Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym rodzą się intrygi 

    Dwa tygodnie później

    Elianna

    Dwa tygodnie wystarczyły, żeby Akademia przestała mnie dusić za każdym razem, kiedy przechodziłam przez główny korytarz. Nadal czułam spojrzenia, słyszałam szepty, kiedy ktoś myślał, że jestem za daleko, żeby je zrozumieć. Jednak nauczyłam się już, jak oddychać w tym miejscu. Jak nie reagować, udawać, że mnie to nie dotyczy. Przede wszystkim jednak nauczyłam się jednej rzeczy — najlepszym sposobem na przetrwanie jest znalezienie sojusznika. 

    Dlatego siedziałam na ławce w parku Akademii, poprawiając równo ułożony warkocz i udając, że naprawdę interesuje mnie to, co dzieje się przy fontannie. W rzeczywistości mój wzrok co chwilę uciekał w stronę murku, pod którym stał pilnujący mnie Dymitr. Wiem, że to było głupie i pewnie żałosne. Jednak gdy się całe życie żyje w zamknięciu, a potem nagle ktoś patrzy na ciebie tak, jakbyś była kimś ważnym, to człowiek zaczyna robić… dziwne rzeczy. 

    Laura usiadła obok mnie, trochę zbyt gwałtownie jak na kogoś, kto próbuje zachować pozory obojętności. Miała w sobie tę energię, która pojawia się, kiedy ktoś jest wściekły, ale jeszcze nie zdecydował, czy woli płakać, czy wybuchnąć. 

    — Wiesz, co jest najbardziej irytujące? — zapytała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. 

    Spojrzałam na nią z ciekawością, a ona przewróciła oczami, jakby jej własne słowa ją obrażały. 

    — Dymitr — rzuciła. — On naprawdę jest… miły. Dla ciebie. 

    To brzmiało prawie jak oskarżenie. 

    — Dla mnie? — powtórzyłam, nie potrafiąc ukryć, że od razu zrobiło mi się cieplej. — To znaczy… on jest po prostu… normalny. 

    Laura prychnęła. 

    — Normalny? Elianna, ja znam Dymitra trochę dłużej niż dwa tygodnie. — Nachyliła się do mnie, jakby zdradzała sekret. — On zawsze był… no wiesz. Chłodny. Cyniczny. Wredny w ten sposób, który sprawia, że zaczynasz uważać, że jest prawdziwym dupkiem… I nagle przy tobie staje się… uprzejmy. Zawsze staje w twojej obronie. Ciągle słyszę „Elianna, uważaj”, „Elianna, lepiej tam nie idź”, „Elianna, nie przejmuj się”. Jakby uważał, że jesteś… delikatna. 

    Zrobiłam minę, która miała być oburzona, ale wyszło mi coś między dumą a uśmiechem. 

    — Może… może po prostu ma poczucie obowiązku. 

    Laura spojrzała na mnie uważnie. 

    — Albo mu się podobasz. 

    Poczułam, jak policzki mi płoną i to natychmiast mnie zezłościło, bo wcale nie chciałam być przezroczysta. 

    — To absurd — mruknęłam zbyt szybko. 

    — Okej — Laura uniosła ręce w obronnym geście. — Absurd. Jasne. Tylko że… ja widzę, jak on na ciebie patrzy i widzę, jak ty patrzysz na niego. 

    Milczałam przez chwilę, bo nagle było mi strasznie trudno udawać, że nic się nie dzieje. Gdzieś w środku poczułam tę głupią, młodzieńczą ekscytację, którą znałam jedynie z książek i z cudzych historii. Wstydliwą, bo przecież w moim położeniu nie powinnam myśleć o takich rzeczach. 

    — Dobra — powiedziałam w końcu cicho. — Może… trochę. 

    Laura rozpromieniła się, jakby właśnie wygrała zakład.

    — Ha! Wiedziałam. 

    — Nie mów tego tak głośno — syknęłam, rozglądając się odruchowo, choć park był prawie pusty. 

    — Spokojnie — mruknęła. — I tak wszyscy tutaj plotkują. Przynajmniej to będzie plotka, która ma sens. 

    To mnie rozbawiło, mimo że nie chciałam się śmiać. Laura miała w sobie coś… łatwego. Może dlatego, że ona też była w tej samej dziwnej sytuacji, zawieszona między tym, co było, a tym, co chciałaby odzyskać. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, a ja poczułam, że to jest… zaskakująco przyjemne. Nie czuć się zupełnie samą. 

    — Wiesz — odezwała się Laura po chwili, bawiąc się końcówką rękawa. — Ja też mam swoje… głupie rzeczy. 

    Uniosłam brwi. 

    — Ryu — dodała szeptem, jakby wypowiadała nazwę zaklęcia. 

    O, czyli jednak. 

    — To nie jest głupie — stwierdziłam szybko, bo w tym akurat potrafiłam być wielkoduszna. — To… romantyczne. 

    Laura parsknęła śmiechem, ale w jej oczach błysnęło coś miękkiego. 

    — Romantyczne to byłoby, gdyby on też tak uważał. 

    — Może uważa — odparłam z przesadną pewnością. — Tylko ktoś mu nie pozwala. 

    Laura spojrzała na mnie znacząco i obie wiedziałyśmy, o kogo chodzi. 

    — Liya — mruknęła. 

