Rozdział 16 – Dziedziczka
by Vicky
Zmęczona padam na łóżko. Suknia z fal wisi na krześle, a ja wciąż czuję na skórze wanilię, cynamon i ten moment, w którym bal przestał być tylko zabawą. Jestem szczęśliwa. I jednocześnie nie mogę uwierzyć, że rody maczały palce w zabójstwie mojego taty.
Mogłam zrozumieć, że śmierci Archerów chciała organizacja, której motywy zawsze były niejasne. Potrafiłam pojąć, że rody były zawistne i często działały na szkodę innych. Nigdy jednak nie przyszłoby mi do głowy, że będą działały również na szkodę królestwa. Przecież to właśnie do nich należała jego ochrona. Jak strażacy, którzy najpierw podkładają ogień, a potem wystawiają rachunek za wodę.
Sięgam po pamiętniki taty i kartkuję je powoli. Papier jest ciepły od moich palców, atrament znajomy, a ja szukam choćby krótkiej uwagi, jednego zdania na marginesie, że szlachta potrafi knuć za plecami królewskiej pary. Nie znajduję niczego. Tata zapisał kłótnie, imiona, których nie powinnam zapomnieć — i ani słowa o tym, że sąsiedzi z loży przyjmują zlecenia jak skrytobójcy. A jednak tak właśnie się stało. Świat magiczny ma tę przewagę nad zwykłym, że nawet zbrodnia przychodzi we fraku i zostawia wizytówkę.
Słyszę pukanie. Trzy krótkie uderzenia, za grzeczne na Dwór Orchidei, który woli otwierać drzwi sam i czasem zamykać je na kimś.
— Mogę wejść? — słyszę aksamitny głos Alexei’a.
Wszystkie niemiłe sprawy wylatują mi z głowy tak szybko, że chyba powinnam wystawić im mandat za przekroczenie prędkości. W moim brzuchu do lotu podrywa się stado motyli. Nie mieszkają tam na stałe. Pojawiają się tylko wtedy, kiedy po drugiej stronie drzwi stoi konkretny biały wilk.
— Proszę — mówię, zanim zdążę spojrzeć w lustro i zastanowić się, czy na pewno chcę paradować przed nim w piżamie z kotkami.
Alexei wchodzi i uśmiecha się promiennie, jakby pałac, wyrok i cały ten cukierkowy koszmar zostawił pod schodami. W ciemnym korytarzu Dworu Orchidei ten uśmiech jest tak nie na miejscu, że pnącza nad framugą wyraźnie się wstrzymują, niepewne, czy mają go wpuścić, czy owinąć.
— Chodź ze mną — mówi i wyciąga do mnie dłoń.
Biorę ją. Idę za nim boso, w szortach, koszulce od piżamy i rozpinanej błękitnej bluzie. On prowadzi mnie jak na audiencję. Ja wyglądam jak osoba, która wyszła po sok do lodówki i z pewnością nie planowała spotkać chłopaka, który wyznał jej tego wieczoru swoje uczucia.
Oranżeria w nocy jest gorsza i lepsza niż za dnia. Kwiaty, które Arsen namówił do życia, otwierają się w ciemności jakby ktoś im powiedział, że będzie przedstawienie. Powietrze pachnie słodko, ale mimo środka zimy, jest tu ciężkie i gorące. Na środku leży koc, a na nim kosz piknikowy. Dookoła palą się świece, które Dwór najwyraźniej sam podpalił, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawia ognia między pnączami z charakterem. Dają ciepłe, przyjazne światło.
— Przygotowałeś piknik — stwierdzam głupio, bo serce zajmuje się akurat motylami i nie obsługuje mądrzejszych zdań.
— Mhm — potwierdza spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. — Po balu, na którym zrujnowano ród, pomyślałem, że oranżeria jest dobrym miejscem na złapanie oddechu.
