Rozdział 6 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyKsiężniczka w Akademii
Ellie
Zbliżał się pierwszy dzień nowej szkoły. Byłam przerażona. Mimo że Valerius zapewnił mnie, że nikt nie będzie niczego pamiętał — niestety poza Seleną, ale ona dla własnego dobra zachowa milczenie — to i tak czułam, że z pewnością coś pójdzie nie tak.
Nawet Valerius nie był pewien, dlaczego piję krew innych wampirów. Obiecał jednak, że znajdzie informacje na ten temat. Zapewnił mnie też, że nie jest to dla mnie niebezpieczne, a wręcz przeciwnie. Dzięki ich krwi zyskuję coraz większą moc. Postanowił też przeprowadzić eksperyment. Zaprosił do penthouse’u młodego wampira o imieniu Marcus — stworzonego zaledwie kilka lat temu. Mężczyzna był zdenerwowany, ale posłuszny. Valerius kazał mu naciąć nadgarstek i podsunąć mi rękę. Zapach jego krwi był… mdły. Nieprzyjemny. Niemal odpychający. Zrobiło mi się niedobrze.
Przecząco pokręciłam głową.
— Nic — powiedziałam cicho, odsuwając się. — Nie czuję… żadnego pociągu.
Valerius kiwnął głową, jakby się tego spodziewał. Potem spojrzał na Kaela.
— Teraz twoja kolej.
Kael bez słowa przegryzł swój nadgarstek. Gdy tylko zapach jego krwi do mnie dotarł, pomyślałam, że zaraz oszaleję. Słodki, upojny, przyciągający jak magnes. Serce zaczęło mi walić jak szalone, kły wysunęły się same, a w głowie zrobiło się kompletnie pusto.
— Jestem pewna, że zaraz znowu stracę możliwość logicznego myślenia i się na niego rzucę… — wyszeptałam, zaciskając dłonie w pięści.
Kael spojrzał na Valeriusa.
— Mogę jej dać swoją krew? — zapytał zaciekawiony.
Valerius przyglądał się nam przez chwilę, po czym skinął głową.
— To dobry pomysł. Może jeśli Ellie będzie piła od czasu do czasu twoją krew, to się do niej przyzwyczai i nie będzie na nią tak instynktownie reagowała.
Ku mojemu zdumieniu Kael nie miał nic przeciwko. Wręcz przeciwnie — poparł ten plan bez wahania.
— Jasne — powiedział, podchodząc bliżej i wyciągając do mnie nadgarstek. — Jeśli to pomoże… to proszę.
Patrzyłam na niego z mieszaniną wdzięczności i zakłopotania. Kael uśmiechnął się do mnie łagodnie, tym swoim ciepłym, uspokajającym uśmiechem.
— No dalej — zachęcił cicho.
Zbliżyłam usta do jego nadgarstka. Gdy tylko krew spłynęła mi na język, cały świat jakby się rozmył. Była taka dobra… taka uzależniająca. Piłam powoli, starając się zachować kontrolę, ale i tak czułam, jak moc wlewa się we mnie gorącą falą. Kiedy w końcu się odsunęłam, Kael patrzył na mnie z dziwnym, ciepłym błyskiem w oczach.
— Lepiej? — zapytał miękko.
Kiwnęłam głową, czując, jak moje zażenowanie rozrasta się niczym chwasty na łące. Valerius obserwował nas w milczeniu, a w jego srebrzystych oczach pojawiło się coś na kształt… satysfakcji.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Wiedziałem, że kiedy wampiry piją ludzką krew, jest to dla ludzi naprawdę przyjemne. Ale, o cholera… nie sądziłem, że aż tak. Gdy Ellie pochyliła się nad moim nadgarstkiem i zatopiła w nim kły, całe moje ciało napięło się jak struna. Jej usta były ciepłe, delikatne, a jednocześnie głodne. Każdy łyk, który brała, sprawiał, że przez mój kręgosłup przechodziła gorąca fala, czystej, obezwładniającej euforii.
Kurwa. Nie byłem przygotowany na to, jak mocno to poczuję.
Jej wargi delikatnie poruszały się przy mojej skórze, a ja musiałem zacisnąć zęby, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Serce waliło mi jak szalone, a w mojej głowie zrobiło się kompletnie pusto. Nie spodziewałem się aż tak intymnego doświadczenia, które sprawiało, że chciałem przyciągnąć ją bliżej, objąć ramionami i nie puścić.
