Rozdział 6 – Wybrańcy Bogów IV
by Vicky
Ten, w którym córka Imperatora dowiaduje się prawdy.
Liya
Plac treningowy w pałacu zawsze miał swój własny rytm, inny niż korytarze i sale audiencyjne. Tutaj powietrze pachniało metalem, rozgrzaną ziemią i potem, a dźwięki nie były tłumione przez zasłony ani etykietę. Stal uderzała o stal, buty ślizgały się po piasku, ktoś się śmiał, ktoś klnął półgłosem, ktoś krzyczał komendy, które wcale nie brzmiały jak rozkazy, tylko jak żart rzucony do kolegi.
Stałam w cieniu zadaszenia, oparta o filar, z filiżanką ciepłej herbaty w dłoniach. Nie musiałam tu być. Nikt mnie nie wzywał. Właśnie dlatego przyszłam. Od kiedy znów byliśmy razem w pałacu, lubiłam znajdować Ryu w miejscach, gdzie nie musiał niczego udowadniać, w których nie był wyłącznie Imperialnym Strażnikiem.
Na środku placu Ryu trenował z gwardzistami. Poruszał się pewnie, swobodnie, jakby ciało pamiętało dokładnie, co robić, nawet kiedy umysł był zajęty czymś zupełnie innym. Włosy miał potargane, koszulę rozpiętą pod szyją, rękawy podwinięte. Wyglądał młodo, ale w tej młodości była siła i doświadczenie, którego nie da się nauczyć z podręczników.
— Dalej, Marc, szybciej ruszaj nogami! — zawołał, cofając się o pół kroku i jednocześnie obracając tak, żeby uniknąć cięcia.
— Nie każdy z nas trenował pod okiem anioła! — odburknął gwardzista, a reszta roześmiała się głośno.
Ryu też się zaśmiał.
— Lucjan, nie zasypiaj — rzucił chwilę później. — Jak będziesz tak stał, to cię przeniosę do kuchni, może niczego nie przypalisz.
— Wolę pracować w kuchni — odpowiedział Lucjan bez obrazy. — Przynajmniej nikt by mnie tam nie bił.
— To tylko trening — powiedział Ryu, a potem, jakby dla równowagi, dodał z uśmiechem — Przynajmniej na razie.
Znali go. Naprawdę go znali. Nie tylko z opowieści, nie dlatego, że cieszył się łaską imperatora. Znałam ten rodzaj swobody. Ten rodzaj bycia częścią grupy, gdzie imię pada szybciej niż tytuł, gdzie docinki są czułe, a śmiech nie jest ryzykiem. Na Wyspach Lua Ryu był taki zawsze. Towarzyski, obecny, ciągnący ludzi do siebie, jakby sam fakt, że ktoś stoi obok, był powodem do rozmowy.
W pałacu przez długi czas był inny. Cichszy. Zamknięty w sobie. Samotny w tłumie, chociaż miał wokół siebie tyle osób, że logicznie nie powinien. Pamiętałam to bardzo wyraźnie, bo bolało mnie bardziej niż powinno. Ryu nigdy nie był stworzony do bycia cieniem. Kiedy próbował nim zostać, jego oczy robiły się ciemniejsze, a uśmiech znikał, jakby ktoś go zgasił.
Teraz stał na środku placu i znów był sobą.
Widziałam, jak gwardziści reagują na niego instynktownie. Jedni próbowali udowodnić, że dotrzymają mu kroku, inni po prostu cieszyli się, że trening jest lżejszy, bo ktoś rozładowuje napięcie humorem. Wszyscy jednak słuchali go uważnie. Nawet kiedy żartował.
— Oskar, twoja lewa strona istnieje, tak tylko przypominam! — krzyknął Ryu, robiąc unik i klepiąc go lekko w ramię, zamiast uderzać.
— Istnieje, ale jej nie lubię! — odkrzyknął Oskar.
— To ją polub, bo inaczej ona cię zdradzi — skwitował Ryu, a ktoś z boku parsknął śmiechem tak głośnym, że aż odbił się echem od murów.
Upiłam łyk herbaty i poczułam, jak coś we mnie mięknie. To było ciepłe, przyjemne uczucie. Ulga przemieszana z radością i dumą.
Ryu zauważył mnie dopiero po chwili. Uśmiechnął się szeroko i uniósł dłoń w krótkim geście. Odpowiedziałam mu tym samym, a serce zabiło mi szybciej, w znajomy sposób. Motyle w moim brzuchu nie przestawały tańczyć, nawet po tylu latach wspólnego dorastania. Między nami nie było już konieczności ukrywania czegokolwiek. Pałac był moim domem, Imperialni Strażnicy byli moją rodziną, a Rai… On był moją bezpieczną przestrzenią, czymś tak stałym, że czasem aż nierzeczywistym.
Ryu był czymś innym. Był tym uczuciem, które urosło samo, naturalnie, z codzienności, z drobnych gestów, z tej śmiesznej, dziecięcej bliskości, która nagle stała się dorosła i już nie dało się jej odwrócić. Patrzyłam na niego, kiedy wracał do ćwiczeń, i cieszyłam się, że wreszcie w pałacu nie jest samotny. Przestał chować się w sobie i udawać, że nie potrzebuje innych.
— Dobra, przerwa! — zawołał Ryu po kolejnej serii. — Woda, oddech, a potem zrobimy to jeszcze raz, tylko tym razem bez teatrzyku.
— Ty mówisz o teatrzyku? — oburzył się ktoś z końca szeregu.
— Ja jestem sztuką — odpowiedział Ryu bez wahania.
Śmiech znów przeszedł przez plac jak fala. Złapałam się na tym, że uśmiecham się sama do siebie. Tak zwyczajnie, jak kiedyś. Jak na Wyspach Lua, kiedy świat był prostszy, a on był wszędzie tam, gdzie było głośno i ciepło.
W pałacu nie musiał już udawać. Wreszcie mógł oddychać.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Dymitr
Wyjścia do teatru miały w sobie coś z rytuału, który Imperium traktowało prawie równie poważnie jak audiencje. Stroje, luksusowe samochody, światła, odpowiednie wejścia, badawcze spojrzenia. Liya poruszała się w tym wszystkim bez wysiłku, jakby elegancja nie była maską, tylko naturalnym przedłużeniem jej ciała. Kate i Charlotte trzymały się blisko niej, dwie różne energie krążące wokół tej samej osi. Kate mówiła dużo, nawet kiedy udawała, że milczy. Charlotte mówiła mało, nawet kiedy jej twarz zdradzała wszystko.
