Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, który zamyka pewien rozdział.

    Liya

    Przymknęłam oczy, wzdychając zrezygnowana. Treningi z nimi dwoma zaczęły być naprawdę męczące. Obydwaj chcieli wykazać się za wszelką cenę, ich zawzięta rywalizacja powoli zaczynała wymykać się spod kontroli. Co gorsza Kei był bardzo zadowolony z sytuacji. Twierdził, że takie nastawienie pomoże im w przekraczaniu własnych granic. Był pewien, że to właśnie dzięki rywalizacji, będą coraz lepszymi wojownikami.

    Ryu walczył tak, jak zawsze. Instynktownie. Jego ruchy były płynne, szybkie, napędzane emocjami, które czułam nawet stojąc kilka metrów dalej. Czasem gniewem, czasem determinacją, czasem czymś ostrzejszym, trudniejszym do nazwania. Kiedy atakował, robił to całym sobą. Bez kalkulacji. Bez cofania się w ostatniej chwili.

    Dymitr był jego przeciwieństwem. Chłodny. Precyzyjny. Każdy krok przemyślany, każdy unik zaplanowany z wyprzedzeniem. Nie rzucał się do ataku, nie przyspieszał bez potrzeby. Czekał. Obserwował. Wyprowadzał cios dokładnie wtedy, kiedy Ryu odsłaniał się choćby na ułamek sekundy.

    Patrzyłam na nich i miałam wrażenie, że oglądam dwa różne sposoby istnienia w tym samym świecie. Pierwszy trening zakończył Kei. Krótko. Stanowczo. Nim którykolwiek zdążył przekroczyć granicę. Następny przerwał bardziej stanowczo, kiedy piach pod stopami Ryu zaczął drżeć w sposób, który zdecydowanie nie był już przypadkiem. Trzeci… trzeci zakończył się remisem. Oficjalnie. Nieoficjalnie żaden z nich nie wygrał, bo żaden nie chciał przegrać.

    Z każdym kolejnym dniem widziałam coraz więcej siniaków. Otarć. Zadrapań, których nie dało się już zrzucić na zwykłe potknięcia. Ryu coraz częściej wracał z treningu z rozciętym łukiem brwiowym albo obitymi dłońmi. Dymitr ukrywał swoje rany lepiej, ale znałam go już na tyle, by zauważyć napięcie w ramionach, sztywność ruchów, sposób, w jaki czasem zaciskał szczękę. Żaden z nich nie mówił ani słowa.

    Nie było otwartej wrogości. Nie było prowokacji, które mogłabym jasno nazwać. Było coś gorszego — milcząca zgoda na to, że każdy kolejny trening jest testem. Ryu walczył, jakby chciał udowodnić, że jest niezastąpiony i to on należy do tego miejsca. Do mnie. Do naszego świata. Dymitr walczył, jakby chciał sprawdzić granice. Swoje. Jego. Wszystkich dookoła. Jakby zwycięstwo nie było celem, tylko narzędziem.

    Stałam z boku, zaciskając dłonie, i dopiero wtedy dotarło do mnie, że ich konflikt już dawno przestał być o mnie. To była ich prywatna wojna i żaden z nich nie zamierzał ustąpić.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Rok później

    Daishii

    Lubiłam spędzać czas z Liyą i miałam nadzieję na chwilę wytchnienia. Od dawna już sama jej obecność była dla mnie kojąca. Tym razem jednak wyjście zapowiadało się na bardzo męczące. 

    Zauważyłam to od razu. Nie dlatego, że ktoś podnosił głos. Właśnie przeciwnie — było zbyt cicho. Zbyt uprzejmie. Zbyt gładko.

    Szłyśmy z Liyą brukowaną uliczką starej dzielnicy, a ja już po pierwszych kilku minutach wiedziałam, że to nie będzie zwykły wypad „na babski dzień”, który wymyśliłam trochę z troski, a trochę z czystej potrzeby wyrwania jej z pałacowych murów. Kiedy ma się czternaście lat, powinno się myśleć o sukienkach, słodyczach i tym, czy truskawkowe lody są lepsze od śmietankowych — nie o wielkiej polityce. 