Ellie piła powoli, ale łapczywie, jakby nie mogła się powstrzymać. Czułem, jak jej magia — ta nowa, jeszcze nieoswojona — miesza się z moją siłą. Było to… oszałamiające.
Valerius obserwował nas w milczeniu, ale ja ledwo rejestrowałem jego obecność. Byłem zbyt skupiony na niej. Na tym, jak jej oddech przyspiesza, jak jej palce zaciskają się na moim przedramieniu.
Kiedy się odsunęła, jej usta były czerwone od mojej krwi, a oczy, te piękne, krystalicznie błękitne oczy, miały w sobie coś dzikiego i jednocześnie zagubionego. Patrzyłem na nią i czułem, jak stado wściekłych trzmieli kotłuje się w moim żołądku. Cholera, Ellie… co ty ze mną robisz?
Uśmiechnąłem się do niej, starając się, żeby to wyszło naturalnie, choć w środku cały płonąłem.
— Lepiej? — zapytałem cicho, lekko łamiącym się głosem.
Kiwnęła głową, wciąż odrobinę zdyszana. Wyglądała na oszołomioną, ale też… zachwyconą. I cholernie piękną.
Valerius chrząknął cicho.
— Wygląda na to, że twoja krew jej służy — powiedział spokojnie, choć w jego oczach widziałem błysk zainteresowania. — To… ciekawe.
Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt zajęty patrzeniem na Ellie. I tym, jak bardzo chciałem, żeby zrobiła to znowu.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Przed pierwszym dniem w Akademii denerwowałam się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Stałam przed lustrem w swojej sypialni i wpatrywałam się we własne odbicie, a w oczach stawały mi łzy, których nie mogłam powstrzymać. Przez całe życie wszyscy powtarzali mi to samo — że jestem do niczego. Słaba. Kiepska. Gorsza od Diany. Niewystarczająca. Lepiej by było, gdybym w ogóle nie istniała.
Jak ktoś taki jak ja miał sobie poradzić na elitarnych studiach? W szkole, której ulotki przeglądałam do późna w nocy, z sercem bijącym z ekscytacji i strachem jednocześnie? Jak miałam nie zawieść Valeriusa, który uratował mi życie i dał mi wszystko, czego nigdy nie miałam? Co zrobię, jeśli znów oszaleję na widok czyjejś krwi? Jeśli stracę kontrolę i zrobię komuś krzywdę?
Poza tym… w nowym świecie żyłam dopiero o dwóch tygodni. Kompletnie niczego jeszcze o nim nie wiedziałam.
Łzy spłynęły mi po policzkach. Zacisnęłam dłonie na brzegu toaletki, czując, jak wszystko we mnie się rozpada.
Nagle drzwi się otworzyły. Valerius wszedł cicho, jak zawsze. Spojrzał na mnie i przez chwilę nic nie mówił. Potem podszedł bliżej.
— Mam dla ciebie mały prezent — powiedział łagodnie. — Stój spokojnie.
Odgarnął mi z twarzy niesforny kosmyk włosów. Jego chłodne palce musnęły skroń. Poczułam ciepłą, gęstą, uspokajającą falę, która rozlała się po całym ciele i wessała w siebie cały strach, całą niepewność, cały ból. Jakby ktoś delikatnie wyciągnął z mojej piersi wszystkie te ostre, raniące myśli i zostawił tylko jasność.
Nagle wszystko stało się proste. Byłam szczęśliwa. Miałam uczyć się w Akademii. Poznać świat nocy. Nauczyć się kontrolować swoją potężną magię. Wszystko, czego pragnęłam, było na wyciągnięcie ręki. I należało mi się. Należało mi się wszystko, czego zapragnę. Nie zamierzałam się cofnąć przed niczym, żeby to dostać.
Uśmiechnęłam się do Valeriusa. Tym razem mój uśmiech był szeroki i pewny, nie było w nim cienia wątpliwości.
— Dziękuję — powiedziałam, a mój głos brzmiał dziwnie mocno.
Potem położyłam dłoń na jego torsie i przytuliłam się do niego impulsywnie, rzecz, której jeszcze minutę wcześniej nigdy nie ośmieliłabym się zrobić. Valerius objął mnie i delikatnie pogładził moje włosy.
Och! Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z czegoś jeszcze. Jego serce… nie biło. Spojrzałam na niego pytająco.
