Rozdział Jedenasty – Kraina koszmarów
by Vicky
Nowa pokojówka i naburmuszony aniołek
Diana
Czekałam na ten dzień od tygodnia. Panienka z rodu Seonwoo miała przyjechać i wybrać pokojówkę. Szlacheckie domy płaciły dobrze. Nawet bez doświadczenia dałabym radę odłożyć tyle, żeby starczyło na leczenie babci. Nie miałam zamiaru pozwolić jej umrzeć w hospicjum. Wiedziałam, że chętnych dziewczyn będzie dużo. Mimo to byłam pewna, że dam z siebie wszystko. Nie zdążyłam jednak wejść do holu.
Dyrektorka złapała mnie za ramię, zanim zrozumiałam, po co przyszła. Pociągnęła mnie korytarzem, otworzyła niskie drzwi i wepchnęła do piwniczki. Zamek szczęknął, zanim zdążyłam się odwrócić.
— Tym razem nie przyniesiesz mi wstydu — powiedziała przez deski. — Zostaniesz tu, aż powóz odjedzie.
Przez chwilę stałam sztywno, uświadamiając sobie, co właśnie się stało. Nie miałam zamiaru pozwolić, by ktokolwiek odebrał mi taką szansę, nawet dyrektorka. Zostałam między skrzynkami ziemniaków, a stertą węgla, wściekła i coraz bardziej zdeterminowana.
Najpierw sprawdziłam drzwi. Zamek był solidny, deski też. Potem obeszłam piwniczkę po omacku i weszłam do drugiego pomieszczenia, w którym panował półmrok. Przy ścianie stała skrzynia z jabłkami, wyżej półka z pustymi słoikami, a pod sufitem było wąskie okienko, zakurzone i zbyt małe, żebym mogła się przez nie przecisnąć. Za to przy podłodze, za skrzynią, deska odstawała. Pamiętałam ten kąt. Tędy kiedyś wnoszono ziemniaki z podwórza, zanim zamurowano większe wejście.
Uklękłam i pomacałam szczelinę. Dało się wsunąć palce. Drewno było stare. Gdybym odsunęła skrzynię i podważyła deskę, może weszłabym bokiem, zanim panienka skończy rozmowę w holu. Nasłuchiwałam kroków, odpowiedziała mi jednak wyłącznie cisza, wiedziałam, że nie ma szans, żeby ktokolwiek pojawił się w pobliżu.
Miałam dwie ręce, głowę na karku i czas do odjazdu powozu, to musiało wystarczyć. Przesunęłam skrzynię i zaczęłam szukać czegoś płaskiego, czym da się podważyć deskę.
★ ★ ★
Iseul
Razem z Mirem pojechałam do sierocińca, na który ród Seonwoo regularnie przekazywał datki. Świat w którym się znalazłam, obok nierealnych elementów związanych z krainą snów, wyglądał jak Europa z początku XIX wieku i dobrze wiedziałam, czego można się w nim spodziewać. Domy dziecka bywały tu ciasne, zimne i wypełnione głodem. Dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy tylko weszłam na dziedziniec. Dzieci były najedzone. Miały czyste fartuszki, uczesane włosy i buty bez dziur. W sali nauki stały ławki, a na kamiennym piecu w kuchni grzała się zupa.
Starsze dziewczynki czekały już przy schodach. Dawno straciły nadzieję na adopcję. Teraz wyczekiwały czegoś prostszego. Chciały bogatego pracodawcy, dachu nad głową i pensji, która nie skończy się po jednym sezonie. Patrzyły na nasz powóz z taką nadzieją, że prawie zrobiło mi się nieprzyjemnie. Dobrze wiedziałam, że entuzjazm zgaśnie, kiedy padnie nazwisko De’Vree.
