Rozdział 14 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyKrwawa masakra
Kael
Nie byłem do końca pewien, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji. To była układanka, w której nie pasował do siebie żaden element, a jednak jakoś stworzyła obecny obrazek. Siedzieliśmy u mnie w mieszkaniu i oglądaliśmy jakąś komedię. Ja na kanapie, z Ellie u boku, a po mojej drugiej stronie była Selena. Eren natomiast, zamiast wygodnie rozciągnąć się w fotelu, siedział na dywanie, przy nogach Ellie, plecami oparty o fragment kanapy. Co do cholery?
Sprawiał wrażenie, jakby ktoś go podmienił.
Na dodatek byłem niezadowolony, bo musiałem zrezygnować z jeżdżenia do szkoły swoim autem i przesiąść się na model z czterema miejscami. Oczywiście tylko dlatego, że w dalszym ciągu chciałem wozić Ellie. Uparła się, że będzie jeździła z Seleną, a potem… w jakiś magiczny sposób przyłączył się również mój brat. I tak skończyłem jako kierowca całej czwórki.
Selena stoczyła się w szkole na samo dno łańcucha pokarmowego. Klan Azure pogardzał nią, traktując niemal jak zakładniczkę. Klan Luna z kolei uważał, że oddając swoją krew Ellie, przestała być ich godna. A to wiązało się nie tylko z krzywymi spojrzeniami, ale też z konkretnym bullyingiem.
Musiałem przyznać, że miałem to gdzieś. To nie była moja sprawa. Tylko że… z jakiejś tajemniczej przyczyny Eren, który zawsze miał wszystkich w dupie, za każdym razem stawał w obronie Seleny. Jakby nagle… zaczęła mu się podobać. Byłem gotowy nawet podejrzewać, że to właśnie dlatego, a nie ze względu na mnie, uknuł z Ellie ten cały plan przed rodzicami.
My sami natomiast zostaliśmy w klanie Azure prawdziwymi gwiazdami. Wybrała nas córka Valeriusa. Oznajmiła całemu światu, że „jesteśmy jej własnością”. Chyba nie dało się zdobyć wyższego statusu.
Siedziałem na kanapie, czując ciepło Ellie przy boku i obecność Seleny po drugiej stronie, a mój wzrok co chwilę przenosił się w dół — na Erena, który spokojnie siedział u jej stóp, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Jakby zbyt serio potraktował fakt, że należy do niej.
Zauważyłem, że Selena wpatruje się uważnie w moją lewą rękę, kiedy uniosłem ją, żeby sięgnąć po szklankę.
— Co tak na mnie patrzysz? — zapytałem podejrzliwie.
Selena speszyła się lekko.
— Sprawdzałam, czy nie ma gwiazdki — mruknęła zawstydzona.
— Gwiazdki?
Jakby w odpowiedzi Eren uniósł do góry lewą rękę i odwrócił nadgarstek wewnętrzną stroną ku mnie. Na jasnej skórze błyszczała mała, srebrna gwiazdka. Natychmiast wyczułem delikatną, charakterystyczną moc Ellie.
Ona… naznaczyła mojego brata.
— Ellie narysowała mi ją, żeby Selena mogła nas od siebie odróżnić — wyjaśnił Eren jak gdyby nigdy nic.
Jego zadowolenie było tak jaskrawo oczywiste, że miałem ochotę przyłożyć mu prosto w tę zadowoloną gębę. Zazdrość, która mnie ogarnęła, była absolutnie nie do opanowania. Dosłownie. W jednej chwili miałem ochotę rzucić się na niego z pięściami.
Ellie obok mnie poruszyła się niespokojnie. Najwyraźniej wyczuła nagłą zmianę w mojej aurze.
— Kael? — odezwała się cicho, ostrożnie.
Z trudem wziąłem głęboki oddech. Zacisnąłem zęby. Zmusiłem się, żeby nie warknąć. A potem, zanim zdążyłem się zastanowić, powiedziałem to, co siedziało mi na języku.