— Czemu moje serce bije, a twoje nie? — zapytałam zaciekawiona.
Wampir wzruszył ramionami.
— To kwestia preferencji — wyjaśnił lekko rozbawiony. — Wciąż podświadomie uważasz, że tego potrzebujesz, więc twoja magia odpowiada. Ja z kolei żyję już zbyt długo, żeby marnować energię na takie drobnostki. Nie musisz też oddychać — dodał po chwili — ale to wygodny nawyk, kiedy poruszasz się wśród ludzi.
Skinęłam głową, uznając, że później to poćwiczę. Valerius spojrzał na mnie przez chwilę dłużej, a w jego srebrzystych oczach pojawiło się coś nieodgadnionego. Potem delikatnie odsunął się ode mnie.
— Idź i baw się dobrze — powiedział cicho. — Kael już czeka.
Skinęłam głową i wyszłam z pokoju, czując, że z pewnością będę się dobrze bawiła.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Czekałem na nią w salonie, oparty o marmurowy blat baru. W dłoni trzymałem kieliszek z krwią, choć nawet nie tknąłem trunku. Byłem zbyt zajęty myślami o tym, jak ona sobie poradzi w Akademii. Wiedziałem, że jest zdolna, ale też wiedziałem, jak bardzo przez lata wbijano jej do głowy, że jest „do niczego”.
Usłyszałem kroki na korytarzu i uniosłem wzrok. Zamarłem. Ellie weszła do salonu… i wyglądała inaczej. Nie chodziło o ubranie — choć i to było nowe, eleganckie, w stylu, który wcześniej by jej nie pasował. Chodziło o nią. O to, jak szła. Jak trzymała głowę. Jak promieniała. W jej oczach nie było już tego dawnego wahania, tego cichego pytania „czy ja na pewno mogę tu być?”.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, podeszła prosto do mnie. Bez wahania. Oplotła ramionami moją szyję, zmuszając mnie, żebym się do niej pochylił, i z czułością, ale też z pewną śmiałością pocałowała mnie w policzek.
Poczułem ciepło jej warg na skórze. I coś jeszcze. Subtelny, bardzo delikatny ślad magii. Taki, którego zwykły wampir by nie wyczuł. Ale ja wyczułem. Znałem ten zapach. Znałem tę energię. Valerius.
Wewnątrz mnie coś się poruszyło — mieszanka zaskoczenia, niepokoju… i nieoczekiwanej ciekawości. Co on jej zrobił?
Ellie odsunęła się na tyle, żeby spojrzeć mi w oczy, wciąż trzymając ręce na mojej szyi. Uśmiechała się szeroko, promiennie, jakby świat nagle stał się dla niej miejscem pełnym możliwości.
— Gotowy? — zapytała lekko, jakbyśmy wybierali się na spacer, a nie na jej pierwszy dzień w elitarnej Akademii wampirów.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, choć w głowie już pracowałem na pełnych obrotach.
— Zawsze — odparłem. — Chodźmy.
Prywatną windą zjechaliśmy na podziemny parking, a Ellie nie zamykała buzi. Mówiła o wszystkim naraz — o tym, jak bardzo się cieszy, że wreszcie zacznie się uczyć, o tym, co chce opanować jako pierwsze, o tym, że ma wrażenie, jakby cały świat nagle się przed nią otworzył. Nie było w niej zwyczajowej nerwowości, słów, którymi próbowała się usprawiedliwiać albo umniejszać. Teraz mówiła z taką naturalną pewnością siebie, że aż trudno było oderwać od niej wzrok.
Wsiedliśmy do samochodu. Odpaliłem silnik, a ona nadal mówiła — tym razem o tym, jak wyobraża sobie pierwsze zajęcia. Słuchałem jej z przyjemnością. Naprawdę. Bo choć wiedziałem, że nie jest sobą… to musiałem przyznać, że podobała mi się ta nowa wersja Ellie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Weszliśmy do budynku Akademii i od razu rozejrzałam się wokół. Musiałam przyznać, że miejsce było całkiem przyzwoite. Wygodne, eleganckie fotele w holu, ciemne marmurowe posadzki, nowoczesne oświetlenie i sprzęt, który wyglądał, jakby kosztował fortunę. Nie było tu może tak luksusowo jak penthouse Valeriusa, ale w zupełności wystarczyło, żeby mnie zadowolić.
Kael szedł obok mnie, a ja z lekkim zadowoleniem zauważyłam, że kilka osób odwraca za nami głowy.