Siadamy na kocu, tuż obok siebie. Moje kolano prawie styka się z jego kolanem. Egzotyczne kwiaty nachylają się tak dyskretnie, że aż widać, iż udają, że nie podsłuchują. Gdzieś w liściach wąż syczy z oburzeniem, że nikt nie zaprosił go oficjalnie.
Kłębuszek wpełza na koc z miną gospodarza, któremu w salonie rozłożono jedzenie bez konsultacji. Alexei nawet nie mrugnie. Podsuwa mu pod nos kawałek pieczonego kurczaka, czeka, aż wąż to połknie z obrażoną godnością, po czym bierze go ostrożnie w dwie ręce i odkłada pod krzak, jak żywą gałąź, która widzi za dużo.
— Przepraszam — mówi do liści. — To prywatne spotkanie.
Śmieję się cicho. Ciepło rozlewa mi się pod mostkiem, bo biały wilk, który jeszcze niedawno warczał na kelpie, karmi teraz mojego węża kurczakiem i odkłada go pod krzak, żeby nam nie siedział między nogami. Przyzwyczaił się do Dworu Orchidei w obecnym stanie. Albo Dwór przyzwyczaił się do niego. W tym domu trudno powiedzieć, kto kogo oswaja.
Alexei patrzy na mnie, jakbym była cudem świata.
— Jestem w piżamie — przypominam mu, bo ktoś musi.
— Widzę — odpowiada, a w jego chabrowych oczach jest tylko ciepło.
Powietrze między nami gęstnieje. Kwiaty przestają udawać, że są tylko roślinami. Gdzieś daleko, w skrzydle, kinkiet mruga jak sąsiadka podglądająca zza firanki. Alexei pochyla się ku mnie. Tym razem nikt nam nie przeszkadza. Jest koc, kurczak, wąż pod krzakiem i ja, która wciąż nie potrafi uwierzyć, że po takiej nocy wolno mi dostać coś dobrego.
Całuje mnie. Powoli. Pewnie. Tak, jakby oranżeria mogła runąć, a on i tak by nie przyspieszył. Motyle w moim brzuchu urządziły sobie festiwal. Teraz otwierają stoisko z pamiątkami. Kłębuszek z pod krzaka syczy coś, co brzmi podejrzanie jak ocena techniczna, a ja myślę tylko o tym, że to zdecydowanie są najlepsze święta, jakie miałam od naprawdę bardzo bardzo dawna.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Zostało nas siedemnaście. W szkole wszyscy szepczą na temat Darii i jej rodziny, ale plotki szybko zostają przerwane przydzielonym nam tego dnia zadaniem.
Na placu treningowym przed lekcją panuje chaos.
Etienne i Alexei stoją naprzeciwko siebie jak dwa wilki gotowe do walki. Etienne ma ręce w kieszeniach, ale jego postura jest napięta. Alexei zaciska szczękę tak mocno, że widzę, jak grają mu mięśnie na twarzy.
— Ona idzie ze mną — warczy Alexei.
— Nie. Idzie ze mną — odpowiada Etienne spokojnie, ale w jego głosie jest stal. — Ty już miałeś swoją szansę w wieży.
— To nie jest twoja decyzja.
— Twoja też nie.
Zanim zdążą się rzucić na siebie, w powietrzu rozlega się niski, dudniący głos Alfy Richarda Vossa.
— Dość tego cyrku! — warczy. — Drużyny są już rozdzielone i nie będzie żadnych zmian. Archer idzie z Vaessenem. Hannay z Rousseau. Koniec dyskusji.
Etienne zaciska zęby. Alexei rzuca mu ostatnie, mordercze spojrzenie, ale obaj milkną. Alfa nie toleruje sprzeciwu.
Chwilę później stoimy już na skraju magicznego lasu. Drzewa są gęste, mroczne, a między gałęziami unosi się lekka, fioletowa mgła. Nauczycielka wyjaśnia zasady — jedna drużyna to „zwierzyna” z zielonymi opaskami na ramionach, druga „łowcy”, ta z czerwonymi. Musimy działać w parach. Łowcy polują na zwierzynę. Zwierzyna ma przetrwać do świtu. Nagroda dla zwycięzców i kara dla przegranych.