    Dymitr szedł zbyt blisko. Nie nachalnie. Nie w sposób, który można by nazwać niegrzecznym. Po prostu… zawsze pół kroku od Liyi. Gdy zwalniała, zwalniał razem z nią. Gdy zatrzymywała się przy wystawie butiku, stawał obok, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Ryu zareagował natychmiast. Nie spojrzeniem — jeszcze nie. Ciałem. Przesunął się na drugą stronę, zamykając przestrzeń z drugiego boku. Jakby Liya była centrum, którego nie wolno zostawić bez osłony. Jakby ktoś mógł ją porwać w ciągu tych trzech kroków między straganami z owocami.

    — Ładna pogoda — rzucił Dymitr spokojnie, kiedy zatrzymaliśmy się przed stoiskiem z biżuterią.

    — Jeśli lubisz duchotę — odpowiedział Ryu bez cienia emocji.

    Liya nawet nie uniosła głowy. Zachwycała się srebrną bransoletką z motywem liści, zupełnie nieświadoma, że właśnie byłam świadkiem pierwszego strzału w wojnie, która nie potrzebowała broni.

    W kawiarni było jeszcze gorzej.

    Usiedliśmy przy małym stoliku na zewnątrz. Ja i Liya naprzeciwko siebie. Ryu zajął miejsce po jej lewej stronie. Dymitr — po prawej. Naturalnie. Oczywiście. Zupełnie przypadkiem.

    Kelnerka ledwo zdążyła odejść, kiedy Dymitr pochylił się lekko i „przypadkiem” poprawił rękaw Liyi, który zsunął się z ramienia.

    — Zmarzniesz — powiedział cicho.

    Ryu nawet na niego nie spojrzał. Po prostu przesunął swoją kawę tak, by kubek stanął dokładnie na granicy przestrzeni Dymitra.

    — Jest lato — rzucił.

    — Kiedy wieje chłodniejszy wiatr, to nie ma znaczenia — odpowiedział Illi’andin, unosząc brew.

    Ich spojrzenia skrzyżowały się na krótką, lodowatą sekundę. Taką, która wystarcza, by powiedzieć widzę cię i nie cofnę się ani o krok.

    Liya uśmiechnęła się do mnie, kompletnie niczego nie zauważając.

    — To miłe, że obaj ze mną przyszli — powiedziała pogodnie. — Czuję się bezpiecznie.

    O mało nie zakrztusiłam się kawą. Bezpieczeństwo nie miało z tym nic wspólnego. To była cicha wojna. Prowadzona spojrzeniami, drobnymi gestami, słowami, które dla postronnych brzmiały jak uprzejmości. Każdy krok bliżej. Każde „przypadkowe” muśnięcie dłoni. Każde zdanie, które można było zrozumieć na dwa sposoby — i oba były ostrzeżeniem. I tylko Liya, siedząca pomiędzy nimi, jeszcze nie widziała, że znalazła się dokładnie na linii frontu.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    Najpierw robił to subtelnie. Zbyt subtelnie, żeby ktoś poza mną mógł to zauważyć. Stał zawsze tam, gdzie nie powinien. O pół kroku za blisko Liyi, albo dokładnie naprzeciwko mnie — tak, żebym musiał go widzieć. Nie mówił nic wprost. Oczywiście, że nie. Dymitr nie był typem, który rzuca wyzwania otwarcie. On je sączył. Powoli. Metodycznie.

    — Ciekawe — odezwał się któregoś dnia, gdy staliśmy obok siebie na dziedzińcu — jak różnie ludzie reagują na stres. — Nie spojrzałem na niego. Wiedziałem, że na to czeka. — Jedni działają — ciągnął spokojnie — inni tylko reagują.

