Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Cień Kruka

    Rini

    Rini Nayar od progu wiedziała, że spodoba jej się w Akademii Królewskiej. Nie chodziło nawet o pałacowe wieże czy rozległe tereny treningowe. Chodziło o atmosferę. Czuło się tutaj ducha prawdziwej rywalizacji. W domu wszyscy wiedzieli, że ona i tak wygra. Tutaj poziom był wyrównany, przegrana naprawdę coś znaczyła, a ona miała szansę trafić na równego sobie przeciwnika. To jej odpowiadało.

    Stała na dziedzińcu, oparta o kamienną balustradę, i przyglądała się treningowi Żniwiarzy. Drużyna trzymała naprawdę dobry poziom. Nie byli najlepsi, jakich widziała, ale walczyli poważnie i z zaangażowaniem, dorównywali wielu doświadczonym żołnierzom z jej rodzinnego kraju.

    Jej wzrok zatrzymał się na ciemnowłosym chłopaku. Trenował nieco z boku. Rini obserwowała go przez chwilę z rosnącym zainteresowaniem. Szybkość, precyzja, sposób poruszania się… Musiała przyznać, że był naprawdę dobry. Może nawet lepszy niż większość asasynów, których znała.

    „W końcu ktoś, kto może mnie zmusić do wysiłku” — pomyślała z cichym uśmiechem.

    — Rini.

    Dobiegający z boku głos był spokojny i chłodny. Dziewczyna nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto do niej podszedł. Ryūji Nacht. Imię w jej myślach zabrzmiało, jak przekleństwo, natomiast nazwisko… wolałaby, żeby nie należało również do niego. 

    Stał kilka kroków od niej w czarnym stroju instruktora, z rękami założonymi za plecami. Wyglądał tak, jakby cała Akademia należała do niego, co, biorąc pod uwagę jego pochodzenie, było w pewnym sensie prawdą.

    Rini westchnęła w duchu. Nie przepadała za nim, ale znała swoje miejsce w hierarchii. Ryūji był instruktorem i przedstawicielem Nivarii, a zarazem synem Lorda Marcusa Nachta, a ona — przynajmniej oficjalnie — zwykłą uczennicą.

    — Instruktorze — odpowiedziała równym tonem.

    Ryūji spojrzał na nią chłodno.

    — Nie trać czasu na przyglądanie się innym. Skup się na własnych treningach. Masz nadrobić zaległości po tym, jak dołączyłaś w trakcie semestru.

    Rini uniosła brew, ale nie skomentowała. Wiedziała, że Ryūji nie lubi, kiedy ktoś mu się sprzeciwia — nawet jeśli robił to w myślach.

    — Rozumiem — odparła krótko.

    Mężczyzna przyglądał się jej jeszcze przez moment, jakby oceniał, czy naprawdę zrozumiała, a potem skinął głową.

    — Dobrze. Wspólny trening zaczyna się za dwadzieścia minut. Nie spóźnij się.

    Odwrócił się i odszedł w stronę areny, nie czekając na odpowiedź. Rini patrzyła za nim przez chwilę, a gdy zniknął jej z pola widzenia, przewróciła oczami.

    „Co za zrzędliwy drań” — mruknęła pod nosem.

    Nie miała nic przeciwko dyscyplinie ani ostrym metodom treningu. Problem w tym, że Ryūji miał w sobie coś, co zawsze sprawiało, że miała ochotę zrobić dokładnie na odwrót niż kazał. Jednak znała swoje obowiązki i przynajmniej na razie postanowiła o nich pamiętać. Jej wzrok znów powędrował w stronę chłopaka, który właśnie skończył ćwiczenie i ocierał pot z czoła. Rini przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.

    „No cóż…” — pomyślała z lekkim uśmiechem. — „Przynajmniej nie będzie nudno.”