Alexei stoi tuż obok mnie. Jest w drużynie łowców. Ja oczywiście również.
— Zostajesz ze mną — mówi cicho, ale stanowczo, prawie przy moim uchu. Jego dłoń ląduje na moim biodrze, przyciąga mnie bliżej. — Nie oddalaj się ani na krok.
Czuję ciepło jego ciała przez materiał wojskowej kurtki. Serce mi przyspiesza.
— Nie planowałam — odpowiadam, starając się brzmieć spokojnie.
Etienne przechodzi obok nas z Julią u boku. Julia wygląda, jakby właśnie wygrała na loterii — oczy jej błyszczą, policzki ma zarumienione. Etienne natomiast ma na twarzy wyraz głębokiego znudzenia.
— Wygramy — woła do niego Julia z entuzjazmem. — Będę się starała nie spowalniać!
Etienne rzuca mi krótkie spojrzenie. W jego oczach widzę mieszankę irytacji i rozbawienia.
— Postaram się nie zgubić jej w lesie — mruczy pod nosem, na tyle głośno, żebym usłyszała. — Chociaż to kusząca perspektywa.
Alexei nie czeka dłużej. Chwyta mnie za rękę i ciągnie w głąb lasu.
— Chodź. Musimy znaleźć dobre miejsce do zasadzki.
Idziemy szybko między drzewami. Mgła gęstnieje. Alexei porusza się cicho, ale jego dłoń nie puszcza mojej ani na chwilę. Kiedy skręcamy za ogromny, omszały pień, zatrzymuje się nagle i przyciąga mnie do siebie. Plecami opieram się o drzewo. On stoi tuż przede mną, tak blisko, że czuję ciepło jego oddechu na skroni.
— Słuchaj — szepcze, a jego głos jest niski, chrapliwy. — Cokolwiek się stanie… nie oddalaj się ode mnie. Rozumiesz?
Kiwam głową. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Jego oczy są bardzo ciemne w tym fioletowym świetle. Jedną ręką opiera się o pień nad moją głową, drugą wciąż trzyma moją dłoń. Między nami jest tylko kilka centymetrów.
— Eve… — zaczyna cicho.
Nie kończy. Tylko patrzy na mnie tak, jakby wszystko dookoła przestało istnieć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Idziemy przez las, a ja mam ochotę wyć z nudów.
Julia Hannay idzie obok mnie z wysoko uniesioną głową i tym nowym, błyszczącym spojrzeniem, które pojawiło się u niej dokładnie w momencie, gdy dowiedziała się, że jestem księciem. Nie jest już tą samą Julią, która jeszcze tydzień temu przewracała oczami na mój widok. Teraz patrzy na mnie jak na trofeum, które właśnie postanowiła sobie zdobyć.
— Wiesz, Etienne… — zaczyna słodko, ale z tą charakterystyczną dla Hannay’ów pewnością siebie — …po tym, co zobaczyłam na balu, muszę przyznać, że zrobiłeś na mnie wrażenie. Nie spodziewałam się, że ktoś z naszego roku może mieć tak… imponującą pozycję.
Uśmiecham się krzywo, nie patrząc na nią.
— Imponującą? — powtarzam leniwie. — To urocze, że nagle tak bardzo cię to interesuje.
Julia nie daje się zbić z tropu. Zbliża się o krok, a jej ramię muska moje.
— Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi — mówi ciszej, ale wciąż z tą samą pewnością siebie. — Jesteś księciem Dworu Nocy. Ja jestem dziedziczką rodu Hannay. Pasujemy do siebie o wiele bardziej, niż ci się wydaje.
Parskam krótko, cynicznie.
