała się wycofać.
— Może byśmy gdzieś poszli? — zasugerowała. — Nudzi mnie siedzenie w domu.
Mateusz spojrzał na nią z poczuciem winy w brązowych oczach. Potem jego pytające spojrzenie pomknęło ku Weronice. Dziewczyna wzruszyła ramionami, co za pewne miało oznaczać „jak chcesz”.
— Posiedzimy w jakimś barze z widokiem na morze? — zaproponował w końcu.
Patrycja odetchnęła z ulgą. Chłopak wstał, podnosząc z trawy Weronikę, która natychmiast, niczym rzep, przyczepiła się do jego ramienia. Wyglądał na zadowolonego z tego powodu. Ona sama jednak miała ochotę krzyczeć, kopać i gryźć. Powstrzymała się jednak, bo wiedziała, że w ten sposób nic nie osiągnie, a jedynie na zawsze go straci.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika w milczeniu siedziała na ratanowej kanapie, tuląc się do Mateusza. Znajdujący się na plaży bar, był o tej porze pełen ludzi. Z głośników leciała radiowa muzyka. Mimo pochmurnego dnia, wieczór okazał się nadzwyczaj ciepły i przyjemny. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się nie czuć nieszczęśliwa. Patrycja i Mateusz żartowali, śmiejąc się wesoło. Nie chciała się odzywać. Czuła, że to nie jest jej rozmowa.
„Chcesz już iść?” — odezwał się w myślach zaniepokojony chłopak, wyczuwając jej nastrój.
„Nie” — zaprzeczyła, zdając sobie sprawę, że on zrobi to, czego ona sobie zażyczy.
Znała jego myśli i wiedziała, że Patrycja jest jego przyjaciółką. Ni mniej ni więcej. Zdawała sobie też sprawę, że on bardzo nie chce tej przyjaźni tracić, ale był gotowy zerwać z tą dziewczyną wszelki kontakt, jeżeli tylko ona sama tego zapragnie. Nie mogła mu tego zrobić. Nie chciała. Dlatego wolała milczeć. Mimo wszystko, nie potrafiła wyrzucić z siebie żalu i zazdrości. Tego uczucia, że Mateusz powinien być tylko i wyłącznie jej. Niejasno zdawała sobie sprawę, że przecież był… Z kimkolwiek by nie rozmawiał, czegokolwiek by nie robił, to właśnie ona, Weronika, a nie żadna Patrycja czy ktokolwiek inny, była dla niego najważniejsza.
„Pójdę się przewietrzyć” — oznajmiła, mając nadzieję, ze to pomoże jej się uspokoić. — „Za chwilę wrócę.”
„Idę z tobą” — powiedział, gotowy, by zerwać się z miejsca.
„Nie, zostań” — poprosiła.
Po krótkiej walce skapitulował, jednak ze znacznie mniejszym zapałem, skupiając się ponownie na rozmowie z Patrycją. Weronika wstała ze swojego miejsca, cmoknęła go w policzek i wyszła przed pokryty strzechą bar. Zdjęła buty, by poczuć pod stopami chłodny piasek plaży. Podwinęła nogawki sztruksowych spodni. Stała tak przez chwilę, wpatrując się we wzburzone morze. Kochała tę wielką wodę, całą swoją istotą. Marzyła o tym, by kiedyś móc po niej pływać. Nie istniało dla niej nic piękniejszego. Zamyślona, zajęta swoimi marzeniami, nie zauważyła nawet, kiedy ktoś za nią stanął.
— Jak zawsze w innym świecie — usłyszała aż nazbyt znajomy głos.
— Dominik — powiedziała odwracając się, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. — Co ty tutaj robisz?
Górował nad nią dobrze zbudowany chłopak o oliwkowej cerze. Ciemne włosy zawadiacko opadały mu na oczy, a kuszące wargi układały się w aroganckim uśmiechu.
— To samo pytanie mógłbym zadać tobie — stwierdził. — Szukałem cię, ale twoja rodzina nie miała pojęcia gdzie jesteś. Po prostu w pewnym momencie im zniknęłaś.
Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. Ani trochę jej się to nie spodobało.
— Dlaczego mnie szukałeś? — spytała cicho.
— Jak to dlaczego? — wyglądał na szczerze zdziwionego jej pytaniem. Był zupełnie spokojny i opanowany, pewny siebie. Wiedziała to, ponieważ nie potrafiła usłyszeć żadnych jego myśli. Najczęściej taki właśnie był i za to zawsze tak bardzo go lubiła. Do czasu. Tego pamiętnego wieczora jego żal, jego ból, jego pretensje do niej samej słyszała aż nazbyt wyraźnie. Zbyt dobrze pamiętała dolatujący od niego odór alkoholu. — Przecież jesteś moją narzeczoną, Weroniko. Oświadczyłem ci się, a ty się zgodziłaś. Mamy zaplanowany ślub. Pamiętasz?
Mamy?! — chciała krzyczeć. Po tym co mi zrobiłeś?! Cofnęła się. Stała teraz na piasku, plecami do morza, stopami brodząc w zimnej wodzie. Czuła obmywające jej kostki spienione fale. Podszedł do niej i chwycił ją za nadgarstki, jakby bojąc się, że gotowa jest się utopić. Zadrżała ze strachu.
— Puść mnie — szepnęła błagalnie.
— Weroniko, wróć do mnie — poprosił i tym razem w jego myślach wyczuła lekki niepokój, nie zwolnił jednak uścisku.
Chciała tylko, żeby ją uwolnił. Pragnęła uciec od niego jak najdalej. Zbyt dobrze go znała, wiedziała, że nie odpuści. Do tej pory nie miała pojęcia dlaczego, ale wiedziała, że to właśnie ona była tym, czego pragnął, a Dominik zawsze dostawał to czego chciał.