    Zacisnąłem szczękę.

    — Masz coś konkretnego do powiedzenia? — zapytałem chłodno.

    Uśmiechnął się kącikiem ust. Tym swoim aroganckim, wyważonym uśmiechem, który działał mi na nerwy bardziej niż otwarta kpina.

    — Nie. Po prostu obserwuję — rzucił. — Lubię wiedzieć, co się wydarzy… zanim to nastąpi.

    Zadrżało powietrze. Poczułem to natychmiast — ledwie zauważalne napięcie, jakby wiatr zmienił kierunek. Zignorowałem je. Skupiłem się na oddechu. Na tym, czego uczył mnie Kei od lat. Spokój. Kontrola.

    — Widzisz — odezwał się znowu, ciszej — przyszłe wspomnienia są bardzo pouczające. Szczególnie te, w których ktoś przegrywa, zanim jeszcze zrozumie zasady.

    Tym razem nie wytrzymałem. Spojrzałem na niego. I wtedy zdałem sobie sprawę, że dokładnie tego chciał. Magia odpowiedziała szybciej niż myśli. Najpierw poczułem wilgoć na skórze, jakby powietrze nagle stało się cięższe. Potem ciepło. Potem drżenie ziemi pod stopami — ledwie wyczuwalne, ale obecne. Cztery żywioły poruszyły się naraz, jak stado spłoszonych zwierząt. Zamarłem. Cholera.

    Dymitr uniósł brew. Nie z triumfem. Z zainteresowaniem.

    — A jednak — mruknął. — Nie potrafisz się kontrolować. — Zrobił krok bliżej, ale jego głos pozostał spokojny. — Nie panujesz nad emocjami, one panują nad tobą.

    Wiatr zerwał się gwałtowniej. Gdzieś w oddali plusnęła woda w fontannie. Kamień pod moimi stopami pękł cicho.

    — Zamknij się — warknąłem.

    I wtedy… zrobił coś, czego się nie spodziewałem.

    — Uważaj — powiedział cicho. Bez kpiny. Bez prowokacji. — Jeśli stracisz kontrolę przy niej… wszyscy poznają twoją tajemnicę.

    Zamarłem kompletnie. Spojrzał mi prosto w oczy. Wiedział. O moich żywiołach. O tym, że nie jestem „jak wszyscy”. O tym, jak bardzo Liya na mnie wpływa.

    — Nie mówię tego, żeby cię upokorzyć — dodał po chwili. — Mówię, bo to słabość, którą ktoś inny wykorzysta. Jeśli nie ja — to ktoś, kto może zagrozić Liyi.

    Cisza. Żywioły powoli się uspokajały, jakby reagowały na sam fakt, że je zauważyłem. Serce waliło mi jak oszalałe.

    — Dlaczego mi to mówisz? — zapytałem w końcu.

    Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że zawahał się z odpowiedzią.

    — Bo rywalizacja to jedno — odparł wreszcie. — A zapewnienie Liyi bezpieczeństwa to drugie.

    Odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie samego z myślami, które były gorsze niż jego prowokacje. Dymitr nie był już tylko moim wrogiem. Był kimś, kto poznał mnie zbyt dokładnie.

      ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    To były moje siedemnaste urodziny, a ja wciąż nie mogłem przyzwyczaić się do tego, jak bardzo zmienił się mój świat. Minęło siedem lat od kiedy zamieszkałem na Wyspach Lua, od kiedy zaopiekowała się mną mała dziewczynka. Serena i Akihiko traktowali mnie, jakbym był ich synem. Oni również stali się moją rodziną, tak jak Liya i Kei. 

    Przytłoczony wystawnym przyjęciem, które zorganizowała dla mnie książęca para, wymknąłem się do ogrodu, by odetchnąć świeżym powietrzem. Zdziwiłem się, kiedy Serena, z którą niedawno tańczyłem, wyszła za mną. Podeszła bliżej i położyła dłoń na moim przedramieniu. Wydała mi się taka drobna. Nie byłem pewien, kiedy zacząłem nad nią tak bardzo górować. 

