Rozdział 5 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by Vicky
Krew wampirów
Ellie
Bycie wampirem było naprawdę fajne. Ponadprzeciętny wzrok i słuch, znacznie zwiększona szybkość i zwinność, a do tego intrygująca mnie coraz bardziej magia, nie tylko ta wpływająca na cudze umysły. Nie podobał mi się tylko ten element z bezwzględnym posłuszeństwem wobec krwi, ale hej, musiałam przyznać, że to miało swój sens. Bez niego, zapewne zapanowałby chaos i, być może, ucierpieliby niewinni ludzie, a tak nie było opcji, że ktoś nie będzie przestrzegał wyznaczonych granic.
Właśnie poprawiałam włosy przed lustrem, kiedy usłyszałam pukanie. Drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł Kael. Wyglądał jak zawsze — elegancko, ale na luzie, z tym swoim lekkim, czarującym uśmiechem, który sprawiał, że od razu robiło się cieplej.
— Gotowa? — zapytał, opierając się o framugę drzwi.
Przytaknęłam, choć w środku byłam kłębkiem nerwów. Kael zaproponował, że skoro za tydzień mam zacząć naukę w Akademii, to może najpierw chciałabym kogoś stamtąd poznać. W związku z czym umówił nas na spotkanie ze swoimi znajomymi. Brzmiało to jednocześnie ekscytująco i przerażająco.
Ubrałam się starannie — czarna plisowana spódniczka za kolano, biała bluzeczka z delikatnymi guzikami i mała, dopasowana torebka. Wyglądałam… normalnie. Jak dziewczyna idąca na spotkanie z rówieśnikami, a nie świeżo upieczona wampirza księżniczka.
— Wyglądasz świetnie — rzucił Kael, gdy wsiadaliśmy do jego czerwonego sportowego samochodu. — Jak prawdziwa studentka Akademii.
— Dzięki — mruknęłam, lekko zawstydzona. — Mam nadzieję, że nie zrobię z siebie totalnej idiotki.
Kael zaśmiał się cicho, tym swoim ciepłym, przyjemnie brzmiącym śmiechem.
— Spokojnie. Moi znajomi są w porządku. No… w większości. Jeden czy dwóch może być trochę… specyficznych, ale dasz radę.
Samochód sunął gładko przez miasto. Zerknęłam na niego z ukosa.
— Ta restauracja, do której jedziemy… też należy do Valeriusa?
Młodzieniec parsknął śmiechem.
— Tym razem nie. Ale… technicznie rzecz biorąc należy do wampirów z klanu Azure. Więc nie, ale w praktyce… no tak.
— Czyli wszędzie, gdzie się ruszę, i tak jestem „córką szefa” — westchnęłam dramatycznie.
— Dokładnie tak, Wasza Wysokość — odparł Kael z udawaną powagą, ale w jego oczach tańczyły wesołe iskierki. — Przyzwyczajaj się. W tym świecie trudno być anonimowym, kiedy ma się takiego ojca.
Westchnęłam ciężko, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Kael miał w sobie coś takiego… lekkiego. Przy nim napięcie, które zwykle czułam, stawało się trochę luźniejsze.
— No dobra — powiedział, skręcając w stronę eleganckiej dzielnicy. — Gotowa na pierwsze spotkanie towarzyskie w wampirzym świecie?
— Absolutnie nie — przyznałam szczerze.
— To świetnie — odparł z szerokim uśmiechem. — Zawsze lepiej zaczynać od zera. Wtedy każdy sukces smakuje wybornie.
Spojrzałam na niego i mimo nerwów poczułam, jak coś ciepłego rozlewa mi się w piersi. Może to spotkanie nie będzie takie straszne… zwłaszcza jeśli Kael będzie cały czas obok.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Uważałem, że Ellie wyglądała tego dnia wyjątkowo ślicznie. Czarna plisowana spódniczka, biała bluzeczka z delikatnymi guzikami, lekki makijaż i te długie, złociste włosy, które falowały przy każdym ruchu… Idealnie. Dokładnie tak, jak trzeba, żeby zrobić wrażenie.
