Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Pierwszy dzień szkoły.

    Liya

    Pierwszy dzień szkoły. Jako Aaliya Arashi Wairudo, siedemnastoletnia księżniczka Wysp Lua i druga żona obecnie panującego Imperatora, Raidena Yasei Wairudo, zaczynałam naukę w Imperialnej Akademii Magicznej. Byłam tym faktem naprawdę podekscytowana. Mimo że wciąż nie lubiłam swojej magii światła, to i tak chciałam ją rozwijać i oczywiście dowiedzieć się jak najwięcej na temat funkcjonowania świata, w którym się ponownie urodziłam i możliwości, jakie się z nim wiązały.  

    Budynek Akademii znajdował się w ścisłym sercu Księżycowego Miasta, stolicy Imperium, i nie było z niego daleko do Imperialnego Pałacu, ale mimo tego dostałam w internacie kilka luksusowo urządzonych pokoi do swojej dyspozycji. 

    Dymitr i Ryu pokłócili się o to, który z nich powinien mi towarzyszyć podczas szkolnych zajęć, ale Kei ostatecznie stwierdził, że pojawienie się w Akademii Illi’andin mogłoby wywołać zbyt duże zamieszanie. Gdy chłopak towarzyszył mi w mieście, najczęściej mieszkańcy dostrzegali jedynie jego nietypową, egzotyczną urodę, nie kojarząc go z krajem demonów, którymi straszyli w opowieściach na dobranoc swoje dzieci. W szkole jednak mogłoby być inaczej, uczyli w niej Fae z wieloletnim doświadczeniem i tożsamość Dymitra szybko zostałaby odkryta. Zapewne w końcu ogarnęlibyśmy chaos, a nauczyciele i uczniowie przyzwyczailiby się do jego obecności, ale w tym momencie ja również nie chciałam przysparzać Raidenowi dodatkowych problemów. Nawet sam chłopak musiał się zgodzić z takim rozumowaniem.  

    Biały mundurek szkolny leżał na mnie wspaniale, a ja czułam się w nim nawet lepiej niż w stroju do ćwiczeń. Dzień był słoneczny, ale nie za gorący. Wszystko zapowiadało się cudownie, do momentu, kiedy w towarzystwie Ryu nie wysiadłam z czarnego, luksusowego samochodu przed bramą Akademii. Mimo że dziennikarzom pod groźbą ogromnej grzywny lub nawet kary więzienia, nie wolno było zbliżać się do rodziny Imperatora bez oficjalnych okazji, wszędzie nad głową latały mi nieoznakowane drony przeróżnych stacji telewizyjnych. Uczniowie natomiast, mimo że w większości sami pochodzili ze szlacheckich rodów, zebrali się tłumnie za bramą Akademii, przepychając się jeden przez drugiego. Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Poczułam się jak zamknięte w klatce w ZOO zwierzątko. 

    Stojący za mną Ryu położył mi rękę na ramieniu. Poczułam się odrobinę lepiej. Uwielbiałam to, jak prezentował się w czarnym, udekorowanym srebrem mundurze Imperialnego Strażnika.  

    – Wszystko w porządku? – zapytał cicho. 

    – Tak – westchnęłam w odpowiedzi. – Miejmy to już za sobą. 

    Przeszłam przez bramę, czując na sobie przynajmniej setkę par oczu. Wiedziałam, że według opinii publicznej jestem ofiarą układu, który moi rodzice zawarli z Imperatorem, żeby nie podbił Wysp Lua. Niektórzy mi współczuli, inni zazdrościli pozycji i życia w luksusie, nikt jednak nie brał mnie na poważnie. W oczach mieszkańców Imperium byłam ozdobą, bezwolną lalką lub rzeczą uzyskaną podczas transakcji handlowej.  

    Nie zdążyłam jeszcze wejść do budynku szkoły, kiedy wianuszkiem otoczyło mnie kilka młodych dziewcząt. 

    – Dzień dobry, lady Aaliyo – odezwała się jedna z nich. – Nazywam się Rosaline Tannenberg i jestem córką generała Rolanda Tannenberg, przez kolejne trzy lata będziemy uczyły się w jednej klasie – dodała.   

    – Miło mi cię poznać – uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że nie domyśli się, jak bardzo sztuczny jest mój uśmiech.

    – Moje koleżanki to Maria Casselius, córka markizy Nadine Casselius, Tamara Ponnington, córka półkownika Ludwika Ponnington i Katherina Sternforge, córka lorda Davida Sternforge – przedstawiła towarzyszące jej dziewczęta, które kolejno skłaniały głowy i obdarzały mnie szerokimi uśmiechami. – Wszystkie byłyśmy na twoim wspaniałym ślubie – dodała z dumą. – Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami.  