    Samo wypowiedzenie tego imienia sprawiło, że wrócił do mnie ten znajomy chłód pod żebrami. Ten nieprzyjemny ucisk, jakby ktoś kładł mi na klatce piersiowej zimny kamień. I właśnie wtedy, bez planu, bez rozsądku, po prostu… wyrwało mi się to, co od dawna siedziało mi w głowie.

    — Chciałabyś mieć macochę, która jest od ciebie o rok młodsza? — zapytałam krzywiąc się na samą myśl o Księżniczce z Wysp Lua, która u boku Imperatora zastąpiła moją matkę.

    — To faktycznie niezręczna sytuacja — przytaknęła mi Laura. 

    — Pomyśl tylko — poczułam, jak na moją twarz wstępuje niezdrowy rumieniec. — Jeśli żona Imperatora zniknie, będę miała ojca tylko dla siebie, no i Dymitr — na samą myśl o księciu Illi’andin miękną mi nogi — mógłby naprawdę zostać moim Strażnikiem. No a ty… Ty mogłabyś umawiać się z Ryu — zachęcałam nową sojuszniczkę. 

    Kiedy skończyłam, serce waliło mi jak oszalałe, bo nagle uświadomiłam sobie, że powiedziałam to na głos. To już nie był tylko mój sekret, moja fantazja, mój cichy plan ukryty pod poduszką. Laura patrzyła na mnie przez chwilę z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłam od razu odczytać, a potem uśmiechnęła się powoli. 

    — Wiesz co? — powiedziała cicho. — To brzmi… kusząco. 

    Poczułam, jak w moim wnętrzu rozlewa się ulga. Nie dlatego, że ktoś mnie pochwalił. Tylko dlatego, że ktoś mnie zrozumiał. Nie powiedziała „jesteś okropna”, „to chore”, „to niemożliwe”. Zamiast tego w jej oczach pojawiło się to samo, co w moich — pragnienie, żeby odzyskać kontrolę. 

    — Nie mówię, że… że ją zabiję — dodałam szybko, bo nawet ja wiedziałam, jak to brzmi. — Po prostu… chciałabym, żeby Imperator ją znienawidził. Żeby sam uznał, że jest błędem i odesłał ją gdzieś daleko. 

    Laura skinęła głową, jakby to była logiczna, rozsądna myśl. 

    — Intryga — mruknęła. — Coś, czego nie da się cofnąć, po czym już nie będzie wyglądała na świętą. 

    Wypuściłam powietrze, którego nawet nie zauważyłam, że wstrzymuję. Ponownie spojrzałam w kierunku Dymitra. Podszedł bliżej. Uśmiechnął się do mnie. Serce mi drgnęło, jakby chciało wyskoczyć. Natychmiast wyprostowałam plecy, poprawiłam warkocz i udawałam, że rozmawiamy o czymś kompletnie niewinnym. Jak grzeczne uczennice na ławce w parku, które mają tylko głupiutkie, dziewczęce problemy.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Elianna

    Plan był prosty, dopracowany, niemal elegancki. Nie musiałam nikogo dotykać, nie musiałam podnosić głosu, nie musiałam robić niczego, co wyglądałoby jak atak. Wystarczyło zagrać tak, by ludzie sami dopisali resztę.

    Akademia kochała historie. Żywiła się nimi jak tlenem, a ja już wiedziałam, jakie historie uczniowie lubią najbardziej — o władzy, okrucieństwie ukrytym pod uśmiechem, o dziewczynie z zewnątrz, którą ktoś próbuje złamać. Wystarczyło dać im obrazek i to właśnie zamierzałam zrobić.

    Korytarz był pełen uczennic wracających z zajęć, rozmowy mieszały się z zapachem perfum i papieru. Stanęłam tak, żeby mnie widzieli i, przede wszystkim widzieli ją. Liya była dokładnie taka, jak zawsze — nienaganna, spokojna, cicha, otoczona aurą, która sprawiała, że ludzie albo ją uwielbiali, albo czuli się przy niej mali.

    Kiedy znalazła się blisko, pozwoliłam sobie na jeden krok w tył, jakby instynktownie. Jakby jej obecność była czymś, czego trzeba się bać, a potem wypuściłam powietrze w ten sposób, który brzmiał jak tłumiony szloch.

    — Przestań… — powiedziałam cicho, patrząc gdzieś obok jej ramienia. — Proszę.

    Kilka głów odwróciło się natychmiast. Liya zatrzymała się.

    — Elianna? — odezwała się cicho. — Coś się stało?

    — Nic… — szepnęłam, a głos mi się złamał idealnie, jakby miał prawo się złamać. — Tylko… po prostu… zostaw mnie.

    Ktoś sapnął, ktoś inny szepnął czyjeś imię. Poczułam na skórze ciężar zainteresowania. To było łatwiejsze, niż powinno.

    Liya zmarszczyła brwi, bardzo delikatnie.

    — Nic ci nie zrobiłam.

    — Właśnie — wyrwało mi się, zanim zdążyłam to ugryźć. — O to chodzi.

    Zobaczyłam błysk w oczach jednej z dziewczyn stojących najbliżej. Już miała historię. Już ją rozumiała.

    Liya nie podniosła głosu. Nie zrobiła nic gwałtownego.

    — Jeśli chcesz, żebym odeszła, odejdę — powiedziała spokojnie.

