Rozdział 1 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyOstatnie dni mojego życia
Ellie
To był dzień moich urodzin. Skończyłam dziewiętnaście lat. Nikt o tym nie pamiętał. Mama wyszła z moją o dwa lata młodszą siostrą na próbę baletu, zostawiając mnie w domu, żebym przygotowała dla nich późny obiad. Ojczym wciąż był w pracy. Mimo że działo się tak od zawsze, to wciąż było mi z tego powodu przykro. W naszym domu wszystko kręciło się wokół Diany, a ja mogłabym nie istnieć.
Z westchnieniem podwinęłam rękawy swojej prostej, znoszonej bluzki i stanęłam przy kuchennym blacie. Moje długie, złociste i zdecydowanie niesforne włosy, upięłam niedbale, by nie opadały mi na twarz, lecz kilka kosmyków i tak wymykało się, muskając porcelanową skórę policzków. W ciszy, przerywanej jedynie tykaniem starego zegara, kroiłam warzywa i pilnowałam garnków, jakby od tego zależało całe moje istnienie. Zapach pieczonego mięsa i ziół rozchodził się po domu, lecz w moim sercu panował jedynie chłód pustki.
Gdy wreszcie nakryłam do stołu, a rodzina zasiadła do posiłku, serce ścisnęło mi się boleśnie. Mama jak zawsze skrytykowała smak potrawy mechanicznym tonem, Diana paplała radośnie o swoich piruetach, a ojczym mruknął coś o pracy, nie podnosząc nawet wzroku. Nie padło ani jedno słowo, nikt nie zdobył się na chociażby lekki uśmiech, ani najlżejsze wspomnienie o dniu, w którym przyszłam na świat. Jadłam w milczeniu, czując, jak samotność wpełza mi pod skórę niczym lodowaty cień. Moje błękitne oczy, zwykle pełne cichej nadziei, teraz zasnuła mgła smutku.
Zmęczona do szpiku kości, zmyłam naczynia i powlokłam się do swojego pokoju. Padłam na łóżko, otulając się kocem, i zamknęłam oczy. Jutro… jutro pojadę do dziadka. On jeden patrzył na mnie tak, jakby naprawdę istniała. Jedyna osoba w tej rodzinie, której serce biło choć odrobinę dla mnie. Z tą myślą, pełną tęsknoty i kruchej nadziei, zapadłam w niespokojny sen, nieświadoma, że los już szykuje dla mnie spotkanie, które odmieni wszystko.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Następnego ranka, z sercem pełnym kruchej nadziei, weszłam do starego, pachnącego drewnem i wspomnieniami domu dziadka. Powietrze wydawało się dziwnie ciężkie, zbyt nieruchome. Zawołałam go cicho, potem głośniej, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza. Znalazłam go w ulubionym fotelu przy oknie. Był blady, nieruchomy, z dłonią wciąż zaciśniętą na książce. Serce mi zamarło. Czas zatrzymał się w jednej bolesnej chwili.
Drżącymi palcami wybrałam numer pogotowia. Głos mi się łamał, gdy mówiłam, co się stało. Mimo wszystko karetka przyjechała na sygnale, tylko po to, by lekarz mógł stwierdzić zgon z powodu udaru. Zabrały go zimne, obce ręce, a ja stałam tam jak duch, patrząc, jak zabierają jedyną osobę, która naprawdę kiedykolwiek mnie kochała. Załamana, osunęłam się na dywan w salonie, czując, jak świat wokół mnie pęka na tysiąc ostrych kawałków. Dreszcze rozpaczy przebiegały mi po całym ciele, a łzy same spływały po policzkach.
Wtedy moje spojrzenie padło na stolik kawowy. Leżało tam starannie zapakowane pudełko z moim imieniem, napisanym znajomym, zamaszystym charakterem pisma dziadka. Drżącymi rękami otworzyłam je i… zaparło mi dech. W środku była sukienka, dokładnie taka, o jakiej marzyłam od lat. Klasyczna, delikatna, z miękkiego, kremowego materiału, z subtelnym koronkowym dekoltem i lekko rozkloszowanym dołem. Idealna. Nikt nie znał mnie tak dobrze, jak dziadek, a teraz on…
Przytuliłam ją mocno do piersi i rozszlochałam się na dobre, głośno, boleśnie, jak mała dziewczynka, której nikt nigdy nie przytulił. Ten kawałek materiału pachniał jego miłością.
Nagle usłyszałam samochód na podjeździe. Przyjechali rodzice. Spodziewałam się łez, uścisków, czegokolwiek. Ale mama tylko westchnęła ciężko.
— Wiesz może, gdzie dziadek trzymał oszczędności? — zapytała bez ogródek.
Zamarłam. Zszokowana, nie byłam w stanie wydusić słowa. Diana, jak zawsze wścibska, podeszła bliżej i zanim zdążyłam zareagować, wyrwała mi sukienkę z rąk.
— Co to? Ładna! Pożyczę sobie — rzuciła z szerokim uśmiechem.
— Nie… — mój głos był cichy, ale po raz pierwszy w życiu naprawdę asertywny. — Dostałam ją od dziadka, oddaj mi ją!
Spróbowałam odebrać jej sukienkę, lecz Diana nie puszczała, ciągnąc mocniej. Usłyszałam paskudny dźwięk rozdzieranego materiału. Serce pękło mi na pół razem z sukienką.
— Weź sobie tę szmatę, nie potrzebuję jej — prychnęła Diana, rzucając mi podarte resztki.