    Niczym bohaterki filmów i książek dla młodzieży powinnam była im powiedzieć, że sama sobie wybiorę przyjaciół. Nie miałam jednak na to ochoty i zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam tego robić Raidenowi. Poza tym do głowy od razu przyszło mi powiedzenie: przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Dlatego właśnie uśmiechnęłam się do nich uroczo i już w ich towarzystwie weszłam do budynku szkoły. 

    Wielu uczniów również miało swoich strażników i strażniczki. Wszyscy trzymali się mniej więcej na uboczu, obserwując swoich podopiecznych spod ścian szerokich korytarzy. Spośród morza czarnych strojów, Ryu wyróżniały srebrne zdobienia. Poza tym chyba nikt nie był tak wysoki i potężnie zbudowany, jak on. Uśmiechnął się do mnie promiennie, kiedy rzuciłam mu tęskne spojrzenie, ale wiedziałam, że Imperialna Akademia Magiczna, to jedno z tych miejsc, w których będę musiała poradzić sobie sama. 

    Na auli zajęłyśmy miejsce w jednym z ostatnich rzędów. Po jednej mojej stronie usiadła Rosaline, a po drugiej wysoka, cudnej urody brunetka, której włosy w kolorze gorzkiej czekolady, miękkimi falami opadały na plecy i ramiona. Już jakiś czas temu zauważyłam, że jasne włosy wśród Fae na kontynencie były prawdziwą rzadkością, więc chcąc nie chcąc, moje złote pukle wyróżniały mnie z tłumu. 

    – Hej – zaczepiła mnie cicho brunetka. Odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam na nią pytająco. Kąciki jej ust wykrzywiał drwiący uśmieszek. – Mam na imię Katherina – przypomniała – i jestem młodszą siostrą Martina Sternforge, który kiedyś został wybrany jako jeden z kandydatów do roli twojego Strażnika. 

    Wróciłam pamięcią do tamtych lat i byłam pewna, że się zarumieniłam. Martin nie miał prawa mieć dobrych wspomnień związanych z moją osobą. 

    – Och – wydusiłam z siebie, żeby cokolwiek jej odpowiedzieć. – Pamiętam go. 

    – Jestem pewna, że on ciebie również nigdy nie zapomni – zaśmiała się Katherina. Spojrzała w stronę stojącego pod ścianą Ryu. – Wygląda jednak na to, że dobrze wybrałaś. Jakbym miała w pobliżu takie ciacho, to sama pozbyłabym się innych kandydatów – mrugnęła do mnie. – Nie martw się, nie chowam urazy, a mojemu bratu się należało – stwierdziła swobodnie. 

    Zaskoczyło mnie, jak dobrze Katherina odgadła moje intencje. Poczułam ulgę. Co prawda jak narazie do Rosaline nie poczułam najmniejszej nici sympatii, ale teraz nabrałam pewności, że z Katheriną dość szybko uda mi się zaprzyjaźnić. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Nie jestem dobrą osobą i wcale nie chciałam taką być. Scena, którą obserwowałam budziła we mnie niesmak, ale nie zamierzałam się wtrącać. Bardziej zależało mi na niesprawianiu problemów Raidenowi, niż na wyciąganiu obcych ludzi z ich własnych, nie związanych ze mną kłopotów. Dwie dziewczyny, chyba z mojego rocznika, trzymały między sobą trzecią, prowadząc ją, wyraźnie wbrew jej woli, do grupy trzech innych. Zmusiły ją, żeby przed nimi uklęknęła. Czekające uczennice wyciągnęły skądś jajka i szydząc zaczęły je rozbijać swojej ofierze na głowie. Potem, śmiejąc się do siebie, posypały ją mąką. Dziewczyna nie płakała, klęczała przed nimi wbijając wzrok w ziemię. Kolejna z napastniczek wyciągnęła jakąś butelkę, dodatkowo ją czymś jeszcze polewając. Cieszyłam się, że jestem zbyt daleko, żeby słyszeć o czym mówią, ale byłam pewna, że w jej stronę sypały się kolejne obelgi. 

