Rozdział 4 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyZamknięcie pewnego rozdziału
Kael
Zakryłem twarz dłońmi i głośno wypuściłem powietrze. Shit. Dopiero teraz, kiedy miałem pewność, że Ellie jest bezpieczna, dotarły do mnie możliwe konsekwencje sytuacji, w jakiej się znalazłem. Przy tylu świadkach Valerius na pewno już o wszystkim wiedział. A ja… ja byłem odpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Miałem jej pilnować, chronić ją, a zamiast tego pozwoliłem, żeby mój brat bliźniak prawie otruł ją swoją krwią.
Nie przewidziałem jeszcze jednego. Powietrze w pomieszczeniu nagle zgęstniało, a temperatura jakby spadła o kilka stopni. Instynktownie cofnąłem się o krok. Valerius pojawił się osobiście. Jego srebrzyste oczy prześlizgnęły się po mnie i Erenie zupełnie obojętnie, jakbyśmy byli meblami. Potem zatrzymały się na Ellie. Wyciągnął do niej dłoń, gestem spokojnym, niemal ojcowskim.
Ellie, ku mojemu zaskoczeniu, ufnie przyjęła jego rękę i stanęła obok niego. Wyglądała przy nim tak drobnie i krucho, a jednocześnie… naturalnie.
Valerius nie skomentował wydarzenia ani słowem.
— Wracajmy do domu — zwrócił się do niej łagodnym głosem. Potem spojrzał na mnie. — Ty idziesz z nami. — Na koniec przeniósł wzrok na Erena. W jego srebrzystych oczach pojawił się zimny błysk. — A z tobą… policzę się później.
Eren nie powiedział ani słowa. Tylko skinął głową, choć widziałem, jak zaciska szczękę. Ja sam czułem ciężar spojrzenia Valeriusa jak fizyczny nacisk na klatce piersiowej. Ellie zerknęła na mnie niepewnie, wciąż trzymając dłoń Valeriusa. W jej oczach widziałem tysiąc pytań, ale nie odezwała się. Ja też milczałem. Wiedziałem tylko jedno — sytuacja właśnie stała się o wiele bardziej skomplikowana, niż ktokolwiek z nas mógł przypuszczać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Spodziewałam się, że Valerius będzie jeździł jakimś super luksusowym samochodem, których na rynku można dostać może sto sztuk na całym świecie, ale zupełnie się pomyliłam. Wampir zaprowadził mnie do zabytkowego Mustanga z lat sześćdziesiątych, który mimo upływu czasu wyglądał, jakby dopiero co wyjechał z salonu. Niebieski lakier błyszczał w świetle lamp garażowych, a chromowane detale lśniły jak nowe. Przyjrzałam mu się szczerze zachwycona.
— Uwielbiam klasyki… — wyszeptałam.
Valerius sprawiał wrażenie zadowolonego z mojej reakcji. Kącik jego ust drgnął w ledwo zauważalnym uśmiechu, gdy otworzył mi drzwi.
Kiedy wróciliśmy do penthouse’u, zatrzymał mnie w salonie. Kael wszedł za nami, ale trzymał się trochę z tyłu.
— Kael, jutro o jedenastej jest pogrzeb dziadka Ellie. Zabierzesz ją tam — powiedział spokojnie, po czym zwrócił się bezpośrednio do mnie. — Przepraszam, że przywołuję cię do rzeczywistości, ale wiem, że nie chciałabyś tego ominąć.
Zamarłam. Pogrzeb dziadka. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że kompletnie o tym zapomniałam. Jak mogłam? A jednak… kiedy o tym pomyślałam, nie poczułam niczego. Żadnego żalu, rozpaczy. Była tam tylko pustka.
— Czemu… czemu nie jest mi smutno? — zapytałam przerażona, patrząc na Valeriusa. — Czy to… cecha wampirów?