    — Ryu — zaczęła spokojnym głosem — widzę, jak bardzo lubisz Liyę. — Te słowa wystarczyły, bym stał się czujny, gotowy na kolejny cios od życia. — Nie zrozum źle, tego co powiem. Nie chodzi tylko o to, że nie chcę, żeby moja córka brała ślub z Imperatorem. — Księżna kontynuowała jednak w zupełnie niespodziewanym dla mnie kierunku. — Naprawdę cieszę się, że dołączyłeś do naszej rodziny, nigdy nas nie zawiodłeś i myślę, że to ty powinieneś przemyśleć zaręczyny z Liyą. Obydwoje i ja i Akihiko bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdyby tak się stało — rzuciła z olśniewającym uśmiechem. 

    Tak mnie zaskoczyła, że nie byłem w stanie niczego jej odpowiedzieć. Pożegnała się wyraźnie zadowolona z siebie i wróciła do pałacu. Kiedy minął pierwszy szok, zdałem sobie sprawę, że Serena w najmniejszym stopniu nie rozumiała więzi, która łączyła Liyę z Imperatorem. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    To nie był pierwszy raz. Czułem się tym naprawdę znużony. Po raz kolejny dziewczyna, której praktyczne nie znałem, postanowiła mi wyznać swoje uczucia. Zawsze starałem się być dla nich uprzejmy, ale teraz… teraz nie mogłem przestać myśleć o tym, co powiedziała mi podczas przyjęcia, księżna Serena. 

    Przyjrzałem się nieznajomej. Wyglądała na moją rówieśniczkę. Miała zaróżowione ze wstydu policzki. Ubrana była dość wyzywająco, w obcisłe, skórzane spodnie i tunikę z dużym dekoltem. Jej jasne włosy były rozpuszczone i opadały jej na ramiona. Była całkiem ładna. Właściwie czemu miałbym się z nią nie umówić? Czy jedynym powodem był fakt, że nie była Liyą?

    Skinąłem głową, zanim zdążyłem się jeszcze zastanowić. Dziewczyna odetchnęła z wyraźną ulgą, jakby bała się, że ją odprawię. Przedstawiła się jako Aiko Hanamura, pomniejsza szlachcianka z jednej z południowych wysp archipelagu Lua. Jej głos był cichy, miękki, a spojrzenie uważne. Przez chwilę nawet pomyślałem, że mogłoby to być… łatwe. Bezpieczne. Proste.

    Spacerowaliśmy po ogrodach, rozmawiając o rzeczach zupełnie nieistotnych. O muzyce, o podróżach, o tym, jak bardzo różni się życie na wyspach od tego w Imperium. Aiko była miła. Uprzejma. Zainteresowana. Śmiała się w odpowiednich momentach, patrzyła na mnie tak, jakby naprawdę chciała mnie poznać. I właśnie to zaczęło mnie męczyć.

    Nie czułem niczego.

    Nie było napięcia. Nie było tego znajomego ucisku w piersi, niepokoju, który zawsze pojawiał się, gdy Liya była blisko. Nie było też ciepła, które rozlewało się we mnie, kiedy brała mnie za rękę. Była tylko cisza. Pusta, gładka, nijaka.

    Zatrzymaliśmy się pod jednym z kwitnących drzew. Płatki opadały powoli, niemal leniwie. Aiko stanęła przede mną i uniosła wzrok. Przez ułamek sekundy wahała się, po czym wspięła się na palce i mnie pocałowała.

    I wtedy wszystko się rozsypało.

    Nie widziałem jej. W tej jednej, krótkiej chwili widziałem tylko złote włosy Liyi, jej niebieskie oczy, słyszałem jej śmiech — ten cichy, miękki, który przeznaczony był tylko dla mnie. Serce uderzyło mi w piersi z taką siłą, że aż zabrakło mi tchu. Cofnąłem się gwałtownie, jakbym się oparzył.