Ja byłem ich cieniem. Tym razem towarzyszył mi Cassian, a ja musiałem przyznać, że coraz bardziej lubię z nim współpracować. Wiedziałem, że w razie potrzeby się nie zawaha, a jego priorytetem w każdym wypadku będzie Liya.
Szedł kilka kroków dalej, jak zawsze. Nie rzucał się w oczy, ale ludzie instynktownie robili mu miejsce, chociaż nie umieliby wyjaśnić dlaczego. Anioł, który potrafił być niezauważalny, był zabawnym paradoksem. Mój ulubiony typ paradoksu, jeśli miałem być szczery.
Teatr natomiast… był próbą zrobienia z paradoksu sztuki. Wnętrze budynku błyszczało złotem i czerwienią, a powietrze pachniało perfumami, aksamitną tapicerką i czyjąś ambicją. Widownia szumiała cicho, jak morze przed burzą, złożone z rozmów, plotek i śmiechów, które brzmiały tak samo w każdym świecie, niezależnie od tego, czy ludzie mieli magię, czy tylko pieniądze.
Obsługa zaprowadziła nas do loży. Raiden nie wysłałby Liyi na publiczną widownię. W ogóle nie wysyłałby jej nigdzie, gdyby to od niego zależało. To, że wyszła, było jego ustępstwem, a ja znałem cenę tych ustępstw lepiej niż większość.
Zgasły światła. Kurtyna uniosła się w górę.
Spektakl był… poprawny. Estetyczny. Przynajmniej dopóki nie pojawiły się w nim żywioły. Wtedy scena ożyła naprawdę. W Imperium teatr bez żywiołów byłby jak pałac bez światła, a ten teatr miał je wszystkie. Iluzja nie udawała ognia, był prawdziwy, rozniecony na krawędzi sceny w precyzyjnej, kontrolowanej linii. Wiatr nie został wywołany wachlarzem i sztuczką, tylko prawdziwym ruchem powietrza, który poruszał tkaninami kostiumów dokładnie tam, gdzie trzeba. Woda potrafiła pojawić się w cienkiej warstwie mgły, chłodnej i rzeczywistej, a ziemia drżała delikatnie pod stopami aktorów w momencie, w którym dramaturg chciał, żeby widz poczuł ciężar słów.
Zerknąłem na Liyę. W jej oczach pojawiło się to migotanie, które znałem aż za dobrze. Jakby oglądała dwa obrazy naraz. Ten tutaj, intensywny, żywiołowy, przesadzony pięknem, oraz tamten, ze wspomnień z jej starego świata, gdzie scenę buduje się światłem lamp i ludzkim głosem, bez zaklęć i bez powietrza, które posłusznie tańczy na komendę. W tamtym miejscu teatr musiał być bardziej „goły”, zależny od aktora, ciszy, słów. Tutaj słowo było tylko jednym z narzędzi.
— Widzisz? — mruknąłem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej. — Bez żywiołów to w ogóle nie to samo.
Liya nie odpowiedziała, ale kącik jej ust drgnął. Zgadzała się. Zawsze zgadzała się z tym, co sama już zdążyła pomyśleć.
Pierwszy akt minął szybciej, niż powinien. Nim zdążyłem się naprawdę znudzić, rozległy się brawa i sala zadrżała od ruchu tych, którzy wstali, żeby wyjść do holu.
Przerwa.
Hol był pełen światła i zapachu kwiatów. Kryształowe lampy, srebrne tace, ciche rozmowy. Starszy fae ukłonił się Liyi z przesadną gracją. Ktoś inny spojrzał na nią tak, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
Znałem te spojrzenia. Znałem też powód, dla którego mnie dzisiaj nie ruszały. To nie widownia była problemem. Była nim Kate.
Stała kilka kroków ode mnie i zachowywała się tak, jakbym nie istniał. Rozmawiała z Charlotte, śmiała się do czegoś, co ta powiedziała półgłosem, przyjmowała kieliszek z dłoni kelnera, a kiedy spojrzenie przypadkiem zahaczyło o mnie, natychmiast przesuwała wzrok, jakby dotknięcie powietrza między nami było czymś nieprzyjemnym. Ostentacyjnie. Świadomie. Głupio. Co gorsza… skutecznie.
Nie lubiłem tego uczucia. Tego ukłucia pod żebrami, napięcia w szczęce, tej irytacji, która nie miała prawa się pojawić, bo Kate była tylko jedną z wielu osób w moim świecie. Jedną z wielu, które mogą się obrażać, ignorować mnie, udawać dumę. Normalnie bym to zignorował. Zazwyczaj bym się roześmiał i wyciągnął z tego żart. Nie tym razem.
Zdałem sobie też sprawę, że Liya zauważyła. Oczywiście — zawiodłaby mnie, gdyby tak się nie stało.
Najpierw mój humor, potem jego źródło. Jej spojrzenie przeskoczyło z mojej twarzy na Kate, potem wróciło do mnie. W tej jednej chwili miała w sobie coś z analityka, którego tak dobrze znałem, i coś z dziewczyny, która lubi mieszać ludziom w głowach dla samej zabawy.
— Dymi — odezwała się miękko, jakbyśmy rozmawiali o niczym. — Chodź ze mną na chwilę.
Zanim Kate zdążyła spojrzeć w naszą stronę, Liya już prowadziła mnie z powrotem w głąb korytarza, gdzie było ciszej. Cassian został przy wejściu do holu, spokojny, czujny. Charlotte zatrzymała się przy jednym ze stolików. Kate nawet nie odwróciła głowy. Na moment zostaliśmy sami.
Liya stanęła przede mną i złożyła dłonie na wysokości talii, jakby udawała niewinność. Nie była niewinna, nigdy taka nie była.
— Co się dzieje? — zapytała słodko. — Wyglądasz, jakbyś miał ochotę kogoś udusić, a przecież jesteśmy w teatrze.
— Może mam ochotę udusić teatr — mruknąłem.
Westchnąłem teatralnie, bo w jej obecności nawet moja cierpliwość miała granice, tylko że ona te granice traktowała jak mapę do skarbu.
— To Kate — powiedziała spokojnie, jakby to było oczywiste.
Nie odpowiedziałem. Jej oczy błysnęły.
— Lubi cię — stwierdziła — i obraziła się, bo uznała, że ty jej nie lubisz.
Parsknąłem śmiechem, w którym nie było nic wesołego.
— Nie mieszaj.