— Ja też chcę.
Zdałem sobie sprawę, że brzmię jak naburmuszone, urażone dziecko. I kompletnie mnie to w tej chwili nie obchodziło.
Ellie wpatrywała się we mnie z wyraźnym zaskoczeniem.
— Serio?
— Tak — odparłem krótko, prawie ostro.
Westchnęła cicho, ale w kącikach jej ust pojawił się lekki uśmiech.
— Daj rękę.
Natychmiast wyciągnąłem do niej lewy nadgarstek. Serce biło mi za szybko, a w piersi rozlewało się coś gorącego i niemal dziecinnego. Ellie delikatnie chwyciła moją dłoń. Jej palce były chłodne i miękkie. Skupiła się na chwilę, a potem po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka pojawił się niewielki, srebrzysty symbol. Czterolistna koniczynka. Poczułem, jak coś we mnie aż drży z zadowolenia. Siedziałem nieruchomo, wpatrując się w mały znak na swojej skórze, i byłem absolutnie, kompletnie, piekielnie zachwycony. Teraz ja też miałem coś od niej. Coś tylko mojego.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Wspólne zajęcia praktyczne – wampiry zrodzone i stworzone. To rzadko kiedy się zdarzało, ale cieszyłam się, że dzięki temu choć przez chwilę mogę być blisko Seleny, Kaela i, przede wszystkim, Erena.
Lekcja odbywała się w ogromnej, kamiennej sali, która spokojnie mogła pomieścić kilkaset osób z całego naszego rocznika. Powietrze było chłodne i pachniało mchem. Kael i Eren wymienili ze sobą krótkie, wyraźnie zaniepokojone spojrzenie.
— Może wolałabyś ominąć dzisiejszą lekcję? — Kael bardziej zasugerował, niż zapytał.
Eren stanął tuż za moimi plecami, tak blisko, że czułam ciepło jego ciała. Uśmiechnęłam się do nich łagodnie, choć w środku już wtedy coś mi się nie podobało.
— Chciałabym dowiedzieć się wszystkiego — odparłam. — Nawet tych niewygodnych rzeczy.
Obaj niechętnie skinęli głowami. Z sufitu zjechały metalowe haki. Poczułam, jak w żołądku coś mi się zaciska. Nagle nie byłam już taka pewna, czy powinnam zostać.
Na stołach pośrodku sali stały wielkie, szklane kule wypełnione kartkami z imionami. Nauczyciel wyjaśnił, że to system losowania. Sięgnął do pierwszej kuli i wyciągnął kartkę.
— Anton Raves, klan Azure, dziewiąte pokolenie.
Chłopak wyszedł z tłumu. Zdejmując koszulę, wyraźnie drżał. Podszedł do haka. Nauczyciel założył mu kajdanki, przewiesił je przez metalowy hak i podniósł go odrobinę w górę, tak że Anton stał ledwo na palcach. Potem spokojnym, wykładowym tonem zaczął mówić o regeneracji wampirów.
Kiedy drugi nauczyciel podszedł z batem najeżonym kolcami, serce zabiło mi mocniej. Pierwsze uderzenie rozdarło skórę na plecach chłopaka. Drugie. Trzecie. Byłam szczerze przerażona.
Eren stanął jeszcze bliżej, a Kael mocno ścisnął moją dłoń.
— Nic mu nie będzie — szepnął Kael, nachylając się do mnie. — To w końcu lekcja o regeneracji.
Na koniec plecy Antona były krwawą miazgą. Zdjęto go z haka. Padł na kamienną posadzkę. Nauczyciel podał mu butelkę najwyższej jakości krwi. Chłopak pił łapczywie, a na moich oczach jego rany zaczęły się powoli domykać.
Potem wylosowano wampira z siódmego pokolenia. To samo. Bat. Krew. Regeneracja, tylko tym razem wyraźnie szybsza.
— Dobrze — odezwał się nauczyciel. — Teraz przejdźmy do wampirów urodzonych.