— Pasujemy? — powtarzam, tym razem patrząc na nią z góry. — Julio, jeszcze niedawno wolałabyś mnie utopić w najbliższej lagunie niż iść ze mną na spacer. A teraz nagle jesteśmy „pasującą parą”?
Julia czerwienieje, ale nie odpuszcza. Uśmiecha się zalotnie.
— Ludzie się zmieniają, kiedy odkryją prawdę. A ja… jestem gotowa dać ci szansę. I sobie też.
Czuję przez więź, jak Eveline jest blisko Alexei’a. Czuję przyspieszone bicie jej serca. Zaciskam zęby. Świetnie. Ja tu muszę znosić tę nagle ambitną dziedziczkę, a on właśnie ma moją siostrę całą dla siebie.
Julia zauważa, że się zamyśliłem i natychmiast wykorzystuje moment.
— No dalej, Etienne — mówi miękko, ale z wyraźnym błyskiem w oku. — Nie udawaj, że ci się nie podoba moja propozycja. Moglibyśmy być naprawdę dobrą parą. Silną. Widoczną.
Odwracam się do niej powoli. Uśmiecham się — tym zimnym, wrednym uśmiechem, który zwykle rezerwuję dla osób, które naprawdę mnie wkurzają.
— Julio — mówię spokojnie, ale z wyraźną irytacją. — Nie będę twoim narzeczonym. Ani dziś, ani kiedykolwiek. Ta wersja wydarzeń nie istnieje.
Julia blednie lekko, ale szybko się otrząsa i uśmiecha jeszcze szerzej — tym razem z determinacją.
— Zrozumiałam — odpowiada miękko. — Będę cierpliwa.
Wzdycham ciężko, bo kompletnie nic do niej nie dotarło. Zerkam w stronę, z której czuję Eve, a moja irytacja narasta. Trzymaj się z dala od niej, Vaessen.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Nie wiem, w jaki sposób zadanie w magicznym lesie przerodziło się w „prawie randkę”, ale tak właśnie jest. Idziemy blisko siebie. Trzymamy się za ręce. Żartujemy tak głośno, że fioletowa mgła powinna nas zgłosić za zakłócanie porządku. Cieszę się, że nie jesteśmy po stronie uciekających. Przy tej niefrasobliwości ktoś złapałby nas już przy trzecim drzewie i przegralibyśmy z kretesem.
Alexei śmieje się cicho, kiedy potykam się o korzeń i udaję, że to był taniec.
— Jesteśmy najgorszymi łowcami w historii Akademii — stwierdzam.
— Za to najładniejszymi — odpowiada bez wahania.
Chcę mu powiedzieć, że to nieuczciwe, ale w tym momencie las się rozstępuje i wychodzimy na cmentarz. Prawdziwy cmentarz. W środku szkolnego lasu. Nagrobki są pochyłe, jakby ktoś je postawił w pośpiechu i nigdy nie wrócił poprawić. Mgła tu jest gęstsza, fioletowa i trochę obrażona, że ktoś jej przeszkadza.
Przy pierwszej bramie trzęsie się Maggie. Obok niej stoi Rafa, który wygląda, jakby właśnie zobaczył własny pogrzeb i nie był zadowolony z kwiatów.
— Co się stało? — pytam.
— D-d-duchy… — jąka Maggie. — Tam są d-d-duchy…
Patrzę w stronę cmentarza. Potem na nią. Potem znowu na cmentarz.
— Przecież to cmentarz — tłumaczę zdziwiona. — Oczywiście, że na cmentarzach są duchy.
Rafa otwiera usta.
— Ale…
— Udało się wam kogoś wyśledzić? — wtrąca Alexei, zmieniając temat tak gładko, jakby rozmowa o duchach była pogawędką o pogodzie.
Rafa kiwa głową.
— Tak. Ale przebiegli przez cmentarz i potem ich zgubiliśmy.
— Sprawdzimy? — pytam.
— Dobra — mówi Alexei.
