Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kraina Koszmarów

    Na granicy szaleństwa

    Raon

    Cassian siedział rozparty w fotelu i obserwował mnie bez słowa, a ja po raz kolejny próbowałam utkać koszulę dla Setha. Nitka snu wymykała mi się spomiędzy palców, rękaw rozpadał się w mgłę, zanim zdążył sięgnąć nadgarstka, i za każdym razem zostawał tylko biały tors, pocięty starymi bliznami. Denerwowałam się coraz mocniej. Doskonale rozumiałam, dlaczego musiałam znać chociaż podstawy kreowania snów. Byłam jednak pewna, że sobie nie poradzę.

    Cassian wstał powoli, z gracją polującego kota. Wyprostował się przy fotelu i przez chwilę byłam pewna, że ma mnie dość. On jednak podszedł i stanął obok nas, jakby nieudana koszula wcale nie była powodem do zniecierpliwienia.

    — Myślę, że będzie ci łatwiej, kiedy pokażę ci mój świat — powiedział pewnym głosem.

    Wyciągnął do mnie rękę. Przejęłam ją, zanim zdążyłam zapytać, dokąd idziemy. W jednej chwili staliśmy w jego gabinecie. W następnej gabinetu już nie było.

    U boku Cassiana, z Sethem za plecami, stanęłam w wesołym miasteczku, które wyglądało na opuszczone. Mosiężne karuzele stały w miejscu, a ich mechanizmy miały w bokach okienka, z których sączyła się para, jakby nikt nie wygasił kotłów. Nad aleją wisiały lampy w żeliwnych kloszach, połączone rurami, i z tych rur uciekała rzadka, słodka mgła. Budki z biletami miały szyby oprawione w ołów i puste tacki na monety. Diabelski młyn obracał się sam, skrzypiąc jak stary zegar, a z jego gondoli zwisały aksamitne sznury. W oddali stała wieża zegarowa, a powietrze pachniało popcornem i watą cukrową. Miasteczko wesołe było tylko z nazwy, bo ławki stały puste, a muzyka z blaszanych tub grała tylko dla nas.

    — Co to za miejsce? — spytałam niepewnym głosem.

    — Kraina Koszmarów — odparł Cassian. — Iseul lubi tu przychodzić — dodał.

    Na wszelki wypadek przysunęłam się bliżej jego ramienia, ale mimo tego rozglądałam się wokół z ciekawością, której nie umiałam ukryć. Czułam się jak w domu strachów. Przy Cassianie i przy Sethcie byłam bezpieczna, a jednak adrenalina skakała w moich żyłach za każdym razem, kiedy wzrok zahaczał o coś, czego nie chciałam nazwać.

    Spacerowaliśmy szerokimi alejkami. W pewnym momencie z drzewa zsunął się półmetrowy pająk, włochaty i nieruchomy, jakby czekał, aż ktoś wejdzie pod jego gałąź. Seth bez chwili wahania przebił go szerokim nożem rzeźnickim, a ja nie miałam pojęcia, skąd ten nóż w ogóle znalazł się w jego dłoni. Pająk zwiotczał. Alejka znowu była pusta. W oddali rozległy się krzyki przerażenia, a otoczenie wydało się przez to jeszcze bardziej niepokojące.

    Cassian znikąd podał mi czerwony balon, który uniósł się nad moją głową. Chwyciłam go za wstążkę i wpatrywałam się w niego urzeczona. Niebo nad lunaparkiem było czyste i błękitne, a na tym błękicie unosiły się setki kolorowych balonów. Złote światło padło na karuzelę z konikami. Mosiądz błyszczał. Para unosiła się z boków mechanizmu powoli, już nie jak wytworzona z kotła, tylko jak oddech żywej istoty.