Pani dyrektor przywitała nas serdecznie i oprowadziła po placówce. Pokazała sypialnie, kuchnię i ogród, w którym dziewczynki same pielęgnowały warzywa. Potem zaprosiła do holu te, które były już w odpowiednim wieku, by pójść na służbę. Weszły gęsiego. Na korytarzu słyszałam jeszcze ich podekscytowane szepty. W progu umilkły. Piętnaście par oczu patrzyło na mnie i na Mira, jakby od tego spojrzenia zależało ich dalsze życie. Być może któraś z nich w przyszłości trafi do domu Seonwoo, ale to z pewnością nie będzie moja decyzja.
— Dzień dobry — powiedziałam. — Nie szukam służącej do domu Seonwoo. Szukam pokojówki dla panienki w domu De’Vree. — Przestałam słyszeć ich oddechy. Kilka dziewczyn pobladło. Jedna zacisnęła dłonie na fartuchu. — Nie interesuje mnie doświadczenie — dodałam. — Ważne, żebyście były pracowite i sumienne. Panienka potrzebuje kogoś, kto będzie przy niej uważny, a nie osoby, która boi się własnego cienia.
Żadna z nich się nie poruszyła. Mir stał przy drzwiach i milczał. Pani dyrektor też milczała, a uśmiech już zszedł z jej twarzy.
— Nikogo nie zamierzam zmuszać do podjęcia pracy — oznajmiłam spokojnie. — Jeżeli nie znajdę tu kandydatki, poszukam jej gdzie indziej. Bez żadnych konsekwencji dla was.
Przez chwilę słychać było jedynie tykanie zegara w holu. Potem trzy z dziewcząt wysunęły się do przodu. Drżały. Były wyraźnie przestraszone. Mimo to stanęły równo i nie spuszczały wzroku.
— Damy z siebie wszystko, panienko — powiedziała najstarsza. — Proszę nas wziąć pod uwagę.
Skinęłam głową. Dwanaście zostało z tyłu. Trzy czekały, blade i uparte, jakby mimo wszystko nie wierzyły, że praca w rezydencji rodu De’Vree może zmienić ich życie na lepsze.
★ ★ ★
Diana
Udało mi się wyjść. Deska puściła bez hałasu, a podwórze było puste. Hol niestety również. Serce podskoczyło mi do gardła. Potem zobaczyłam przez okno, że powóz nadal stoi na dziedzińcu. Jeszcze nie odjechali.
Zaczęłam ich szukać. Kuchnia była pusta. Schody też. Dopiero w ogrodzie, przy drewnianym stole, zobaczyłam panienkę Seonwoo. Siedziała z trzema starszymi dziewczynami i mówiła coś cicho, a one słuchały ze spuszczonymi głowami.
Zatrzymałam się za rogiem budynku. Cała pewność siebie zeszła ze mnie od razu. Jeśli wybiegnę teraz, pokażę tylko, że jestem kłopotliwa. Dyrektorka będzie miała rację. Mimo to nie miałam nic do stracenia i nie miałam czasu na lepszy plan. Wyszłam na ścieżkę, podeszłam do stołu i dygnęłam, kiedy panienka podniosła na mnie wzrok.
— Panienko Seonwoo, przepraszam, że przeszkadzam — powiedziałam. — Mam na imię Diana i mam 16 lat. Czy mogłaby panienka wziąć jeszcze mnie pod uwagę?
Była młoda i śliczna. Starałam się w nią nie wpatrywać. Wyraz jej twarzy był nieodgadniony.
— Słyszałaś, że nie chodzi o pracę w domu Seonwoo, tylko w rezydencji rodu De’Vree? — zapytała Iseul.
Oczy mi się rozszerzyły. Nie miałam o tym pojęcia, ale to… sprawiało, że moje szanse rosły. Oczywiście, że słyszałam plotki, nie interesowała mnie jednak reputacja dworu. Interesowała mnie pensja.
— Tak, oczywiście — skłamałam gładko.
— I nie przeszkadza ci to? — spytała Iseul.
— Nie słucham plotek, panienko — powiedziałam.
Popatrzyła na mnie uważnie.
— A może jednak czasem powinnaś? — powiedziała Iseul. — Dom De’Vree bywa gorszy, niż sugerują plotki.
