Rozdział 18 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyRosnąca frustracja
Eren
Przekląłem w duchu tak spektakularnie, że aż mnie samego zdziwiło, że nie powiedziałem tego na głos. Byłem wkurzony. I jednocześnie czułem taką pieprzoną ulgę, że aż mnie zatkało.
Ellie po mnie przyszła. Przez cały ten czas o mnie myślała. Stanęła przed Valeriusem i powiedziała, że należę do niej. A jednak ten stary piernik i tak postawił na swoim. Zmusił ją, żeby to powiedziała na głos, a tym samym uświadomiła mi i jemu, że jestem jej własnością. Dokładnie tak, jak Kael. I dokładnie tak samo jak on… nie powinienem był przy niej zmuszać się do logiki.
Dziewczyna zaprowadziła mnie do jednej z luksusowych kajut. Kiedy brałem prysznic, przygotowała mi jedzenie. Siedziała naprzeciwko, kiedy jadłem, i patrzyła na mnie z niepokojem.
— Naprawdę Valerius jest na ciebie zły za to, że uratowałeś Selenę? — zapytała zaskoczona.
Kiwnąłem tylko głową, nie odrywając wzroku od talerza.
— Uznałem… że będziesz nieszczęśliwa, jeśli ona zginie — mruknąłem w końcu.
Ellie podniosła się z kanapy, stanęła za mną i oplotła mnie od tyłu ramionami. Przytuliła się do moich pleców. Ciepło jej ciała wpełzło we mnie, a ja uświadomiłem sobie, jak bardzo brakowało mi jej od trzech cholernych dni. Poczułem ulgę tak silną, że prawie zapomniałem, jak się oddycha.
— Nie wiem, jaką logiką kierują się wampiry — mruknęła cicho, przyciskając policzek do moich włosów — ale wydaje mi się, że go po prostu nie interesuje nikt spoza klanu Azure. — Chwilę milczała, a potem dodała już łagodniej. — Oczywiście, że się cieszę, że dzięki tobie Selena przeżyła.
Mimo jej słów coś we mnie w dalszym ciągu nieprzyjemnie się kotłowało. Niepewność. Tępa, nieprzyjemna. Kiedy w końcu odsunęła się i zaczęła się krzątać po kajucie, poczułem zawód tak wyraźny, że aż mnie to wkurzyło.
A potem drzwi się otworzyły. Do środka wszedł Kael. I Ellie… rozpromieniła się. Natychmiast. Jakby ktoś właśnie zapalił w niej światło. Kiedy usiadł, od razu usiadła obok niego. Zdecydowanie zbyt blisko. Poświęciła mu całą swoją uwagę. Uśmiechała się. Słuchała. Była… tylko dla niego.
Kurwa. Jak bardzo mogli się do siebie zbliżyć w ciągu tych trzech dni?
Patrzyłem na nich i nagle miałem absolutną, krystaliczną pewność. Powinienem był pozwolić Selenie zginąć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Nie byłem do końca zadowolony, że mój brat znowu jest przy Ellie. Z drugiej strony… czułem ulgę. Gniew Valeriusa nie okazał się aż tak silny, jak się bałem. Eren dostał swoje trzy dni w magazynie i wrócił w jednym kawałku. To już coś.
To była ostatnia noc na morzu. Ellie cały wieczór spędziła rozmawiając z Valeriusem — o czymś ważnym, bo kiedy wróciła, miała ten swój skupiony, poważny wyraz twarzy. Było już późno. Cieszyłem się, że wreszcie ją odzyskałem i znowu mogę mieć ją blisko, bez dzielenia uwagi z całym światem.
Szykowaliśmy się do snu. Tak jak każdego wieczoru na jachcie, położyłem się za jej plecami i oplotłem ją ramionami. Ciepło jej ciała, zapach skóry, delikatne kosmyki włosów muskające mi brodę… To było dokładnie to, czego potrzebowałem po tych wszystkich dniach chaosu.
Byłem pewien, że Eren skorzysta z okazji i pójdzie do naszej wspólnej kajuty. Z pewnością będzie chciał pobyć sam, tak jak zawsze. Da mi tę jedną, cholerną noc tylko z nią. Ale nie. Patrzyłem na niego z rosnącą irytacją, kiedy zgasił światło i po prostu położył się po drugiej stronie Ellie. Jak gdyby nigdy nic. Jakby to było najnormalniejsze zachowanie na świecie.
