Prolog – Kraina koszmarów
by Vicky
Prolog
Na chwilę przymknęłam oczy. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo męczący. Projekty piętrzyły się w nieskończoność, terminy goniły, a ja miałam już naprawdę dosyć tej pracy. Wciąż pamiętałam, jak bardzo zachwycona byłam nią na początku. Mogłam rozwijać swoją kreatywność, pozwolić, by poniosła mnie wyobraźnia. Jednak, gdy zmienił się menadżer otrzymaliśmy sztywno narzucone ramy i kategoryczny zakaz wcielania w życie własnych pomysłów. Praca stała się monotonna, zadania powtarzalne, a pretensje o brak efektów odbijały się na naszych bonusach. Po raz kolejny zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę warto tu tkwić.
Kiedy wreszcie na zegarze wybiła godzina siedemnasta, pracownicy mojego działu byli jak zombie. Zebrałam swoje rzeczy, pożegnałam się i wyszłam z przeszklonego budynku firmy. W metrze panował tłok, a droga do domu ciągnęła mi się w nieskończoność. Po drodze kupiłam gotowy obiad i weszłam do pustego mieszkania. Podgrzałam jedzenie i wyciągnęłam z torebki czarny notes, na którego widok serce od razu zabiło mi szybciej. Usiadłam przy stole i otworzyłam go na ostatniej zapisanej stronie.
Wróciłam do domu — napisałam grafitowym ołówkiem.
Jak minął ci dzień? — Pod moim tekstem natychmiast pojawiła się pisana czarnym tuszem wiadomość.
Uśmiechnęłam się do notesu. Od niemal dwóch lat, tylko on trzymał mnie przy zdrowych zmysłach. Znalazłam go w bibliotece na uczelni, tuż przed ukończeniem studiów i zaraz po tym jak moi rodzice zginęli w pożarze domku letniskowego.
Męcząco. I nudno. — Odpisałam bez upiększania wydarzeń. — Narysujesz coś dla mnie na pocieszenie? — Poprosiłam.
Po chwili na kartce zaczął pojawiać się szkic. Tym razem był to wieloryb, tylko, że nie do końca przypominał wieloryba. Wizerunek zachował kształt ssaka mórz, choć powietrze, a nie woda, niosło jego tułów. Korpus bestii szybował wśród smug grafitu, jakby sen zastąpił fale wiatrem. Źrenica olbrzyma spoglądała ku dołowi tak jasno, że poczułam zachwyt, choć w tamtym blasku tlił się głód. Szeroki płat ogona nie uderzał w toń, lecz rozgarniał chmury naszkicowane ledwie kilkoma kreskami, jakby potwór tańczył nad miastem, którego kontur został ledwo zarysowany. Szkic unosił się nad krawędzią kartki, a ja nie potrafiłam oderwać wzroku, ponieważ koszmar, zamiast straszyć, kłaniał mi się z gracją.
Jest piękny. One istnieją naprawdę? — spytałam urzeczona.
W świecie snów istnieje wszystko, co ktokolwiek obdarzony mocą, kiedykolwiek sobie wyobraził. — Przyszła do mnie odpowiedź.
Świat snów. Od kiedy zostałam właścicielką notesu robiłam wszystko, co w mojej mocy, by nocą, zamiast spokojnych snów, śniły mi się koszmary, bo tylko wtedy mogłam spotkać tego, kto znajdował się po drugiej stronie.
Chciałabym móc się w nim kiedyś znaleźć — wyznałam. — Na żywo, nie tylko, kiedy mój umysł śpi.
Świat snów jest połączony z wieloma innymi wymiarami, z którymi się przenika mniej lub bardziej. Niestety ty obecnie nie należysz do takiego miejsca.
Obecnie? — natychmiast podchwyciłam myśl.
Tak. Kiedy twoje ciało umrze, dopilnuję, żebyś znalazła się we właściwym miejscu. Tam, gdzie mogę istnieć w fizycznej formie.
Kiedy umrę… brzmiało zbyt smutno i zdecydowanie za długo.
Potrafisz to zrobić? — spytałam zafascynowana.
Wątpisz we mnie? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a ja wyobraziłam sobie jego śmiech.
Koszmary nie miały realnej powłoki i za każdym razem wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobraziłam, jednak również za każdym razem zachowywał się dokładnie tak samo. Wszystkie gesty, wyraz twarzy, spojrzenie, arogancki uśmiech, one zawsze były tylko jego.
Narysujesz coś jeszcze? — poprosiłam, w głowie już dopasowując wszystkie dostępne możliwości do wiedzy, którą właśnie zdobyłam. Powoli moje myśli zaczęły się układać w logiczną, klarowną całość.