— Ja? — Liya udawała zaskoczenie. — Ja tylko obserwuję. To moja ulubiona dyscyplina.
— Liya…
Zrobiła krok bliżej. Była o głowę niższa, a mimo to miałem wrażenie, że to ona ma przewagę.
— Powiedz — nalegała. — To przecież proste. Czy lubisz Kate?
Chciałem jej odmówić, zbyć to, obrócić w żart, ale w jej spojrzeniu było coś tak upartego, że poczułem, jak wzbiera we mnie irytacja i właśnie wtedy pękłem, bo ona zawsze potrafiła doprowadzić do mojego pęknięcia w najmniej spodziewanym miejscu.
— Dobrze, lubię Kate, czy to właśnie chciałaś usłyszeć? — zapytałem zirytowany.
Liya zapiszczała z ekscytacji, po raz pierwszy naprawdę zapiszczała, zachowując się jak zwyczajna nastolatka. Z impetem rzuciła mi się na szyję.
— Od początku wiedziałam, że idealnie do siebie pasujecie! — cieszyła się jak małe dziecko.
Zamarłem odruchowo, a potem, mimo woli, objąłem ją w pasie, żeby nie straciła równowagi. Jej energia była zaraźliwa w sposób kompletnie nieprzyzwoity. Jeszcze chwilę temu miałem ochotę udusić pół świata, a teraz trzymałem w ramionach księżniczkę, która cieszyła się jak mała dziewczynka.
— Puść mnie — zaśmiała się, ale wcale nie próbowała się odsunąć. — Muszę to powiedzieć Charlotte.
— Nie — odpowiedziałem automatycznie. — Nie musisz.
Odsunęła się w końcu i spojrzała na mnie z tym swoim rozbawieniem, które zawsze oznaczało kłopoty.
— Muszę. To jest zbyt dobre.
— Liya — ostrzegłem cicho.
— Dymi, nie udawaj, że nie lubisz dramy — odparła i przechyliła głowę. — Ty żyjesz z dramatów. Tylko udajesz, że żyjesz z obowiązku.
Nie zaprzeczyłem, bo byłoby to stratą czasu.
Z holu dobiegł dźwięk dzwonka oznaczający koniec przerwy. Ludzie zaczęli wracać do sali. Zobaczyłem, jak Charlotte rusza pierwsza, a za nią Kate, wciąż trzymająca ten sam chłodny dystans. Udawała, że nic się nie dzieje, ale jej plecy mówiły coś zupełnie innego.
Liya spojrzała w tamtą stronę, a potem na mnie.
— Jest na ciebie solidnie wkurzona — zauważyła.
— Wiem.
— Możesz ją przeprosić.
— Nie mogę — odpowiedziałem spokojnie, chociaż w środku znów pojawiło się to irytujące ukłucie.
Liya zmrużyła oczy.
— Dlaczego?
Tym razem nie powiedziałem jej prawdy. Tego, że czasem nie wolno mi działać tak, jakbym chciał. Nie powiedziałem jej też, że nie wiem, czy potrafię przeprosić Kate w sposób, który nie zabrzmi jak manipulacja.
Zamiast tego uniosłem ramiona.
— Bo to skomplikowane.
— Kłamiesz — skwitowała łagodnie. — Ale na razie ci odpuszczę.
Wróciliśmy do sali razem. Cassian wszedł za nami, cichy jak cień. Kate usiadła kilka miejsc dalej, nie patrząc w moją stronę.
Kurtyna się podniosła. Spektakl znów zaczął się toczyć, tylko że tym razem wcale nie patrzyłem na scenę. W głowie miałem jedno — Liya właśnie uznała, że ja i Kate do siebie pasujemy. To było najgroźniejsze zdanie, jakie wypowiedziała tego wieczoru.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Gabinet miał tę przewagę nad resztą pałacu, że cisza była w nim prawdziwa, a moja magia mroku pogłębiała ją tak, że nikt z zewnątrz nie mógłby nic usłyszeć. To było właściwe miejsce, by myśleć, liczyć i podejmować decyzje bez świadków.
Drzwi zamknęły się bez echa. Aron stanął bliżej biurka, jakby nie chciał tracić czasu na gesty. Dymitr oparł się niedbale o ścianę, ale jego postawa była napięta, a w złotych oczach nie było ani odrobiny zwyczajowej ironii. Ich obecność w jednym miejscu o tej porze oznaczała jedno — sytuacja przestała się mieścić w kategoriach, które można było rozwiązać dyplomacją.
Słuchałem, nie przerywając.
— Podsumowując — Aron wyglądał na zmęczonego — znamy już wszystkich przywódców organizacji i najwyższy czas się ich pozbyć, w Księżycowym Mieście zaczęły pojawiać się anioły, które chcą zlikwidować Cassiana, a być może i Keia, Elianna nie zamierza siedzieć cicho i będzie stwarzała kolejne problemy, a zamachy na Liyę są coraz częstsze i lepiej zorganizowane.
Nie miał racji w jednej rzeczy. „Najwyższy czas” minął wcześniej. Teraz był czas po terminie. Różnica polegała na tym, że ja wciąż mogłem przesunąć granicę konsekwencji, zanim zrobią to inni.
Wstałem i podszedłem do okna. Światła miasta drżały pod nocnym niebem. Z daleka wszystko wyglądało stabilnie. Z bliska Imperium było układem połączonych nici, w którym jeden źle wykonany ruch mógł wywołać reakcję łańcuchową.
— Pozbędziemy się wszystkich za jednym zamachem — stwierdziłem chłodno. — Zbliża się Festiwal Księżyca, jak co roku bal będzie odbywał się na luksusowym sterowcu, nad miastem, jeżeli skłonimy Emi do wzięcia w nim udziału, to będziemy mogli swobodnie działać.
Nie odwróciłem się. Wiedziałem, że Aron przyjmie to bez emocji, bo rozumiał logikę. Wiedziałem też, że Dymitr zareaguje inaczej. Usłyszałem cichy, krótki oddech. Nie był to strach. To była irytacja.
— Jeśli przez „wszystkich” masz na myśli również Eliannę, to nie — odezwał się w końcu. Ton miał spokojny, ale to był ten spokój, który zwykle poprzedzał jego upór. — Nie ma takiej potrzeby.
Odwróciłem głowę na tyle, by go widzieć. Stał tak samo jak zawsze, z pozorną nonszalancją, która nie miała nic wspólnego z rozluźnieniem.