Nikogo nie uprzedziłem, kogo przyprowadzę. Byłem wręcz zachwycony wizją chaosu, który zaraz wywołam.
Poprowadziłem ją do prywatnej sali VIP na najwyższym piętrze restauracji. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, wszystkie rozmowy ucichły. Wszyscy patrzyli na Ellie z mieszanką ciekawości i zaskoczenia. Uśmiechnąłem się w duchu. No to zaczynamy.
Rozejrzałem się po sali. Byli już Damien i Hunter — moi najwięksi kumple, z którymi trzymałem się najbliżej, bo o prawdziwą przyjaźń w tym hierarchicznym wampirzym świecie było naprawdę trudno i każdy mógł ci w dowolnym momencie wbić nóż w plecy. Były też dziewczyny — Roxy i Jasmine. Sama elita.
Damien i Jasmine należeli do klanu Azure, do siódmego pokolenia, więc byłem pewien, że wyczują, że Ellie stoi nad nimi w hierarchii. Ale nie będą mieli pojęcia, jak wysoko. Roxy i Hunter z kolei należeli do klanu Luny — przyjechali z innego kraju, żeby uczyć się w Akademii.
Roxy uniosła brew jako pierwsza.
— Kogo do nas przyprowadziłeś? — zapytała z ciekawością.
Uśmiechnąłem się szeroko, kładąc dłoń na plecach Ellie w lekkim, opiekuńczym geście.
— To Ellie. Nowa uczennica w Akademii — oznajmiłem z nutą rozbawienia. — Ellie, to Roxy, Jasmine, Damien i Hunter — przedstawiłem ich po kolei.
Jasmine, jak zawsze uprzejma, ale z tym swoim ukrytym błyskiem w oku — wiedziałem, że wyczuła pozycję Ellie — uśmiechnęła się ciepło.
— Cześć Ellie. Na pewno się zaprzyjaźnimy — powiedziała słodko. — Może chcesz usiąść koło mnie?
Moja towarzyszka uśmiechnęła się grzecznie i ostatecznie usiadła między mną a Jasmine. Reszta towarzystwa nie odrywała od niej zaciekawionych spojrzeń. Damien uniósł brew, Hunter wyglądał na rozbawionego, a Roxy otwarcie taksowała ją wzrokiem. Przez chwilę panowała cisza, jakby wszyscy czekali, aż ktoś pierwszy się odezwie. Uśmiechnąłem się pod nosem. To będzie świetna zabawa.
— No dalej — rzuciłem lekko, zajmując miejsce obok Ellie. — Co tak wszyscy zamilkli?
Ellie posłała mi szybkie, nerwowe spojrzenie, ale w jej oczach widziałem też iskierkę rozbawienia. Była spięta, ale starała się trzymać fasonu. I cholera… wyglądała przy tym uroczo.
Jasmine nachyliła się lekko w jej stronę.
— Jesteś nowa w mieście? — zapytała z uprzejmym uśmiechem, choć wiedziałem, że w głowie układa już sobie pytania o jej pochodzenie.
— Można tak powiedzieć… — odpowiedziała Ellie ostrożnie.
Uśmiechnąłem się szerzej. To będzie bardzo interesujące popołudnie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Siedziałam między Kaelem a Jasmine, czując na sobie spojrzenia całej czwórki. Było w nich coś… zbyt uważnego. Jakby każdy mój ruch był analizowany. Jasmine uśmiechała się ciepło, ale jej oczy pozostawały czujne. Damien oparł się wygodnie, przyglądając mi się z rozbawionym błyskiem w oku.
— No proszę… nowa twarz w Akademii. Kael rzadko kogoś przyprowadza. Musisz być wyjątkowa.
Roxy uniosła brew, taksując mnie od stóp do głów.