    I to powinno wystarczyć. Gdyby to była zwykła scena, rozeszłoby się po korytarzu i zostałoby tylko w plotkach. Tylko że w Akademii nie ma zwykłych scen, kiedy pojawia się nazwisko Imperatora.

    — To naprawdę przesada… — mruknęła jedna z dziewcząt.

    — Ona jest… dziwna — szepnęła inna.

    — Ciii… to córka Imperatora — odpowiedziała jej koleżanka z ekscytacją, która brzmiała prawie jak zachwyt.

    Liya stała nieruchomo. Ja też. Wystarczyło. I wtedy ktoś przeciął tłum.

    Charlotte przeszła przez korytarz jak ktoś, kto ma prawo przerywać cudze przedstawienia. Uczennice rozstąpiły się odruchowo, jakby jej obecność była równie oczywista jak reguły.

    — Co tu się dzieje? — zapytała, a jej ton nie był ani ciekawski, ani współczujący. Był kontrolny.

    Wbiła spojrzenie we mnie, nie w Liyę.

    — Elianna, co dokładnie się stało?

    Serce zabiło mi mocniej, ale nie mogłam tego pokazać. Uśmiech nie wchodził w grę, więc pozwoliłam, żeby moje usta lekko zadrżały.

    — Nic — powiedziałam zbyt szybko. — To… to nie ma znaczenia.

    Charlotte uniosła brwi.

    — Skoro „nic”, to dlaczego płaczesz?

    — Nie płaczę — skłamałam, mrugając raz, za mocno.

    Z boku ktoś zachichotał nerwowo. Ktoś inny syknął, żeby uciszyć śmiech. Charlotte nie odrywała ode mnie wzroku.

    — Liya? — zwróciła się w końcu do niej.

    Księżniczka skinęła minimalnie głową.

    — Nic jej nie zrobiłam — powiedziała cicho. — Nawet jej nie dotknęłam.

      Może powiedziałaś coś, co mogło zostać odebrane jako groźba? — dopytała Charlotte.

    — Nie — odparła Liya, równie spokojnie.

    Charlotte spojrzała znów na mnie.

    — Więc?

    — Ona mnie… obserwuje — wyrwało mi się — i udaje, że jest miła, a wszyscy się zachowują, jakbym miała jej dziękować, że oddycha w moim kierunku.

    Szum na korytarzu zgęstniał. Kilka dziewczyn spojrzało na Liyę niepewnie, jakby szukały w jej twarzy potwierdzenia, że potrafi być okrutna. Liya im go nie dała.

    — Staram się tylko, żebyś nie była tu sama — odpowiedziała cicho, zwracając się wyłącznie do mnie i kompletnie ignorując otaczający nas tłum. — To wszystko.

    To zabrzmiało… za dobrze, czysto, niemalże jak prawda.

    — Wcale nie chcę twojej pomocy — rzuciłam, a głos drżał mi już nie tylko z powodu gry aktorskiej, ale i realnej z wściekłości. — Nie potrzebuję litości.

    Charlotte zrobiła krok do przodu, stając między nami.

    — Dość. — Jej ton był szorstki. — To już nie jest rozmowa na korytarzu.

    I właśnie wtedy wiedziałam, że plan wchodzi w drugą fazę. Nie musiałam nic mówić. Laura, która stała nieco z tyłu wśród grupy dziewcząt, skinęła mi ledwo zauważalnie głową. Wszystko było przygotowane. Schody głównej biblioteki — te wąskie, kręte, z wysokimi, marmurowymi poręczami, na których zawsze panował półmrok i tłok po zajęciach. Idealne miejsce, żeby „wypadek” wyglądał wiarygodnie.

    — Chodźcie — rzuciła Charlotte, nie czekając na odpowiedź. 

    Ruszyłyśmy korytarzem. Ja szłam z tyłu, blisko Laury. Liya szła przodem, prosto, z tą swoją nienaganną postawą, która w tej chwili działała na moją korzyść. Im bardziej wyglądała na opanowaną, tym bardziej ja — „złamana córka Imperatora” — wyglądałam na ofiarę.

    Biblioteka była już prawie pusta, ale na schodach kręciło się jeszcze kilka uczennic — dokładnie te, które Laura dyskretnie poprosiła, żeby „przypadkiem” tam były. Charlotte szła pierwsza. Przyspieszyłam kroku, zrównując się z Aaliyą na samym szczycie.

    — Elianna, zaczekaj… — zaczęła Liya cicho, odwracając się w moją stronę.

    To był idealny moment. Zrobiłam krok w tył, jakby jej bliskość mnie przestraszyła, a potem — celowo i mocno — zahaczyłam stopą o jej but. Zachwiałam się dramatycznie, chwytając poręcz jedną ręką, a drugą machając w powietrzu. Krzyknęłam krótko, ostro, przerażająco autentycznie.

    — Nie! — wrzasnęłam, spadając kilka stopni w dół. Uderzyłam biodrem o krawędź, ale ból był wart każdej sekundy. Leżałam na schodach, skulona, z włosami rozsypanymi na twarzy. — Ona… ona mnie popchnęła!

    Cisza trwała może dwie sekundy. Potem wybuchł chaos.

    — Widziałam! — krzyknęła jedna z dziewczyn, którą Laura wcześniej przygotowała. — księżniczka Aaliya ją popchnęła!