Nie straciłam rezonu.
— To nie ma znaczenia, panienko — odparłam. — Jeśli weźmie mnie panienka pod uwagę, przysięgam, że będę sumiennie wykonywała swoją pracę. Dam z siebie wszystko.
Panienka przeniosła wzrok na trzy dziewczyny przy stole.
— A wy? — zapytała.
Najstarsza zawahała się.
— Jeśli Diana tak bardzo chce pracować dla rodu De’Vree… — zaczęła.
Pozostałe przytaknęły. Żadna nie zaprotestowała.
— W takim razie możecie odejść — powiedziała Iseul. — Ty usiądź — zwróciła się do mnie.
Usiadłam. Patrzyłam na nią z nadzieją, której nie umiałam już ukryć.
— Masz jakieś pytania? — odezwała się swobodnie.
— Na czym będzie polegała praca? — spytałam.
Zaczęła odpowiadać. Nie doszła daleko. Od strony domu szła pani dyrektor, czerwona na twarzy i wściekła, że w ogóle śmiałam się pokazać.
— Panienko, proszę jej nie słuchać — powiedziała od razu. — To zakała. Nic niewarta złodziejka. Ma szczęście, że jeszcze nie straciła ręki.
Zamilkłam. Nie miałam jak się bronić. Zauważyłam za to, że obojętna do tej pory panienka Seonwoo zaczyna patrzeć na mnie z nieskrywanym entuzjazmem.
— Naprawdę? — zapytała.
Dyrektorka tylko na to czekała. Rozwinęła całą litanię. Wstążki, chleb, moneta z tacy, ręce, których trzeba pilnować. Im więcej mówiła, tym uważniej patrzyła na mnie panienka.
— Zabiłaś kiedyś kogoś? — zapytała, patrząc prosto na mnie.
Zachłysnęłam się powietrzem. Dyrektorka też.
— Nnnie… — wydusiłam.
— Cudownie — powiedziała panienka. — Jeżeli jesteś zdecydowana, możesz zacząć od zaraz. Zabierzemy cię ze sobą. Spakuj wszystko, czego potrzebujesz.
— Panienko… — zaczęła dyrektorka.
— Idź — powiedziała do mnie, wchodząc kobiecie w słowo.
Zerwałam się z ławki i pobiegłam po swoje rzeczy. W izbie miałam tylko zawiniątko, grzebień i list od babci. Zebrałam to wszystko drżącymi rękami i nie wierzyłam we własne szczęście. Powóz nadal stał. Tym razem miałam do niego wsiąść.
★ ★ ★
Iseul
Kiedy Diana zniknęła, wstałam od stołu.
— Proszę przyprowadzić mojego brata — zwróciłam się do dyrektorki. — Niedługo ruszamy.
Była wyraźnie niezadowolona. Mimo to skinęła głową i poszła wykonać polecenie. Zostałam sama w ogrodzie, ale cisza nie trwała długo. Za płotem rozległo się zamieszanie. Potężny mężczyzna krzyczał, szarpiąc za kołnierz małego chłopca w brudnym ubraniu. Podeszłam w tamtą stronę z czystej ciekawości.
Dziecko na oko mogło mieć sześć lat. Było blade, chude i wściekłe.
— Puść mnie, ty nędzny śmiertelniku! — krzyknął chłopiec, co od razu zwróciło moją uwagę.
Przyjrzałam mu się uważniej. Byłam pewna, że nie jest częścią świata snów, a jednak wyczuwałam wokół niego wyraźną aurę, która nie mogła należeć do człowieka.
Mężczyzna szarpnął go bez litości.
— Próbowałeś mnie okraść — warknął. — Teraz za to zapłacisz. Złodziejaszkom takim jak ty obcina się ręce.
Otworzyłam furtkę i wyszłam na ulicę.
— Co się stało? — zapytałam.
Mężczyzna spojrzał na mnie, ocenił wzrokiem drogi strój i natychmiast się ukłonił.