— Wyglądasz uroczo, prawie jak z obrazka. Skąd dokładnie jesteś?
Poczułam lekkie ukłucie niepokoju. Pytania brzmiały niewinnie, ale czułam pod nimi drugie dno. Kael położył dłoń na oparciu mojego krzesła, swobodnie, a jednak w wyraźnie opiekuńczym geście.
— Dajcie jej odetchnąć — powiedział lekko, ale w jego głosie było ciche ostrzeżenie. — To jej pierwsze spotkanie z wami. Nie musicie od razu urządzać przesłuchania.
Hunter parsknął cicho z rozbawieniem.
— Spokojnie, Kael. Jesteśmy po prostu ciekawi.
Jasmine nachyliła się bliżej.
— Jak poznałaś Kaela? To musi być ciekawa historia.
Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco. Powietrze w sali zrobiło się jakby gęstsze. Czułam, że każdy mój ruch jest ważny, a oni nie tylko pytają — oni oceniają. Uśmiechnęłam się lekko, starając się zachować spokój.
— To… dość długa historia — powiedziałam ostrożnie.
Kael ścisnął delikatnie moje ramię, jakby chciał dodać mi odwagi. Spojrzałam na niego szybko i zobaczyłam w jego oczach coś ciepłego. Wsparcie. I może odrobinę rozbawienia tym całym przedstawieniem.
Damien uśmiechnął się szerzej.
— Dzięki Ellie dni w Akademii wreszcie zrobią się ciekawsze.
Poczułam, jak serce mi przyspiesza. To, co powiedział, zabrzmiało jednocześnie niewinnie i… niebezpiecznie.
Jasmine roześmiała się delikatnie.
— Nie strasz jej, Damien. Ellie, jeśli będziesz potrzebowała kogoś, kto pokaże ci, co i jak… jestem do dyspozycji.
Na dużym, okrągłym stole, przy którym siedzieliśmy, było już przygotowane jedzenie — eleganckie przekąski, owoce, desery i napoje. Zauważyłam jednak, że nigdzie nie ma krwi, co w tym momencie trochę mnie zdziwiło. W końcu byłam nawet w kawiarni, gdzie podawano ją otwarcie. Wtedy do pomieszczenia weszły młode hostessy — wszystkie bardzo ładne, ubrane w czarne, eleganckie sukienki. Poruszały się z gracją, ale w ich oczach widziałam lekkie napięcie.
Jasmine wstała od stołu. Z wdzięcznym uśmiechem podeszła do jednej z dziewczyn, delikatnie wzięła ją za rękę i odciągnęła na bok, ku stojącej pod ścianą kanapie, na której obie usiadły. Bez słowa nachyliła się i zatopiła zęby w jej szyi.
Zrobiłam to, co każdy normalny człowiek by zrobił w takiej sytuacji. Wpatrywałam się w to szeroko otwartymi oczami. To wyglądało… jak na filmach o wampirach. Jasmine piła spokojnie, prawie elegancko, a dziewczyna nawet nie drgnęła, tylko lekko przymknęła oczy, jakby to było coś zupełnie normalnego. Po chwili Jasmine odsunęła się, delikatnie oblizała wargi i uśmiechnęła się do niej uroczo.
— Dziękuję, kochanie — powiedziała słodko.
Dziewczyna tylko skinęła głową i wróciła na swoje miejsce przy ścianie, jakby nic się nie stało.
Przełknęłam ślinę. Serce biło mi szybciej. To było… surrealistyczne. Z jednej strony wiedziałam, że to normalne w tym świecie, a z drugiej… wciąż byłam na tyle „ludzka”, że widok kogoś gryzącego drugą osobę w szyję przy stole robił na mnie wrażenie.
Kael musiał zauważyć moją minę, bo nachylił się lekko.
— Spokojnie. To dobrowolne — szepnął mi do ucha z rozbawieniem. — Dostają za to niezłe pieniądze i ochronę. Nikt tu nie jest ofiarą.