    Bo jeśli była jedna rzecz, której Rini naprawdę nie lubiła, to nuda.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Nowy trener stał na środku placu treningowego i przyglądał się obu drużynom z wyraźnym zainteresowaniem. Był wyjątkowo młody, nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat, a to znaczyło, że sam niedawno ukończył Akademię. Ciemne włosy układały mu się w lekkim nieładzie, miał ostre, blade rysy twarzy. Na lewym policzku ciągnęła się cienka, ale wyraźna blizna — wyglądała na starą, jakby ktoś dawno temu próbował go poważnie zranić. Jego zielone oczy były chłodne i uważne, a sylwetka — wysoka i wyraźnie umięśniona — sugerowała, że sam spędzał sporo czasu na treningu, a nie tylko przyglądał się innym. Sprawiał wrażenie kogoś, kto nie przyjechał tu po to, żeby się z kimkolwiek zaprzyjaźniać.

    Jednak od samego rana było widać, że nowy trener jest pod wrażeniem Żniwiarzy. Nie mówił tego wprost, ale Kruk znał ten rodzaj spojrzenia — ten, kiedy ktoś naprawdę był zadowolony z tego, co widział.

    — Dobra praca — rzucił w stronę Arona po jednym ze sparringów. — Masz wyczucie dystansu. Kyle, popraw pracę nóg. Jackob — więcej siły w uderzeniach. Nadine, twoja obrona jest czysta.

    Potem przeniósł spojrzenie na Kruka.

    — Ty — powiedział spokojnie. — Jesteś najlepszy z całej grupy. Technika, decyzje, wykorzystanie terenu. Nie marnujesz ruchu. To rzadkość.

    Kruk skinął głową, nie odpowiadając. Pochwały instruktora były krótkie, ale konkretne — i padały na tyle często, że reszta drużyny już zaczynała żartować, że Kruk został jego ulubieńcem.

    — No proszę — mruknął Aron z uśmiechem, kiedy mężczyzna odszedł. — Nasz instruktor ma wyraźnego faworyta.

    — Zamknij się — odparł chłopak bez złości.

    Drużyna była jednak w zaskakująco dobrym humorze, nawet kiedy nauczyciel oznajmił, że dzisiejsze zajęcia będą wspólnym treningiem z Feniksami. Zazwyczaj takie informacje spotykały się z westchnieniami i narzekaniem, tego dnia było jednak inaczej. Może przez to, że instruktor od początku traktował ich jak równych sobie, albo dlatego, że sam Kruk czuł się dziś wyjątkowo skupiony.

    Kiedy wyszli na główny plac, Feniksy już na nich czekały. Kruk omiótł wzrokiem drugą drużynę i szybko zatrzymał go na jednej osobie. Suri. Stała nieco z boku, skupiona, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała. Wyglądała inaczej niż jeszcze niedawno. Nie było w niej już tego wcześniejszego wahania. Stała prosto i patrzyła przed siebie z czymś, co Kruk mógłby nazwać spokojną determinacją.

    Instruktor stanął pomiędzy drużynami.

    — Potyczka treningowa — oznajmił. — Pełen kontakt, bez zabijania. Wygrywa ta drużyna, która pierwsza zneutralizuje trzech przeciwników albo przejmie kontrolę nad polem. Zaczynamy.

    Kruk zajął swoje miejsce i rozluźnił ramiona. Czuł, że dzisiejszy trening będzie inny niż zwykle. I szybko się przekonał, dlaczego. Suri nie walczyła sama. Jej srebrzysta bliźniaczka już krążyła po polu, a za nią poruszały się inne sylwetki — cienie. Kruk poczuł lekkie ukłucie zaskoczenia, kiedy rozpoznawał je jedną po drugiej. Jego własny cień. Rosła sylwetka nieznajomego mężczyzny, która towarzyszyła jej od samego początku. A potem — Lucas, Laila, Emiyo, David, Cameron i Christopher. Pełen skład drużyny Feniksów. I do tego, ku jego zaskoczeniu, Kyle oraz Klara. Kruk omal nie stracił rytmu, kiedy cień Klary stanął ramię w ramię z Suri i zasłonił ją przed jednym z ataków Arona.

    „Co do cholery…” — pomyślał Kruk, parując cios. — „Kiedy oni zdążyli…”

    Ona zebrała wokół siebie armię. To nie była już ta sama dziewczyna, która kilka miesięcy wcześniej ledwo radziła sobie z własną mocą. Kruk poczuł, jak w jego piersi budzi się coś pomiędzy zaskoczeniem a ciepłem, którego nie chciał nazywać dumą. Patrząc na to, jak Suri wydaje polecenia swoim cieniom — spokojnie, ale zdecydowanie — nie mógł zaprzeczyć, że stawała się coraz lepsza.