    Seth pomógł mi usiąść na jednym z koników. Karuzela ruszyła. On stanął oparty o powóz, który jechał obok mojego konika, i obserwował mnie uważnie, z uchem zwróconym ku alejce. Ciało pokryła mi gęsia skórka, bo rozumiałam, że z tym miejscem coś jest bardzo nie tak, a jednak byłam naprawdę szczęśliwa. Po raz pierwszy jechałam na karuzeli, o czym wcześniej mogłam najwyżej pomarzyć. To było niesamowicie przyjemne uczucie. Cassian mnie tu zabrał i nic innego nie miało znaczenia. 

    Zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, Seth miał na sobie elegancką, białą koszulę. Tylko odrobinę widać było na niej wyblakłe ślady krwi. Balon ciągnął wstążkę w górę. Konik niósł mnie w kółko. W tym momencie nie potrafiłam wyobrazić sobie wspanialej spędzonego czasu. 

    ★ ★ ★

    Iseul

    Przyglądałam mu się, czując jednocześnie lekkie rozbawienie i odrobinę współczucia. Oliver siedział na ławce, z łokciami opartymi o kolana, twarzą schowaną w dłoniach i wyglądał, jak kupka nieszczęścia. 

    — On… on chciał mnie zabić — wydusił z siebie po raz kolejny. 

    — Nie przesadzasz troszeczkę? — spytałam stając bezpośrednio przed nim. — Przecież świetnie sobie poradziłeś. 

    Podniósł na mnie wzrok, jego oczy były czerwone, a wyraz twarzy sprawiał wrażenie, jakby Oliver właśnie uświadomił sobie coś niezwykle ważnego. 

    — Ty… zachowywałaś się tam, jakbyś była na spacerze, a nie walczyła o przetrwanie w horrorze! — oskarżył mnie drżącym głosem. 

    Wzruszyłam ramionami. 

    — Przecież nie byliśmy tam sami, tylko z Cassianem. Nigdy nic poważnego nam nie groziło — wyjaśniłam mu, jak dziecku, wiedząc, że i tak nie zrozumie. Oliver znowu schował twarz w dłoniach. Nie wyglądał na kogoś, kogo da się uspokoić tłumaczeniem. Wstałam więc i wzięłam torbę z ławki. — Chodź — powiedziałam. — Pójdziemy do cukierni. Zjemy coś słodkiego.

    Spojrzał na mnie, jakby nie dosłyszał.

    — Teraz? — zapytał Oliver.

    — Teraz — potwierdziłam. — Po takiej lekcji należy ci się ciastko. Mnie również.

    Nie mówiłam, że chcę go pocieszyć. Podałam mu tylko rękę i czekałam, aż wstanie z ławki. Po chwili wstał. Nadal był blady, ale poszedł za mną w stronę bramy, a ja uznałam, że cukier załatwi sprawę lepiej niż kolejna rozmowa o Cassianie.

    ★ ★ ★

    Raon

    Siedziałam na kanapie w gabinecie Cassiana i odrabiałam lekcje. On pracował przy biurku i prawie na mnie nie patrzył. Seth siedział na dywanie, przy moich nogach. Herbata stała na stoliku, jeszcze ciepła, sięgnęłam po filiżankę.

    — Zaczekaj! — Cassian odezwał się ostro.

    W tej samej chwili Seth wytrącił mi filiżankę z ręki. Herbata chlusnęła na zeszyt. Kartki z notatkami pociemniały od razu, a atrament rozmazał się w jedną plamę. Patrzyłam na to przerażona i nie potrafiłam podnieść pióra.

    — Co się stało? — zapytałam lekko drżącym głosem.

    Cassian był wyraźnie wkurzony. Z gardła Setha wydobyło się warknięcie, niskie i krótkie.

    — Ktoś najwyraźniej próbuje cię otruć — wyjaśnił Cassian lodowatym głosem. — Od tej pory nie wolno ci w tym domu jeść ani pić niczego, czego nie podam ci ja albo Seth.