Ellie nie zaprotestowała. Wręcz przeciwnie. Nakryła go kołdrą i wyciągnęła rękę, żeby delikatnie odgarnąć mu z twarzy niesforne kosmyki. Gest był tak naturalny, tak miękki, że coś we mnie nieprzyjemnie się zacisnęło.
Leżałem w ciemności, trzymając ją w ramionach, i czułem, jak po drugiej stronie łóżka mój brat oddycha spokojnie. A Ellie… Ellie była dokładnie pośrodku. I wyglądało na to, że właśnie tak miało zostać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Czułem niemal fizyczny ból. Kael trzymał ją w ramionach. Znowu. Tak jakby to było jego miejsce. Jakby od zawsze przy niej leżał. Miałem ochotę zrzucić go z łóżka. Chciałem przeklinać tak głośno, żeby obudzić cały jacht. Pragnąłem wstać, wyjść i rozwalić coś ciężkiego o ścianę. Zamiast tego leżałem nieruchomo i zaciskałem zęby tak mocno, że bolały mnie szczęki.
Byłem coraz bardziej wkurzony. Na siebie. Na Selenę. Na całą tę kretyńską sytuację, w której sam się postawiłem. Gdyby nie ona… Gdybym wtedy pozwolił jej utonąć…
Zmusiłem się, żeby nic nie zrobić. Walczyłem z każdym mięśniem, żeby nie wybuchnąć, nie złapać Ellie i nie odciągnąć jej od niego. Żeby nie powiedzieć czegoś, czego potem nie dałoby się cofnąć.
A potem poczułem jej dłoń. Delikatnie odgarnęła mi włosy z czoła. Chłodne palce musnęły moją skórę. To był taki mały, prawie nic nieznaczący gest… a ja poczułem się, jakbym dostał nagrodę pocieszenia. Jak pies, któremu ktoś rzucił resztki z pańskiego stołu.
Pod kołdrą złapałem jej rękę. Mocniej, niż zamierzałem. Przysunąłem się bliżej, aż moje kolano zetknęło się z jej udem. Ellie uśmiechnęła się do mnie łagodnie. Potem zamknęła oczy. Jak gdyby wszystko było w porządku. Jak gdyby mogła spać spokojnie, leżąc między nami.
A ja… Byłem absolutnie pewien, że tej nocy nie zmrużę oka. Nie wtedy, kiedy ona leżała w ramionach mojego brata.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Obudziłam się wcześnie. Mój organizm buntował się przeciwko długiemu snu, jakby magia uważała, że to strata czasu, skoro i tak nie potrzebowałam spać. A jednak wiedziałam, że przynajmniej na razie, dla dobra własnej psychiki, potrzebuję tych ludzkich odruchów. Potrzebowałam budzić się, zasypiać, czuć, że czas płynie normalnie.
Kaela już nie było w kajucie. Ani trochę mnie to nie zdziwiło. Pewnie Valerius czegoś od niego chciał. Eren wciąż spał obok. Oddychał równo, głęboko, a czarne kosmyki włosów opadały mu na czoło. Wstałam po cichu, starając się nie zrobić żadnego zbędnego ruchu. Nie chciałam go budzić.
Łazienka była tak samo luksusowa jak wszystko na tym jachcie — jasne, impregnowane drewno, szeroka deszczownica, miękkie światło. Stanęłam pod strumieniem ciepłej wody i zamknęłam oczy. Krople spływały mi po ramionach i plecach, zmywając resztki soli i napięcia ostatnich dni. Było dobrze. Spokojnie. Prawie normalnie.
Po chwili poczułam jego obecność. Eren oplótł mnie od tyłu ramionami. Silnie, pewnie. Jego usta musnęły mój kark, a potem złożyły tam długi, gorący pocałunek. Zadrżałam. Wyciągnęłam ręce do tyłu i wplotłam palce w jego wilgotne już włosy, nie odwracając się. Nachylił się ku mnie. Całowaliśmy się tak — ja stojąc do niego tyłem, on przyciśnięty do mnie całym ciałem i czułam się cudownie. Pocałunki stawały się coraz głębsze. Coraz bardziej namiętne. Jego dłonie wędrowały po moich bokach, po brzuchu, a oddech stawał się cięższy. Przez chwilę pozwoliłam sobie na to. Na ciepło. Na głód. Na to, że po prostu jesteśmy razem.