    — Hej, marzycielu! — krzyknął nagle Aron. — Obudź się, bo cię za chwilę zdejmą!

    Kruk odsunął się w ostatniej chwili i rzucił Aronowi ostrzegawcze spojrzenie. Potem znowu spojrzał w stronę Suri. Tym razem ona też na niego patrzyła. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę — wystarczająco długą, żeby Kruk zobaczył w jej oczach coś, czego wcześniej w nich nie było. Pewność siebie. To wystarczyło, żeby poczuł, że dzisiejszy trening właśnie stał się znacznie bardziej interesujący, niż się spodziewał.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Trening się skończył, ale dziewczyna wciąż czuła w żyłach adrenalinę. Stała na obrzeżach placu, lekko zadyszana, jednak mimo to prezentując się zdecydowanie lepiej niż reszta osób po intensywnym wysiłku. Laila od samego początku pilnowała jej wyglądu. Nawet podczas treningu Suri miała na sobie stylowy, ciemnoniebieski komplet — obcisłe, ale wygodne spodnie z lekkiego, technicznego materiału i dopasowaną bluzę z asymetrycznym dekoltem, która mimo wszystko wyglądała bardziej jak designerska kreacja niż strój treningowy. Włosy związała w luźny, ale zadbany kucyk, a na jej twarzy wciąż trzymał się lekki, starannie dobrany makijaż. Przez to… naprawdę czuła, że idealnie wpasowała się w drużynę Feniksów. 

    Usłyszała za sobą lekkie kroki i odwróciła się. Przed nią stanęła różowowłosa dziewczyna, której wcześniej nie widziała na treningach. Musiała być nową członkinią Żniwiarzy. Była ubrana w typowy strój treningowy, który dostarczała Akademia — czarny, obcisły bezrękawnik podkreślający zarys mięśni ramion i płaski brzuch oraz szare, sportowe spodnie. Włosy miała związane wysoko w kucyk, z którego kilka jasnoróżowych pasm wymykało się wokół twarzy. Wyglądała surowo, ale jednocześnie atrakcyjnie — w sposób bezpośredni i bez zbędnych ozdobników. Jej zielone oczy były jasne i pełne ciekawości.

    — Nazywam się Rini Nayar — powiedziała dziewczyna bez zbędnych wstępów. — Dołączyłam dzisiaj do Żniwiarzy. Widziałam cię w akcji i… to było super! 

    Suri skinęła głową, starając się nie okazywać zaskoczenia.

    — Jestem Suri Maes — przedstawiła się swobodnie. — Miło cię poznać.

    Rini przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu, a potem jej wzrok przesunął się na srebrzystą sylwetkę stojącą tuż obok Suri — jej świetlistą bliźniaczkę.

    — Nigdy nie widziałam czegoś takiego — powiedziała szczerze. — Tyle cieni naraz… i to nie byle jakich. To nie jest zwykła moc przywoływania.

    Nim Suri zdążyła odpowiedzieć, Rini zrobiła krok do przodu i bez wahania wyciągnęła rękę w stronę jej bliźniaczki. Z boku natychmiast zareagowali Cameron i Christopher. Blondyn zrobił pół kroku do przodu, a jego dłoń odruchowo spoczęła na rękojeści rapiera. Cameron z kolei stanął bliżej Suri, lekko odsuwając ją od Rini ramieniem, jakby instynktownie chciał ją zasłonić.

    — Stój — powiedział Christopher chłodno.

    Rini nawet na nich nie spojrzała. Jej palce delikatnie musnęły ramię srebrzystej sylwetki. Suri poczuła lekki, ale wyraźny impuls w swojej mocy. Rini zostawiła przy niej swój cień. Ciemna, zwinna sylwetka pojawiła się obok pozostałych, jakby zawsze tam była. Suri szeroko otworzyła oczy, nie mając pojęcia, jak to się stało. Może ta nowa dziewczyna po prostu była do wszystkich pozytywnie nastawiona? Sprawiała wrażenie naprawdę przyjaznej. 