Nagle, z bocznego korytarza wypadł jakiś chłopak i z impetem zderzył się z Kaelem. Na chwilę zrobiło się zamieszanie — chłopak aż się cofnął, a kiedy podniósł głowę i spojrzał Kaelowi w twarz, jego oczy rozszerzyły się z przerażenia.
— P-przepraszam! — wyjąkał, nisko się kłaniając. — Naprawdę przepraszam, nie zauważyłem…
I zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, po prostu uciekł, prawie biegnąc. Zaciekawiona spojrzała na chłopaka.
— Kael… — odezwałam się słodko. — Czy ty jesteś jakimś szkolnym huliganem? — zapytałam szczerze zaintrygowana.
Chłopak zaśmiał się cicho, wyraźnie rozbawiony moją reakcją.
— Ja nie — odparł. — Ale Eren tak. — Spojrzałam na niego zdziwiona. — Raczej… nie ma nikogo, kto potrafiłby nas od siebie odróżnić — kontynuował. — Nie tylko wyglądamy tak samo, ale również dzielimy tę samą krew, a więc i magię. Nawet Valerius tego nie potrafi.
Jak to? Przecież to oczywiste…
Przypomniałam sobie moment, kiedy po raz pierwszy spotkałam Erena. Faktycznie, na początku myślałam, że to Kael. Ale kiedy podeszłam bliżej… od razu wiedziałam, że to nie on. Postanowiłam jednak chwilowo przemilczeć ten fakt. Szczególnie że tamto spotkanie… było dla mnie naprawdę krępujące. Czułam, jak ciepło napływa mi do twarzy na samo wspomnienie.
— Rozumiem… — mruknęłam tylko, pilnując, żeby mój głos brzmiał normalnie.
Moją uwagę jednak szybko przyciągnęło to, co działo się przy sekretariacie. Pod drzwiami czekała spora kolejka uczniów. Niektórzy stali, inni siedzieli na ławkach, wszyscy czekali. Spojrzałam na nich z irytacją. Żaden z nich nie emanował naprawdę silną aurą. Żadnej wysokiej krwi. Żadnego prawdziwego znaczenia.
Czy ja mam naprawdę czekać w kolejce? Bez chwili wahania podeszłam prosto do grupy, ignorując ich zdziwione spojrzenia.
— Zamierzacie kazać mi czekać? — zapytałam spokojnie, ale dość głośno, żeby wszyscy usłyszeli.
Na moment zapadła cisza. Kilka osób odwróciło się w moją stronę, najwyraźniej zaskoczonych. Potem jednak coś się zmieniło. Dwóch chłopaków na samym początku kolejki natychmiast spuściło wzrok i skłoniło głowy. Inni zrobili to samo — niektórzy z wyraźnym szacunkiem, inni z lekkim przerażeniem.
— Oczywiście, że nie — odezwał się jeden z nich, szybko ustępując mi miejsca. — Jesteś na to zbyt piękna.
Jego kolega przytaknął i stanął tak, żeby nikt nie mógł podejść zbyt blisko mnie. Jakby nagle stali się moją osobistą ochroną. Poczułam lekkie zadowolenie. To było… miłe. Naturalne. Jakby świat wreszcie zaczął działać tak, jak powinien.
Ruszyliśmy z Kaelem w stronę drzwi sekretariatu. Poczułam na sobie jego spojrzenie — uważne, spokojne, ale wyraźnie analizujące. Nie odezwał się jednak słowem, ja również nie, dopóki nie weszliśmy do środka i drzwi nie zamknęły się za nami.
— Chcesz coś powiedzieć? — zapytałam, rzucając mu spojrzenie z ukosa.
Kael spojrzał na mnie z lekkim, rozbawionym uniesieniem brwi.
— Chyba nie planujesz mnie nikim zastąpić? — zapytał, a w jego głosie wyraźnie pobrzmiewała nuta żartu.
Roześmiałam się cicho, dźwięcznie.
— Oczywiście, że nie — odpowiedziałam bez wahania. — Nikt nie ma w sobie tyle uroku, co ty.
Kael nie odpowiedział. Patrzył na mnie przez chwilę dłużej niż zwykle, jakby próbował dostrzec coś, co wcześniej we mnie było, a teraz zniknęło. Albo odwrotnie. W końcu tylko pokręcił głową z cichym uśmiechem i wskazał gestem biurko.