A potem poczułam jego aurę. Przez te kilka sekund, zanim zdążył ją z powrotem ukryć. Nie było tak samo jak zawsze. Eren nie robił tego tylko po to, żeby być blisko mnie. To nie była fala namiętności, do jakich mnie przyzwyczaił. On ze wszystkich sił starał się coś udowodnić. Komuś. Albo sobie samemu.
Pocałunek, który jeszcze przed chwilą był słodki, nagle zrobił się zbyt intensywny, desperacki. Jakby chciał mnie naznaczyć. Jakby bał się, że jeśli na chwilę puści, to zniknę.
Poczułam, jak w mojej piersi rozlewa się niepokój. Delikatny, ale wyraźny. Odsunęłam się odrobinę i odwróciłam w jego ramionach. Woda spływała nam po twarzach, a ja wpatrywałam się w jego lodowato-niebieskie oczy. Były ciemniejsze niż zwykle. Wypełnione głodem. I… wyjątkowo niepewne.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Mimo porannego seksu pod prysznicem nie czułem satysfakcji. Ani odrobiny. Frustracja rosła we mnie jak coś żywego, gęstego i toksycznego. Każdy pocałunek, każde dotknięcie, które jeszcze kilka godzin wcześniej powinny mnie uspokoić, teraz tylko potęgowały to pieprzone uczucie, że coś mi umyka. Ellie jest blisko… ale jednocześnie coraz dalej.
Pogoda była ładna, ocean spokojny, woda niemal lustrzana. Valerius stwierdził, że to dobry moment, żeby porzucić jacht. Przesiedliśmy się na skutery wodne. Problem polegał na tym, że mieliśmy ich tylko cztery. A było nas siedmioro. Valerius rozdzielił nas spokojnym, niemal obojętnym tonem.
— Kael, pojedziesz z Ellie. Eren, zabierz wampirzycę z klanu Luna.
Te dwa zdania wystarczyły, żeby mnie zmiażdżyć od środka. Poczułem, jak coś zimnego i ostrego wsuwa mi się między żebra. Jakby ktoś właśnie spokojnie, metodycznie wyciągał mi z piersi to, co jeszcze trzymało mnie w ryzach. Nie spojrzałem na Ellie. Nie chciałem sprawdzać, czy się uśmiechnęła. Nie chciałem wiedzieć.
Tak jak się spodziewałem, na przystani już czekały na nas czarne, luksusowe samochody. Valerius otworzył tylne drzwi jednego z aut i wpuścił najpierw Ellie, potem Kaela. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Po prostu zamknął drzwi i usiadł z przodu.
Ja wsiadłem do drugiego samochodu. Selena usiadła z tyłu. Kierowca ruszył.
Wyciągnąłem się wygodnie na przednim siedzeniu, oparłem głowę o zagłówek i na chwilę przysnąłem. Albo raczej… odpłynąłem.
Głos, który słyszałem już wcześniej odezwał się cicho, niemal czule.
„To twoja jedyna szansa, żeby być z nią. Jedyne miejsce, w którym Valerius nie będzie miał kontroli nad waszym życiem.”
— Zamknij się — warknąłem we śnie.
Głos roześmiał się łagodnie. Prawie rozbawiony.
Obudziłem się zlany potem. Serce waliło mi jak oszalałe, a dłonie miałem zimne. Co to, do cholery, było? Wyprostowałem się w fotelu i wpatrywałem się w mijane krajobrazy, starając się złapać oddech. Nawet gdyby istniał choć cień szansy, że te słowa były prawdziwe… nawet gdyby naprawdę istniało miejsce, w którym mógłbym ją mieć tylko dla siebie… Nie byłem samobójcą. A zdradzenie Valeriusa oznaczało jedną, jedyną rzecz. Pewną śmierć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Wreszcie byłam w domu. Czułam się komfortowo. Szczerze się cieszyłam, że wróciłam. Sama nie byłam pewna, kiedy penthouse Valeriusa naprawdę stał się moim domem, ale tak właśnie było.
Usiadłam z tabletem na kolanach i zaczęłam przeglądać newsy. „Katastrofa lotnicza. Nikt nie przeżył.” „Wciąż trwają poszukiwania wraku.” Przesunęłam dalej. „Zaginiona załoga jachtu widmo. Władze wciąż nie wiedzą, co się wydarzyło.”