    Cameron i Christopher nadal stali w napięciu, wyraźnie nieufni wobec nowej uczennicy. Rini natomiast cofnęła rękę i spojrzała na Suri z lekkim, prawie rozbawionym uśmiechem.

    — Uważam, że powinnaś mieć jak najwięcej sojuszników — powiedziała spokojnie. — A ja nie mam nic przeciwko temu, żeby walczyć po twojej stronie.

    Suri milczała przez chwilę, patrząc to na cień Rini, to na nią samą. Po raz pierwszy ktoś spoza Feniksów podszedł do niej tak bezpośrednio — i zostawił przy niej część siebie. Mimo że Cameron i Christopher wyraźnie nie byli tym zachwyceni, Suri poczuła się zaciekawiona.

    — Dziękuję — odezwała się z prostotą, odwzajemniając przyjazny uśmiech nowo poznanej dziewczyny.

    ✩ ✩ ✩

    Ryūji

    Stał z boku placu treningowego, oparty ramieniem o kamienną kolumnę, i patrzył. Nie interesowało go, jak radzą sobie inni uczniowie. Nie obchodziło go, czy Żniwiarze trzymają formę, ani czy Feniksy są dziś w lepszej czy gorszej formie niż zwykle. Patrzył tylko w jedno miejsce. Na nią.

    Jej widok wywoływał w nim mieszankę uczuć, której nie potrafił do końca nazwać. Nienawiść była najsilniejsza — czysta, gorąca i lepka. Nienawidził jej za to, że istniała. Za to, że urodziła się z prawego łoża i tym samym zabrała mu wszystko, czego on nigdy nie mógłby mieć. Dziedzictwo. Uznanie ojca. Przyszłość.

    A jednocześnie… patrząc na nią teraz, nie potrafił całkowicie stłumić w sobie nuty niechętnego podziwu. Bo Suri nie walczyła sama. Cała drużyna Feniksów poruszała się wokół niej jak żywa, dobrze wyćwiczona tarcza. Lucas blokował ataki z przodu, Cameron i Christopher pilnowali boków, Laila i Emiyo trzymały dystans i wspierały z tyłu. Nawet David, zazwyczaj trzymający się nieco na uboczu, był blisko — gotowy zareagować w każdej chwili. Żaden ze Żniwiarzy nie był w stanie zbliżyć się do niej na tyle, żeby naprawdę ją zagrozić. To nie była zwykła ochrona. Działali, jakby naprawdę wierzyli, że warto dla niej ryzykować.

    Ryūji zacisnął szczękę, a potem spojrzał uważniej i poczuł, jak coś w nim się zacina. Suri nie walczyła tylko z Feniksami u boku. Walczyła ze swoją armią cieni. Mężczyzna spodziewał się zobaczyć w jej szeregach ojca — cień Marcusa Nachta. Spodziewał się Feniksów. To by miało sens. Obrońcy chroniący jedną ze swoich. Jednak tego, co ujrzał, zupełnie się nie spodziewał. Wśród cieni, które otaczały Suri, były trzy sylwetki asasynów. Kruk, Klara i Kyle. 

    Mężczyzna poczuł, jak coś ściska go w gardle. To nie miało prawa się wydarzyć. Obrońcy i asasyni nienawidzili się nawzajem od zawsze. To była naturalna kolej rzeczy. Feniksy gardziły Żniwiarzami, a Żniwiarze pogardzali Feniksami. Tak wyglądał porządek świata. A jednak te trzy cienie stały tam bez wahania. Broniły jej. Słuchały jej rozkazów. Ryūji patrzył na to z narastającym niedowierzaniem. Jakim cudem ta mała, rozpieszczona dziedziczka zdołała sprawić, że asasyni — prawdziwi asasyni — stanęli po jej stronie? Jakim prawem?

    Zacisnął dłoń w pięść, aż paznokcie wbiły się w skórę. Nienawidził jej. Nienawidził jej za to, że bez wysiłku dostała to, co powinno należeć do niego. Nienawidził jej jeszcze bardziej za to, że patrząc na nią teraz… nie mógł całkowicie stłumić w sobie myśli, że może jednak ma w sobie coś z ojca. To, co sprawiało, że ludzie chcieli za nią iść.