— Panienko, nic takiego — powiedział. — Ten mały złodziej…
Chłopiec nie czekał na dalszy ciąg. Ugryzł go w rękę, którą tamten go trzymał, i spróbował uciec. Roślina owinięta wokół mojego przedramienia zareagowała sama. Jedno pnącze owinęło się wokół talii chłopca i ściągnęło go do ogrodu. Drugie wysunęło się ku mężczyźnie i otworzyło kwiat z paszczą pełną zębów. Mężczyzna cofnął się, potknął o własne nogi i uciekł, nie oglądając się za siebie.
Zostałam w ogrodzie z nieznajomym chłopcem i z moją rośliną, która nadal trzymała go w pasie.
— O co chodzi? — zapytałam zaciekawiona, czym spowodowane było jej zachowanie.
Pnącze natychmiast wróciło do mnie i owinęło się wokół ręki, jakby się przymilało. Chłopca jednak nie puściło. Szarpał się, kopał i próbował wydostać. Jeden z kwiatów syknął na niego groźnie. Chłopiec się nie bał. Był wkurzony.
— Wypuść mnie natychmiast, ty piekielny chwaście! — krzyknął. — Jak śmiesz…
Podeszłam do niego powoli.
— Jak masz na imię? — zapytałam.
Miał jasne, kręcone włosy i żywe, chabrowe oczy. Różowe policzki sprawiały, że wyglądał jak mały aniołek. Ubrany był nietypowo, w białą szatę, która zupełnie nie pasowała do dziecka ulicy, materiał sprawiał wrażenie drogiego, ale był w kilku miejscach podarty i tak pobrudzony, że ktokolwiek na niego spojrzał, zapewne uznałby, że dzieciak znalazł strój gdzieś na śmietniku.
— Kim jesteś, nędzny człowieku, żeby… — zaczął i urwał. Popatrzył na mnie i zamarł. Pnącze od niechcenia posadziło go na trawie. — To ty! — powiedział.
— Znasz mnie? — zapytałam, coraz bardziej zaciekawiona.
— Tak — warknął chłopiec. — To twoja wina. To wszystko przez ciebie!
Uśmiechnęłam się lekko.
— Chętnie wysłucham twojej historii — powiedziałam. — Ale może najpierw trochę ochłoń. Gdzie są twoi rodzice?
— Kto? — zapytał, kompletnie zaskoczony.
Zapowiadało się ciekawiej, niż się spodziewałam. Stanęłam przed nim i wykreowałam kilka krótkich wizji ze świata koszmarów. Przy takiej rzeczy zwykłe dziecko dawno by się rozpłakało. On stał niewzruszony. Patrzył na mnie wyzywająco.
— To miało mnie przestraszyć? — zapytał.
— Nie — odparłam. — Miało mi tylko pomóc zrozumieć, z kim mam do czynienia. Jestem bardzo ciekawa, jak się tu znalazłeś i dlaczego jesteś taki malutki i bezbronny.
— Nie ma mowy — powiedział chłopiec. — Nie będę odpowiadał na pytania nędznego człowieka.
— Dobrze — zgodziłam się. — Niczego nie musisz mi mówić.
Odwróciłam się, jakbym naprawdę odchodziła. Złapał się na to od razu. Poderwał się z ziemi i dogonił mnie przy ścieżce.
— Zaczekaj! — krzyknął. — Odpowiem. Tylko mnie tu nie zostawiaj.
— Zacznijmy od tego, jak ci na imię — zaproponowałam. — Ja jestem Iseul.
— Arasiel — wymruczał patrząc we własne buty.
— Ar — podchwyciłam.
— Nie mów tak! — zezłościł się natychmiast. — Powiedziałem przecież, że Arasiel!
Uśmiechnęłam się rozbawiona.
— To nie brzmi dobrze, kiedy jesteś taki malutki, to imię powinno poczekać, aż do niego dorośniesz — zasugerowałam. — Zostańmy przy Ar.