— Jest pod moją kontrolą — kontynuował. — Wiem, co mówi i planuje. Wiem, komu próbuje wcisnąć swoją wersję wydarzeń. Jeśli zacznie przekraczać granice, sam ją zatrzymam. Bez rozgłosu i krwi na dywanie.
Aron spojrzał na niego krótko, bez komentarza. Nie wchodził między nas, bo znał zasadę — kiedy Dymitr zaczyna bronić jakiegoś rozwiązania, nie chodzi tylko o nie. Chodzi o mechanizm, który już zbudował i którego nie chce stracić.
— Emi nie odpuściła — przypomniałem cicho, bardziej jako fakt niż argument. — Jej przywiązanie do tej dziewczyny nie wynika z logiki. Wynika z… konsekwencji, których nie da się cofnąć.
Dymitr skrzywił się minimalnie, jakby słowo „konsekwencje” miało smak, którego nie znosił.
— Właśnie dlatego nie wolno jej ruszać — odpowiedział. — Jeśli Elianna zniknie, Liya nie będzie szukała winy w świecie, tylko w tobie, a wtedy zacznie kwestionować wszystko. Tego byś nie chciał.
Nie chciałem.
W tej chwili w mojej głowie nie było miejsca na dumę ani na urażone ego. Była tylko kalkulacja szkód. Dymitr miał rację — Emi potrafiła wybaczać wiele, ale kiedy czuła się zdradzona, przestawała być przewidywalna.
— Elianna też weźmie udział w festiwalu — powiedziałem po chwili. — Jako jego element.
Dymitr uniósł brew.
— Element?
— Odpowiednio ustawiony — dodałem. — Jej obecność uspokaja Emi, a twoja obecność uspokaja Eliannę. Ryu będzie potrzebny jako bufor emocjonalny dla Emi i jako narzędzie awaryjne. Cassian jako zabezpieczenie, którego nikt nie rozpozna, dopóki nie będzie za późno.
Aron przesunął palcami po krawędzi biurka, jakby w myślach układał listę zasobów.
— Wyślemy je na sterowiec — podsumował spokojnie. — Liyę i Eliannę pod opieką Dymitra, Ryu i Cassiana. W tym samym czasie uderzamy w przywódców organizacji i zamykamy temat aniołów, które kręcą się po Księżycowym Mieście.
Skinąłem głową.
— Jedno uderzenie. Jedna noc. Skuteczne sprzątanie — powiedziałem. — Tak, żeby nikt nie wiedział, co się naprawdę stało. Mieszkańcy stolicy mają zobaczyć jedynie Festiwal, muzykę, światła i bal nad miastem. Reszta powinna zostać w ciemności.
Dymitr odsunął się od ściany i zrobił kilka kroków w moją stronę, już bez udawanej lekkości.
— Jeśli ktoś tknie Liyę na sterowcu, spalę to miasto — rzucił cicho.
— Wiem — odpowiedziałem równie cicho. — Dlatego pilnujesz jej ty, nie kto inny.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez mrugnięcia. W tej ciszy było zrozumienie, które nie potrzebowało lojalności deklarowanej na głos. Moja lojalność nie należała do Imperium. Należała do jednej osoby. Ich lojalność w dużej mierze też.
Aron westchnął, krótko, jak człowiek, który od dawna śpi za mało.
— Co z Podniebnymi Wyspami? — zapytał. — Jeśli to ich kapłanki wysyłają anioły po Cassiana, to będą próbowały wejść wyżej, do pałacu.
Nie odpowiedziałem od razu. W mojej głowie poruszył się obraz, którego nie wypowiadałem na głos. Gra, plansza, sprytnie poustawiane pionki. Bogowie, którzy nie muszą brudzić sobie rąk, bo wystarczy, że poruszą jednym elementem, a reszta dzieje się sama. Widziałem to w zbyt wielu miejscach naraz, żeby wierzyć w przypadek. Zbyt wiele zbiegów okoliczności, zbyt precyzyjnie uderzających w te same punkty — Emi, Cassian, struktura władzy, chaos na obrzeżach.
Cassian był w tym układzie szczególny, niepasujący, trudny do sklasyfikowania. Idealny pionek, jeśli ktoś lubił pionki, które mogą nagle stać się figurą. Nie była to informacja, którą mogłem się z nimi podzielić.
— Aniołowie nie wejdą do pałacu, jeśli nie damy im powodu — odparłem w końcu. — Zostaną bez informacji, bez osłony i bez przewagi. To ich zatrzyma. Na jakiś czas.
Dymitr przyglądał mi się uważnie, jakby próbował wyłapać coś pomiędzy słowami. Aron nie drążył. Był wystarczająco inteligentny, by rozumieć, że czasem pytanie jest równie niebezpieczne, co odpowiedź.
— Festiwal Księżyca — powtórzył Aron, jakby chciał osadzić plan w ramach, które da się nazwać. — Bal pod gwiazdami i sprzątanie na ziemi.
— Dokładnie — potwierdziłem.
Wróciłem za biurko i położyłem dłonie na blacie. Czułem pod palcami chłód drewna, gładkość lakieru, ciężar decyzji, które miały w sobie więcej krwi, niż ktokolwiek w sali teatralnej byłby w stanie sobie wyobrazić.
Imperium lubiło wierzyć, że jest stabilne, ale ta rzekoma stabilność była efektem tego, że ktoś w odpowiednim momencie robił to, czego inni nie chcieli zrobić.
— Ustalcie szczegóły — poleciłem spokojnie. — Nie chcę improwizacji, luk i przypadków. — Podniosłem wzrok na Dymitra. — Elianna zostaje pod twoją kontrolą. Jeśli zaczniesz ją tracić, pozbądź się jej. — Potem spojrzałem na Arona. — W Księżycowym Mieście ma nie zostać nikt, kto w jakikolwiek sposób był związany z organizacją.
Aron skinął głową. Dymitr uśmiechnął się krótko, bez wesołości.
Sterowiec nad miastem miał błyszczeć, muzyka miała zagłuszać myśli, a tłum miał patrzeć w niebo, zachwycony. Pod spodem miała wydarzyć się prawdziwa historia. Bogowie mogli przesuwać swoje pionki, liczyć na chaos, próbować wyrwać mi to, co było dla mnie najważniejsze. W tę noc nie zamierzałem im ułatwiać zadania.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Elianne
Zaproszenie, które otrzymałam, było niczym najpiękniejszy prezent, jakby nagle w samym środku mojego życia rozbłysło jasne światło. W jednej chwili wszystkie wcześniejsze upokorzenia, chłód pałacowych korytarzy i wspomnienie stalowych drzwi przestały mieć znaczenie. Liczyło się tylko to, że zostałam zaproszona, a Festiwal Księżyca dotyczył także mnie.