    Ryūji odwrócił wzrok, czując, jak w jego piersi narasta zimna, gęsta złość.

    „Jeszcze nie teraz” — pomyślał ponuro.

    Wkrótce zamierzał pokazać tej małej księżniczce, że nie wszystko w tym świecie należy się jej tylko dlatego, że urodziła się jako legalna dziedziczka.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Stała w pobliżu trybun nad areną treningową i patrzyła. Kruk i Rini trenowali już od dobrej godziny. Poruszali się w idealnym rytmie — szybko, precyzyjnie, bez zbędnych słów. Rini robiła coś, Kruk natychmiast reagował, a ona z kolei czytała jego ruchy, zanim jeszcze je dokończył. Wyglądali, jakby trenowali razem od lat, a nie od kilku tygodni. Ich współpraca była płynna, niemal intuicyjna. Czasem Rini mówiła coś cicho, a Kruk kiwał głową albo odpowiadał krótkim zdaniem, po czym wracali do walki.

    Dziewczyna poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w klatce piersiowej. Nie chodziło o to, że trenowali razem. Wiedziała że Kruk będzie ćwiczył z innymi, ale to, jak dobrze się rozumieli… jak naturalnie przychodziło im bycie w jednym rytmie… to zabolało. Rini była pewna siebie, szybka i bezkompromisowa. Pasowała do niego pod tym względem. Natomiast Kruk… Kruk wyglądał przy niej na zrelaksowanego. Skupionego, ale w inny sposób niż zwykle — jakby mógł pozwolić sobie na odrobinę luzu.

    Suri zacisnęła palce na krawędzi mundurka. Nie cierpiała tego uczucia. Nie lubiła tego, jak mocno uderzało w nią za każdym razem, kiedy Rini była zbyt blisko Kruka. Zdawała sobie sprawę, że to tylko trening. Wiedziała, że Kruk nie patrzy na Rini tak, jak patrzy na nią. A jednak… to było irracjonalne i czuła się zażenowana samą sobą, ale nie potrafiła tego wyłączyć. Zazdrość była zimna i lepka, i nie chciała odejść.

    Kruk w tym momencie złapał Rini za nadgarstek i obrócił ją, wyprowadzając z równowagi. Rini roześmiała się cicho — krótko i szczerze — a on odpowiedział lekkim uśmiechem. Suri poczuła, jak nieprzyjemnie kurczy jej się żołądek. Odwróciła się i odeszła, zanim którekolwiek z nich ją zauważyło.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Wieczorem nie odzywała się przez całą drogę do Tokyo, odpowiadając mu jedynie półsłówkami. Bała się, że nie zapanuje nad własnymi emocjami i jak już zacznie mówić, powie zdecydowanie za dużo. On jednak poznał ją już zbyt dobrze i szybko zauważył jej nastrój. 

    — Coś cię martwi? — spytał cicho, siadając obok niej na kanapie. 

    W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, szybko jednak ugryzła się w język, zdając sobie sprawę, jak bardzo byłaby wkurzona, gdyby to on ją okłamywał. 

    — To… głupie — odpowiedziała zamiast tego. — I dzieje się tylko w mojej głowie, więc nie musisz się tym przejmować. 

    — Wyjaśnij — poprosił, kładąc ciepłą rękę na jej udzie. 

    Suri z trudem przełknęła ślinę. Była przekonana, że piekielnie się rumieni. Spuściła wzrok.

    — Nie myśl, że zrobiłeś coś niewłaściwego… — odezwała się po dłuższej chwili ciszy. — Po prostu naprawdę dobrze dogadujesz się z Rini, a ja… jestem piekielnie zazdrosna — wydusiła z siebie. 

    Kruk spojrzał na nią zupełnie zaskoczony, a potem, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczął się śmiać. Przeklęty dupek! Zupełnie nie takiej reakcji się spodziewała. 

    — Ej! — warknęła na niego uderzając go w ramię.

    — Przepraszam — wydusił z siebie między salwami śmiechu. Przyciągnął ją do siebie stanowczo, sadzając sobie na kolanach i oplatając ramionami. Spoważniał odrobinę. — Po prostu… za każdym razem czuję to samo, kiedy jesteś w pobliżu Camerona, a teraz też Christophera — wyjaśnił. — To miłe uczucie wiedzieć, że nie tylko ja tak mam — dodał. 

