Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kolor samotności

    Mieszkanie, które wynajęli, było niewielką, ale przytulną kawalerką na dwunastym piętrze wieżowca. Miało słonecznie żółte ściany i dopasowane pod ich kolor, obite pomarańczowym welurem meble. Dodatkowo nieopodal znajdował się położony na wzgórzu, bardzo ładny park. 

    Weronika była szczęśliwa. 

    Żadnej Patrycji, żadnych nietolerujących jej rodziców, tylko oni dwoje, sami. O tym właśnie marzyła. Spędzili wspólnie cudowny, bajkowy weekend. 

    W poniedziałek jednak, kiedy Mateusz poszedł do pracy, Weronika nie mogła usiedzieć w miejscu. Krzątała się sprzątając po trzy razy te same miejsca i przekładając rzeczy z kąta w kąt. Potem ugotowała obiad. Bardzo duży obiad. Nie mogła zdecydować się co zrobić, więc jej myśli zamieniły się w rzeczywiste jedzenie — kotlety z piersi kurczaka, warzywne leczo, lazanie, puree ziemniaczane, mizerię, risotto i kilka różnych sałatek. 

    Mimo wszystko, kiedy Weronika wyszła z domu, ciągle zostało jeszcze kilka godzin do czasu, aż Mateusz skończy pracę. Na piechotę przeszła te kilka przystanków, o które oddalona była jego firma, a później usiadła na jednej z pomalowanych zieloną farbą, miejskich ławek i czekała. 

    Kiedy tylko wyszedł z biura, natychmiast zerwała się i podbiegła, rzucając się mu na szyję. Spojrzał na nią lekko zaskoczonym, ale szczęśliwym wzrokiem. 

    — Co tu robisz? — zapytał, tuląc ją do siebie.

    — Czekałam na ciebie — oznajmiła radośnie, bo życie, które przez ponad osiem godzin nie miało sensu, ponownie go nabrało.

    Chłopak rozszerzył oczy ze zdumienia, nieświadomie zaglądając w jej myśli.

    — Czekałaś na mnie ponad trzy godziny?!

    Weronika spuściła wzrok, lekko zaczerwienioną twarz chowając w jego koszuli.

    — Jakoś tak wyszło… — mruknęła.

    Przymknął oczy oddychając głęboko. Wolał tego nie komentować. Wiedział przecież jaka jest i między innymi za to ją kochał. Odsunął ją od siebie łagodnie i zaprowadził do samochodu.

    — Wracamy do domu — oznajmił, siadając za kierownicą.

    „Kocham cię. Tęskniłam” — pomyślała niemal podświadomie Weronika.

    „Ja ciebie też, kociaku” — westchnął, uśmiechając się do niej łagodnie, w odpowiedzi.

    Kiedy weszli do domu, dziewczyna skakała nad nim jak wesoły zajączek. Podobało mu się to, a jednocześnie wolał, żeby usiadła, najlepiej na jego kolanach.

    „Przepraszam” — odezwała się spłoszona, podając mu obiad i siadając na samym brzegu drewnianego krzesełka.

    „Nie przejmuj się” — odpowiedział zmieszany, wcale nie chcąc jej w żaden sposób przyganiać. — „Naprawdę lubię twój entuzjazm.”

    Uśmiechnęła się do niego promiennie, ale niemal w tym samym momencie jej uśmiech przygasł, bo Mateusz nieświadomie pomyślał o nadmiarze jedzenia, który jego zdaniem wystarczyłby dla małej armii. Jednocześnie, przywołał obraz zawsze zaradnej i zorganizowanej Patrycji, nie potrafiąc ich dwóch nie porównać. W jasnych oczach Weroniki zabłysły łzy.

    — Przepraszam — szepnęła zrywając się z krzesła i wybiegając z kuchni do pokoju.

    Chłopak przeklął się w duchu za to, że nie potrafił powstrzymać tych głupich myśli. Wstał od stołu, mając zupełną pewność, że życie z Weroniką wcale nie będzie łatwe. To jednak nie miało znaczenia, skoro i tak, całym sobą wiedział, że warto. Nigdy nikogo, nawet własnych rodziców, nie kochał tak mocno, jak teraz ją kochał. Wszedł do pokoju i położył się na kanapie, obok skulonej pod kołdrą dziewczyny. 