Wstrzymałam oddech. Nie byłam w stanie się ruszyć. Nauczyciel sięgnął do drugiej kuli.
— Selene Moonlight, klan Luna, szóste pokolenie.
Selena wyszła z tłumu. Wyglądała na tak przerażoną, że ledwo trzymała się na nogach. Jej aura drżała i migotała, jakby dziewczyna za chwilę miała się całkowicie rozpaść.
— Nie… — wyszeptałam. — Proszę, powstrzymajcie to.
Eren za moimi plecami ciężko westchnął. Delikatnie musnął dłonią moje ramię, po czym bez słowa wyszedł przed tłum.
— Eren Rosewood, klan Azure, szóste pokolenie — oświadczył chłodno. — Zgłaszam się zamiast niej.
Kael natychmiast przytrzymał mnie mocniej. Dopiero wtedy zorientowałam się, jak bardzo próbowałam się wyrwać. Jak mocno parłam do przodu. I jak cholernie silny był Kael, skoro nawet nie drgnął pod naporem mojego ciała. Patrzyłam, jak Eren spokojnie zdejmuje koszulę i podchodzi do haka, a w piersi czułam coś, co bardzo przypominało panikę.
Czas zwolnił. Widziałam wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Jak bat unosi się w powietrzu. Jak spada. Jak rozrywa skórę Erena. Jak krew spływa po jego plecach cienkimi, ciemnymi strużkami. Kael przycisnął mnie mocniej do siebie.
— Nic mu nie będzie — szepnął stanowczo, prawie ostro.
I faktycznie… rany Erena zaczynały się goić dosłownie w trakcie bicia. Skóra domykała się w oczach, zostawiając tylko świeże, różowe ślady. Ale to nic nie zmieniało. Bo ja czułam. Dosłownie czułam jego ból. Jakby ktoś wbijał mi rozżarzone igły pod skórę za każdym razem, gdy bat spadał.
Przerażenie powoli ustępowało miejsca innemu uczuciu. Wściekłości. Czystej, gorącej, bezsilnej wściekłości.
Spojrzałam na Selenę. Na jej twarzy malowała się niewysłowiona ulga i głęboka wdzięczność. Patrzyła na Erena tak, jakby właśnie uratował jej życie. Niestety nawet ja musiałam przyznać, że z dwóch złych wyborów ten był mimo wszystko lepszy. Bo gdyby to ona stanęła na jego miejscu… byłam pewna, że Selena nie wyszłaby z tego wydarzenia bez śladów na psychice.
Dopiero wtedy do mnie dotarło, co wcześniej powiedziałam. Proszę, powstrzymajcie to. I Eren to zrobił. W jedyny sensowny sposób, w jaki mógł. Poczułam, jak wewnątrz rozlewa mi się coś ciężkiego i gorzkiego. Uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem w nim zakochana. I jak piekielnie winna się czuję, że przez moje słowa znalazł się w tym miejscu.
W międzyczasie do sali weszła delegacja w czerwonych togach.
— Wymiana z klanu Phoenix… — rozniosły się szepty po sali. — Ich przewodniczący, Rafael, jest z czwartego pokolenia. Może nawet sam Valerius przyjmie go na audiencję…
Kiedy wreszcie skończyło się przedstawienie, Eren spokojnie zdjął kajdanki, otarł resztki krwi z pleców i wrócił do nas, jakby właśnie skończył zwykły trening. Stanął obok mnie, a ja nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa.
Wtedy odezwał się płomiennowłosy wampir stojący na czele delegacji.
— Możemy powtórzyć pierwszą część? — zapytał uprzejmie. — Nasi uczniowie ją przegapili.
Nauczyciele spojrzeli po sobie, po czym wzruszyli ramionami.
— Oczywiście, panie Lightwood.
Rudowłosy uśmiechnął się.
— Pozwólcie, że ja wylosuję.
Podszedł do kuli, sięgnął do środka i wyciągnął kartkę.