    Oplotła jego szyję ramionami i pocałowała go delikatnie, a on natychmiast pogłębił pocałunek. Wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Była z nim, w jego mieszkaniu i ufała mu bezgranicznie. 

    — Suri — mruknął cicho, w przerwie między pocałunkami. — Może po prostu przyjdź do nas na trening, kiedy nie będziesz miała własnych zajęć? — zaproponował. — Mnie pomogło, kiedy pokazałaś Feniksom, że jesteśmy razem — przyznał szczerze. — Wiesz, jak bardzo nie lubię tego ukrywać. 

    Uśmiechnęła się do niego zupełnie szczerze. Miał rację, doskonale to wiedziała. Gdyby tylko Kruk miał taką możliwość, najchętniej wykrzyczałby całemu światu, że ona jest jego dziewczyną, a to zdecydowanie poprawiało jej humor. 

    ✩ ✩ ✩

    Ryūji

    Dostrzegł ją już na samym początku treningu. Suri siedziała na trybunach, trochę z boku, jakby sama nie była do końca pewna, czy powinna się tu znaleźć. Miał nadzieję, że to tylko chwilowy kaprys — że zaraz wstanie i odejdzie. Ale nie. Siedziała. I patrzyła. Jego siostra. Na treningu Żniwiarzy.

    To już samo w sobie go irytowało. Nie rozumiał, co ją tu sprowadza. Nie miała tu czego szukać. Nie należała do tej drużyny, nie miała tu przyjaciół — a przynajmniej tak mu się wydawało — a jednak siedziała tam spokojnie, z rękami złożonymi na kolanach, i obserwowała.

    Jeszcze większe zdziwienie poczuł, gdy trening się skończył. Klara, zamiast jak zwykle iść prosto do szatni, podeszła prosto do trybun. Usiadła obok Suri jak przy dobrej koleżance i zaczęła z nią rozmawiać. Nie była to uprzejma, zdawkowa wymiana zdań. Klara mówiła z ożywieniem, a Suri słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, czasem coś odpowiadając. Śmiały się. Raz Klara nawet trąciła Suri łokciem w ramię, jakby były naprawdę zżyte.

    Mężczyzna zdał sobie sprawę, że coś nieprzyjemnie ściska go w żołądku.

    Potem pojawił się Kruk. Podszedł do nich bez pośpiechu, ale z wyraźnym celem. Usiadł po drugiej stronie Suri, oplótł ramieniem jej ramiona i — jakby nigdy nic — nachylił się i pocałował ją w usta. Nie był to przelotny, grzecznościowy gest. To był pocałunek kogoś, kto ma do tego pełne prawo. Kogoś, kto nie czuje potrzeby ukrywania czegokolwiek.

    Ryūji poczuł, jak furia uderza go falą gorąca za mostkiem. Patrzył na to w milczeniu, z zaciśniętymi zębami. Kruk nadal trzymał Suri przy sobie, a ona nie zrobiła nic, żeby się odsunąć. Wręcz przeciwnie — wyglądała na całkowicie swobodną. Jakby to było coś normalnego. Jakby nie miała żadnych zobowiązań. Jakby nie istniała żadna umowa, żadna odpowiedzialność, żadne nazwisko, które powinna nosić z godnością. Ryūji odwrócił wzrok, czując, jak w głowie zaczyna mu pulsować. Ona naprawdę nie zamierzała podporządkować się ojcu.

    Cameron — książę Nowej Europy, jej narzeczony, według podpisanego traktatu — najwyraźniej nie istniał dla niej w żaden sposób. A Nivaria? Ich kraj? Ich ojciec? Wszystko to widocznie miało dla niej mniejsze znaczenie niż jakiś szkolny romans z asasynem.

    Ryūji powoli zacisnął pięści. Suri nie tylko ignorowała swoje obowiązki. Ona je lekceważyła. I robiła to otwarcie, bez żadnej próby ukrycia. A to oznaczało jedno. Jej lekceważenie nie było już tylko osobistą obrazą. To było coś, czego nie mógł puścić płazem.

    Note