    „Kocham cię i nic innego się nie liczy” — oznajmił stanowczo.

    Przytuliła się do niego całą sobą, ale wyczuł w niej jakąś dziwną niechęć i rezygnację. Poddała się, a on nawet nie wiedział, o co walczyła. Postanowił dać jej trochę czasu, licząc na to, że Weronika przywyknie do nowej sytuacji. Jeżeli jednak nie, jeżeli naprawdę musiała z czymś się zmagać, był pewien, że on będzie walczył razem z nią.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Mateusz wracał do domu odrobinę zaniepokojony. Tym razem Weronika na niego nie czekała. Właściwie przez cały dzień nie dawała znaku życia. Nie odbierała telefonu, nie pisała smsów, było zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. 

    Chłopak przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Nikt nie przywitał go w drzwiach. Ze strachu, serce podeszło mu niemal do gardła. Teraz dopiero czuł, że coś naprawdę może być nie tak. 

    Kiedy wszedł do pokoju, zobaczył tylko leżącą na kanapie stertę poduszek i kołder. Natychmiast do niej przyskoczył, odsłaniając skuloną sylwetkę Weroniki. Odetchnął z ulgą, kiedy dziewczyna otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego promiennie.

    „Jesteś” — westchnęła z zadowoleniem.

    „Jestem” — odpowiedział, podnosząc ją z łóżka i przyciągając do siebie. 

    Następne dni wcale nie wyglądały lepiej. Dziewczyna spała lub po prostu leżała skulona na łóżku, do czasu, kiedy on nie wrócił z pracy. Dopiero w jego obecności zupełnie odżywała i odzyskiwała humor. 

    Wieczorem kładła się obok niego, wtulając się w jego ramiona lub głaszcząc jego krótko ścięte, ciemne włosy i zupełnie wypoczęta, przyglądając się jak zasypia. 

    Mateusz każdego popołudnia wracał z pracy z coraz większym strachem. Bał się, że kiedyś może już jej nie zastanie, a takiej świadomości zupełnie nie mógł znieść. 

    Przez dwa tygodnie chodził rozkojarzony, nie potrafiąc na niczym skupić uwagi, bo w jego życiu normalny i szczęśliwy był teraz tylko weekend — czas, który w całości mógł spędzić jedynie z Weroniką. 

    Nie miał jednak pojęcia co zrobić. Przecież musiał pracować, bo inaczej, jak niby mieli żyć? Może, gdyby ona również miała jakąś pracę… ale to, samo w sobie, graniczyło niemal z cudem. Przy jej dokumentach, przy chorobie psychicznej… nie potrafił się oszukiwać. Doskonale wiedział, że Weronika jednego dnia może być pracownikiem miesiąca, a zaraz drugiego, w ogóle nie przyjść lub płakać gdzieś skulona w kącie. Nie mógł winić nikogo za to, że nie chciałby takiej dziewczyny zatrudnić. Był to ich wspólny problem, ale postanowił, że to on będzie musiał go w jakiś sposób rozwiązać. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Weronika stała przed podłużnym lustrem, które wisiało tuż nad zlewem w wyłożonej zielonkawymi kafelkami, niewielkiej łazience. Obróciła się dookoła własnej osi, po raz trzeci rozpuszczając ciemne włosy, które kaskadą opadły jej na odsłonięte ramiona. Nie mogła się zdecydować, jak ułożone wyglądają lepiej, a chciała, żeby tego wieczora wszystko było perfekcyjne. 

    Jeszcze raz przyjrzała się kusej, czarnej haleczce z delikatnego, odrobinę śliskiego materiału. Zdawała sobie sprawę, że nie musi się podobać Mateuszowi, żeby ją chciał, ale całą sobą pragnęła zobaczyć wyraz pożądania w jego orzechowych oczach. 

    W końcu zdecydowała. Wzięła głęboki oddech i podeszła do drzwi, gotowa tym razem nacisnąć klamkę. Z zewnątrz dobiegł ją jakiś hałas. Odskoczyła gwałtownie, a potem, przypomniawszy sobie, że tam przecież jest Mateusz, ponownie rzuciła się ku drzwiom.

    „Nie wychodź!” — usłyszała ostry rozkaz, który zatrzymał ją w miejscu, a potem była już tylko cisza.

    Note