Nie interesowało mnie, czy kopertę podała służba, czy ktokolwiek wypowiedział moje imię na głos. Nie potrzebowałam wielkich gestów. Sam fakt, że mój ojciec o mnie pomyślał, był wystarczający, by wypełnić mnie euforią tak czystą, że aż śmieszną. Chodziłam po pokoju jak zaczarowana, dotykałam papieru, jakbym bała się, że zniknie, a w głowie miałam tylko jedną myśl, powracającą jak puls — nareszcie.
Wreszcie ktoś postawił mnie w świetle, a nie w cieniu. Wreszcie będę tam, gdzie od zawsze powinnam być.
Kiedy dowiedziałam się, że Dymitr ma zostać moją eskortą, poczułam, jakby cały świat ułożył się w logiczną całość. Wtedy już nic nie mogło zepsuć mi humoru, nawet ta drobna, irytująca informacja, że Imperator sam nie pojawi się na sterowcu. To nie miało znaczenia. Naprawdę. Festiwal był dowodem, że należę do tego świata.
Przygotowania były niczym sen, w którym wszystko jest idealne. Ciemnofioletowa suknia, którą mi przyniesiono, była piękna do granic nierealności. Materiał układał się na mnie tak, jakby został stworzony wyłącznie po to, żebym wyglądała w nim jak księżniczka, nie jak dziewczyna z gór, która musiała walczyć o każdy oddech. W lustrze widziałam kogoś, kto nie prosi o miejsce, osobę, która je ma.
Kiedy przyszła pora wyjścia, serce biło mi tak mocno, że miałam wrażenie, iż słychać je w całym skrzydle pałacu. Dymitr czekał już na mnie, spokojny, elegancki, irytująco pewny siebie, a jednak jego obecność działała na mnie jak obietnica. Jakby nic złego nie mogło mi się stać, dopóki idzie obok.
Sterowiec był jeszcze bardziej olśniewający, niż sobie wyobrażałam. Wielki, luksusowy, ozdobiony światłami i tkaninami, które falowały na wietrze jak żywe istoty. Muzyka mieszała się ze śmiechem, a powietrze pachniało perfumami, winem i jedzeniem, którego nazw nawet nie znałam. Wszyscy odwracali głowy, gdy przechodziłam, i pierwszy raz w życiu nie czułam w ich spojrzeniach pogardy. Zamiast tego była w nich ciekawość i uznanie. Czułam… że jestem częścią tej opowieści.
Bal był cudowny w sposób niemal dziecinny. Tańczyłam z Dymitrem, rozmawiałam z generałami i szlachcicami, jadłam rzeczy, które smakowały jak luksus, śmiałam się, nawet jeśli czasem nie wiedziałam dokładnie z czego. Miałam wrażenie, że każdy kolejny krok po tym pokładzie dopisuje brakujące rozdziały mojego życia, jakby ktoś w końcu oddawał mi to, co mi się należało.
Nawet widok Liyi w towarzystwie Ryu nie potrafił mi tego odebrać. Próbowałam nie patrzeć w ich kierunku, ale i tak widziałam. Byli zbyt blisko siebie, tańczyli zbyt swobodnie, zbyt pewnie, jakby cały sterowiec miał zapamiętać, że ona może wszystko. Zwykle ten obraz wzbudziłby we mnie gorycz, ale tamtego wieczoru byłam tak szczęśliwa, że potrafiłam go przełknąć. Miałam wreszcie swój własny blask, swój upragniony moment.
Stałyśmy z Liyą na tarasie widokowym, otulone nocnym wiatrem, wysoko nad miastem, gdzie światła Księżycowego Miasta wyglądały jak rozsypane po czarnej tkaninie diamenty. Wokół kręciło się jeszcze kilka dziewcząt z Akademii, śmiejących się głośno i pewnie, ale ja słyszałam głównie własny oddech i muzykę dobiegającą z wnętrza sterowca, przytłumioną, jakby należała do innej rzeczywistości. Napawałam się myślą, że mojego ojca nie było tu wyłącznie dla mnie — nie było go również dla niej, a to dodawało mi otuchy.
Przez kilka godzin naprawdę wierzyłam, że od dziś wszystko będzie już tylko piękne. Pomyślałam, że to może być pierwszy wieczór w moim życiu, który nie skończy się tragedią.
Myliłam się.
Najpierw poczułam drżenie pod stopami, jakby sterowiec nagle wpadł w niewidzialną falę. Potem usłyszałam dźwięk, który nie pasował do muzyki ani do śmiechu. Metaliczny zgrzyt, przechodzący w przeciągły syk.
Ludzie zaczęli krzyczeć. Światła zadrżały. Tkaniny zatrzepotały gwałtowniej. Powietrze zrobiło się zimne, jakby magia rozdarła noc. Wtedy to się stało.
Kadłub się zachwiał, z balonu sterowca z głośnym sykiem zaczęło uchodzić powietrze. Grunt spod naszych stóp uciekł, a my zaczęłyśmy spadać w otchłań.
Kątem oka dostrzegłam, jak Dymitr rozkłada ogromne, ciemne skrzydła i bez chwili namysłu skacze w dół. Kiedy był tuż obok, wyciągnęłam do niego ręce, ale on zignorował mnie i chwycił w ramiona Liyę. Wybrał ją — nie mnie. Zawiśli w powietrzu, a ja spadałam dalej w dół, ku śmierci.
Po chwili Liya wyrwała się z ramion Dymitra, a na jej plecach pojawiły się przepiękne, świetliste skrzydła. Leciała w moim kierunku z prędkością szybszą, niż byłabym sobie w stanie wyobrazić. Zaraz potem otoczyła mnie jej ciepła, cudowna magia światła, a ona przyciągnęła mnie do siebie, zamykając w ramionach. Byłam bezpieczna.
Kiedy wylądowałyśmy na ziemi, wciąż do niej przytulona, wybuchnęłam płaczem.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Elianna
Po raz pierwszy znalazłam się w imperialnym skrzydle pałacu. Zaskoczyło mnie, że nie było tu przepychu, a jedynie elegancka, minimalistyczna przytulność. Siedziałyśmy z Liyą na kanapie, a wokół nas panował chaos. Imperialni Strażnicy prowadzili ożywioną dyskusję, z której zostałyśmy wykluczone. Co jakiś czas ktoś podchodził do księżniczki, siadał obok i ją przytulał, albo przechodząc dotykał jej włosów. Na mnie ponownie nikt nie zwracał uwagi.