    — Przepraszam — wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłem to przemyśleć.

    Aiko spojrzała na mnie zdezorientowana, a potem zraniona. Jej policzki jeszcze bardziej poczerwieniały, ale tym razem nie ze wstydu.

    — Coś… coś zrobiłam nie tak? — zapytała cicho.

    Pokręciłem głową.

    — Nie. To ja. To zawsze jestem ja — powiedziałem szczerze, czując, jak ściska mnie w gardle. — Nie powinienem był się zgadzać. Nie mam prawa marnować twojego czasu.

    Milczała przez chwilę, po czym skinęła głową, z godnością, której się po niej nie spodziewałem.

    — Jest ktoś inny — stwierdziła, nie pytając.

    — Tak — przyznałem bez wahania. — I niezależnie od tego, jak bardzo próbuję, nie potrafię o niej zapomnieć.

    — W takim razie… dziękuję za szczerość — odpowiedziała, cofając się o krok. — Życzę ci, żebyś kiedyś miał odwagę powiedzieć to właściwej osobie.

    Nie odprowadzałem jej wzrokiem. Odwróciłem się i odszedłem w głąb ogrodu, czując jednocześnie ulgę i ból. Przynajmniej w jednej kwestii nie miałem już żadnych wątpliwości. Nie chciałem nikogo innego. Tylko ją. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Lubiłam spędzać czas z Dymitrem, przy nim nie czułam tego cholernego napięcia, co przy Ryu. Burza śnieżna była najlepszym co mi się przydarzyło, bo sądzę, że to właśnie dzięki niej się zaprzyjaźniliśmy, a ja niczego tak bardzo nie potrzebowałam jak przyjaciela. 

    Siedzieliśmy na dzikiej plaży, godzinę jazdy konnej od pałacu. Dymitr wylegiwał się na piasku w promieniach słońca, niczym kot. Jego skrzydła tego dnia pozostawały niewidoczne, a ja wciąż miałam żywo w pamięci informację od Marcusa, że tylko nieliczni Illi’andin potrafią je ukryć. W stolicy Imperium z pewnością będzie to przydatna umiejętność. 

    Powoli wstałam z piasku przeciągając się. Podeszłam do brzegu morza, zanurzając stopy w wodzie. Była chłodna, ale niezwykle przyjemna. Delikatne fale poruszały się przy łagodnym wietrze. Weszłam kilka kroków głębiej, a później zdecydowałam, że skoro mam już na sobie strój kąpielowy, to fajnie by było popływać. 

    — Liya, nie! — Stałam już po pas w wodzie, kiedy usłyszałam rozpaczliwy krzyk Dymitra.

    Zanim cokolwiek dostrzegłam, coś owinęło się wokół mojej stopy, ciągnąc mnie za sobą w głąb oceanu. Dymitr w ciągu kilkunastu sekund znalazł się przy mnie. Nożem przeciął oplatającą mnie mackę, a potem wyciągnął mnie z wody, ze mną w ramionach wzbijając się w powietrze. Opadliśmy na piasek. 

    — Co to było? — spytałam z trudem łapiąc oddech. 

    — Czyś ty zwariowała?! Czemu weszłaś do morza?! — krzyknął na mnie chłopak.

    Spojrzałam na niego zupełnie zaskoczona. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby kiedykolwiek, cokolwiek go rozzłościło. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu się na kogoś zdenerwowałem. Zawsze po prostu przyjmowałem to, co przynosiły kolejne dni, ale ona… ona wdarła się do mojego świata niczym tornado i chyba nie zamierzała go kiedykolwiek opuszczać. Strach przed możliwością jej utraty paraliżował. Emocje to cholernie skomplikowana sprawa. 

    — Chciałam popływać — odpowiedziała cicho, spuszczając wzrok.