    — Ja też! Stała tuż za nią!

    Laura podbiegła do mnie pierwsza, klękając obok z idealnie zagrana paniką.

    — Elianna! Bogowie, nic ci nie jest?!

    Charlotte stała jak zamurowana. Liya — blada, z rękami uniesionymi w geście „nie dotknęłam jej” — wyglądała dokładnie tak, jak chciałam — zimno, odlegle, jakby nie rozumiała, co się stało.

    — Elianna, nic ci nie jest? — zapytała, z wyuczoną troską.

    Jednak nikt już jej nie słuchał. Chciała podejść, ale Charlotte przytrzymała ją w miejscu. Za jej plecami natychmiast pojawili się Dymitr i Ryu. Doskonale.

    Dziewczyny szeptały, ktoś pobiegł po dyrektora. Leżałam na schodach, łkając cicho, z twarzą ukrytą w dłoniach. Łzy były prawdziwe, wzięły się z adrenaliny, ulgi, z czystej, słodkiej satysfakcji.

    Piętnaście minut później byłyśmy w gabinecie dyrektora. Strażnicy zostali na zewnątrz.

    Pokój pachniał starym drewnem i papierem. Dyrektor siedział za biurkiem, twarz miał ściągniętą. Obok niego stała Liya — wciąż spokojna, ale w jej oczach po raz pierwszy zobaczyłam cień niepokoju. Naprzeciwko — ja, Laura, Charlotte i trzy inne dziewczyny jako „świadkowie”.

    Dyrektor spojrzał na mnie ciężko.

    — Panno Farley… co dokładnie się stało?

    Podniosłam zapłakaną twarz. Głos mi drżał idealnie.

    — Przyszłam tylko… chciałam porozmawiać. Jak prosił pan wcześniej. A ona… — spojrzałam na Liyę, jakby sama jej obecność mnie przerażała — stanęła za mną na schodach. Powiedziała, że „powinnam uważać, bo w tym miejscu łatwo się przewrócić”. A potem… poczułam pchnięcie.

    Laura skinęła głową, zanim ktokolwiek zdążył zapytać.

    — Ja też to widziałam. Stałam dwa stopnie niżej. Liya była tuż za Elianną.

    — Krzyknęła „nie!”, zanim spadła — dodała drżącym głosem jedna z przygotowanych dziewczyn. — To nie wyglądało na przypadek.

    Dyrektor przeniósł wzrok na Liyę.

    — Księżniczko… masz coś do powiedzenia?

    Liya patrzyła na mnie długo. Bardzo długo. Potem przecząco pokręciła głową.

    Z siniakiem na biodrze i łzami na policzkach uśmiechnęłam się w duchu tak szeroko, że aż zabolały mnie kąciki ust. Gra się rozpoczęła.

    — Zanim cokolwiek powiem — oznajmił w końcu dyrektor — muszę poinformować Pałac. Już to zrobiłem. Usiądźcie. 

    Poczułam ukłucie satysfakcji. Na to czekałam. 

    Zajęłyśmy krzesła. Liya siedziała prosto, spokojna, z dłońmi złożonymi na kolanach. Jej twarz była niemal nieruchoma, ale ja widziałam w niej napięcie.

    W końcu drzwi gabinetu otworzyły się bez pukania. Do środka pewnym krokiem wszedł Kei. Wysoki, idealnie opanowany, z twarzą chłodną jak porcelana i spojrzeniem, które nie należało do człowieka. Poczułam zawód. Nie wiem dlaczego spodziewałam się, że pojawi się mój ojciec. Przecież Imperator z pewnością miał… ważniejsze rzeczy na głowie. Dyrektor natychmiast wstał.

    — Panie Shirotori…

    Kei uniósł dłoń, uciszając go jednym gestem. Nawet na mnie nie spojrzał.

    — Decyzja została podjęta — powiedział spokojnie. — Z polecenia Imperatora Elianna Rose Farley nie będzie już uczęszczała do Imperialnej Akademii Magicznej.

    Przez chwilę nie rozumiałam.

    — Co? — wydusiłam w końcu. — Ale… dlaczego?

    Kei nie odpowiedział na „dlaczego”. Jakby to słowo nie miało żadnego znaczenia.

    — Zostanie przeniesiona do pałacu z zakazem opuszczania swoich komnat — dodał rzeczowo. — Od dziś. Rodziny pozostałych uczestniczek wydarzenia zostaną poinformowane o dzisiejszym zajściu i zrekompensują finansowo próbę działania na szkodę jej imperialnej wysokości, księżniczki Aaliyi Arashi Wairudo. 

    Dziewczyny westchnęły niedowierzająco, blednąc na twarzach. W obecności anioła jednak żadna nie śmiała się odezwać nawet słowem. 

    Dyrektor otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale Kei spojrzał na niego krótko i dyrektor natychmiast je zamknął.

    Wtedy Liya wstała. Tak gwałtownie, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że traci coś, co wcale nie powinno jej obchodzić. Jej głos pozostał cichy, ale był w nim niepokój, którego nie słyszałam u niej wcześniej.

      Nie. — Spojrzała najpierw na Kei’a, potem na dyrektora. — Proszę jej nie skreślać.

    Anioł spojrzał na nią uważniej, bez emocji.

    — To polecenie Imperatora.