— Chodźmy. Załatwmy te papiery, zanim zmienisz zdanie na mój temat.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Kael odprowadził mnie aż pod salę wykładową. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach, a on spojrzał na mnie z lekkim, przepraszającym uśmiechem.
— Niestety nie mamy zbyt wielu wspólnych zajęć — powiedział. — Ty będziesz trenowała magię, ja mam swoje treningi fizyczne. Większość przedmiotów będziemy mieli osobno.
Przez chwilę się zawahałam. Mogłabym po prostu powiedzieć, żeby został, chciałam, żeby był przy mnie. Wiedziałam, że wystarczyłoby jedno słowo, a on by został, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z bocznego korytarza wysunęła się Jasmine.
— Ellie! — zawołała radośnie, podchodząc do nas z szerokim uśmiechem. — Chodź kochana, zaraz zaczynamy zajęcia. Spotkasz się z nim podczas lunchu — dodała, wyraźnie zauważając, jak taksuję wzrokiem Kaela.
Jasmine… podobała mi się. Od samego początku wiedziała, jak się wobec mnie zachowywać. Była miła, ale nie nachalna. Potrafiła wyczuć, gdzie jest jej miejsce. To była rzadka cecha.
Spojrzałam jeszcze raz na Kaela.
— Do zobaczenia później — powiedział cicho, a w jego głosie usłyszałam coś, co mogło być zarówno rozbawieniem, jak i czymś innym. Potem odwrócił się i odszedł korytarzem.
Jasmine delikatnie chwyciła mnie za ramię.
— Chodźmy, zanim ktoś zajmie najlepsze miejsca.
Weszłyśmy do sali. Od razu poczułam na sobie spojrzenia. Prawie wszyscy odwracali głowy. Niektórzy patrzyli z ciekawością, inni z wyraźnym szacunkiem, a kilku chłopaków w sposób, który był aż nazbyt oczywisty. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie — czułam się z tym wspaniale.
Zajęłyśmy miejsca mniej więcej po środku sali. Chwilę później weszła wykładowczyni — wysoka kobieta o surowym wyglądzie i ciemnych włosach spiętych w ciasny kok. Sprawiała wrażenie zaskakująco silnej, musiała należeć do szóstego, być może nawet do piątego pokolenia.
Kiedy kazała nam podzielić się na pięcioosobowe grupy, w sali natychmiast zapanowało poruszenie, jednak nikt nie ruszył się pierwszy. Wszyscy czekali. Czekali na mnie. Poczułam przyjemne mrowienie pod skórą. To było naturalne. Oczywiste. Powoli wstałam, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Nie musiałam się długo zastanawiać.
Najpierw wskazałam Jasmine, która natychmiast się uśmiechnęła i wstała z miejsca, by stać u mojego boku. Potem wybrałam dziewczynę o kruczoczarnych, prostych włosach, która siedziała dwa rzędy przede mną — miała w sobie coś interesującego, a jej aura była wyraźna. Na końcu wskazałam dwóch chłopaków z tylnego rzędu. Obaj należeli do wysokich pokoleń. Jeden z nich — ten wyższy, z jasnoblond włosami — emanował mocą wyraźnie silniejszą niż większość obecnych. Byłam prawie pewna, że przewyższał nawet Kaela o całe pokolenie. Poza tym był przystojny. Ale nie tak jak Kael.
— To moja grupa — powiedziałam spokojnie, wskazując na wybranych.
Nikt nie protestował. Wręcz przeciwnie. Pozostali uczniowie szybko zaczęli się dobierać w grupy, jakby nagle odzyskali zdolność poruszania się. Usiadłam z powrotem na miejscu, czując satysfakcję. Grupa była dobra. Silna. I przede wszystkim — godna mnie.
Jasmine pochyliła się lekko w moją stronę.
— Dobry wybór — szepnęła z uśmiechem. — Szczególnie blondyn… jest uznawany za geniusza w swoim pokoleniu.
Spojrzałam w jej stronę.
— I tak nadal nie jest tak interesujący, jak powinien być — powiedziałam bez wahania.
Jasmine parsknęła cicho śmiechem, a ja rozparłam się wygodnie na krześle, czekając na rozpoczęcie zajęć.