Kiwnęłam głową, ale wciąż patrzyłam na Jasmine, która wróciła na swoje miejsce jakby właśnie skończyła pić kawę, a nie krew.
Damien parsknął cicho, widząc moją reakcję.
— Pierwsze razy są zawsze najzabawniejsze — rzucił z uśmiechem. — Za kilka tygodni będziesz robić to samo i nawet nie mrugniesz okiem.
Roxy uniosła kieliszek z czymś czerwonym.
— Witaj w prawdziwym życiu, Ellie.
Uśmiechnęłam się słabo, starając się nie pokazać, jak bardzo jestem zaskoczona. Kael położył mi dłoń na kolanie pod stołem w geście dyskretnym, ale bardzo kojącym.
— Dasz radę — szepnął tak, żeby tylko ja słyszała. — A jak będzie za bardzo dziwnie, to zawsze możemy stąd uciec.
Spojrzałam na niego i mimo wszystko poczułam, jak robi mi się cieplej. Przy nim to wszystko wydawało się… znośniejsze.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że czuję zapach krwi. Słodki, ciepły, kuszący. Natychmiast poczułam, jak moje kły wysuwają się same, boleśnie naciskając na dziąsła. O cholera! — pomyślałam spanikowana, szybko zakrywając usta dłonią. Serce mi przyspieszyło. To było takie… zwierzęce. Instynktowne. Nie miałam nad tym żadnej kontroli.
Kael musiał to zauważyć, bo nachylił się ku mnie.
— Nie musisz gryźć jej w szyję — powiedział konspiracyjnym szeptem. — Nadgarstek jest równie dobry.
Kiedy zobaczył, że wciąż siedzę jak sparaliżowana, po prostu wziął jedną z dziewczyn za rękę, delikatnie, ale stanowczo. Wbił w jej nadgarstek swoje kły — szybko i czysto — a potem podsunął mi jej rękę bliżej.
Zapach uderzył mnie z pełną mocą. Nie myślałam. Po prostu zareagowałam instynktownie. Pochyliłam się i zatopiłam kły w jej nadgarstku. Krew spłynęła mi do ust — ciepła, słodka, obezwładniająco dobra. Smakowała jak najwspanialsza czekolada z domieszką czegoś korzennego, pierwotnego. Jęknęłam cicho, nie mogąc się powstrzymać.
Jasmine obserwowała to z radością.
— Świeża krew, bezpośrednio od dawcy, jest znacznie lepsza dla naszej magii — wyjaśniła wesoło. — Daje o wiele większy zastrzyk mocy niż ta z kieliszka.
Roxy przytaknęła.
— No właśnie. Po butelkowanej od razu czujesz się… mdło. Jak po fast foodzie.
Zmieszałam się mocno, odrywając usta od nadgarstka dziewczyny. Oblizałam wargi, czując się jednocześnie zawstydzona i… dziwnie nasycona. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się do mnie słabo i odeszła, jakby nic się nie stało.
Kael patrzył na mnie z lekkim, ciepłym uśmiechem.
— No i jak? — zapytał cicho.
— To… było intensywne — przyznałam szeptem, wciąż czując smak na języku. — I… bardzo dobre.
Hunter parsknął śmiechem.
— Witaj w klubie, mała. Za tydzień w Akademii będziesz już robić to z zamkniętymi oczami.
Jasmine nachyliła się bliżej, uśmiechając się konspiracyjnie.
— A jak już opanujesz podstawy, to pokażę ci najlepsze miejsca na polowanie… oczywiście tylko te legalne.
Uśmiechnęłam się niepewnie, ale w środku czułam dziwną mieszankę wstydu i ekscytacji. To wszystko było takie… inne. I jednocześnie coraz bardziej moje. Kael spojrzał na mnie łagodnie.