    — Wiem. — Liya przełknęła ślinę. — Porozmawiam z nim. Przekonam go, żeby zmienił zdanie. Proszę. Jeśli ją skreślicie, już nigdy tu nie wróci.

    — Księżniczko — odezwał się dyrektor ostrożnie — ja nie mogę…

    — Może pan — przerwała mu cicho. — Proszę dać mi czas. Dzień. Chociaż kilka godzin.

    Wpatrywałam się w nią oszołomiona. Tego nie było w moim planie. W moim planie miała być zimna, bezlitosna i obojętna. A ona… ona brzmiała, jakby… jakby naprawdę nie chciała, żebym zniknęła.

    Kei nie drgnął.

    — Przekażę Imperatorowi twoją prośbę — powiedział spokojnie, jakby mówił o pogodzie. — Jednak Elianna i tak opuści dzisiaj Akademię.

    Znacząco spojrzał na Liyę i lekko pokręcił głową, a potem zwrócił się do dyrektora.

    — Proszę przygotować formalności.

    Potem spojrzał na mnie po raz pierwszy, ale tak, jak patrzy się na coś, co należy przenieść z miejsca na miejsce.

    — Chodź.

    Wstałam powoli, a w moim wnętrzu panował chaos. Wyszłam z gabinetu nie jako zwyciężczyni, tylko jako ktoś, kto właśnie zrozumiał, że w Imperium nawet idealnie ustawiona historia może się rozpaść w sekundę, a Liya nie gra według zasad, które chciałam jej przypisać.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Kate

    Na kocu w pałacowych ogrodach wszystko wreszcie wyglądało normalnie. Nawet słońce świeciło tak, jakby miało obowiązek poprawiać nam humor. Przez ostatnie tygodnie w Akademii nie było nic „normalnego”, bo plotki rosły szybciej niż trawa po deszczu, a każde spojrzenie niosło ze sobą ocenę. Teraz Elianny nie było już w szkole, a ja mogłam oddychać bez wrażenia, że ktoś zaraz dopowie do życia Liyi kolejną teorię.

    Usiadłam obok Dymitra tak blisko, że nasze dłonie niemal się stykały. Wystarczyłby jeden ruch palców, przypadkowy, niewinny. Dymitr rozłożył się wygodnie, jakby całe Imperium było jego prywatnym salonem, a ogrody zostały posadzone specjalnie po to, żeby mógł w nich leżeć i komentować cudze słabości.

    — Wiesz, czego mi brakowało? — mruknął, patrząc w stronę Ryu z miną, która zapowiadała coś paskudnego.

    — Przyzwoitości? — podsunęłam słodko.

    — Tego, że znowu mogę być sobą — odparł bez wahania. — Zdecydowanie bez żadnej przyzwoitości.

    Parsknęłam śmiechem, a on zerknął na mnie tym swoim spojrzeniem, które mówiło widzisz, dlatego cię lubię. W tym momencie poczułam to przyjemne ukłucie w brzuchu, którego nie chciałam nazywać po imieniu.

    Liya siedziała naprzeciwko nas, oparta o ramię Ryu, a on wyglądał tak, jakby miał ją przy sobie od zawsze i jednocześnie wciąż nie mógł uwierzyć, że jest obok niego. Jako jej konkubent mógł ją dotykać bez ukrywania się, bez ostrożnych spojrzeń na boki, bez udawania, że to przypadek. Widać było, że mu to pasuje bardziej, niż byłby skłonny przyznać.

    — Ryu — odezwał się Dymitr aksamitnym głosem — powiedz nam, co najbardziej lubisz w swojej roli.

    Chłopak nawet nie spojrzał w jego stronę.

    — Dostęp do sal treningowych — odpowiedział zmęczonym tonem.

    — Kłamiesz — wtrąciłam się od razu. — Sale też lubisz, ale nie aż tak bardzo.

    Dymitr uśmiechnął się, jakbyśmy właśnie ustawili piłkę na idealnej pozycji.

    — Kate ma rację. — Przechylił głowę. — Najbardziej podoba ci się, kiedy Liya tobą rządzi.

    Charlotte, siedząca obok Evana, uniosła brew, a jej młodsze siostry, Nattie i Julie, bawiły się w układanie ciastek w równy stosik, jakby to była misja wymagająca pełnej koncentracji.

    Ryu zacisnął usta, ale jego policzki lekko pociemniały.

    — Nie wiem, o czym mówisz — mruknął.

    Liya spojrzała na niego spokojnie, a w jej oczach pojawiło się to ciepłe rozbawienie, które zawsze sprawiało, że wszyscy w pobliżu miękli, nawet jeśli próbowali tego nie okazywać.

    — Nie musisz się nimi przejmować — powiedziała łagodnie.

    — Nie przejmuję się — rzucił od razu, tylko że brzmiał jak ktoś, kto już przegrał.

    Dymitr spojrzał na mnie triumfalnie, jakbyśmy właśnie wspólnie przyłapali Ryu na czymś kompromitującym.

    — Widzisz? — szepnął teatralnie. — To jest piękne. On nawet nie potrafi się obronić.

    — Bo to prawda — odpaliłam równie cicho. — I dlatego jest to aż tak zabawne.

    Ryu odwrócił się w końcu do nas, wyraźnie zirytowany.

    — Macie jakiś dzień „złośliwi i dumni”?