Po ponad trzech kwadransach do pomieszczenia wszedł Imperator, a moje serce stanęło.
— Wyjdźcie, wszyscy — zażądał, a oni posłusznie, bez słowa sprzeciwu wykonali jego rozkaz.
Podniosłam się z kanapy, ale Liya przytrzymała mnie w miejscu.
— To ciebie nie dotyczy — szepnęła.
Powoli wstała. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu Imperator jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wziął ją w ramiona. Księżniczka wtuliła się w niego ufnie, cicho wzdychając.
— Czy wokół ciebie zawsze musi się coś dziać? — spytał łagodnie. — Nawet nie wiesz ile czasu poświęciłem na zapewnienie bezpieczeństwa festiwalowi — mruknął.
— Na szczęście Cassian i Ryu szybko poradzili sobie z kryzysem i nic nikomu się nie stało — odpowiedziała podnosząc wzrok i uśmiechając się do niego.
— Wypadłaś ze sterowca — przypomniał jej z naganą.
— Przecież mam skrzydła — odpowiedziała jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby takie wypadki były dla niej rzeczą powszednią. — Poza tym Dymitr był w pobliżu, a gdyby on nie zareagował, to jestem pewna, że zrobiliby to Cassian albo Ryu.
Dymitr… W moim wnętrzu ponownie rozlało się to nieprzyjemne zimno. Gdyby nie Liya… Illi’andin pozwoliłby mi umrzeć, tak po prostu. Nie zareagował też żaden z pozostałych Imperialnych Strażników…
Nie myśląc o tym co robię, zerwałam się z kanapy.
— Myślałam, że Dymitr jest moim strażnikiem, czemu ratował ciebie, a nie mnie? — oskarżyłam ją podniesionym głosem.
Coś mrocznego, nieprzyjemnego odepchnęło mnie tak, że upadłam na kanapę, boleśnie uderzając o jej oparcie. Wokół mojej szyi owinęły się ciemnofioletowe macki. Próbowałam z nimi walczyć, ale były zbyt silne. Nie mogłam złapać tchu.
— Rai, przestań! — usłyszałam spokojny głos księżniczki.
Spojrzał na nią, ale tym razem w jego spojrzeniu był wyraźnie wyczuwalny chłód.
— Nie zamierzam. Moja cierpliwość się skończyła — oznajmił, a ja poczułam, że osuwam się w ciemność.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Moja magia światła zadziałała instynktownie, odpychając jego mrok. Teraz, kiedy wiedziałam jak jej używać, wcale nie była od niego słabsza.
Rzucił mi zirytowane spojrzenie.
— Raidenie Yasei Wairudo — tym razem wypowiedziałam jego pełne imię — dziewczyna należy do mnie i jej nie dotkniesz — oznajmiłam twardo.
Odsunął się zaskoczony. Usiadłam przy niej na kanapie i otoczyłam ją moim światłem. Powoli otworzyła oczy.
— Słyszałem, że cię nienawidzi — Imperator odezwał się lodowatym głosem. — Kiedy wreszcie się poddasz?
— Nie zamierzam tego robić — oznajmiłam mu twardo. — Dodatkowo chcę, żebyś poświęcił trochę czasu i nauczył ją, jak korzystać z mroku, skoro usunąłeś ją z akademii. Nie może być taka bezbronna.
Raiden zmrużył oczy.
— Nie zamierzam tego robić.
Zacisnęłam dłonie w pięści. Jeżeli chciał wojny, to chętnie mu jej dostarczę.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Elianna
Oniemiała przyglądałam się temu, co działo się w pomieszczeniu. Liya… ona krzyczała na Imperatora, a on słucha jej słów w milczeniu.
— Mam gdzieś co sobie wymyśliłeś — oznajmiła stanowczo. — Masz dwa tygodnie, żeby nauczyć ją, jak przywoływać skrzydła. Potem możesz już nigdy nie oglądać jej na oczy, ale to i tak nie zmieni faktu, że jest twoją córką!
— Emi… — zdziwiłam się, kiedy Imperator wypowiedział niewłaściwie imię — bądź rozsądna.
Jednak imię najwyraźniej rzeczywiście należało do niej, bo obrzuciła go zirytowanym spojrzeniem i odpowiedziała powoli cedząc słowa.
— Jestem rozsądna. Nie wybaczę ci, jeśli ją skrzywdzisz.
Wodziłam wzrokiem od ojca do Liyi i z powrotem. Ona… stawała w mojej obronie. On… chciał mnie zabić. Z zimną krwią. Dopiero teraz z pełną świadomością i wszystkimi tego konsekwencjami dotarło do mnie, jak ogromny błąd popełniłam.
— Teraz zrobimy to po mojemu — oznajmił w końcu, po dłuższej chwili milczenia. — Przyprowadzisz tu Dymitra i zostawisz nas samych na dwadzieścia minut. Potem zrobię co zechcesz — dodał.
— Nie zrobicie jej krzywdy? — upewniła się chłodno.
— Masz moje słowo — zapewnił Imperator.
Ku mojemu przerażeniu Liya posłuchała go i wyszła z salonu.
Ojciec spojrzał na mnie niechętnie, jak na mysz, która zakradła się do jego kuchni, ale nic nie powiedział.
Po chwili do pokoju wszedł Dymitr.
— Wzywałeś mnie — bardziej stwierdził fakt, niż zapytał.
Imperator skinął głową.
— Pokaż jej moje wspomnienia — rozkazał. — Chcę, żeby dowiedziała się, kim jest Emi.
Illi’andin skinął głową, a potem usiadł obok mnie. Nie pytając o zgodę wziął mnie za rękę. Poczułam, jakbym traciła grunt pod nogami. Nagle, zamiast w salonie, znalazłam się w wielkiem bibliotece. Obok mnie stał Dymitr, a po jego drugiej stronie znajdował się Imperator. Illi’andin zrobił kilka kroków i wyciągnął z jednego z regałów książkę, a potem mi ją podał.
— Otwórz — polecił, a ja zbyt przestraszona by protestować, posłuchałam.
Zalała mnie fala wspomnień. Luksusowy, elegancki pokój. Moja matka w przepięknej, kremowej sukni zachwycona rozgląda się dookoła. Ojciec stoi pod ścianą i patrzy na nią, jakby świat przestał istnieć. Nagle chwyta jej nadgarstki, popychając tak, że plecami oparła się o ścianę.