— Ellie Aurelian — odczytał głośno.
Cała sala zamilkła. Nie poczułam strachu. Nie poczułam niczego. Po prostu zamarłam.
Ku własnemu zdumieniu zobaczyłam uśmiech na twarzy Kaela. Powolny, niebezpieczny, pełen kłów. Przeniosłam wzrok na Erena. On również się uśmiechał. Szeroko. Lodowato. Z wysuniętymi kłami.
Mężczyzna kontynuował, najwyraźniej zupełnie nieświadom tego, co właśnie zrobił.
— Ellie Aurelian, zapraszamy na środek.
Nauczyciel gwałtownie się ożywił.
— To imię nigdy nie powinno się tam znaleźć… — spróbował odebrać mu kartkę. — Proszę wylosować jeszcze raz.
— Bzdura — oburzył się rudowłosy. — Skoro została wylosowana uczciwie, to niech tu przyjdzie.
Rozejrzałam się po otoczeniu. Lucas i Richard stali najeżeni, gotowi do ataku. Ale nie tylko oni. Prawie każdy wampir z klanu Azure miał już zmienione oczy i wysunięte kły. Atmosfera w sali zrobiła się gęsta, niebezpieczna, na skraju eksplozji.
— Ellie Aurelian — powtórzył mężczyzna, tym razem ostrzej.
Zanim jakikolwiek wampir zdążył się poruszyć, w pomieszczeniu pojawiła się lekka, czerwona mgła. Z mgły uformował się Valerius. Wyciągnął przed siebie dłoń. Rudowłosy wampir natychmiast padł na kolana, łapiąc się za gardło.
Valerius nawet na niego nie spojrzał. Odwrócił się do nauczyciela.
— Powiadom Radę, że w dniu dzisiejszym klan Phoenix przestanie istnieć — powiedział spokojnym, prawie obojętnym tonem.
Potem przeniósł wzrok na klęczącego mężczyznę. Podszedł bliżej. Powoli. Bez pośpiechu. Rudowłosy wampir wciąż dusił się na kolanach, łapiąc konwulsyjnie powietrze, kiedy Valerius bez słowa wsunął dłoń w jego klatkę piersiową. I wyrwał mu serce. Dosłownie.
Usłyszałam mokry, obrzydliwy dźwięk rozrywanego ciała. Serce wciąż biło w jego dłoni, wypluwając na kamienną posadzkę ciemne strugi krwi. Valerius uniósł je nieco wyżej, jakby chciał, żeby wszyscy dobrze widzieli, a potem przeniósł wzrok na pozostałe wampiry z klanu Phoenix.
— Niech żaden z nich nie ujdzie stąd z życiem.
To nie była prośba. To nie był nawet rozkaz w tradycyjnym znaczeniu. To było prawo, które właśnie zaczynało obowiązywać.
Wampiry z klanu Azure ruszyły bez zająknięcia. Szybko. Bezlitośnie. Czerwone togi zaczęły padać na posadzkę jedna po drugim, a sala wypełniła się odgłosami walki, której wynik był przesądzony od samego początku.
Valerius tymczasem zacisnął dłoń. Wciąż bijące serce chrupnęło i rozpadło się w jego palcach jak dojrzały owoc. Odrzucił krwawe resztki na podłogę, po czym otarł dłoń niewidzialnym gestem. Krew zniknęła. Jego skóra znowu była czysta, a biały mankiet koszuli nieskazitelny.
Potem odwrócił się i podszedł prosto do mnie. Jego srebrzyste oczy były spokojne. Niemal łagodne.
— Chodźmy stąd — powiedział cicho.
Wyciągnął do mnie rękę. A ja, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu, włożyłam w nią swoją dłoń.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Chwilę później znaleźliśmy się w luksusowej restauracji na najwyższym piętrze hotelu klanu Azure. Zanim weszliśmy do środka, wszyscy znajdujący się w niej goście już opuścili lokal. Nikt nie zadawał pytań. Nikt nie protestował. Po prostu zniknęli, zostawiając po sobie tylko niedopite kieliszki i niedokończone dania. Valerius zaprowadził Ellie do stolika przy oknie i posadził ją w głębokim, wygodnym fotelu, jakby była czymś kruchym, co zaraz może się rozpaść. Ja i Eren stanęliśmy przy drzwiach.