    Uznałam, że najwyższa pora, żeby stąd zniknąć, ale gdy się odwróciłam, napotkałam wściekłe spojrzenie Ryu. Wpatrywał się w grupę z determinacją i nagle nabrałam pewności, że musiałabym mu wyraźnie rozkazać, żeby tam nie szedł. Cholera! Cholera! Cholera! Zupełnie zapomniałam, że on sam kiedyś, dawno temu, doświadczał w szkole takiego prześladowania. Teraz, gdy miał dwadzieścia lat, a za sobą tysiące treningów z Kei’em wystarczyłaby sama jego postura, by nikt nie próbował z nim zadzierać. Dodatkowo był obłędnie przystojny, a to że przy obcych niewiele się odzywał sprawiało, że wydawał się naprawdę cool. To starcie było z góry przegrane, uznałam więc, że warto zrobić wszystko co w mojej mocy, by zminimalizować szkody. 

    Zobaczyłam, jak Ryu zaciska pięści w gniewie, który zaraz znajdzie ujście i przez chwilę przeszło mi przez myśl, że lepiej było zabrać ze sobą Dymitra, z którym w większości spraw byliśmy jednomyślni. Sensacja, jaką wywołałoby jego pojawienie się w szkole, spowodowałaby mniej szkód, niż niemądre działania Ryu. Nie zatrzymałam go jednak, kiedy ruszył w stronę uczennic, tylko posłusznie poszłam za nim.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    Spędziłam w Akademii wakacje. Nikt po mnie nie przyjechał. Możliwe, że już powinnam się do tego przyzwyczaić, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia. Przez okno patrzyłam, jak rodzice odbierają moje szkolne koleżanki. Zdałam sobie wtedy sprawę, że prawda jest taka: nikt mnie nie kocha. I to wspomnienie zostanie ze mną na zawsze. Początek roku również okazał się wcale nie lepszy. Wróciła Charlotte, niegdyś moja przyjaciółka, a obecnie największa nemezis. Jednak nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewałam się aż takiej podłości. 

    Ociekająca jajkami, z mąką, która nieprzyjemnie dostawała mi się do oczu i buzi, klęczałam wbijając wzrok w ziemię i błagając w duchu, by wreszcie się to wszystko skończyło. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że moje oprawczynie zamilkły, nie śmiałam jednak podnieść głowy.

    – Co tu robicie? – za plecami usłyszałam rozgniewany, męski głos. Odpowiedziało mu jedynie milczenie, musiał więc być kimś ważnym. Obudziła się we mnie maleńka iskierka nadziei. Czyżby miały pecha trafić na jednego z nauczycieli? – Zjeżdżajcie stąd! – Jego ton był władczy i zdecydowany, a one natychmiast posłuchały. – Nic ci nie jest? – mężczyzna podszedł do mnie, a ja podniosłam na niego wzrok. 

    Moje serce zabiło jak oszalałe. Stał nade mną ładnie opalony, oszałamiająco przystojny młodzieniec. Miał cudowne, niemalże zielone oczy i jasnobrązowe, artystycznie przycięte włosy. Był wysoki i szeroki w ramionach. Jego oblicze sprawiało wrażenie zatroskanego, przez co wydał mi się jeszcze wspanialszy. Po chwili dotarły do mnie jeszcze dwie rzeczy, mężczyzna moich marzeń miał na sobie czarny, obszyty srebrnymi lamówkami uniform Strażnika, a ja byłam cała ubrudzona mąką i jajkami, a do tego niemiłosiernie śmierdziałam czymś, co wylała na mnie Charlotte i jej psiapsiółki. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

    – Nnie… – wydukałam zdając sobie sprawę z tego, że chyba wciąż czeka na odpowiedź.

    – Mam na imię Ryu – wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać.

      Gwałtownie zerwałam się z kolan i odsunęłam się o parę kroków, by tylko go nie pobrudzić. 

    – Powinnaś się teraz przedstawić – zasugerowała niezwykle piękna, złotowłosa dziewczyna, która wyłoniła się zza jego pleców. 

    Nieznajoma miała na sobie mundurek Akademii.

    Zaczerwieniłam się wściekłe. Po całym moim ciele rozlała się fala zazdrości. Nowoprzybyła musiała być wysoko urodzoną arystokratką, a ten młody, cudowny mężczyzna prawdopodobnie był jej Strażnikiem. 

    – Jestem Laura – wydusiłam z siebie poprzez napływające mi do oczu łzy. 

    – Myślę Lauro, że powinnaś się wykąpać, a potem pomyślimy co dalej – oznajmiła dyplomatycznie nieznajoma. 