– Kim jesteś? – zapytał wrogo.
– Mam na imię Emiyo – odezwała się swobodnie. – Czujesz się zawiedziony? – spytała wpatrując się w niego zaciekawiona.
– Nie – odezwał się jednak nie puszczając jej nadgarstków, które trzymał wysoko nad jej głową. – Czuję ulgę.
Jego usta znalazły się na jej ustach, a ona zaczęła odwzajemniać jego zaborcze pocałunki.
Książka się zamknęła, a ja stałam oniemiała, niezdolna do wykonania choćby najmniejszego ruchu. Wtedy Dymitr wcisnął mi do ręki następny tom.
Ponownie zobaczyłam ojca i matkę. Tym razem szli ramię w ramię przez podziemny parking. Strażnicy zaprowadzili ich do samochodu, który przypominał opancerzoną, więzienną ciężarówkę.
– Czy my będziemy tym jechać? – kobieta szepnęłam do Raidena, zmuszając go, żeby zostali odrobinę w tyle.
– Och… – sprawiał wrażenie nieco zmieszanego. – Oczywiście, że nie. Przygotowałem ją na wszelki wypadek… Gdyby Seina planowała sprawiać problemy – wyjaśnił cicho.
– Cóż, ją mamy już z głowy – westchnęła. – Ktoś jest w środku? – spytała niepewnie.
Imperator wyglądał na zaskoczonego.
– Czujesz jego obecność? – spytał po chwili.
Przytaknęła.
Kolejna książka, którą podał mi Dymitr wyglądała jak książeczka dla dzieci, a nie solidny, oprawiony w skórę tom.
Ujrzałam małą, śliczną dziewczynkę o złotych włosach. Kiedy zobaczyła Imperatora natychmiast podbiegła w jego kierunku, a on wziął ją w ramiona.
– Tęskniłam – mruknęła, oplatając jego szyję ramionami.
– Panienko Aaliyo! Panienko Aaliyo! Tak nie można! – do ogrodu wybiegła za nią pałacowa służba.
– Nic się nie stało, mamy z Lady Arashi do omówienia parę spraw – odezwał się do nich chłodno Imperator, przytulając ją do siebie jeszcze mocniej. – Czy możecie nas teraz zostawić?
Kobiety patrzyły nieufnie, ale pospiesznie wycofały się, ciągle się kłaniając.
– Usiądziemy? – spytał Raiden. Skinęła głową, a on zaniósł ją do ukrytej wśród pnących róż altanki. Postawił ją na podłodze i usiadł na drewnianej ławce, ale ona zaraz z powrotem wdrapała się na jego kolana. Westchnął. – Jak to możliwe? – spytał.
Wzruszyła ramionami, spuszczając wzrok.
– Bogini się zdenerwowała, że ciągle umieram i postanowiła obudzić mnie w ciele którejś z długowiecznych ras… – wyjaśniła cichutko – tylko że wy nie umieracie w taki sposób jak ludzie. Nie łatwo was zabić i jeżeli już giniecie, to ciała są dosłownie rozerwane na kawałki. Dlatego uznała za stosowne stworzyć mnie od nowa. Powiedziała, że mnie nie ochroniłeś, więc za karę trochę na mnie poczekasz – wyznała.
Imperator jęknął.
– Trochę?! Czekałem cholerne pięć lat, a będę czekał kolejnych kilkanaście.
– Nie musi być tak źle – uśmiechnęła się dziewczynka.
– Emi – szepnął – nie możemy się widywać. Przynajmniej przez jakiś czas…
– Dlaczego? – spytała zaskoczona.
Mężczyzna głęboko zaczerpnąłem powietrza, a potem powoli je wypuścił.
– Bo jest szansa, że zrodzi się między nami zupełnie inna relacja. Zupełnie nie taka, jaka powinna być – wyznał. – Będę cię traktował jak córkę, a nie jak ukochaną.
Przez chwilę myślała, a potem skinęła głową.
– Musisz oficjalnie poprosić o moją rękę – oznajmiła jednak nie protestując.
– Co? – Wyglądał na zaskoczonego. – Ile ty masz w ogóle lat?!
– W sumie to już chyba dwadzieścia siedem – spojrzała mu poważnie w oczy.
– Dobrze, w takim razie ile lat ma Aaliya?
Dziewczynka spuściła wzrok.
– Pięć – przyznała – za dwa miesiące skończę sześć – wyjaśniła. — Raiden… – zaczęła powoli – musisz to zrobić. Przecież zaręczyny dzieci są tu zupełnie normalne… Co zrobisz jeżeli matka obieca mnie komuś innemu? Wywołasz kolejną wojnę? Daishi pokazała mi czym zajmowałeś się przez ostatnie pięć lat – dodała z naganą. – Przecież nie weźmiemy ślubu już teraz – dodała z uśmiechem, widząc moją gradową minę. – Wyprawimy wesele, kiedy skończę dwanaście lat.
– Nie ma mowy! Poczekamy aż skończysz osiemnaście! – oznajmił kategorycznie.
– Czternaście? – zaproponowała patrząc na niego błagalnie.
– Siedemnaście i ani dnia mniej!
Westchnęła.
— Niech ci będzie – zgodziła się niechętnie. – Ale będziesz mnie odwiedzał – zażądała.
– Przecież powiedziałem ci, że…
– Raz do roku, w moje urodziny – oznajmiła stanowczo.
Świat zawirował, a ja znów siedziałam na kanapie w pałacowym salonie. Co to miało znaczyć?! Czy to naprawdę były… wspomnienia mojego ojca?
— Teraz już rozumiesz? — spytał chłodno Dymitr.
Przecząco pokręciłam głową. Imperator spojrzał mi prosto w oczy.
— Księżniczka Seina nigdy nie była twoją matką. Nidy nie wziąłem z nią ślubu, nigdy z nią nie dzieliłem łoża — jego ton był lodowaty. — To Emi nią jest lub, jeśli wolisz, Liya, której tak bardzo nienawidzisz.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Odrobinę zaskoczyło mnie, gdy pozwolili mi zostać z Elianną sam na sam. Usiadłam obok niej na kanapie, niepewna, co powiedział jej Raiden, a ona patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Po jej policzkach spływały łzy.
— Ja… nie miałam pojęcia — wyszeptała cicho.
— O czym? — zapytałam łagodnie.
— Że księżniczka Seina umarła i kto inny wziął ślub z Imperatorem… — wydusiła poprzez łzy — i… że tym kimś byłaś ty.