Pozostali członkowie grupy natychmiast przenieśli się bliżej nas. Nie musiałam nawet nic mówić — po prostu wstali i zajęli miejsca wokół mnie i Jasmine, jakby to było najnaturalniejsze zachowanie na świecie. Czułam ich. Wszyscy należeli do klanu Azure. Ich krew niosła w sobie ten sam, znajomy ślad, co krew Valeriusa. Było to subtelne, ale wyraźne — jak delikatny zapach, który rozpoznawałam instynktownie.
Dziewczyna o kruczoczarnych włosach odezwała się pierwsza, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem.
— Ariadna Lawish — przedstawiła się grzecznie, ale z nutą szacunku. — Szóste pokolenie.
Obok niej usiadł wysoki chłopak o długich, niemalże srebrnych włosach i spokojnym spojrzeniu.
— Lucas Silverfox — dodał. — Także szóste.
Ostatni z chłopaków usiadł najbliżej mnie. Miał jasne, elegancko ułożone włosy i wyraz twarzy, który sugerował, że wie, jak być czarującym. Uśmiechnął się do mnie szeroko, z wyraźnym podziwem.
— Richard Nightschade — powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała pewna siebie swada. — Piąte pokolenie. I muszę przyznać, że to dla nas zaszczyt, że nas wybrałaś.
Pokiwałam głową, przyjmując jego słowa z naturalną wyniosłością. Nie czułam potrzeby udawania skromności. Byli zachwyceni — to było oczywiste. I słusznie. Dobrze zrobili, że tak zareagowali.
W tym momencie nauczycielka, która wcześniej kazała nam się podzielić, odezwała się donośnym, stanowczym głosem.
— W wybranych grupach będziecie pracować do końca roku. Traktujcie to poważnie.
Richard natychmiast wykorzystał chwilę ciszy. Odwrócił się do mnie, opierając łokieć o blat i spoglądając na mnie z wyraźnie zainteresowanym uśmiechem.
— Wygląda na to, że będę miał przyjemność spędzać z tobą sporo czasu — powiedział cicho, tak, żebym słyszała go głównie ja. — To najlepszy układ, jaki mogłem sobie wymarzyć na ten rok.
Spojrzałam na niego z ukosa. Był przystojny, szarmancki i wyraźnie wiedział, jak się prezentować. Mimo to… coś mi w nim nie pasowało. Może to, że choć jego krew była silna, to wciąż nie dorównywał pewnemu czarnowłosemu wampirowi, którego zostawiłam na korytarzu.
— Zobaczymy — odpowiedziałam spokojnie, nie dając mu zbyt wiele. — Na razie skupmy się na zajęciach.
Richard jednak nie dał się łatwo zbyć. Przez całą lekcję co chwilę odzywał się do mnie — komentował to, co mówiła nauczycielka, zadawał mi pytania pod pretekstem „wspólnej pracy”, a raz nawet pochylił się bliżej i szepnął coś o tym, że „taka twarz jak moja zdecydowanie rozprasza na zajęciach”. Robił to z uśmiechem, który miał być czarujący.
Jasmine zerkała na nas co chwilę, wyraźnie rozbawiona całą sytuacją, ale nic nie mówiła. Ja z kolei… słuchałam go z lekkim, uprzejmym zainteresowaniem. Nie byłam wobec niego nieuprzejma — nie było ku temu powodu. Ale też nie zamierzałam dawać mu zbyt wiele. Nie teraz. Nie, kiedy wciąż myślałam o tym, jak Kael patrzył na mnie, zanim odszedł.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Shit! Ellie weszła na stołówkę w towarzystwie całej świty, a ja natychmiast rozpoznałem każdego z wampirów — Jasmine, Ariadna, Lucas i Richard. Sama elita. Wszyscy z naprawdę wysokich pokoleń. Większość uczniów w Akademii należała oczywiście do ósmego i dziewiątego, bo wyższa krew rzadko się mnożyła — po co tworzyć armię, skoro i tak rządziło się wszystkimi niżej. Ale ta czwórka… to już była inna liga.
Patrzyłem, jak idą przez salę, i mimo woli uniosłem brew. Wyglądało to… władczo. Jak mały dwór otaczający swoją księżniczkę.
Ku mojej uldze Ellie od razu skierowała się w stronę naszego stolika. Przywitała się uprzejmie z Damienem i Hunterem, a potem skinęła głową na swoją grupę, dając im znać, że mogą usiąść. Sama bez wahania zajęła miejsce tuż obok mnie — zdecydowanie bliżej niż zwykle. Jej ramię musnęło moje, a ona nawet nie próbowała się odsunąć.