    — Tak wygląda każdy nasz dzień — odparł Dymitr. — Tylko czasem udajemy, że nie.

    Liya zaśmiała się, Charlotte pokręciła głową z tym swoim krótkim, kontrolowanym uśmiechem, a Evan jak zwykle niewiele mówił. Patrzył uważnie, tak, jakby wolał zbierać informacje niż uczestniczyć w rozmowie.

    Nattie podniosła głowę znad ciastek.

    — Dlaczego wy się tak lubicie, jak się nie lubicie? — zapytała poważnie.

    Julie przytaknęła, jakby to było najważniejsze pytanie świata.

    Dymitr nachylił się w ich stronę i przybrał najłagodniejszy ton, na jaki było go stać.

    — To są skomplikowane dorosłe sprawy.

    — Czyli głupie — podsumowała Julie natychmiast.

    Liya zakryła usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem, a Ryu wyglądał, jakby właśnie dostał wsparcie od losu.

    — Wreszcie ktoś mnie rozumie — mruknął.

    Wtedy powietrze się zmieniło.

    Nie dlatego, że nagle zrobiło się zimno. Po prostu coś w ogrodach przestawiło się o jeden stopień, jakby ktoś przyniósł inną energię i wcisnął ją między nas jak klin. Najpierw zobaczyłam je w oddali — Eliannę i Laurę, idące alejką prosto w naszą stronę. Córka imperatora wyglądała, jakby przyszła tu po coś, co jej się należy. Laura za to miała minę kogoś, kto chce być pewny siebie, ale w środku wciąż pamięta, jak to jest stać obok niewłaściwej osoby.

    Liya podniosła podniosła wzrok pierwsza. Zrobiła to spokojnie, bez napięcia, bez widocznego zaskoczenia. Jakby ich pojawienie się było zupełnie normalne.

    — Elianna — powiedziała cicho. — Chodźcie, usiądźcie z nami.

    Laura zawahała się na ułamek sekundy, ale Elianna przyjęła zaproszenie natychmiast, jakby to była jej scena i jakby Liya właśnie oddała jej mikrofon.

    — Dziękuję — odpowiedziała miękko, a jej ton był tak uprzejmy, że od razu poczułam w nim fałszywą nutę.

    Usiadły.

    I wtedy stało się coś, czego nie umiałam od razu nazwać, ale poczułam to fizycznie, jak ukłucie pod żebrami. Dymitr przestał być Dymitrem, którego znałam.

    Jeszcze przed chwilą leżał obok mnie, żartował, był swobodny, złośliwy w ten sposób, który był naszą prywatną zabawą. Wystarczyło jednak, że Elianna znalazła się w zasięgu jego wzroku, a on… zupełnie się zmienił.

    Wyprostował się. Uśmiechnął inaczej, łagodniej. Jakby ktoś przełączył mu twarz.

    — Elianna — odezwał się ciepło. — Dobrze cię widzieć. Jak się czujesz?

    Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Dobrze cię widzieć? Przez moment czekałam, aż spojrzy na mnie i mrugnie w ten sposób, który mówi żartuję. Nie spojrzał.

    Elianna rozjaśniła się natychmiast.

    — Lepiej — odpowiedziała, a w jej głosie zabrzmiała satysfakcja. — W pałacu jest… spokojniej, niż myślałam.

    — O to właśnie chodzi — odparł Dymitr, jakby tłumaczył jej coś ważnego. — Jeśli ktoś cię zdenerwuje, powiedz mi od razu.

    Zamarłam.

    On to powiedział tak naturalnie, jakby od miesięcy był jej oparciem. Jakby to była oczywistość. Jakbym ja w ogóle nie siedziała obok.

    Moja dłoń leżała na kocu, a jego dłoń była tak blisko, że jeszcze chwilę temu prawie się stykały. Teraz miałam wrażenie, że dzieli je cała szerokość ogrodu.

    Laura spojrzała na mnie krótko, jakby sprawdzała, czy widzę to samo. Widziałam.

    Liya milczała. Patrzyła na Eliannę spokojnie, bez zmian w twarzy. Ryu za to zesztywniał, bo potrafił czytać zmiany Dymitra szybciej niż ktokolwiek inny.

    — Dymitr — odezwałam się w końcu, starając się brzmieć lekko. — A ja? Mam też mówić ci od razu, jeśli ktoś mnie zdenerwuje, czy to już nieaktualne?

    To miało zabrzmieć jak żart. On jednak nie zareagował tak, jak zwykle.

    — Kate — powiedział krótko, niemal nieobecnie, a potem znów zwrócił się do Elianny. — Jadłaś dzisiaj coś porządnego?

    Poczułam, jak coś we mnie się kruszy. Jakbym nagle została przesunięta z miejsca, w którym byłam ważna, do miejsca, w którym jestem tylko tłem.

    Elianna uśmiechnęła się delikatnie.

    — Jeszcze nie.

    — To zjedz — polecił jej Dymitr, wstając, żeby podać jej przygotowane dla nas kanapki.

    Dymitr… który komuś usługiwał… Zazwyczaj nie robił tego nawet dla Liyi, raczej przekazywał Ryu informacje, że czegoś potrzebowała, a kiedy nie było w pobliżu Ryu, przekazywał je Charlotte. 