Drżała coraz bardziej. Przytrzymał ją mocniej. Przyciągnął do siebie. Znalazła się w jego ramionach, tych samych, w których jeszcze do niedawna czuła się tak bezpiecznie.
Nie! Wszystko w niej krzyczało, szukając okazji do ucieczki.
Wtedy właśnie zjawił się Mateusz. Wściekłość ogarniała jego umysł niczym tarcza. Z pięściami rzucił się na Dominika, wyswobadzając ją z jego objęć. Zaskoczony chłopak zaczął się bronić. Podciął Mateuszowi nogi, tak, że ten przewrócił się w słoną, płytką wodę. On jednak pociągnął go za sobą i teraz leżeli obydwoje na piasku, obmywani chłodnymi falami. Rozpoczęła się bójka.
„Nie” — przestraszona Weronika wysłała Mateuszowi błagalną myśl, odsuwając się w kierunku plaży. — „Proszę! Nie jest tego wart!”
„Zabiję sukinsyna!” — odpowiedział jej warknięciem.
Stała drżąca, wpatrując się we w miarę wyrównaną walkę. Otoczył ich tłum gapiów. Przybiegła Patrycja.
— Przestańcie! — krzyknęła przestraszona. — Mateusz, przestań! — jęknęła błagalnie.
Żaden z nich nie słuchał i sytuacja stawała się coraz groźniejsza.
Ktoś musiał wezwać policję, bo po kilku minutach na plaży pojawili się odziani w granatowe mundury mężczyźni. Rozdzielili turlających się w wodzie, mocno już posiniaczonych chłopaków. Dominik splunął krwią. Mateusz szarpnął się, próbując się wyrwać trzymającym go mężczyznom. Jeden z policjantów przyłożył mu gumową pałką. Obydwu skuli kajdankami i rzucających się poprowadzili do radiowozu.
Tłum gapiów zaczął się rozchodzić. Weronika, stojąc bez ruchu, wpatrywała się w odchodzących mężczyzn.
— To twoja wina! Dlaczego kazałaś mu się bić?! — wrzasnęła na nią Patrycja.
Dziewczyna spojrzała na nią jak na idiotkę. Nie odpowiedziała. Wyższa od niej niemal o głowę Patrycja, chwyciła ją za ramiona.
— Nie dotykaj mnie! — syknęła Weronika, odsuwając się od niej gwałtownie. — Niczego mu nie kazałam!
— Obściskiwałaś się z tym chłopakiem, widziałam! Jak możesz coś takiego robić Mateuszowi?! — wściekły głos Patrycji był nieprzyjemny i przeszkadzał jak brzęczenie pszczoły.
Weronika skapitulowała. Odpowie tamtej, żeby wreszcie się zamknęła.
— To był mój narzeczony — powiedziała cicho. — To przez niego wylądowałam w tamtym szpitalu — przynajmniej tym razem, dodała w myślach. — Mateusz o tym wiedział, dlatego się na niego rzucił.
Patrycja straciła całą swoją pewność.
— Co on ci zrobił? — zapytała cicho.
— Upił się, pobił mnie i chciał zgwałcić, ale nie zdążył, bo wcześniej straciłam przytomność — wyjaśniła sucho, nie dopuszczając do siebie emocji.
Nie zamierzała dodawać, że przez to runął cały jej świat, a wszystko straciło sens i dopiero kiedy zjawił się Mateusz, udało mu się jej życie, jej radość odbudować. Nie chciała mówić, że była z Dominikiem naprawdę szczęśliwa, że opiekował się nią i mimo, że uważał ją za odrobinę szaloną i niecodzienną, to nigdy nie myślał o niej jak o chorej psychicznej osobie, w przeciwieństwie do tego, co sądziła jej rodzina i cała reszta znanego dziewczynie świata. Tolerował to, że unikała ludzi, nie przeszkadzało mu, kiedy nie odzywała się całymi dniami, uważał, że to urocze, kiedy tak się zamyśliła. O tak, zdecydowanie miała powody, żeby przyjąć oświadczyny Dominika. Jednak nigdy nie czuła do niego nawet ułamka tego, co łączyło ją z Mateuszem. Do tej pory w swoim dwudziestoletnim życiu, nie miała pojęcia, co naprawdę znaczy słowo miłość.
— Och! Tak mi przykro — wyrzuciła z siebie Patrycja, w której zaszła gwałtowna zmiana.
Spontanicznie rzuciła się, żeby objąć stojącą przy niej dziewczynę. Weronika gwałtownie się odsunęła. Nie chciała niczyjego współczucia! Mateusz to rozumiał, ta dziewczyna nie. W jej oczach zapłonęła złość.
— Nie dotykaj mnie! — powtórzyła ostro.
— Przepraszam — powiedziała skonsternowana Patrycja, nie przysuwając się już do niej ani o centymetr bliżej.
Weronika z wściekłością zdała sobie sprawę, że teraz to ona ma lekkie wyrzuty sumienia. Ta dziewczyna jej nienawidziła i osobiście wolałaby, żeby tak właśnie zostało.
— Martwię się o Mateusza — wyznała cicho, zmieniając temat.
Patrycja odgarnęła z twarzy rozwiewane przez wiatr, złociste włosy. Jej kremowa, letnia sukienka wirowała w powietrzu, jakby w dzikim tańcu.
— Ja też — przyznała, tym samym zawierając z Weroniką cichy rozejm. — Chodź, wrócimy do domu, a stamtąd zadzwonię na komisariat, żeby się dowiedzieć, co z nim i co możemy zrobić dalej.