Valerius wyglądał na spokojnego. Znałem go jednak wystarczająco dobrze, żeby się na to nie nabrać. Byłem pewien, że w środku kipiał zimną, precyzyjną furią. Ja sam czułem dokładnie to samo. I nie musiałem nawet patrzeć na Erena, żeby wiedzieć, że u niego jest jeszcze gorzej. Wszyscy trzej doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z jednego — wojna między klanem Azure a Phoenixami nie będzie równoprawnym starciem klanów. To będzie jednostronna rzeź. Nawet jeśli Valerius nie weźmie w niej osobiście udziału.
Valerius zamówił dla Ellie gorącą czekoladę z dodatkami. Dziewczyna wciąż wyglądała na oszołomioną, ale powoli zaczynała wracać do siebie. Trzymała filiżankę obiema dłońmi, jakby chciała ogrzać sobie palce.
Wtedy ktoś zapukał. Uchyliłem drzwi. Jeden z ochroniarzy nachylił się ku mnie.
— Starszyzna klanu Phoenix przybyła osobiście — szepnął cicho. — Pytają, czy pan Valerius zechce ich przyjąć.
Zamknąłem drzwi i przekazałem pytanie. Valerius nie odpowiedział od razu. Najpierw spojrzał na Ellie. Czekał. Dopiero kiedy ona, po chwili wahania, kiwnęła głową, skinął do mnie, dając znak, że można ich wpuścić.
Patrzyłem, jak Ellie siedzi przy oknie, mała i blada w ogromnym fotelu, a Valerius stoi obok niej jak żywy pomnik. I po raz kolejny pomyślałem, że to wszystko przestaje mieć jakikolwiek sens. Ellie była jego krwią. Była uroczą, wrażliwą dziewczyną, która wciąż dopiero uczyła się tego świata. Ale Valerius przekraczał dla niej wszelkie granice. Jakby nic innego i nikt inny się nie liczył. Tylko ona.
Zacząłem się zastanawiać. Jedynym sensownym wytłumaczeniem, jakie przyszło mi do głowy, była więź partnerska. Tylko że szybko odrzuciłem tę myśl. Bo gdyby tak było… już dawno bym nie żył. Za sam fakt, że śmiałem jej dotykać.
Zagadka była nie do rozwiązania.
Drzwi otworzyły się ponownie. Weszły trzy osoby — dwie kobiety i jeden mężczyzna. Wszyscy z czwartego pokolenia. Wszyscy z płomiennie rudymi włosami i twarzami, po których nie dało się określić wieku. Szli wolno, prosto, z podniesionymi głowami, ale w ich oczach nie było już arogancji, którą jeszcze chwilę wcześniej prezentował Lightwood. Został wyłącznie strach. I świadomość, że właśnie stanęli przed kimś, kto mógł ich wszystkich wymazać jednym gestem.
Starszyzna padła przed Valeriusem na kolana. Trzy postacie w czerwonych togach przycisnęły czoła do podłogi i zaczęły błagać. O wybaczenie. O łaskę. O ocalenie klanu Phoenix. Ich głosy drżały, a słowa mieszały się ze sobą w chaotyczną, upokarzającą litanię.
Valerius nawet na nich nie spojrzał. Siedział spokojnie obok Ellie, jakby trójka czwartego pokolenia leżąca mu u stóp była mniej interesująca niż kurz na podłodze. Po chwili jedynie skinął na mnie ledwie zauważalnym gestem.
Podszedłem bliżej.
— Jak zamierzacie zadośćuczynić temu, co się wydarzyło? — zapytałem chłodno.