Mężczyzna wpatrywał się we mnie długo, srebrzystymi oczami, które zdawały się sięgać głęboko w moją duszę.
— Nie — odparł w końcu. — To moja wina. Uznałem, że i tak będziesz wystarczająco przytłoczona tym, co się wokół ciebie dzieje. Czy chcesz, żebym teraz oddał ci twoje emocje?
Byłam kompletnie zaskoczona. On naprawdę może robić coś takiego?!
Przez chwilę się namyślałam. Nie chciałam czuć smutku. Nie chciałam bólu. Ale… zdawałam sobie sprawę, że ich potrzebuję. Potrzebowałam żałoby, możliwości, żeby opłakać śmierć jedynej osoby, która naprawdę mnie kochała, którą ja kochałam tak bardzo.
— Tak, proszę… — wyszeptałam.
Kiedy wszystko wróciło, uderzyło mnie jak fala tsunami. Smutek. Żal do rodziny. Rozpacz. Ból tak silny, że aż ugięły się pode mną kolana. Łzy napłynęły mi do oczu.
Valerius podtrzymał mnie delikatnie.
— Nie martw się — powiedział cicho. — Sam zająłem się organizacją pogrzebu. Nie zostawiłem tego twojej rodzinie — niemal wypluł ostatnie słowo.
Podniosłam na niego wzrok. W jego srebrzystych oczach nie było litości, ale była w nich troska. Delikatnie pogłaskał mnie po włosach, gestem tak czułym, że serce mi się ścisnęło. Nigdy w życiu nikomu nie byłam tak bardzo wdzięczna.
— Chciałabym teraz zostać sama… — poprosiłam drżącym głosem. — Pójdę do swojego pokoju.
Valerius przytaknął. Kael zrobił krok w moją stronę.
— Jeśli będziesz potrzebowała z kimś pogadać… jestem tutaj — zapewnił ciepło.
Poczułam dziwny ucisk w gardle. Nie przypominałam sobie, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek przejmował się mną w ten sposób. Kiwnęłam głową i szybko poszłam do swojego pokoju, zanim łzy zdążyły popłynąć niekontrolowanym strumieniem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Następnego dnia rano stałam przed lustrem w czarnej, eleganckiej sukience, którą Valerius przyniósł dla mnie poprzedniego dnia. Była prosta, ale piękna — idealnie dopasowana, z delikatnym koronkowym akcentem przy dekolcie. Czułam się w niej jak inna osoba, ktoś, kto nie pasuje do tego, co miało się zaraz wydarzyć.
Kael czekał na mnie w salonie. Pogrzeb był… zaskakująco elegancki. Cmentarz tonął w białych różach i liliach. Nie spodziewałam się aż tylu osób. Myślałam, że będzie tylko garstka sąsiadów, a tymczasem przyszło naprawdę sporo ludzi, głównie starszych, ale też kilka młodszych twarzy. Serce mi się ścisnęło, kiedy zobaczyłam, jak wielu z nich naprawdę płacze.
Jedna z sąsiadek dziadka, którą znałam z widzenia, podeszła do mnie i uścisnęła mi dłonie.
— Twój dziadek był wspaniałym człowiekiem — powiedziała ciepło. — Zawsze pomagał mi z synkiem, kiedy musiałam iść do pracy. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła…
Inni też podchodzili. Każdy miał jakąś dobrą historię. O tym, jak dziadek naprawiał komuś kran, jak nosił zakupy starszym paniom, jak opowiadał dzieciom bajki na ławce. Czułam ciepło rozlewające się w piersi, szczęśliwa, jak dobrze go pamiętają.
A potem pojawiła się moja rodzina. Mama i ojczym wyglądali jak żywcem wyjęci z serialu — teatralnie ocierali łzy, mama szlochała głośno, opierając się na ramieniu ojczyma. „Mój kochany ojciec… jak ja to przeżyję…” — powtarzała, żeby wszyscy słyszeli. Ludzie patrzyli na nich z politowaniem.