— Dajesz radę — szepnął tak, żebym tylko ja go słyszała. — I wyglądasz przy tym cholernie uroczo.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Dawno nic nie dostarczyło mi tyle rozrywki, co pilnowanie Ellie. Byłem przeszczęśliwy. Patrzyłem, jak próbuje ogarnąć ten cały wampirzy cyrk, jak się peszy… no dobra, jak się stara tego nie pokazywać, i czułem się… dobrze. Naprawdę wspaniale. Wreszcie przestało być nudno.
Ale oczywiście los nie mógł pozwolić mi cieszyć się tym zbyt długo. Gdy drzwi do sali otworzyły się ponownie, mój humor spadł na samo dno.
Kurwa.
Selena.
Miałem nadzieję, że jest jeszcze za granicą, a jednak jakimś cudem znalazła się właśnie tutaj. Byłem pewien, że gdzieś usłyszała, że się pojawię. Moja oficjalna narzeczona z klanu Luna. Aranżowany związek, z którego próbowałem się wyplątać na wszelkie możliwe sposoby od ponad roku. Ona jednak przyczepiła się do mnie jak rzep i odmawiała jakiejkolwiek współpracy. Układy między klanami były zbyt delikatne, żeby po prostu ją odesłać.
Selena natychmiast odnalazła mnie wzrokiem. A potem jej spojrzenie padło na Ellie, do której w międzyczasie przysunąłem się tak blisko, że prawie stykaliśmy się ramionami. Hunter i Damien spojrzeli na mnie współczująco, ale mądrze milczeli.
Selena podeszła prosto do nas, uśmiechając się tym swoim irytującym i niebezpiecznym uśmiechem. Zatrzymała się bezpośrednio przy Ellie.
— Przesiądziesz się? — powiedziała niby uprzejmie, ale rozkazującym tonem
Ellie wpatrywała się w nią zakłopotana, wyraźnie zaskoczona nagłą zmianą atmosfery.
Nie wytrzymałem.
— Jest dużo miejsca — odezwałem się chłodno, wskazując na przeciwległą część stolika.
Selena nawet na mnie nie spojrzała. Całą uwagę skupiła na Ellie. W jej głosie pojawiła się groźba.
— Ale mi podoba się to miejsce.
Powietrze w sali zrobiło się ciężkie. Jasmine i Roxy wymieniły szybkie spojrzenia. Damien odchylił się na krześle, jakby przygotowywał się na przedstawienie. Ellie siedziała sztywno, wyraźnie czując napięcie, ale nie odsunęła się ode mnie. To było… miłe. Bardziej niż miłe. Cholernie mi się podobało.
Położyłem dłoń na oparciu jej krzesła w wyraźnym, opiekuńczym geście i spojrzałem na Selenę zimno.
— Selena — powiedziałem spokojnie, ale z ostrzeżeniem w głosie. — To nie jest dobry moment.
Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie. Uśmiechnęła się jednak słodko, jakby nic się nie stało.
— Oczywiście, kochanie. Po prostu chciałam poznać twoją… nową przyjaciółkę.
Słowo „przyjaciółkę” wypowiedziała tak, jakby było czymś obrzydliwym. Ellie siedziała cicho, ale czułem, jak jej ciało lekko drży. Nie ze strachu — raczej z zaskoczenia i niepewności.
Wtedy zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo prostego. Wystarczyłby jeden telefon. Może nawet wiadomość tekstowa. Gdybym doniósł Valeriusowi, że Selena jest niemiła dla Ellie, wtedy on… Niechętnie odrzuciłem od siebie tę myśl. Nie chciałem, żeby Ellie w pierwszych tygodniach nowego życia musiała być świadkiem wojny klanów. Nie po tym wszystkim, co już przeszła.
Zdałem sobie sprawę, że trzeba było iść śladem Erena. On nie miał narzeczonej. Nie dlatego, że nie próbowali go wcisnąć w żadne układy. Po prostu przy każdej próbie umówienia go z kimkolwiek na siłę był tak upiorny, że ta osoba niemalże uciekała z krzykiem. Ja byłem… miły. I to był mój błąd.