Och… więc po to był mu Dymitr. Ulga mieszała się w moim wnętrzu z konsternacją. Nie byłam pewna, czy pokazywanie jej wspomnień Raidena na mój temat było najlepszym posunięciem, jakby nie patrzeć burzyło wszystkie fundamenty jej świata.
Elianna zacisnęła palce na materiale swojej sukni, jakby chciała się czegoś przytrzymać, żeby nie runąć. Oddychała płytko, urywanie, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś, czego wcześniej u niej nie widziałam — pustka, która nagle wypełniła się przerażeniem.
— Ja myślałam, że… — zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle.
Poruszyła wargami kilka razy, jakby próbowała dopasować słowa do rzeczywistości, która przestała się zgadzać. Łzy spływały jej już nie tylko po policzkach, ale po brodzie, rozmazując makijaż, który wcześniej był perfekcyjny. Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i wbiła w nie twarz, jak dziecko, które nie wie, co zrobić z bólem, więc chowa go w sobie, licząc, że zniknie.
— Przepraszam… — wyszeptała w końcu, tak cicho, że przez moment nie byłam pewna, czy naprawdę to powiedziała. Uniosła głowę i spojrzała na mnie z desperacją, której nie dało się udawać. — Ja nie wiedziałam. Ja… byłam pewna, że to ty… że ty mi zabrałaś… wszystko.
Jej dłonie drżały, kiedy wyciągnęła je w moją stronę, ale nie dotknęła mnie. Zatrzymała się w pół ruchu, jakby bała się, że ma do tego prawo.
— Nie skreślaj mnie — wyrzuciła z siebie nagle, łamiącym się głosem. — Proszę. Ja nie mam nikogo. Dziadek… całe życie… ja tylko chciałam… — urwała, zaciskając powieki. — Ja chciałam mieć ojca.
W moim wnętrzu coś zadrżało, bolesne i znajome. Przysunęłam się bliżej i objęłam ją ostrożnie, jakby była zrobiona ze szkła. Najpierw zesztywniała, jakby dotyk był dla niej czymś obcym. Po sekundzie pękła całkowicie. Wtuliła się we mnie tak mocno, że aż zabolały mnie ramiona, a jej szloch przebił się przez moje ubranie jak fala, której nie da się zatrzymać.
— Spokojnie — szepnęłam, głaszcząc ją po włosach. Były miękkie i splątane, pachniały perfumami, które miały ją uczynić księżniczką, a teraz były tylko kolejnym elementem tej nocy, która ją złamała. — Nigdy nie zamierzałam cię skreślić, naprawdę.
Powoli zaczęła łapać oddech. Wciąż drżała, ale przestała się dławić płaczem. Trzymałam ją przy sobie, pozwalając, żeby jej ciężar spoczął na mnie, jakby to było coś naturalnego. Jakby to była rola, którą już kiedyś pełniłam.
— Wtedy… dziewiętnaście lat temu… — zaczęłam cicho, bo wiedziałam, że jej umysł potrzebuje jakiejś struktury, choćby jednej nitki, której może się złapać. — Mieszkałam w tym pałacu jako Seina. Dla wszystkich byłam nią. Nosiłam jej imię, tytuł i historię. Stałam obok Imperatora, uczyłam się zasad, udawałam, że wiem, jak działa ten świat, a jednocześnie byłam w nim… całkiem sama.
Elianna uniosła głowę tylko odrobinę. Jej oczy były czerwone, ale wpatrywała się we mnie uważnie, jakby każde słowo było dla niej tlenem.
— Nie robiłam tego po to, żeby ci coś zabrać — dodałam spokojnie. — Niczego o tobie wtedy nie wiedziałam, nie planowałam twojego życia. Gdybym nie została zabita, dorastałabyś z nami w pałacu i wszystko wyglądałoby inaczej, tak jak powinno.
Jej usta zadrżały.
— Czy… on… — zaczęła, ale nie potrafiła dokończyć.
Wiedziałam, o co pyta. O ojca. O to, czy kiedykolwiek była dla niego czymś więcej niż problemem. Przytuliłam ją do siebie mocniej i na moment zamknęłam oczy.
— Raiden jest… trudny — powiedziałam ostrożnie, bo nie chciałam jej okłamywać, ale nie zamierzałam też dobić jej prawdą, której nie udźwignęłaby w tej chwili. — Myśli w sposób, który rani. Działa jak ktoś, kto od dawna uczył się wyłącznie kontrolowania innych. Nie potrafi okazać uczuć w normalny sposób, nawet jeśli je ma.
Elianna zaszlochała cicho, ale tym razem nie wyrwało jej to oddechu.
— Ja… ja byłam wobec ciebie okropna — wyszeptała.
Delikatnie pogłaskałam jej włosy.
— Byłaś przerażona — poprawiłam ją łagodnie. — I samotna. Widziałam to od pierwszego dnia, nawet jeśli udawałaś, że tak nie jest.
Jej dłonie zacisnęły się na moim rękawie.
— Chciałabym… to zmienić — powiedziała natychmiast, zbyt szybko, jakby bała się, że jeśli zawaha się choćby o sekundę, straci szansę. — Ja… ja nie chcę już… nienawidzić.
W jej głosie była szczerość, ale też chaos, który jeszcze długo będzie się w niej kotłował. Wiedziałam, że nie zniknie w jedną noc. Wiedziałam też, że jutro znów może wrócić chłód i duma, a za tydzień stara narracja może spróbować się odrodzić. Mimo to przytuliłam ją mocniej.
— Dobrze — szepnęłam. — To zaczniemy od tego, że przestaniesz być sama.
Siedziałyśmy tak długo, aż jej oddech stał się równy, a ciężar jej ciała zaczął mięknąć. Powieki opadały jej coraz niżej, głowa zsunęła się na moje kolana, a dłonie wciąż trzymały mój rękaw, jakby był liną ratunkową. Nie poprawiłam jej. Nie chciałam, żeby się obudziła tylko dlatego, że poczuła, iż znowu musi być czujna. Gładziłam ją po włosach powoli, cierpliwie, aż w końcu zasnęła, zmęczona płaczem i prawdą, która przyszła zbyt nagle. W salonie było cicho, a ja siedziałam nieruchomo, czując na swoich kolanach ciepło jej głowy i myśląc o tym, jak łatwo było jej uwierzyć w kłamstwo, jeśli kłamstwo dawało sens. I jak trudno będzie jej teraz odnaleźć się w nowym świecie.