    W tym momencie naprawdę zrobiło mi się przykro, chociaż nie chciałam się do tego przyznać. Zazdrość była uczuciem, którego nie znosiłam. Była zbyt… szczera, odsłaniająca.

    Spojrzałam na Liyę, ale ona nadal była cicha. Opanowana. Jakby obserwowała to wszystko i niczego nie komentowała, bo nie chciała dolewać oliwy do ognia, a ja nagle zrozumiałam coś, co było tak niewygodne, że przez chwilę próbowałam to od razu wyrzucić z głowy.

    Lubiłam Dymitra za bardzo.

    Nie w sposób „śmiejemy się złośliwie i świetnie się dogadujemy”. Nie w sposób „to mój cyniczny przyjaciel”. Lubiłam go w ten drugi, gorszy sposób, który sprawia, że bliskość kogoś innego boli, mimo że nie mam do tego żadnego prawa.

    Patrzyłam, jak Dymitr pochyla się do Elianny, mówi do niej spokojnie, podaje jej talerz, jak jest cały dla niej, a mój żołądek zaciskał się coraz mocniej.

    Nie dlatego, że Elianna była ważna. Tylko dlatego, że ja w tej chwili przestałam taka być.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Widziałem, jak Kate na mnie patrzy, a nieprzyjemne uczucie nie chciało zniknąć z mojego żołądka. Nie miałem pojęcia, dlaczego w ogóle przejmuję się tym, co ona o mnie pomyśli. Nie wiedziałam też dlaczego mam przemożną ochotę roześmiać się i powiedzieć jej, że to był tylko taki głupi żart. Wiedziałem jednak, że nie mogę tego zrobić. Nie teraz, w sytuacji, w której najbardziej zaszkodziłoby to Liyi. Nienawiść Elianny była szczera i paląca, a to był jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy, żeby ją choć trochę ostudzić. 

    Zamiast tego utrzymałem na twarzy ten sam spokojny uśmiech i skierowałem uwagę na Eliannę, jakbym wcale nie czuł, jak bardzo zmienia się atmosfera na kocu. Jakbym nie widział, że Ryu napina szczękę. Jakbym nie słyszał, że Charlotte nagle zaczyna mówić wolniej, ostrożniej, jak ktoś, kto czeka na wybuch. 

    To było irytujące. Nie Elianna. Nie Laura. Tylko to, że część mnie w ogóle rejestrowała Kate, a jej milczenie miało dla mnie wagę. Przecież zwykle nikt nie miał. 

    Zwykle liczyła się tylko Liya, jej bezpieczeństwo, jej spokój, jej świat. Wszyscy inni byli pionkami, narzędziami, przeszkodami, czasem rozrywką. Kate była jedną z niewielu osób, przy których pozwalałem sobie na tę rozrywkę częściej, bo była szybka, bystra i wystarczająco bezczelna, żeby nie brać mnie śmiertelnie poważnie. Od początku rozumieliśmy się bez słów. Zawsze celowaliśmy w te same osoby, kiedy mieliśmy ochotę być wredni, i wychodziliśmy z tego bez śladów, jakby to był sport, a teraz miałem wrażenie, że właśnie wbiłem jej coś pod żebra i zostawiłem to tam bez wyjaśnienia. 

    „Przestań się przejmować”, powiedziałem sobie w myślach, tylko że to nie działało. 

    Elianna siedziała obok, co zaczynało mnie coraz mocniej irytować. Jej oczy co chwilę wracały do Liyi, a ja widziałem w nich to samo, co widziałem wcześniej w jej wspomnieniach — pragnienie posiadania. Nie tylko ojca i swojego miejsca. Także wpływu, kontroli, pierwszeństwa. 

    Jeżeli miałaby w sobie choć odrobinę rozsądku, powinna była rozumieć, że Liya nie jest jej przeciwniczką. Jeżeli miała w sobie choć odrobinę instynktu przetrwania, powinna była się do Liyi przykleić i trzymać tej jedynej osoby, która może ją osłonić przed Raidenem. 

    A jednak zamiast tego wybrała nienawiść. 

    Nienawiść była łatwa do przewidzenia. Tęsknota była gorsza. Teraz dochodziła jeszcze zazdrość, ta najbardziej dziecinna i najbardziej niebezpieczna, bo dziecinne emocje potrafiły wywołać dorosłe katastrofy. Dlatego nachylałem się do Elianny, mówiłem spokojniej, byłem „miły”. Wystarczyło, żeby przestała patrzeć na Liyę jak na wroga, choćby na chwilę. Dzięki temu jej złość miała inny kierunek, inną energię, zmieniała się w coś bardziej miękkiego, co da się prowadzić. Instynktownie wiedziałem, jak to osiągąć. Nie musiałem nawet szczególnie się starać. Wystarczały gesty, pytania, uwaga. Talerz z jedzeniem podsunięty w odpowiednim momencie, jakby to było naturalne, jakby naprawdę mi zależało. 

    — To dla ciebie — powiedziałem do Elianny, podając jej porcję, którą dla niej przed chwilą nałożyłem — Nie wyglądasz, jakbyś w ogóle jadła śniadanie. 

    Jej twarz natychmiast się rozjaśniła. Ten sam mechanizm, co zawsze. Drobny przejaw troski i dziewczyna robi się miękka. 

    — Dziękuję — odpowiedziała cicho. 