Selena wciąż stała przy stole, uśmiechając się tym swoim pięknym, ale jadowitym uśmiechem. Patrzyła na Ellie jak na intruza, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć.
— No dalej — powiedziała słodko, choć w jej głosie słychać było stal. — Nie chcesz chyba zajmować miejsca, które nie jest twoje, prawda?
Ellie zesztywniała. Czułem, jak jej ramię delikatnie drży pod moją dłonią. Nie odezwała się, ale widziałem, jak zaciska palce na rąbku spódnicy.
Byłem na skraju.
— Selena — mój głos był cichy, ale lodowaty. — Siadaj. Tam. — Wskazałem na przeciwległą stronę stołu.
Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu tylko uśmiechnęła się sztucznie i odeszła, rzucając Ellie ostatnie, mordercze spojrzenie.
Gdy tylko usiadła, Damien odchrząknął.
— No… to było… interesujące — mruknął.
Roxy parsknęła cicho, ale nie skomentowała.
Nachyliłem się do Ellie i szepnąłem jej do ucha, tak żeby tylko ona słyszała.
— Nie przejmuj się nią. Selena lubi dramatyzować. Nic ci nie zrobi.
Ellie kiwnęła głową, ale widziałem, że jest spięta. Jej dłoń pod stołem odruchowo zacisnęła się na mojej. Nie puściłem.
W tym momencie zrozumiałem coś jeszcze. Nie chodziło już tylko o to, że Valerius kazał mi jej pilnować. Chciałem jej pilnować. I to było o wiele bardziej niebezpieczne niż jakakolwiek reakcja Seleny.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Nowa atmosfera przestała mi się podobać. Uśmiechy były zbyt słodkie, spojrzenia zbyt uważne, a podtekst zbyt gęsty. Wstałam od stołu.
— Zaraz wrócę — szepnęłam do Kaela.
Poszłam do damskiej łazienki, chcąc chociaż na chwilę odetchnąć. Stanęłam przed lustrem i sprawdziłam, czy nie ubrudziłam się krwią. Na szczęście wszystko było w porządku.
Ku mojemu zdumieniu chwilę później drzwi otworzyły się i weszła Selena. Nie zaczęła jednak normalnej konwersacji.
— Kael jest mój — syknęła, podchodząc bliżej. — Jak taka głupia szmata jak ty śmie się do niego zbliżać?!
Jej słowa były ostre niczym noże. Patrzyła na mnie z czystą pogardą i zazdrością, która aż biła od niej falami. Z początku byłam obojętna. Po prostu patrzyłam na nią w lustrze. Ale im dłużej mówiła — im więcej obrzydliwych słów padało z jej ust — tym bardziej czułam, jak w środku mnie coś się gotuje. Irytacja rosła z każdą sekundą.
Kiedy Selena autentycznie spróbowała złapać mnie za włosy, moja cierpliwość się skończyła, pękając, jak bańka mydlana. Nie zamierzałam być bierna.
Nie miałam pojęcia skąd to wiem, ale byłam pewna, że Selena jest wampirem urodzonym. Nie czułam więzi krwi, więc musiała pochodzić z innego klanu — nie od Valeriusa. A jednak… podświadomie wiedziałam, że w razie potrzeby bez trudu mogę przejąć nad nią kontrolę.
Była piekielnie szybka i zwinna. Kiedy próbowałam uniknąć jej ataku, chwyciła mnie za rękę i niechcący zadrapałam ją paznokciami. Mikro ranka. Nic wielkiego. Ale wtedy poczułam zapach jej krwi. Słodki. Upojny. Znacznie bardziej przyciągający niż ludzka krew.
W jednej chwili straciłam nad sobą panowanie.
— Na kolana! — rozkazałam, nieświadoma tego, co mówię i robię.
Rozkaz był tak silny, że Selena padła na kolana jak rażona piorunem. Jej oczy rozszerzyły się z szoku i wściekłości.