    Wpatrywałam się przerażona w rozlaną herbatę. Zeszyt był do wyrzucenia. Filiżanka leżała na dywanie. Nadal czułam ciepło na palcach i czułam paniczną chęć, żeby jak najszybciej zmyć z nich truciznę.

    ★ ★ ★

    Iseul

    Siedziałam w swoim pokoju, czytając podręcznik i zaznaczając w nim fragmenty, które mijały się z prawdą, z kolei te, które były wierutną bzdurą zakreślałam czerwonym atramentem. Czarny notatnik leżał otwarty odrobinę nad książką. 

    Chciałem cię prosić o przysługę. Znajdź i zatrudnij pokojówkę dla Raon. 

    Zaskoczona wpatrywałam się w czarne litery.

    Nie masz przypadkiem w domu De’Vree rzeszy służących? — spytałam.

    Mam. Żadnemu z nich nie pozwolę zbliżyć się do Raon. Od kiedy tu przybyłem zatrudniam wyłącznie przestępców, wszyscy służący w moim domu to złodzieje, mordercy, handlarze ludźmi. Są tutaj odpowiednio traktowani, a przy okazji wykonują pożyteczną pracę. 

    Och! To miało sens. Byłam pewna, że śmiertelnie się go boją i żaden z nich nie odważy się sprzeciwić jego rozkazom. Nie dziwiło mnie jednak, że nie chciał dopuścić takich osób w pobliże mojej młodszej, niewinnej siostry.

    Dobrze — napisałam. — Postaram się znaleźć kogoś zwyczajnego, kto nie ma nic na sumieniu.

    Powinna być cicha, uważna i słuchać Raon, nie mnie — pojawiło się niżej. 

    Uśmiechnęłam się do kartki. To było ciekawe wyzwanie, bo dziewczyna musiała być albo totalnie zdesperowana, albo mieć zaburzoną percepcję i nie bać się koszmarów. Wiedziałam już, kogo będę szukać.

    ★ ★ ★

    Oliver

    Hol był pełen ludzi, ale nikt nie stał. Służba klęczała przed Cassianem w kilku rzędach, z czołami przy marmurze. Stałem przy schodach. Nikt nie kazał mi zostać, ale nie potrafiłem też wyjść.

    — Ktoś w tym domu podał truciznę mojemu gościowi — powiedział Cassian cicho. — Dam wam chwilę, żebyście powiedzieli mi kto za to odpowiada. 

    Nikt się nie odezwał. Słychać było tylko przyspieszone oddechy.

    Nie rozumiałem, czemu brat jest aż tak wściekły. Naprawdę obchodziła go Raon? Trudno było mi w to uwierzyć. Nie udawał już spokojnego kapitana. Stał na środku holu i czekał.

    Po posadzce zaczęły pełzać cienie. Weszły między klęczących, sunęły po plecach i zatrzymywały się przy twarzach, jakby kogoś szukały. Lampa nad nami przygasła. Zrobiło się zimno, choć okna były zamknięte.

    — To nie ja — szepnęła starsza pokojówka. — Przysięgam, że nie ja.

    Cień musnął jej policzek i poszedł dalej. Została na kolanach, ale oczy miała puste. Znałem ten wzrok. Tak samo patrzyła matka, zanim zamknęli ją w północnym skrzydle. Ten sam obłęd. Ten sam strach, po którym człowiek już nie wraca do siebie.

    — Proszę — odezwał się lokaj. Głos mu się łamał. — Przyniosłem tacę. Nie miałem pojęcia, co na niej jest.

    — Kto ją przygotował? — zapytał Cassian.

    Lokaj podniósł rękę. Palec mu drżał. Pokojówka obok zrozumiała od razu. Zerwała się z kolan i pobiegła do drzwi.