Wchodzimy.
Faktycznie otaczają nas duchy. Półprzezroczyste, obrażone, z minami ludzi, którym ktoś wszedł na trawnik bez zaproszenia. Jedna zjawą jest wyjątkowo natrętna — krąży mi koło ucha i próbuje zrobić „buu”. Odganiam ją ręką, jak komara.
— Ej.
Alexei ze stoickim spokojem szuka śladów między nagrobkami. Duchy zbierają się wokół nas, już nie próbując straszyć. Teraz obserwują. Zaciekawione. Jakbyśmy byli nowym serialem.
— Nie widzicie nas? — pyta w końcu jeden z nich, wyraźnie urażony.
— Oczywiście, że widzimy — zapewniam uroczyście. — Wszystko z wami w porządku.
Duch milknie.
— Więc czemu nie uciekacie? — pyta trochę niepewnie.
Alexei nawet nie podnosi głowy.
— Nie mamy czasu na zabawy w berka. Widzieliście może parę z zielonymi opaskami na ramionach?
Skonsternowany duch, złączony z dwóch półprzezroczystych panów w kapeluszach, wskazuje ręką kierunek. Ektoplazma ciągnie się za jego palcem jak leniwy sznurek.
— Tamtędy. Biegli szybko. I głośno. Bardzo głośno.
— Dzięki! — wołam.
Opuszczamy cmentarz. Duchy odprowadzają nas wzrokiem, jak sąsiedzi przy grillu, którym właśnie popsuto wieczór.
Po chwili ich znajdujemy. Para z zielonymi opaskami siedzi w dole między korzeniami, trzęsąc się tak mocno, że liście nad nimi drżą. Chłopak ma twarz koloru starego sera. Dziewczyna trzyma go za rękaw, jakby dół mógł ich jeszcze uratować.
Alexei staje nad krawędzią.
— Bingo.
Wyciąga szkolne urządzenie — małą, srebrną kulkę, która po naciśnięciu mruga czerwono, jakby sama była zadowolona z siebie. Po chwili między drzewami pojawia się nauczyciel z miną człowieka, który już trzeci raz dziś zbiera dzieciaki z dołów.
— Wyeliminowani — oznajmia. — Za mną.
Para wychodzi z dołu na miękkich nogach. Dziewczyna rzuca mi spojrzenie pełne zdrady, jakbym to ja osobiście wynajęła duchy.
Kiedy znikają w mgle, Alexei unosi dłoń. Przybijamy sobie piątkę.
— Wygląda na to — mówię uradowana — że mimo rozkojarzenia jednak nie będziemy ostatni.
Alexei uśmiecha się leniwie i znowu bierze mnie za rękę.
— Dobrze. Bo nie planowałem przegrywać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Idziemy dalej. Wciąż blisko siebie, wciąż zbyt głośno. Alexei nie puszcza mojej ręki, ale wreszcie zaczyna serio szukać śladów. Schyla się przy złamanym krzaku, unosi gałąź, marszczy brwi jak człowiek, który przypomniał sobie, że to jednak nie piknik.
— Jeszcze jedna para — mówi cicho. — I będziemy mogli udawać, że to był spacer, a nie szkolne zadanie.
— Już udajemy — szepczę. — Tylko mgła nie współpracuje. Zaraz zgłosi nas za zakłócanie porządku.
— Miejmy to z głowy — śmieje się chłopak.
Alexei ciągnie mnie głębiej w las. Drzewa tu stoją gęściej, jakby ktoś je ustawił specjalnie, żeby trudniej było przechodzić. Mgła robi się mleczna, jakby była obrażona, że nie zostaliśmy na cmentarzu. Potem las się rozstępuje.
Naszym oczom ukazuje się stara, omszała kapliczka. Dach ma zapadnięty z jednej strony, drzwi uchylone, jakby ktoś wyszedł po mleko i nie wrócił. Na progu stoi zjawa. Staruszka z chustą na głowie i drewnianą laską, która przy każdym kroku stuka o powietrze, bo do ziemi z pewnością nie dosięga. Nie straszy. Wygląda na czymś śmiertelnie urażoną.