Diana natomiast… nie patrzyła ani na trumnę, ani na mnie. Całą uwagę skupiła na Kaelu. Stała kilka kroków dalej i wpatrywała się w niego jak w ósmy cud świata. Poprawiała włosy, uśmiechała się zalotnie, a w pewnym momencie nawet podeszła bliżej i rzuciła coś w stylu: „Muszę przyznać, że masz świetny gust co do ubrań…”.
Kael zachował uprzejmy, ale chłodny dystans.
Wtedy Diana odwróciła się w moją stronę. Z szerokim, sztucznym uśmiechem wplotła swoją rękę pod moje ramię, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami.
— Gdzieś ty była, siostrzyczko? — syknęła do mnie teatralnie, tak żeby inni słyszeli. — Rodzice się zamartwiali!
Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. Przez jedną krótką, głupią chwilę naprawdę chciałam uwierzyć w to, że się martwili, poczuć się, jakby im na mnie zależało i choć raz w życiu byłam dla nich ważna.
Odsunęłam się od niej gwałtownie, jakby jej dotyk parzył. W tym samym momencie Kael zrobił krok w moją stronę i w opiekuńczym geście położył mi dłoń na ramieniu. Gest był lekki, ale wyraźny — „jestem przy tobie”. Diana spojrzała na jego dłoń na moim ramieniu i jej oczy zabłysły jeszcze większym zainteresowaniem.
— Jak poznałeś moją siostrę? — zapytała słodko, wpatrując się w Kaela z zachwytem. — Może później wybierzemy się gdzieś razem? Znam kilka naprawdę fajnych miejsc…
Kael spojrzał na nią z wyraźną naganą. Jego lodowato błękitne oczy zrobiły się jeszcze zimniejsze.
— Jesteśmy na pogrzebie — przypomniał spokojnie, ale w jego głosie słychać było stal. — To nie jest odpowiedni moment na takie rozmowy.
Diana zamrugała, jakby nie spodziewała się odrzucenia. Na jej twarzy na ułamek sekundy pojawiła się irytacja, ale szybko zakryła ją kolejnym sztucznym uśmiechem.
— Oczywiście, masz rację — powiedziała słodko, choć w jej oczach błysnęło coś nieprzyjemnego. — Po prostu… cieszę się, że Ellie ma takiego… przyjaciela.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Odwróciłam wzrok, czując, jak żołądek zaciska mi się w supeł. Kael delikatnie ścisnął moje ramię, jakby chciał mi przypomnieć, że jest przy mnie. Diana jeszcze przez chwilę stała obok, wyraźnie niezadowolona, że nie dostała uwagi, na którą według niej zasługiwała. W końcu odeszła, rzucając mi na odchodne spojrzenie pełne złości i zawiści.
— Jeśli chcesz — Kael nachylił się do mnie konspiracyjnie — ktoś z niższego kręgu mógłby przemienić ją w wampira. Mogłaby zostać twoją niewolnicą.
Spojrzałam na niego, pewna, że to żart, ale chłopak sprawiał wrażenie zupełnie poważnego. Wzdrygnęłam się lekko.
— Podziękuję — mruknęłam cicho. — Wieczność z Dianą… nie jest na liście moich marzeń.
Kael wyszczerzył do mnie zęby w groźnym uśmiechu.
— W razie czego morderstwa nie są mile widziane, ale nie są też nielegalne — zasugerował, a ja ponownie nie wiedziałam czy to żart, czy jednak bardzo poważna propozycja.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Po pogrzebie pojechaliśmy na stypę. Restauracja była luksusowa — jedna z tych, do których normalni ludzie rezerwują stolik z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Goście szeptali między sobą: „Jak im się udało ją wynająć? Terminy są zarezerwowane na kilka lat z góry…”. Rodzice oczywiście natychmiast przyjęli pochwały na siebie, chełpiąc się „swoją” organizacją i znajomościami.