    — Nie! — krzyknęła. — Dostałam rozkaz, ja tylko…

    Nie dobiegła do celu. Cień ściągnął ją z progu z powrotem na marmur. Nikt nie widział ręki. Cassian nie ruszył się z miejsca. Patrzył na nią z góry, a w holu było tak cicho, że słyszałem, jak służący szczękają zębami.

    — Postanowiłaś zamordować dziecko — oznajmił Cassian. — Mów.

    — Zapłacili mi — wykrztusiła pokojówka. — Nie chciałam. Proszę, odejdę i nikomu nie powiem…

    Nie dokończyła. Krzyk urwał się w połowie. Pięty zaszurały po kamieniu, raz i drugi, a potem znieruchomiały. Odwróciłem wzrok za późno. Zdążyłem zobaczyć, jak oczy zachodzą jej bielmem. Potem cień zgasł. Nie miał już kogo szukać.

    Pokojówka nie przeżyła. Na marmurze zostało ciało, którego nikt nie śmiał dotknąć bez jego rozkazu.

    — Posprzątacie to — powiedział Cassian niemalże leniwie. 

    Nikt nie odpowiedział. Służba rzuciła się, by wykonać jego polecenie.

    Brat odwrócił się ku mnie. Wściekłość już z niego zeszła. Został chłód i obojętność, jakby tamta pokojówka była sprawą do załatwienia, nie człowiekiem. Jego brak emocji przerażał mnie jeszcze bardziej niż sama egzekucja. 

    — Nie patrz tak — zwrócił się do mnie Cassian. — Wiedziała, co robi.

    Stałem przy schodach i nie mogłem się ruszyć. W holu pachniało woskiem i strachem. Służba klęczała, wskazała winną i patrzyła, jak tamta milknie. Cassian nawet nie udawał, że jest człowiekiem. Wszyscy to widzieli. Ja również.

    ★ ★ ★

    Raon

    Nikt nas nie zatrzymywał. Szłam u boku Setha przez korytarze rezydencji De’Vree, a służba schodziła nam z drogi, zanim zdążyłam powiedzieć dzień dobry. Chowali się za drzwiami i udawali, że mają do zrobienia coś wyjątkowo pilnego, ale ja i tak widziałam, jak na niego patrzą. To mnie lekko drażniło.

    Dla nich był pewnie straszny. Dla mnie był najwspanialszy na świecie. Wysoki, blady, z białymi włosami, które zasłaniały mu jedno oko, i z uszami, które sterczały nad głową miękko, po króliczemu. Twarz miał przystojną i urokliwą, nawet kiedy się do mnie nie uśmiechał. Blizny nadawały mu nieco surowy wygląd, ale ja widziałam w nich obietnicę, że nie ważne co się stanie, on i tak wróci. Opiekuńczy. Cichy. Słodki, kiedy podstawiał ucho pod moją dłoń i udawał, że nie czeka na pochwałę.

    — Nie muszą tak uciekać — mruknęłam. — Przecież nic im nie zrobisz.

    — Jeszcze nie — odparł królik.

    — Seth.

    — Słucham, Raon.

    — Dlaczego mówisz „jeszcze”?

    Poruszył uchem, jakby rozważył poprawkę.

    — Dobrze — zgodził się Seth. — Nic im nie zrobię. Dopóki nie podejdą zbyt blisko ciebie — dodał na wszelki wypadek.

    Westchnęłam, a on uznał westchnienie za pochwałę i wyprostował się jeszcze bardziej.

    Kiedy zeszliśmy po schodach tarasu, ogród zupełnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się trawnika i równych klombów kwiatów. Dostałam ciemną zieleń, niemal wpadającą w czerń i tak wiele czerwieni, ile tylko dało się zmieścić między ścieżkami. Rosły tu kolczaste róże, gęste, prawie czarne w środku, i zahaczały się o siebie tak, że czasami nie było którędy przejść. Przy alei stały gargulce. Dalej znajdowały się posągi stworzeń, których nie potrafiłam nazwać. Jedno miało za dużo skrzydeł, drugie zbyt wiele zębów, trzecie siedziało na postumencie i wpatrywało się w staw, jakby coś w nim liczyło. Sceneria była rodem z horroru. Nawet latarnie miały kształt pazurów. Woda w sadzawce była czerwona od opadłych płatków kwiatów.