Nie wytrzymałam. Po raz pierwszy w życiu uniosłam rękę i z całej siły spoliczkowałam siostrę. Diana wrzasnęła dramatycznie, jakby ktoś ją mordował. Natychmiast przybiegli rodzice. Zaczęła zalewać się teatralnymi łzami, a oni nawet nie dali mi dojść do słowa.
— Ty mała niewdzięcznico! — ryknął ojczym i uderzył mnie z taką siłą, że poleciałam w tył. Biodrem uderzyłam boleśnie o kant starego stołu. Ból rozlał się gorącą falą, ale był niczym w porównaniu z tym, co czułam w środku.
Bez słowa, z podartą sukienką przytuloną do piersi niczym najcenniejszy skarb, wstałam i wyszłam. Za moimi plecami sypały się bluzgi i pretensje — „zawsze tylko problemy”, „egoistka”, „jak mogłaś uderzyć siostrę”. Nie obejrzałam się za siebie. Łzy spływały mi po twarzy, a w głowie huczała przerażająca myśl — jestem zupełnie sama.
Był sobotni poranek, słońce dopiero wspinało się wyżej po niebie, rzucając miękkie, złociste promienie na stare drzewa i zarośnięty ogród. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i kwiatami, ale w mojej piersi panowała jedynie ciężka, lodowata pustka. Nie wrócę tam. Nigdy więcej. Nie do tego domu, w którym byłam jedynie niewidzialnym cieniem.
Z podartą sukienką przyciśniętą do piersi usiadłam na starym, omszałym murku w pobliskim parku. Biodro wciąż pulsowało tępym bólem po uderzeniu o kant stołu, ale to nic w porównaniu z tym, co działo się w moim sercu. Drżącymi palcami wyjęłam z kieszeni swój wysłużony telefon z potłuczoną szybą i zalogowałam się do aplikacji bankowej. To było moje jedyne marzenie o wolności — konto oszczędnościowe, na które od miesięcy przelewałam każdą wypłatę z dorywczej pracy po szkole.
Saldo wyświetliło się na ekranie. Konto było prawie puste. Szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w te żałosne grosze, jakby świat runął po raz drugi tego ranka.
„To… niemożliwe…” — wyszeptałam drżącym głosem, czując, jak gardło ściska mi się ze złości i rozpaczy. Szybko otworzyłam historię operacji. Tydzień temu. Duża wypłata. Nazwa niczego mi nie mówiła, więc wpisałam ją w przeglądarkę. Moim oczom ukazał się luksusowy, paryski butik ze strojami do baletu. I wtedy to do mnie dotarło. Moja rodzina użyła moich pieniędzy, żeby zapłacić za sukienkę na występ Diany. Kilkanaście tysięcy. Wszystko, co miałam. Wszystko, co odkładałam z nadzieją na to, że uda mi się pójść na studia.
Łzy popłynęły mi gorącymi strumieniami po bladych policzkach. Ścisnęłam telefon tak mocno, że potłuczona szyba wbiła mi się lekko w opuszek palca. Jak mogli? Jak matka mogła wziąć moje pieniądze bez jednego słowa, na kolejną zachciankę Diany? Dziadek odszedł na zawsze, a ja… zostałam z niczym. Z totalną pustką w sercu i na koncie.
Siedziałam tak, tuląc do siebie zniszczony materiał, gdy poranne słońce delikatnie muskało moje długie, falujące włosy. Nie miałam dokąd pójść. Nie miałam nikogo. Tylko ten żal, ciężki i palący, który sprawiał, że całe ciało drżało z bezsilnej furii.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Siedziałam na tym murku chyba całe godziny. Poranne słońce dawno zamieniło się w blade popołudnie, a potem w chłodny, szary zmierzch. Nie ruszyłam się ani razu. Byłam już tak zmęczona, przemarznięta i głodna, że nawet płakać mi się nie chciało. Żołądek ściskał się w bolesnym skurczu, palce zdrętwiały z zimna, a podarta sukienka dziadka leżała na moich kolanach jak ostatni dowód na to, że wszystko, co dobre, kończy w strzępach.
Miałam dość. Po prostu… dość.
Wstałam chwiejnie i ruszyłam przed siebie pustą ulicą. Chciałam tylko przejść na drugą stronę, gdzie znajdowało się schronisko dla młodzieży, planowałam znaleźć jakieś schronienie na noc. W oddali majaczył stary wiadukt nad ruchliwą ulicą szybkiego ruchu. Światła samochodów migały w dole jak agresywne, złociste robaczki świętojańskie. Weszłam na most, czując pod stopami popękany beton. Wiatr smagał moje długie, złociste włosy, a ja szłam powoli, niczym zjawa.
Nagle rozległ się niski, groźny trzask. Beton pod moimi stopami drgnął. Pęknięcia rozbiegły się błyskawicznie niczym czarna pajęczyna. Serce podskoczyło mi do gardła.
— Nie… — zdążyłam tylko wyszeptać.
Most zapadł się pode mną z ogłuszającym hukiem. Świat zawirował. Spadałam w dół, prosto ku ruchliwej jezdni, gdzie pędziły rozpędzone samochody. Wiatr wył mi w uszach, podarta sukienka furkotała jak złamane skrzydła. Czas zwolnił. Widziałam zbliżające się światła reflektorów, słyszałam pisk hamulców i własne serce, które biło tak głośno, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
To koniec.