Zatrzymuję się instynktownie, jakbym spotkała sąsiadkę, która właśnie wyszła na korytarz.
— Dzień dobry — mówię uprzejmie. — Przepraszamy za najście.
Staruszka mierzy nas wzrokiem od butów po opaski.
— Dzieciaki — cedzi. — W mojej kapliczce. Siedzą. Piszczą. Zero szacunku.
Alexei prostuje się, jak na audiencji.
— Przykro nam — mówi formalnie. — Czy możemy pani pomóc?
Laska unosi się i wskazuje wnętrze. Przez szparę w drzwiach słychać stłumiony pisk i szept „nie oddychaj, nie oddychaj”.
Staruszka kiwa głową, oceniając nas ponownie wzrokiem.
— Przynajmniej wy nie wrzeszczcie — stwierdza. — Można z wami wytrzymać.
— Dziękujemy — mówię z lekkim uśmiechem.
— Idźcie. I zabierzcie ich. Zasłużyłam na święty spokój.
Wchodzimy. Para z zielonymi opaskami siedzi pod ławką, ściskając się tak mocno, że opaski zjechały im na łokcie. Chłopak ma oczy jak spodki. Dziewczyna, kiedy nas widzi, wydaje z siebie dźwięk, który staruszka natychmiast komentuje z progu.
— No. Znowu — mruczy. — Kiedy to się wreszcie skończy?
Alexei wyciąga kulkę, która mruga czerwonym światłem, jakby była zadowolona z siebie. Między drzewami pojawia się nauczyciel — ten sam, co wcześniej — z miną człowieka, który kapliczek też ma już dzisiaj dość.
— Wyeliminowani. Za mną. I ciszej proszę.
Para wychodzi na miękkich nogach. Dziewczyna rzuca mi spojrzenie pełne wściekłości, jakbym to ja wynajęła staruszkę.
Kiedy znikają, ogarnia mnie radość. Nigdy nie sądziłam, że będę taka zadowolona, ze szkolnego zadania. Rzucam się Alexei’owi na szyję.
— Wygraliśmy — cieszę się otwarcie.
On chwyta mnie w talii, śmieje się cicho w moje włosy.
— Prawie — poprawia. — Ktoś może mieć więcej punktów, ale na pewno nie będziemy ostatni.
Staruszka z progu kiwa laską, jak sędzia, który nie przewidział przytulania w regulaminie, ale dałby nam trójkę z plusem za kulturę.
Mgła opada. Po prostu siada, jak kot, który uznał, że spektakl się skończył. To oznacza, że wszystkie zielone opaski zostały złapane. Wyraźnie nie poszło im zbyt dobrze. Pora wracać.
Maggie stoi przy bramie i opowiada trzeciej z kolei grupie, że Archer gada z umarłymi. Ręce ma szeroko rozłożone. Rafa kiwa głową obok, jak świadek na procesie. Część par się od nas odsuwa. Reszta się gapi. Jedna z dziedziczek szepcze konspiracyjnie „oczywiście, Dwór Orchidei”, na tyle głośno, żeby na pewno usłyszeli wszyscy zebrani na polanie. Chłopak obok niej robi znak odganiający złe duchy, który wygląda jak nieudany taniec.
Nachylam się do Alexei’a.
— Słyszysz? Jestem atrakcją sezonu — mruczę.
— Możemy im powiedzieć, że duchy pierwsze zaczęły — proponuje rozbawiony.
— Wtedy uznaliby, że jeszcze piję z nimi herbatę.
— A pijesz?
— Na razie tylko rozmawiam. O zaproszeniu na herbatę pomyślę później.
On śmieje się cicho, wciąż nie puszczając mojej dłoni.