Byłem… zadowolony. Cholernie zadowolony. Podobała mi się taka Ellie. Ta pewna siebie dziewczyna, która nie patrzyła już na świat jak na coś, co może ją skrzywdzić. Siedziała wyprostowana, z lekkim, ale wyraźnym uśmiechem, jakby cała szkoła należała do niej. I szczerze mówiąc — zaczynałem w to wierzyć.
Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się. Ellie opowiadała coś o zajęciach, a ja słuchałem z przyjemnością, ciesząc się, że jest tak blisko. To mi odpowiadało.
A potem w kafeterii zrobiło się trochę ciszej.
Selena. Stała w wejściu i patrzyła prosto na nas. Na mnie. I na Ellie siedzącą tuż przy mnie. Jej twarz momentalnie spochmurniała. Ellie też ją zauważyła. I zamiast udawać, że jej nie widzi, uśmiechnęła się do niej — szeroko, prawie prowokacyjnie — po czym bez słowa wplotła rękę pod moje ramię i przycisnęła się jeszcze bliżej. Byłem wniebowzięty.
Selena przez chwilę się wahała. Widziałem, jak walczy ze sobą. W końcu jednak zebrała się na odwagę i podeszła do naszego stolika. Stała nad nami, patrząc wyzywająco na Ellie.
— Chciałabym usiąść obok mojego narzeczonego — oznajmiła, starając się brzmieć pewnie, choć było słychać, że nie jest to już ta sama pewność co wcześniej.
Chciałem jej powiedzieć, żeby spadała. Żeby nie zawracała dupy. Ale zanim zdążyłem otworzyć usta, Ellie mnie uprzedziła.
— Naprawdę? — zapytała rozbawionym tonem, lekko przechylając głowę. — Bo ja bardzo nie lubię się dzielić.
Selena zacisnęła szczękę.
— To nie ma nic wspólnego z tobą — odparła ostrzej.
Ellie powoli oblizała wargi, a w jej oczach pojawił się drapieżny błysk. Delikatnie uniosła dłoń i opuszkami palców przesunęła po mojej szczęce, a potem niżej — po szyi. Dotyk był lekki, ale bardzo wyraźny. Publiczny.
— Doprawdy? — zapytała słodko. — Może liczysz na powtórkę z rozrywki?
Przy stoliku zapadła cisza, a chwilę później rozległy się stłumione śmiechy — najpierw Huntera, potem Damiena. Nawet Ariadna i Lucas parsknęli cicho.
Selena buzowała wściekłością, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, podeszła do niej jakaś dziewczyna z jej klanu i chwyciła ją za ramię, odciągając na bok. Selena jeszcze przez moment stała jak wryta, wpatrując się w Ellie oszołomionym, pełnym nienawiści wzrokiem, zanim dała się wreszcie odprowadzić.
Wszyscy przy naszym stoliku śmiali się już głośniej. Ja też się uśmiechnąłem, ale jednocześnie w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Kurwa. To właśnie tego chciałem uniknąć. Nie chciałem, żeby Ellie otwarcie prowokowała Selenę. Nie chciałem, żeby Selena czuła się upokorzona na oczach całej szkoły. Bo jeśli ona pójdzie z tym do swojego klanu… jeśli Luna uzna, że Azure ich obraża… to może się zrobić naprawdę brzydko. Wojna klanów z powodu zazdrosnej narzeczonej to nie był scenariusz, na który miałem ochotę.
Spojrzałem na Ellie. Siedziała obok mnie, wciąż z ręką wplecioną pod moje ramię, i wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Byłem w połowie rozdarty. Z jednej strony… podobała mi się taka. Bardzo. Z drugiej — wiedziałem, że jeśli nie wezmę tego w swoje ręce, sytuacja może szybko wymknąć się spod kontroli.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Nie chciałem tu przychodzić. Naprawdę. To cholerne oznaczenie na szyi sprawiało, że każdy dzień był udręką. Od samego rana ktoś mnie zaczepiał — pojedynczo albo w grupie. Nawet Kael trzymał się z daleka, tak na wszelki wypadek. Nie mogłem im nic zrobić. Nie kiedy było ich tylu naraz.
A jednak przyszedłem. Bo usłyszałem, że ona tu będzie. I teraz właśnie za to płaciłem.