Kobieta uniosła nieco głowę. Jej głos był tak drżący, że prawie się łamał.
— Słyszeliśmy, że panienka Aurelian pije krew wampirów urodzonych… Przyprowadziliśmy nasze dzieci. Urodzone wampiry z piątego pokolenia.
Mężczyzna obok niej nie odważył się nawet unieść twarzy znad podłogi.
— Oferujemy, żeby nasze dzieci zostały niewolnikami klanu Azure.
Na chwilę w restauracji zapadła absolutna cisza. Spojrzałem na Valeriusa. Ten wciąż milczał, więc to ja odezwałem się ponownie.
— Wprowadźcie ich.
Drzwi otworzyły się. Do pomieszczenia wprowadzono cztery osoby. Wszystkie miały płomiennie rude włosy, charakterystyczne dla Phoenixów. Najstarszy był mężczyzna wyglądający na około trzydziestkę — co oczywiście nic nie znaczyło, bo wampiry urodzone starzały się wolno, a niektórzy w wieku dwudziestu kilku lat przestawali się starzeć w ogóle. Za nim szła kobieta około dwudziestu siedmiu lat. Na końcu szła dwójka dzieci, chłopiec może dziewięcioletni i dziewczynka około siódmego roku życia. Wszyscy mieli na sobie białe, rytualne szaty ofiar. Stali prosto. Cicho. Z pustymi, pogodzonymi z losem twarzami.
Poczułem, jak coś zimnego zaciska mi się w żołądku. Przeniosłem wzrok na Valeriusa. I wtedy w pełni zrozumiałem, jak ogromny błąd popełniła właśnie starszyzna klanu Phoenix.
Valerius patrzył na Ellie. Na jej blade, wciąż lekko zszokowane oblicze. Na sposób, w jaki trzymała filiżankę obiema dłońmi. Na to, jak mała wydawała się w wielkim fotelu. Przypomniałem sobie wszystkie momenty, w których patrzył na nią dokładnie tak samo. Z czymś, co u kogoś innego nazwałbym czułością. Z czymś, z powodu czego był gotów zrównać z ziemią cały klan.
Dotarło do mnie z pełną jasnością — Valerius nigdy nie daruje komuś, kto jest w stanie poświęcić własne dziecko. Nigdy. Starszyzna Phoenixów właśnie podpisała na siebie wyrok. Nie przez to, że ich przedstawiciel upierał się, żeby skrzywdzić Ellie. Tylko przez to, że próbowali kupić sobie życie krwią własnych dzieci.
Valerius wstał powoli, z tą swoją niezmienną, lodowatą gracją. Spojrzał na klęczącą starszyznę, a potem na czwórkę w białych szatach.
— Którzy z was są rodzicami dwójki najstarszych?
Jedna z kobiet uniosła drżącą dłoń.
— Ja… ta dziewczyna jest moja.
Druga, nieco starsza, przełknęła ślinę.
— A ten mężczyzna… to mój syn.
Trzecia kobieta, ta która wcześniej błagała najgłośniej, odezwała się niemal szeptem.
— Jestem matką pozostałej dwójki.
Poczułem, jak po plecach spływa mi zimny dreszcz. Byłem absolutnie pewien, że nasi rodzice zrobiliby wszystko, żebyśmy przeżyli. Nawet gdyby miał zginąć cały klan. Oddaliby własne serca bez wahania. A ci ludzie… ci ludzie właśnie spokojnie przyznawali się do własnych dzieci, wiedząc, co zaraz usłyszą.
Valerius skinął lekko głową.
— Własnoręcznie odbierzcie im życie. Zacznijcie od najstarszych.
Przez ułamek sekundy w restauracji zapanowała absolutna cisza. A potem kobiety i mężczyzna wstali. Bez wahania. Podeszli do swoich dzieci. Urodzone wampiry w białych szatach drżały, ale nie uciekały. Nie krzyczały. Tylko patrzyły. Najstarszy mężczyzna zamknął oczy, kiedy jego matka wsunęła dłoń w jego klatkę piersiową. Mokry, obrzydliwy dźwięk. Serce. Potem drugie. Krew spłynęła na białe szaty i marmurową podłogę. Serca przestały bić, a martwe ciała upadły na zimny kamień.