Popatrzył na mnie przynajmniej, jakbym go kopnęła, ale tylko ciężko westchnął, mamrocząc coś na temat głupich ludzi pod nosem.
Na dziedzińcu nawet nie zapytał czy może wsiąść do powozu, po prostu się do niego wspiął, jak gdyby nigdy nic. Diana milczała, wpatrzona we własne dłonie i nie zadawała pytań, co przemawiało zdecydowanie na jej korzyść. Mir natomiast wpatrywał się zaskoczony w dziecko, które przyprowadziłam.
— Kto to jest? — zapytał podejrzliwie.
— To Ar, pojedzie z nami do domu — wyjaśniłam pogodnie, obserwując, jak ze złości uroczo nadymają się policzki chłopca.
Podróż nie trwała długo. Kiedy wysiedliśmy, wysłałam Dianę na szybkie szkolenie do naszych pokojówek, a dziecko wzięłam za rękę i poprowadziłam do salonu.
— Kto to? — zapytała matka zachwyconym głosem. — Jest przeuroczy. Przynieście szybko ciastka i ciepłe mleko — zarządziła, a chłopiec wpatrywał się w nią, jakby wreszcie spotkał jakąś sensowną osobę.
Kiedy służąca postawiła na stoliku przyniesiony poczęstunek, natychmiast zabrał się do jedzenia, nie rzucił się jednak na nie. Jadł z pełną kurtuazją, uważając, żeby nie upuścić poza talerzyk najmniejszego okruszka.
— Ma na imię Ar, zgubił się w mieście — wyjaśniłam. — Dowiesz się proszę, czy jakaś szlachecka rodzina nie szuka swojego dziecka? Nie wygląda jakby pochodził ze slumsów.
Matka przyjrzała mu się uważnie.
— Masz rację. Ma bardzo dobre maniery. Musi pochodzić z zamożnej rodziny. Zajmę się tym, a póki co może zostać tutaj — oznajmiła. — Przygotujcie dla chłopca kąpiel i ubrania — ponownie zwróciła się do służby.
Kiedy chłopiec zjadł, pokojówki natychmiast się nim zaopiekowały, a to, że był mocno naburmuszony, niezmiernie je bawiło.
Gdy do nich dołączyłam, dziecko siedziało w wannie, a zajmujące się nim kobiety oznajmiły, że stanowczo zaprotestował przed tym, żeby mu pomagały w kąpieli. Mimo to weszłam do środka.
— Co tu robisz?! — krzyknął oburzony na mój widok, natychmiast zasłaniając się w pasie ręcznikiem, tak, że wciągnął go do pełnej wody wanny.
— Nie skończyliśmy rozmawiać — przypomniałam.
— To mogło poczekać! — pisnął, a ja się roześmiałam.
Potem mój wzrok powędrował na jego plecy. Między łopatkami widniał tatuaż przypominający ciemnofioletowy pentagram.
— Co to? — zapytałam.
W jego niebieskich oczach błysnęła złość.
— To klątwa! To przez nią znalazłem się w tej sytuacji — wyrzucił z siebie. — Kiedy przekraczałem granicę przylgnęła do mnie i pozbawiła mnie mocy. Teraz nie mogę nic zrobić.
— Rozumiem — odpowiedziałam coraz bardziej zaciekawiona. — I w jaki sposób to moja wina?
Spojrzał na mnie poważnie.
— Jestem tu, bo ciebie nie powinno tu być! Przybyłem, żeby cię zabrać.
— Ale ja chcę tu być — odpowiedziałam mu spokojnie. — Lepiej zrobisz wracając tam, skąd przybyłeś.
Przecząco pokręcił głową.
— Ten świat miała spotkać zagłada, ale on… z jakiejś przyczyny postanowiła go ocalić. To zepsuło porządek rzeczy, który muszę naprawić.
Poczułam nieprzyjemny dreszcz. Wciąż nie byłam pewna, z jaką istotą mam do czynienia, ale ani trochę nie podobały mi się jego słowa.