    Uśmiechnęłam się wbrew sobie. Miejsce mi się podobało. Pasowało do Cassiana.

    — Nie spodziewałam się takiego ogrodu — stwierdziłam.

    Seth rozejrzał się po różach i po gargulcach, z których boków kruszył się kamień, jakby rozpadały się ze starości.

    — Jeśli coś wyskoczy z krzaków, przetnę to na pół — obiecał.

    Roześmiałam się, bo mówił to poważnie, i wzięłam go pod ramię. Służba, która obserwowała nas z domu odsunęła się jeszcze dalej, a mnie to już niemalże przestało drażnić. Szłam alejką między kolcami, Seth pilnował, żeby róża nie złapała mnie za rękaw, i cały ten straszny ogród wydawał mi się po prostu częścią domu, w którym wreszcie wolno mi było swobodnie oddychać.

    W końcu dotarliśmy do północnego skrzydła. Drzwi były zamknięte na klucz, a korytarz przed nimi wionął pustką, jakby nikt tędy nie chodził bez potrzeby.

    — Myślisz, że możemy tam wejść? — zapytałam.

    — Oczywiście — odparł Seth.

    Położył dłoń na klamce. Zamek ustąpił od razu, jakby przed chwilą wcale nie był zamknięty. Skrzydło było duszne, ale czyste. Dywan leżał równo. Na parapetach nie było kurzu. Nagle z głębi skrzydła dobiegł nas brzęk tłuczonej porcelany. Poszłam w tamtą stronę niepewnie, a Seth szedł pół kroku za mną.

    W jadalni stała kobieta w długiej, białej koszuli nocnej. Miała ciemne włosy, rozpuszczone i splątane, ostrą szczękę i te same proste brwi, które widziałam u Olivera. Usta też były podobne, tylko zaciśnięte do białości. Zrzucała talerze ze stołu, jeden po drugim, i nie patrzyła, gdzie spadają. Służące stały bezradnie pod ścianami. Czekały, aż tamta się zmęczy, żeby móc po niej posprzątać. Na mój widok zamarły.

    — Panienko — odezwała się najbliższa i skłoniła się nisko. — Co panienkę tu sprowadza?

    — Kto to jest? — zapytałam niepewnie i wskazałam kobietę przy stole.

    — To pani Rosa De’Vree — odpowiedziała służąca pokornie. — W tej chwili nie czuje się najlepiej.

    Za moimi plecami rozległy się szybkie kroki. W progu stanął Oliver.

    — Co tu robisz? — zapytał ostro. Potem jego spojrzenie padło na Setha. Cofnął się o kilka kroków i oparł plecami o futrynę. — Co… co to jest? — wydusił Oliver.

    — Poznaj Setha — powiedziałam łagodnie. — Jest moim strażnikiem i przyjacielem.

    Seth patrzył na Olivera nieufnie, z uchem zwróconym w jego stronę, ale nie ruszył się zza moich pleców. W jadalni znowu brzęknął talerz. Pani Rosa nawet na nas nie spojrzała. Oliver stał w progu blady, a ja dopiero wtedy zrozumiałam, że weszłam do części domu, której nigdy nie powinnam była odwiedzać.

    ★ ★ ★

    Oliver

    Raon stała na środku jadalni, a za nią stało coś, co nie było człowiekiem. Białe uszy, czerwone oko, blizny wystające nawet spod koszuli. Patrzyło na mnie i nie ruszało się zza jej pleców. Matka rzucała talerzami, jakby nas nie było. Służba czekała pod ścianą, a ja nie potrafiłem złapać oddechu. Raon zobaczyła zdecydowanie więcej niż powinna. Nie miałem pojęcia, co w ogóle tu robiła. 