Została trzecia kobieta. Wahanie na jej twarzy trwało może sekundę. Może dwie. Potem jednak podniosła się i podeszła do swoich dzieci. Wyciągnęła rękę.
Valerius westchnął. Cicho. Niemal ze znużeniem.
— Dość już widziałem.
Jego moc uderzyła bez ostrzeżenia. Trójka starszyzny została dosłownie rozerwana na strzępy. Nie było krzyku. Nie było czasu na ból. Po prostu… przestali istnieć. Krew, mięso i fragmenty togi rozprysnęły się po sali w makabrycznej, czerwonej mgle.
Valerius odwrócił się do strażników stojących przy drzwiach. Jego głos był znowu spokojny. Obojętny.
— Przekażcie wszystkim, że starszyzna klanu Phoenix poświęciła siebie i swoich potomków, żeby klan mógł przetrwać.
Strażnicy skłonili się i natychmiast wyszli.
Stałem nieruchomo, wpatrując się w kałużę krwi i dwoje małych, wciąż żywych dzieci w białych szatach, które teraz klęczały wśród szczątków własnej matki.
Miałem absolutną pewność. Gdyby przyszli złożyć w ofierze własne życie… Wszyscy by przeżyli. Valerius nigdy nie wybaczył im nie tego, że ich przedstawiciel wylosował Ellie. Tamta sprawa zamknęła się wraz z jego śmiercią. Jednak nigdy nie wybaczyłby faktu, że byli gotowi oddać własne dzieci, żeby sami mogli dalej żyć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Powoli wstałam z fotela. Widok krwi, rozszarpanych ciał i wampirzych szczątków nie poruszył mnie ani trochę. Patrzyłam na to wszystko z dziwnym, chłodnym spokojem. Uważałam nawet, że to, co przed chwilą zrobił Valerius, było sprawiedliwe.
I właśnie wtedy do mnie dotarło. On wyłączył moje emocje, te które powinny były na to zareagować.
Spojrzałam na dwoje przerażonych dzieci klęczących wśród kałuż krwi. Ich białe szaty były już częściowo czerwone. Patrzyły przed siebie pustym, oszołomionym wzrokiem.
— Co z nimi zrobisz? — zapytałam cicho.
Valerius nawet nie odwrócił głowy w ich stronę.
— Są twoi — odparł spokojnie. — Zrób z nimi, co zechcesz.
Przez chwilę milczałam, ważąc opcje.
— Kael — odezwałam się ostatecznie. — Zabierz ich do rodziców. Niech się nimi zajmą. Powiedz, że osobiście proszę ich o przysługę.
Młodzieniec nie wyglądał na zaskoczonego. Po prostu skinął głową, podszedł do dzieci i delikatnie, ale stanowczo wyprowadził je z restauracji. Drzwi zamknęły się za nimi z cichym szmerem.
Odwróciłam się do Valeriusa.
— Kiedy mi oddasz emocje?
Uśmiechnął się lekko, prawie rozbawiony.
— Ach… tych konkretnych ci nigdy nie oddam. Nie ma takiej potrzeby.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego, a potem powoli skinęłam głową.
— Tak będzie lepiej — przyznałam cicho. — Czy w szkole wszystko się uspokoiło?
— Nie musisz się niczym przejmować — odparł Valerius. — Chcesz wrócić do domu z Erenem? Albo może wolicie zostać w hotelu, dopóki sprawa choć trochę nie ucichnie?
Odwróciłam wzrok w stronę drzwi. Eren wciąż stał tam prosto, z rękami w kieszeniach, a jego spojrzenie było mroczne i skupione wyłącznie na mnie. Uśmiechnęłam się do niego blado.
— Tak — powiedziałam. — To dobry pomysł.