Przymknęłam oczy. Wolałam się nad tym nie zastanawiać. Zaczynałam zdawać sobie sprawę z czegoś niepokojącego. Coraz mniej utożsamiałam się z ludźmi. Ich strach, żałoba, panika — wszystko to wydawało się odległe, jakby działo się za grubą, przezroczystą szybą. Sumienie nie krzyczało. Nawet wtedy, gdy domysły były oczywiste. Po prostu… przyjmowałam to do wiadomości i szłam dalej.
Wieczorem, kiedy weszłam do swojego pokoju, na łóżku leżała elegancka, srebrna sukienka. Lekka, połyskująca, jakby uszyta z księżycowego światła.
Znalazłam Valeriusa w salonie.
— Mamy dzisiaj jakieś plany? — zapytałam.
Uśmiechnął się tajemniczo. Podeszłam bliżej. Wyjął z kieszeni misterną, srebrną bransoletkę — cienką, ozdobioną małym księżycem i gwiazdami z niebieskich kamieni. Zapiął mi ją na nadgarstku z taką delikatnością, że aż mi się serce ścisnęło.
— Przytrzymaj je w dłoni, jeśli będziesz potrzebowała mojej pomocy — powiedział spokojnie. — Żebym w razie potrzeby mógł pojawić się szybciej niż po niedawnej katastrofie…
Wpatrywałam się w niego wzruszona i oczarowana. Brakowało mi słów. Żeby mógł pojawić się szybciej. Żebym nie musiała na niego czekać. Żeby wiedział, że go potrzebuję. Impulsywnie rzuciłam mu się w ramiona. Valerius objął mnie łagodnie, prawie ojcowsko, i przez chwilę po prostu stałam tak, wtulona w niego, czując, jak ciepła i delikatna fala rozlewa mi się w piersi.
— Dziękuję — wyszeptałam.
Usłyszałam cichy, zadowolony śmiech nad moją głową.
— Przebierz się — powiedział. — Czas zacząć przedstawienie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Sala tronowa klanu Azure mieściła się na jednym z wyższych pięter wieżowca, w którym mieszkaliśmy. Stałem przy ścianie i obserwowałem, jak wypełnia się przedstawicielami wyższych pokoleń. Atmosfera była… zaskakująco dobra. Wszyscy wyglądali na autentycznie zachwyconych, że tego wieczoru zobaczą swoją księżniczkę. Wzdłuż ścian stały stoły uginające się od przekąsek i kieliszków z krwią. Wampiry ósmego i dziewiątego pokolenia, które dostały zaszczyt bycia kelnerami, wręcz emanowały dumą. Każdy ich krok, każde podanie kieliszka było pełne przesadnej staranności.
Czekałem w napięciu.
Nagle wszystko ucichło. Valerius wszedł do sali z Ellie u boku. Dziewczyna zawsze była ładna, ale w tej srebrnej sukni wyglądała… wyjątkowo. Jakby ktoś właśnie zdjął z niej zwykłą codzienność i zostawił tylko światło. Patrzyłem na nią oczarowany. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Ellie uśmiechnęła się do mnie delikatnie, ale tak, żeby widzieli to wszyscy. Poczułem, jak na moich plecach osiadają dziesiątki spojrzeń. I byłem dumny. Naprawdę, cholernie zadowolony.
Valerius poprowadził ją prosto do tronu. Nie usiadł. Posadził na nim Ellie, a sam stanął obok, opierając dłoń na oparciu. Sala natychmiast wypełniła się szeptami. Musieli być zaskoczeni, ale byłem też pewien, że jednocześnie czuli dziwną, lekką radość. Bo ich mistrz właśnie pokazał im, jak bardzo ważna jest dla niego ta dziewczyna. Ja również byłem tym zachwycony.
Valerius dał ledwie zauważalny znak dłonią. Sala ożyła. Goście wrócili do rozmów, picia krwi i częstowania się przekąskami. Ja nagle stałem się centrum uwagi. Wszyscy podchodzili, kłaniali się, szukali mojego wzroku. Córka Valeriusa właśnie publicznie się do mnie uśmiechnęła. To wystarczyło, żebym na ten jeden wieczór stał się gwiazdą.