Nie myślałam. Klęknęłam obok niej i wgryzłam się w jej szyję. Krew uderzyła mi do ust — gorąca, słodka, pełna mocy. Smakowała jak zakazany owoc, jak coś, czego nie powinnam pragnąć, a jednak nie mogłam przestać. Piłam łapczywie, czując, jak moc wlewa się we mnie falami. Selena drżała, ale nie była w stanie się ruszyć.
Dopiero po chwili, gdy mgła czerwieni trochę opadła, zdałam sobie sprawę, co robię. Oderwałam usta od jej szyi, dysząc ciężko. Krew spływała mi po brodzie. Selena klęczała przede mną, blada i wściekła, ale całkowicie bezsilna, a potem nieprzytomna osunęła się na podłogę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Coś było nie tak. Selena wyszła chwilę po Ellie i to od razu wzbudziło we mnie niepokój. Znałem ją zbyt dobrze. Nie odpuszczała tak łatwo. Przeprosiłem towarzystwo i ruszyłem za nimi, starając się nie biec.
Gdy otworzyłem drzwi damskiej łazienki, zamarłem.
Ellie siedziała na kafelkach, umazana we krwi. Na kolanach trzymała głowę nieprzytomnej Seleny, której szyja była rozharatana i krwawiła obficie.
— Obudź się, proszę… ja… nie chciałam… — szeptała drżącym głosem.
Przez chwilę nie mogłem otrząsnąć się z szoku. To nie była zwykła walka. Ellie znowu piła krew urodzonego wampira. Śmiertelną truciznę dla wampirów stworzonych.
— Ellie… — wychrypiałem, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
Podszedłem bliżej. Byłem przerażony. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak ją ciągnie do krwi urodzonych i jakim cudem ta krew jej nie szkodzi. Powinna już leżeć na podłodze, wijąc się w konwulsjach. A ona… trzymała Selenę i wyglądała na przerażoną, ale przytomną.
Delikatnie wziąłem jej twarz w dłonie.
— Ellie, oddychaj — powiedziałem, starając się zachować spokój, choć serce waliło mi jak oszalałe.
Dziewczyna spojrzała na mnie analitycznie, mimo paniki w oczach.
— Powinniśmy wezwać karetkę — powiedziała konkretnie, choć głos jej drżał. — Selena jest nieprzytomna. Nie wiem, ile wypiłam, ale… nie wygląda to dobrze.
Przecząco pokręciłem głową. Uklęknąłem za nią na podłodze, oplatając ją ramionami.
— Selena żyje. Jest silna. Nic jej nie będzie. A ty… ty po prostu straciłaś kontrolę. To się zdarza, zwłaszcza na początku.
Trzymałem ją mocno w ramionach, jakby mogła mi się w każdej chwili rozsypać, i drugą ręką wyciągnąłem telefon. Wybrałem numer Valeriusa. Odebrał po drugim sygnale.
— Kael? — jego głos był spokojny, ale wiedziałem, że wyczuł napięcie.
— Jesteśmy w łazience restauracji Srebrny Dzwon. Selena z klanu Luna zaatakowała Ellie. Ellie… straciła kontrolę i napiła się jej krwi. Selena jest nieprzytomna. Ellie jest cała we krwi, ale… wygląda na to, że nic jej nie jest.
Po drugiej stronie zapadła ciężka cisza.
— Zostawcie tam wszystko tak, jak jest — powiedział w końcu Valerius lodowato. — Zaraz będę. I Kael… pilnuj jej.
Rozłączył się. Trzymałem Ellie mocno w ramionach, czując, jak drży. Jej twarz była umazana krwią Seleny, a oczy pełne przerażenia i dezorientacji.
— Wszystko będzie dobrze — szepnąłem jej we włosy, choć sam nie byłem tego pewien. — Valerius zaraz tu będzie. On będzie wiedział, co robić.
Ellie tylko kiwnęła głową, wtulając się we mnie mocniej, wciąż drżała w moich ramionach.