    Ponownie wbiłam wzrok w ziemię. Rozkazujący ton tej dziewczyny budził we mnie sprzeciw, ale zdecydowanie miała rację. Nieważne co będę robiła później, najpierw musiałam się umyć. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    Nie powinnam była tam iść. Już w chwili, gdy przekroczyłam próg jej apartamentów, wiedziałam, że to błąd. Powietrze pachniało czymś drogim i czystym, a pod stopami miałam miękki dywan, który był pewnie wart więcej niż całe moje roczne czesne. Wszystko było jasne, przestronne, idealnie uporządkowane, luksusowe. 

    Ryu stał przy drzwiach. Oparty o ścianę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Czarny mundur podkreślał szerokość jego barków. Nie patrzył na mnie w sposób, który mógłby mnie zawstydzić. Nie patrzył też z litością. Po prostu tam był. 

    Zamknęłam się w łazience i przez dłuższą chwilę stałam pod strumieniem wody, jakby mogła zmyć ze mnie nie tylko mąkę i jajka, ale też wstyd. Marmur pod stopami był gładki i ciepły. Ręczniki miękkie. Mydło pachniało kwiatami, których nie znałam. W moim pokoju w akademiku nie było nawet umywalki, musiałam korzystać ze wspólnych łazienek, znajdujących się w końcu korytarza. Kiedy wyszłam, owinięta w biały szlafrok, czułam się jeszcze bardziej zawstydzona niż wcześniej. Dziewczyna stała przy garderobie, jakby rozdawanie ubrań było czymś tak zwyczajnym jak podanie herbaty. 

    – Powinien pasować – powiedziała, podając mi mundurek.

    Dotknęłam materiału i przez sekundę zabrakło mi tchu. Haft przy mankietach był wykonany ręcznie. Tkanina była grubsza, o lepszym i gładszym splocie niż ta, z której szyto nasze zwykłe szkolne stroje. 

    – Nie mogę go przyjąć – wyszeptałam.

    – Jasne, że możesz. Nie potrzebuję go, mam ich dużo, możesz go sobie zostawić – odpowiedziała mi obojętnie. 

    Nie potrzebuję go. Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jajko rozbite na głowie. Dla niej to było po prostu kolejne ubranie. Dla mnie — rzecz, o której marzyłam, kiedy widziałam, jak bogate arystokratki przechadzają się po korytarzach w swoich idealnie skrojonych mundurkach. Założyłam go. Leżał dobrze. Zbyt idealnie. Jakby przez chwilę pozwalał mi udawać, że należę do jej świata.

    – Wyglądasz lepiej – stwierdziła spokojnie, kiedy ponownie wyszłam z łazienki.

    On skinął głową. Rzucił jedno krótkie spojrzenie, które wystarczyło, żeby w moim żołądku zacisnęła się twarda kula. 

    – Dla ciebie to nic nie znaczy, prawda? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

    Dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby naprawdę nie rozumiała pytania. I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze gorszego. Ona naprawdę nie rozumiała. Nie rozumiała, że oddając mi mundurek, pokazuje, jak bardzo wszystko w życiu jest dla niej łatwe. Na dodatek on był przy niej. Zawsze. Nawet teraz, kiedy to ja stałam tu jeszcze wilgotna, zawstydzona, próbująca udawać, że nie śmierdzę resztkami upokorzenia. Pierwsza odwróciłam wzrok. I właśnie wtedy zrozumiałam, jak bardzo jej nienawidzę.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    Wracałyśmy na zajęcia razem. Szłyśmy obok siebie, ale nie rozmawiałyśmy. Jej kroki były pewne, spokojne, jakby cały korytarz należał do niej. Ja szłam pół kroku z tyłu, poprawiając rękawy zbyt drogiego mundurka, który wciąż miałam na sobie. Był ciepły, miękki i ciążył mi bardziej niż mokre ubrania sprzed godziny. 

    Nie mogłam uwierzyć, że obie idziemy na te same zajęcia. Dlaczego ona również musiała dysponować akurat magią światła?! Z drugiej strony cieszyłam się, że przynajmniej podczas lekcji ukradkiem będę mogła wpatrywać się w towarzyszącego jej strażnika. 

    Sala, w której odbywały się lekcje magii światła znajdowała się w najwyższej wieży Akademii. Wysokie okna wpuszczały do środka ostre, południowe słońce, które odbijało się od kryształowych soczewek zawieszonych pod sufitem. Nauczyciel – wysoki Fae o siwych włosach i przenikliwych oczach – rozejrzał się po klasie, zatrzymując wzrok na niej niemal natychmiast. 

    – Lady Aaliyo – odezwał się z lekkim ukłonem. – Byłbym zaszczycony, gdybyś zechciała zaprezentować kolegom podstawową formę koncentracji światła. 