    Oficjalnie Rosa De’Vree była chora, ja byłem jednak pewien, że popadła w szaleństwo z winy mojego brata. Ojciec zginął na froncie, zanim ją tu zamknięto, i od tamtej pory w domu nie było już nikogo, kto mógłby Cassiana powstrzymać. Zamknięto ją tutaj, kiedy jeszcze dało się udawać, że może wyzdrowieć. Potem ataki się nasiliły. Tak samo jak epizody, w których matka panicznie się czegoś bała lub próbowała wydrapać z własnej skóry niewidzialne stworzenia.

    — Wyjdź stąd — powiedziałem. Głos miałem zbyt ostry. — To nie jest miejsce dla ciebie.

    — Chciałam tylko zwiedzić dom — odparła obronnie Raon.

    Stojące za nią stworzenie poruszyło uchem. Cofnąłem się jeszcze o krok. Nie wiedziałem, czym jest, byłem jednak pewien, że ma coś wspólnego z Cassianem, a Raon mówiła o nim łagodnie, jak o przyjacielu.

    — Wyjdź stąd i trzymaj się z daleka od północnego skrzydła — powtórzyłem. 

    Raon spojrzała na kobietę przy stole. Matka rozbiła kolejny talerz i zaśmiała się do pustej ściany. Patrzyłem na Raon i mimowolnie wyobraziłem sobie również Iseul. Obie w tym domu. Obie zbyt blisko niego. Obie kończące, jak nasza matka. 

    Raon nie ruszyła od razu. Stworzenie zostało za nią, nieufne, gotowe. Matka nie podniosła głowy. Stałem w progu i wiedziałem już, co muszę zrobić. Nie potrafiłem go powstrzymać w holu. Tutaj, przy dźwięku tłuczonej porcelany, postanowiłem, że znajdę sposób, zanim obie skończą w najgorszym, możliwym scenariuszu.
    Raon w końcu odwróciła się i uciekła z północnego skrzydła.

    Matka nie skończyła na talerzach. Kiedy ostatni spadł i pękł, stała chwilę nad skorupami i kiwała głową, jakby ktoś jej przytakiwał. Potem podeszła do okna, choć zasłony były zaciągnięte, i zaczęła je odsuwać zbyt gwałtownie, raz za razem, aż kółka zgrzytnęły na drążku.

    — Już tu idzie — powiedziała Rosa. — Słyszycie? Zostawił drzwi otwarte. Zawsze zostawia. 

    Oczywiście nikt nie szedł. Na korytarzu było cicho. Ona i tak odwróciła się do pustego krzesła i uśmiechnęła się do niego szeroko.

    — Usiądź — powiedziała. — Dziś możesz jeść przy stole. Dziś jesteś grzeczny.

    Służąca zrobiła krok, żeby zabrać jej rękę z zasłony. Matka odtrąciła ją bez patrzenia i roześmiała się, krótko, jak na przyjęciu. Śmiech urwał się w połowie. Twarz jej zgasła. Popatrzyła na własne dłonie, jakby ich nie poznawała, i wytarła je o koszulę, choć nie było na nich niczego.

    Dopiero wtedy spojrzała na mnie bez rozpoznania

    — Wynoś się — powiedziała Rosa spokojnie. — On nie lubi, kiedy tu wchodzisz. 

    Podeszła do ściany i zaczęła sunąć po niej palcami, szukając klamki, której tam nie było. Liczyła pod nosem. Przy dwunastu zawróciła i liczyła od nowa. Służące stały bezradnie. Czekały, aż opadnie z sił, bo inaczej nie dało się jej zaprowadzić do łóżka. Stałem w progu i zdawałem sobie sprawę, że talerze to tylko początek. Reszta była znacznie gorsza.

    Note