Stałem oparty o ścianę na dziedzińcu, kiedy ją zauważyłem. Ellie wyszła z budynku w otoczeniu kilku wampirów wysokiej krwi. Szła pewnym, dumnym krokiem, z głową uniesioną tak, jakby cały ten świat należał do niej. I cholera… wyglądała obłędnie.
Poczułem, jak w moim brzuchu natychmiast kotłuje się stado dzikich motyli. Przekląłem w duchu. Nie. Nie teraz. Nie w tej sytuacji. Ale ona już mnie zobaczyła. I bez chwili wahania skierowała się prosto w moją stronę.
Grupa wokół niej momentalnie się rozstąpiła, robiąc jej przejście, jakby wszyscy instynktownie wyczuli, że nie powinni stać jej na drodze. Ellie zatrzymała się tuż przede mną. Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu spokojnym i pewnym spojrzeniem.
— Chodź ze mną — powiedziała po prostu, jak gdyby nigdy nic.
Nie użyła nawet swojej mocy. Nie musiała. Spojrzałem jej w oczy i… poszedłem. Jak zauroczony. Jak idiota. Studenci rozsypywali się przed nami na boki, ale ledwo to rejestrowałem. Całą uwagę miałem skupioną na jej plecach i na tym, jak poruszała się przed sobą.
Wprowadziła mnie do budynku, a potem do pierwszej napotkanej pustej klasy. Drzwi zamknęły się za nami z cichym szczęknięciem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Ellie odwróciła się i przyparła mnie do jednej z ławek. Moje biodra oparły się o drewniany blat, a ona stanęła przede mną — tak blisko, że musiałem lekko pochylić głowę, żeby na nią patrzeć.
Przestałem oddychać.
Wplotła palce w moje włosy, delikatnie, ale zdecydowanie. Jej twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej szyi. Poczułem ciepło jej oddechu na skórze.
— Chciałabym znowu napić się twojej krwi — mruknęła niskim, niemal pieszczotliwym głosem. — Smakowała wybornie. Nie masz nic przeciwko?
Jej usta musnęły moją szyję. Język przesunął się powoli wzdłuż żyły. Całe moje ciało natychmiast napięło się jak postronek.
— Możesz ze mną zrobić, co zechcesz — wydusiłem z siebie ochryple, głos zdradzał mnie bezlitośnie.
To wystarczyło. Ellie wbiła we mnie kły.
Gorąca, oślepiająca euforia uderzyła mnie jak piorun. Złapałem ją za talię i przyciągnąłem mocno do siebie, tak że stanęła między moimi nogami. Nasze ciała się złączyły — jej biodra przycisnęły się do moich, a ja nie byłem w stanie powstrzymać cichego, drżącego westchnienia. Moja krew… nie. Moja krew w jej ustach. To uczucie, gdy piła, było tak intymne, tak głębokie, że aż bolało.
Oplotłem ją ramionami, jedną dłoń wplątując w jej włosy, drugą przyciskając do dolnej części jej pleców. Chciałem mieć ją bliżej. Jeszcze bliżej. Czułem, jak traci kontrolę nad oddechem, jak jej ciało mięknie przy moim. Byłem twardy, boleśnie twardy, i nie potrafiłem tego ukryć. Nie chciałem ukrywać.
Po chwili, zdecydowanie zbyt szybko, oderwała się ode mnie. Jej oddech był nierówny, usta lekko rozchylone i czerwone od mojej krwi. Ale nie odsunęła się daleko. Stała nadal między moimi nogami, patrząc mi w oczy.
Potem, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, uniosła dłoń i opuszkami palców delikatnie przesunęła po magicznej pieczęci na drugiej stronie mojej szyi. Poczułem, jak magia pęka. Pieczęć… zniknęła.
Ellie pogłaskała mnie po włosach, jakby właśnie zrobiła coś zupełnie naturalnego.
— Bądź grzecznym chłopcem — mruknęła czule, niemal pieszczotliwie. — I więcej nie wkurzaj mojego ojca.
Patrzyła mi w oczy jeszcze przez ułamek sekundy, po czym odwróciła się i wyszła z klasy, zostawiając mnie samego.
Stałem tam, oparty o ławkę, dysząc ciężko. Serce waliło mi jak oszalałe, a w spodniach miałem tak twardo, że aż bolało. Zamknąłem oczy i oparłem głowę o ścianę. Kurwa. Potrzebowałem zimnego prysznica. Natychmiast. I to nie był żart.