— Jesteś tu, bo chcesz sprowadzić apokalipsę na ten świat?
Spojrzał na mnie z przerażenim.
— Oczywiście, że nie! — zapewnił gorączkowo kręcąc głową, tak, że jego złote loki latały na wszystkie strony. — Nigdy bym się tego nie dopuścił!
— Więc co planujesz? — chciałam wiedzieć.
— Muszę cię stąd zabrać, do miejsca, do którego należysz, wtedy wszystko naprawi się samo.
— I możesz to zrobić wbrew mojej woli? — spytałam, mając już pewne podejrzenia.
— Nnieee… — mruknął niechętnie.
— Świetnie, bo ja się nigdzie nie wybieram. Wracaj skąd przyszedłeś — zasugerowałam.
— Nie mogę! Nie mam swojej mocy — obrócił się do mnie plecami, żebym zobaczyła pentagram. — To… ją blokuje, a ja nie wiem jak się tego pozbyć.
Wzruszyłam ramionami.
— W domu jest biblioteka, jeśli uda ci się zobaczyć bibliotekarkę, znajdzie dla ciebie każdą książkę, jaka istnieje na świecie, być może nie tylko na tym świecie, jeśli wiesz, co mam na myśli — oznajmiłam. — Będziesz mógł ją odwiedzić, jeśli się będziesz dobrze zachowywał.
Odwrócił się z powrotem w moją stronę. Jego chabrowe oczy rozbłysły z nadzieją. Westchnęłam. Po prostu wspaniale. Miałam nadzieję, że już nikt więcej nie wyruszy moim tropem do świata, który miały pożreć sny.
★ ★ ★
Raon
Iseul rozejrzała się po moim pokoju i wyglądała na zadowoloną. Najbardziej jednak, ku mojej radości, oczarowana była Sethem. W rezydencji rodu De’Vree nigdy nie chował się w maskotce. Stał przy ścianie, wysoki, blady, z białymi uszami i w białej koszuli, i wyglądał jak najlepszy strażnik na świecie.
— To Seth — przedstawiłam go z dumą. — Jest moim strażnikiem i przyjacielem.
Królik ukłonił się przed Iseul nisko.
— Pani — powiedział.
Iseul uśmiechnęła się do niego promiennie. Zanim zdążyła odpowiedzieć, do pokoju weszły dwie pokojówki. Starsza była obojętna. Postawiła tacę i nie rozglądała się. Młodsza wyglądała na zaciekawioną. Miała ciemne włosy starannie związane z tyłu, szczupłą twarz i czujne oczy, które od razu zatrzymały się na Sethcie, a potem na mnie. Ubranie miała czyste i proste. Dłonie trzymała spokojnie, jak ktoś, kto już wie, do czego służą.
— Raon, to Diana — powiedziała Iseul. — Od dzisiaj będzie twoją osobistą pokojówką.
— Naprawdę? — zapytałam zaskoczona.
Iseul kiwnęła głową.
— Cassian poprosił, żebym ją dla ciebie zatrudniła — odparła.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Pokojówka. Dla mnie. W domu Seonwoo służba traktowała mnie jakbym nie istniała, choć czasami praktycznie byłam jedną z nich. Teraz miałam mieć własną pokojówkę… To wydawało mi się praktycznie nierealne.
Diana dygnęła, niepewnie, ale nie uciekła wzrokiem. Seth stał za mną i nie warczał. Iseul patrzyła na mnie tak, jakby czekała, czy przyjmę dziewczynę, czy zaprotestuję.
— Dziękuję — powiedziałam w końcu. — Miło mi cię poznać, Diano.
— Będę panience służyła najlepiej, jak potrafię — odezwała się dziewczyna, dygając.
Nie uśmiechnęła się szeroko. Spojrzała jeszcze raz na Setha z nutą niepokoju, jakby sprawdzała, czy wolno jej zostać w tym samym pokoju, ale została. Pozwoliłam sobie mieć nadzieję, że uda nam się zaprzyjaźnić.