Alfa stoi na środku placu jak wyrok, który nauczył się chodzić. Szum cichnie. Nawet Maggie zamyka usta.
— Wyniki — warczy. — Czołówka to pary Vaessen–Archer i Calder–Feywin. Oni i pozostali, którzy znaleźli po jednej parze, mają wolne. Reszta zostaje na polanie. Zieloni, wyjątkowo się tym razem nie popisaliście.
Z tłumu słychać stłumione jęki, które natychmiast milkną, kiedy Richard Voss obrzuca uczniów srogim spojrzeniem.
— Vaessen. Archer. — Serce mi spada do butów i od razu wraca, bo nie lubi tam przebywać. — Wynik dobry. Dyscyplina żadna. Słychać was było w całym lesie. Szkoła to nie miejsce na randki. Następnym razem was rozdzielę.
Policzki mam tak gorące, że mgła, gdyby wróciła, mogłaby się na nich usmażyć. Wzrok mam wbity we własne buty. Alexei nie przeprasza.
— Warto było — szepcze cicho, pochylając się ku mnie.
Chcę go kopnąć w kostkę, ale uśmiecham się zamiast tego. Głupio. Szeroko.
Etienne wychodzi z lasu chwilę później. Julia idzie obok niego z miną człowieka, któremu ktoś zabrał wygraną. Zero punktów. Łowcy, którzy nic nie złapali. Ona jest wściekła. On — nieczytelny. Ręce ma w kieszeniach, krok równy, spojrzenie takie, jakby las był jedynie kolejnym korytarzem, który trzeba przebyć. Przez więź czuję jego irytację. Gęstą. Zimną. Mijamy się na skraju polany. Etienne rzuca mi krótkie spojrzenie. Wystarczy. Wiem, że słyszał i rumienię się jeszcze bardziej.
Julia otwiera usta, ale Etienne kompletnie ją ignoruje. Stają razem z innymi parami, które nie zostały zwolnione z pozostałych zajęć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Następnego dnia stoję w jednej z najwyższych komnat zachodniej wieży. Jest tu cicho, niemal klaustrofobicznie. Tylko ja i profesor Corvinus, który siedzi na swoim tronie-krześle jak król dramatu. Pióra na jego czarnym fraku falują z niecierpliwością, a kruki na parapetach przekrzywiają łby, jakby obstawiały, ile komplementów dzisiaj padnie.
— Aaa, moja genialna uczennica! — woła teatralnie, zanim zdążę zamknąć drzwi. — Wielki Corvinus już się obawiał, że dzisiaj zapomnisz, jak bardzo jest niezastąpiony.
Uśmiecham się słodko i wchodzę głębiej.
— Panie profesorze, jak mogłabym zapomnieć? Pańskie wyjaśnienia są tak porywające, że nawet motyle z Dworu Nocy bladną z zazdrości.
Jedno z piór na ramieniu Corvinusa prostuje się jak struna i zaczyna klaskać. Profesor dosłownie puszy się jak paw.
— No proszę! W końcu ktoś to dostrzega! — woła i macha rękami z emfazą. — Dzisiaj pokażę ci coś naprawdę zakazanego. Ciemność, która potrafi zatrzymać czas… i wydobyć obrazy, których sama nie chcesz pamiętać.
Gestem przywołuje wielki, zawieszony w powietrzu kryształ, który pulsuje delikatnym, srebrzystym światłem.
— Skup się na szczęśliwych wspomnieniach — mówi dramatycznie. — Na czasach, kiedy wszystko jeszcze było proste. Kiedy wszyscy, których kochałaś, byli przy tobie.
Zamykam oczy. Chcę zobaczyć tatę. Chcę zobaczyć Sarę śmiejącą się głośno w ogrodzie. Chcę poczuć zapach mamy i ciepło jej dłoni.