    — Pływać to możesz w basenie — westchnąłem. — Jestem tu od dwóch lat, przypomnij sobie, ile razy w tym czasie coś chciało cię zabić. 

    — Masz rację — przyznała jeszcze ciszej. — Nie pomyślałam.

    Westchnąłem ciężko i przeczesałem dłonią mokre włosy. Złość opadała równie szybko, jak się pojawiła, zostawiając po sobie nieprzyjemne poczucie winy. Nie powinienem na nią krzyczeć. Zwłaszcza nie na nią.

    — Chodź tu — mruknąłem, siadając na piasku i przyciągając ją do siebie, zanim zdążyła zaprotestować.

    Drżała. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo. Z zimna, z szoku… a może ze strachu. Owinąłem ją ręcznikiem, a potem objąłem ramionami, ignorując fakt, że sam też byłem mokry. Biło od niej ciepło, dziwnie kojące, jakby mój organizm sam reagował na jej obecność, uspokajając się wbrew logice.

    — To nie był zwykły drapieżnik — powiedziałem już spokojniej. — Wody przy Wyspach Lua zaczęły być zdradliwe.

    — Nie chcę, żebyś ciągle się bał — wyszeptała, opierając czoło o moje ramię. — Przeze mnie.

    Zamarłem.

    — To nie strach — zaprzeczyłem automatycznie, choć sam nie byłem już tego taki pewien. — To… poczucie odpowiedzialności.

    Nie powiedziałem jej, że kiedy macka owinęła się wokół jej kostki, w mojej głowie nie było ani jednej myśli. Tylko pustka i brutalnie prosta potrzeba — ocalić ją. Bez planu. Bez kalkulacji. Instynktownie. Jak zwierzę.

    Nie puściłem jej nawet wtedy, gdy poczułem, że przestała drżeć.

    — Następnym razem daj mi znać, co planujesz — dodałem ciszej. — Albo chociaż daj mi szansę być w pobliżu.

    Skinęła głową i wreszcie na mnie spojrzała. W jej oczach nie było pretensji. Tylko coś miękkiego. Ufnego. I to właśnie wtedy dotarło do mnie, że problem wcale nie polegał na tym, że weszła do morza. Problem polegał na tym, że zaczynałem się o nią martwić w sposób, którego nie potrafiłem już kontrolować.

    ~ ღ ~ ღ ~ ღ ~

    Liya

    Siedziałam wtulona w Dymitra, słuchając bicia jego serca, i po raz pierwszy od dawna czułam się… bezpieczna. Nie jak księżniczka otoczona strażnikami, planami i polityką. Po prostu jak dziewczyna, która została uratowana i teraz może na chwilę przestać myśleć.

    — Przepraszam — powtórzyłam jeszcze raz, już pewniej.

    — Wystarczy — odpowiedział krótko.

    Morze przed nami wyglądało niewinnie. Gładka tafla, słońce odbijające się w wodzie, delikatny szum fal. Gdyby nie piekące ślady na skórze i obraz macki zaciskającej się na nodze, mogłabym uwierzyć, że nic się nie wydarzyło, a jednak coś się zmieniło. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego uważniej. Był skupiony, zamknięty w sobie, jakby znów wracał do swojej chłodnej, zdystansowanej wersji. Jednak ja widziałam więcej. Widziałam to krótkie pęknięcie.

    — Dziękuję — powiedziałam cicho. — Za to, że mnie uratowałeś.

    Spojrzał na mnie z ukosa.

    — Od tego tu jestem — odparł.

    Nie skomentowałam. Siedząc z nim na tej dzikiej plaży, zrozumiałam, że to, co nazywałam przyjaźnią, zaczyna powoli przybierać kształt czegoś znacznie bardziej skomplikowanego. Dymitr stał się nierozerwalną częścią mojego, wciąż jeszcze nie do końca poukładanego, świata.

    Note