Kilkanaście minut później drzwi otworzyły się ponownie. Wprowadzono dwoje wampirów. Młodą kobietę i mężczyznę, mniej więcej naszych rówieśników. Nie byli z klanu Azure. Starali się iść dumnie, ale strach w ich postawie był wyraźny.
Jeden z mężczyzn, którzy ich przyprowadzili, odezwał się głośno.
— Klan Panteon pragnie sojuszu z klanem Azure. Oferuje zakładniczkę, Rainę Westwood, szóste pokolenie, urodzoną wampirzycę.
Dziewczyna miała brązowe włosy i oliwkową cerę. Wyglądała na wojowniczkę — ramiona proste, wzrok ostry, zero uległości.
Kiedy skończył, odezwał się drugi.
— Klan Silverfox pragnie sojuszu z klanem Azure. Oferuje zakładnika, Severyna Nightingale, piąte pokolenie, wampira urodzonego.
Chłopak był… delikatny. Urody prawie idola. Jasna skóra, wyraźne rysy, coś eterycznego w sposobie, w jaki stał. Przez chwilę poczułem czystą ciekawość. W jakie zwierzę się przemieniał? Gdybym stał teraz obok Ellie, z samej tej ciekawości zasugerowałbym jej, żeby go przyjęła. Nie miałem zbyt wiele do czynienia z klanem Silverfox. Byli owiani tajemnicą.
Valerius przez dłuższą chwilę milczał. Wszyscy i tak wiedzieli, że coś zaplanował. W końcu odwrócił się lekko w stronę Ellie.
— Co o tym sądzisz, córko? — zapytał spokojnie, prawie łagodnie. — Powinniśmy przyjąć, czy odrzucić ich propozycje?
Ellie siedziała na tronie prosto, z dłońmi złożonymi na kolanach. Nie dała po sobie poznać, jak bardzo jest zaskoczona.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Valerius skinął głową. Mężczyzna stojący obok dziewczyny wyciągnął niewielki, rytualny nóż i bez wahania naciął jej nadgarstek. Cienka strużka krwi spłynęła po oliwkowej skórze. Raina Westwood zrobiła kilka kroków w stronę tronu.
Poczułam zapach. Ostry. Metaliczny. Ciężki. Jakby ktoś właśnie otworzył starą, zakurzoną zbrojownię pełną zardzewiałego żelaza i magii przeznaczonej wyłącznie do walki. Natychmiast mnie odrzuciło.
Odchyliłam się lekko na tronie, a w ustach poczułam nieprzyjemny, gorzki posmak. Nawet nie musiałam mówić nic na głos. Moja twarz zrobiła to za mnie.
Valerius zaśmiał się cicho, wyraźnie rozbawiony.
— Interesujące. Chyba magia krwi nie jest twoją ulubioną przyprawą.
Dziewczyna natychmiast się odsunęła. W jej oczach błysnęło coś pomiędzy rozczarowaniem a ulgą.
Potem odezwał się drugi mężczyzna. Naciął nadgarstek Severyna Nightingale’a. I wtedy… Zapach uderzył we mnie zupełnie inaczej. Słodki. Gęsty. Kuszący. Inny niż krew Kaela i Erena — ta była intensywna, prawie uzależniająca, pełna mocy i czegoś dzikiego. Inny też niż krew Seleny, która miała w sobie nutę ognia i ostrą, żywą energię.
Krew Severyna pachniała jak deser. Jak coś, co chciało się pić powoli, z rozkoszą, aż do ostatniej kropli.
Valerius skinął na niego dłonią. Chłopak podszedł bliżej i bez słowa wyciągnął nadgarstek.
Nie myślałam. Po prostu pochyliłam się i wpiłam się w niego kłami. Smak eksplodował mi na języku — słodki, aksamitny, niemal uzależniający. Już dawno nie było tak, żebym nie mogła nad sobą zapanować. Piłam łapczywie, czując, jak ciepło rozlewa mi się po całym ciele, a w głowie robi się przyjemnie pusto i lekko.
Kiedy wreszcie się odsunęłam, otarłam kącik ust kciukiem i uniosłam wzrok. Valerius uśmiechał się tajemniczo. Był wyraźnie zadowolony.
— Wygląda na to — powiedział spokojnie, niemal z rozbawieniem — że moja córka zdecydowała, z którym z klanów nawiążemy sojusz.