Kryształ rozjarza się mocniej. Otwieram oczy. Zamiast tego widzę park za Dworem Orchidei. Jestem mała, może siedmioletnia. Biegnę boso po trawie, włosy mam rozpuszczone i potargane. Śmieję się tak głośno, że aż boli mnie brzuch. Obok mnie pędzi Sky — już wtedy wiecznie w tym samym wieku, z mokrymi czarnymi włosami. A z drugiej strony…
…dziesięcioletni Alexei.
Złociste, potargane włosy, chabrowe oczy, które nawet wtedy były zbyt poważne jak na dziecko. Biegnie tuż przy mnie, jakby bał się, że zniknę, jeśli choć na sekundę straci mnie z oczu.
Sara — też siedmioletnia — stoi na ścieżce z rękami na biodrach. Jest wściekła.
— Evie! — krzyczy. — Znowu biegasz z chłopakami?! Miałyśmy się bawić w księżniczki z moimi przyjaciółkami, a ty wolisz się tarzać w błocie z tymi dwoma!
Młodsza ja zatrzymuje się tylko na chwilę. Sky i Alexei też hamują. Obaj patrzą na Sarę z identyczną niechęcią.
— Ona nie chce się bawić w księżniczki — mówi Sky, wzruszając ramionami.
Alexei — dziesięcioletni — robi krok naprzód i staje między mną a Sarą.
— Zostaw ją — mówi cicho, ale stanowczo. — Jak chce biegać, to niech biega.
Sara prycha i odchodzi obrażona, a ja… śmieję się znowu i chwytam obu chłopaków za ręce. Kryształ pokazuje kolejne sceny. Osiem lat. Dziesięć. Dwanaście. Zawsze to samo — ja i Sara w tym samym wieku, a Alexei trzy lata starszy. Zawsze przy mnie. Jak cień. Sara jest coraz bardziej zła. Coraz bardziej samotna.
— Znowu wolisz chłopaków niż mnie? — słyszę jej pełen pretensji głos w krysztale.
Sky i Alexei kłócą się o wszystko — kto pierwszy złapie mnie, gdy spadnę z drzewa, kto będzie niósł moją torbę, kto ma prawo nazwać mnie Evie. Alexei — nawet jako piętnastolatek — patrzy na mnie tak, jakby cały świat mógł się skończyć, bylebym tylko ja była bezpieczna. A ja… ja tego nie pamiętam.
W tafli kryształu widzę, jak Alexei przez całe moje dzieciństwo jest przy mnie niczym cień. Zawsze. We wszystkich wspomnieniach. We wszystkich chwilach.
Dlaczego o nim zapomniałam? Dlaczego został wymazany z moich wspomnień? Jakby nigdy nie istniał. Jakby te wszystkie lata zabaw w parku wydarzyły się bez niego. Jakby ktoś wziął gumkę i starł go z mojej pamięci.
Siedzę nieruchomo, a po policzkach spływają mi łzy.
— Dlaczego… — szepczę do kryształu. — Dlaczego go nie pamiętam?
Corvinus milczy przez chwilę. Potem wzdycha dramatycznie i teatralnie przyciska dłoń do piersi.
— Ach, moja droga uczennico… — mówi niskim, pełnym patosu głosem. — Wielki Corvinus wiedział, że to będzie bolesne. Ale prawda, nawet ta najmroczniejsza, jest lepsza niż kłamstwo. A ten chłopak… — kiwa głową w stronę kryształu — …został wymazany z twojej pamięci nie bez powodu. Ktoś bardzo potężny nie chciał, żebyś go pamiętała.
Patrzę na profesora z mokrymi od łez policzkami. On tylko puszy się lekko.
— I jak widać… komuś się to nie udało — dodał z dramatycznym westchnieniem. — Witaj z powrotem w rzeczywistości, panno Archer.
— Czy istnieje jakiś sposób na odzyskanie tych wspomnień? — pytam cicho.
Nauczyciel powoli kiwa głową.
— Teraz, już je widziałaś, wszystkie będą powoli wracały na swoje miejsce.