    — Nie dziękuj. To normalne. 

    Kątem oka zobaczyłem, że Kate zaciska palce na kocu mocniej. Jej usta drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. To było gorsze niż docinek. Docinki przynajmniej są uczciwe. 

    Poczułem kolejne ukłucie irytacji, tylko że tym razem irytacja miała dwa ostrza. Jedno skierowane w Kate, bo stawiała mnie w sytuacji, w której nagle czułem się winny, chociaż nie robiłem niczego, czego nie powinienem. Drugie skierowane we mnie, bo w ogóle to rejestrowałem. 

    „Dlaczego to ma znaczenie?” powtórzyłem sobie, ale odpowiedź była niewygodna, więc jej nie kończyłem. 

    Ryu odezwał się w końcu, z tą swoją pozorną lekkością, pod którą zawsze czaiło się napięcie. 

    — Dymitr, przestań robić z siebie niańkę. 

    Uśmiechnąłem się do niego powoli. 

    — Zazdrościsz mi talentu do ratowania sytuacji? 

    — Zazdroszczę ci bezczelności — burknął, ale Liya położyła dłoń na jego ramieniu, uciszając go jednym ruchem. 

    Oczywiście, że to zrobiła. Liya zawsze robiła takie rzeczy. Minimalnie. Bez słów. Jakby dotyk był dla niej narzędziem równie precyzyjnym jak rozkazy Raidena. Elianna to widziała. Jej spojrzenie uciekło do tej dłoni i wróciło do mnie szybciej, niż powinno. Jakby wolała patrzeć na moją „troskę” niż na ich bliskość. Dobrze. 

    Laura siedziała obok Elianny, trochę spięta, ale wyraźnie coraz bardziej zaciekawiona. To też było użyteczne. Dwie dziewczyny, które czują się odrzucone, potrafią zbudować cały sojusz na jednym błędnym założeniu. 

    Kate spojrzała na mnie w końcu wprost, bez uśmiechu. 

    — Masz dzisiaj jakiś nowy program? — zapytała słodko. — „Dymitr i jego nagłe serce”? 

    Normalnie odpowiedziałbym jej od razu. Zazwyczaj zrobiłbym z tego żart i pociągnąłbym ją w nasze stare tempo, szybkie i ostre. Teraz musiałem zagrać inaczej. 

    — Katerine — odezwałem się łagodnie, co było najgorszym wyborem, bo łagodność w moich ustach brzmiała obco. — Daj spokój. 

    Widziałem, jak to w nią uderza. To było prawie fizyczne. Jakby ktoś zamknął drzwi tuż przed jej twarzą, a ona nie spodziewała się, że te drzwi w ogóle istnieją. Nie podobało mi się to. Nie podobało mi się, że ją ranię, i nie podobało mi się jeszcze bardziej, że to mnie denerwuje. Jednak nie zamierzałem porzucić jedynego sensownego sposobu na to, żeby Elianna nie zrobiła czegoś głupiego. Jeżeli miałem wybrać między urażoną dumą Kate a bezpieczeństwem Liyi, wybór był oczywisty. 

    Tylko że to nieprzyjemne uczucie w żołądku nie znikało. Liya spojrzała na mnie na ułamek sekundy. Tak krótko, że nikt by tego nie zauważył, a jednak ja wiedziałem, że to było pytanie. 

    Czy wszystko jest pod kontrolą? Odpowiedziałem jej minimalnym skinieniem głowy. Też bez słów. Równie precyzyjnie. Tak. 

    Potem znów zwróciłem się do Elianny, bo nie mogłem pozwolić, żeby jej uwaga wróciła tam, gdzie nie powinna. 

    — Jak się czujesz w pałacu? — zapytałem, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. — Nie tęsknisz za Akademią? 

    Jej usta zadrżały w uśmiechu. 

    — Trochę… ale przynajmniej nie muszę… — urwała i rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Liyi, niby przypadkiem. 

    — Wiem — odpowiedziałem spokojnie. — W pałacu jest prościej. Zasady są jasne. 

    Kate odwróciła wzrok. Zrobiła to szybko, ale nie na tyle szybko, żebym nie zauważył. Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze, ciche i irytujące jak drzazga — Kate nie jest jedną z tych osób, które robią sceny. Ona nie zacznie krzyczeć, nie rzuci mi talerza w twarz, nie powie wprost, że ją zraniłem. Ona po prostu zapamięta i odejdzie o krok dalej, nawet jeśli będzie siedzieć na tym samym kocu. 

    Nie lubiłem tego. Nie podobało mi się, że w ogóle to rozważam. 

    Zacisnąłem palce na własnym kolanie i uśmiechnąłem się do Elianny jeszcze odrobinę cieplej, jakbym niczego nie zauważył. Skoro już wszedłem w tę rolę, musiałem ją zagrać do końca. Jeśli ceną była irytująca świadomość, że zraniłem Kate, musiałem ją po prostu… przełknąć, a potem, kiedy sytuacja się uspokoi, kiedy Elianna przestanie patrzeć na Liyę jak na cel, kiedy znów będę mógł pozwolić sobie na normalność, znajdę sposób, żeby wrócić do starego układu. Tylko że gdzieś pod tym wszystkim czaiła się myśl, której nie chciałem dopuścić do swojej świadomości. Co, jeśli Kate nie będzie chciała wrócić?

    Note