Kiedy wszyscy siedzieli przy stołach, matka i ojczym odciągnęli mnie na bok, do jednego z bocznych korytarzy. Mama była wściekła. Jej teatralny smutek zniknął w jednej chwili.
— Jak go zmusiłaś, żeby zostawił ci wszystko w spadku?! — syknęła. — Natychmiast przekażesz mi wszystkie pieniądze i hipotekę domu!
Patrzyłam na nią osłupiała. Po tym wszystkim… to było pierwsze, co miała mi do powiedzenia? Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, bo nagle za moimi plecami rozległ się spokojny, ale lodowaty głos.
— Obawiam się, że to niemożliwe. — Valerius, którego zupełnie się tu nie spodziewałam, stał w wejściu do korytarza. Jego srebrzyste oczy były zimne jak lód. — Wszystko, co należało do pana Andre, zostało przepisane na Ellie. Legalnie i nieodwołalnie. A teraz… sugeruję, żebyście wrócili do gości. Nie chcemy przecież skandalu, prawda?
Rodzice zamilkli. Po raz pierwszy widziałam u nich prawdziwy strach. Wpatrywali się w niego, jakby zobaczyli ducha.
Valerius podszedł do mnie i delikatnie położył dłoń na moim ramieniu.
— Chodź, Ellie. Nie musisz tu zostawać ani chwili dłużej, jeśli nie masz na to ochoty.
Przez dłuższą chwilę milczałam, rozmyślając nad tym wszystkim, co właśnie się wydarzyło. Valerius nie ponaglał mnie. Po prostu szliśmy powoli w stronę wyjścia z hotelu, aż w końcu wsiedliśmy do jego zabytkowego Mustanga.
— Czy potrzebuję tych pieniędzy? — zapytałam wprost, gdy samochód ruszył gładko przez miasto.
Valerius zaśmiał się cicho — dźwięk był niski, ciepły i zaskakująco przyjemny.
— Oczywiście, że nie. Możesz mieć, co tylko zechcesz. Prywatną wyspę, jacht, willę… powiedz tylko słowo, a zapiszę to na twoje nazwisko.
Pokręciłam głową.
— Pomyślałam… że może mogłabym przerobić dom dziadka na miejsce spotkań dla sąsiadów… chyba potrzebują siebie nawzajem — dodałam cicho, bo właśnie to przyszło mi do głowy po dzisiejszych spotkaniach na cmentarzu.
Valerius wpatrywał się we mnie czule przez dłuższą chwilę.
— Brzmi jak dobry pomysł — odpowiedział. — Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, daj znać Kaelowi. Załatwi wszystko, co trzeba.
Uśmiechnęłam się lekko, a potem zebrałam się na odwagę i zadałam kolejne pytanie.
— Co powinnam teraz zrobić? Zanim… zostałam wampirem, planowałam iść na studia.
— W dalszym ciągu możesz to zrobić — odparł spokojnie. — Możesz wybrać jaką tylko zechcesz uczelnię. Ale… my również mamy swoją Akademię. W niej byłoby ci łatwiej rozwinąć swój magiczny potencjał i lepiej poznać nasz świat.
Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia.
— Wampiry… mają swoją Akademię?
Valerius kiwnął głową.
— Jeśli chcesz, zapiszę cię do niej. Możesz zacząć od przyszłego tygodnia. Kael również tam chodzi — dodał.
Byłam zachwycona. Serce zabiło mi szybciej z ekscytacji. Nowe życie, nowe możliwości, miejsce, gdzie nie będę musiała ukrywać tego, kim się stałam…
— Tak! — odpowiedziałam z entuzjazmem. — Bardzo chciałabym tam pójść.
Wampir uśmiechnął się delikatnie, a w jego srebrzystych oczach pojawiło się coś ciepłego, niemal ojcowskiego.
— W takim razie załatwione.