    Oczy całej sali zwróciły się ku niej. Dziewczyna wstała bez zawahania. Jej złote włosy połyskiwały w słońcu, a biel mundurka niemal stapiała się z jasnością wokół niej. Uniosła dłoń. Przez chwilę nic się nie działo, a potem światło zaczęło się gromadzić niczym oddech – równy, spokojny, naturalny. Promienie słoneczne zdawały się zagęszczać wokół jej palców, splatać w czystą, niemal materialną kulę jasności. Powietrze drżało delikatnie, jakby sama przestrzeń uznawała jej prawo do tej mocy. Kiedy wypuściła zaklęcie, świetlista fala przesunęła się przez salę i rozproszyła pod sufitem w złotych drobinkach. Zapadła cisza, a potem rozległy się oklaski. Nauczyciel skinął głową z wyraźnym uznaniem.

    – Wzorowa kontrola – oznajmił. – Czysta struktura. Doskonałe skupienie.

    Poczułam, jak coś skręca mi się w żołądku. 

    – Teraz ktoś z pierwszego rzędu – dodał, rozglądając się. – Może… panna Laura.

    Kilka osób odwróciło się w moją stronę. Zobaczyłam błysk rozbawienia w oczach Charlotte. Wstałam. Dłonie miałam wilgotne. To tylko światło, powtarzałam sobie. Skoro ona potrafi, ja też mogę. Unosząc rękę, próbowałam przywołać ciepło, które przed chwilą widziałam w jej palcach. Próbowałam sobie wyobrazić tę kulę jasności. Skupić się. Przez moment rzeczywiście coś zaiskrzyło. Cienka smuga światła zadrżała między moimi palcami. A potem… pękła. Energia rozproszyła się gwałtownie, jakby ktoś przeciął napiętą strunę. Powietrze eksplodowało drobnym, bolesnym trzaskiem. Kryształowe soczewki pod sufitem zadźwięczały, a jedna z nich odłamała się i spadła na podłogę, rozpryskując się w drobne kawałki.

    W sali rozległ się śmiech. Nie głośny. Nie histeryczny. Ten cichy, najbardziej okrutny. Poczułam, jak policzki zaczynają mi płonąć.

    – Koncentracja – powiedział nauczyciel chłodno. – Magia światła nie toleruje wahania.

    Usiadłam na swoim miejscu nie patrząc na nikogo.

    – Każdy zaczynał od podstaw – odezwała się Aaliya.

    Jej głos był spokojny, ciepły, jednak w tej chwili brzmiał jak wyrok. Nie patrzyła na mnie z pogardą. Nie uśmiechała się. W jej oczach było coś na kształt współczucia. Śmiech powoli ucichł, ale jego echo zostało ze mną. Czułam je na karku, w dłoniach, w gardle. Nie spojrzałam na nią. Gdybym to zrobiła, mogłabym zobaczyć w jej twarzy troskę, a ja nie chciałam jej troski. Chciałam jej upadku.  

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte

    Minęło kilka dni, zanim złożyłam wszystkie elementy w całość. Najpierw plotka. Potem potwierdzenie. Nową uczennicą, która wtrąciła się w „sprawę Laury”, była druga żona Imperatora. Aaliya Arashi Wairudo. Nie byłam głupia. W Akademii przetrwać można było tylko na dwa sposoby — siłą albo pozycją. Ja nie miałam ani jednego, ani drugiego w nadmiarze, ale miałam coś równie cennego: instynkt, a on podpowiadał mi, że jeśli księżniczka zainteresuje się Laurą, to sytuacja może przestać być zabawna. 

    Znalazłam Rosaline na dziedzińcu, w towarzystwie jej nieodłącznych koleżanek. Stały wokół księżniczki półkolem, śmiejąc się z czegoś, co właśnie powiedziała. Świta. Dokładnie tym się stały. 

    – Rosaline – odezwałam się miękko.

    Odwróciła się do mnie z uprzejmym, ale wyraźnie chłodnym uśmiechem.

    – Charlotte.

    – Słyszałam, że miałyście… drobne nieporozumienie z Laurą kilka dni temu – zaczęłam tonem, który w moim mniemaniu brzmiał jak troska.

    Katherina uniosła brew.

    – Nieporozumienie? – spytała sceptycznie. 

    – Właśnie dlatego chciałabym wyjaśnić sytuację — westchnęłam teatralnie. — Nie chciałabym, żeby Jej Wysokość wyciągnęła błędne wnioski.

    Rosaline spojrzała na Liyę, jakby pytając bez słów o pozwolenie. Ta skinęła głową lekko zniecierpliwiona. Przepuściły mnie bliżej. Z bliska wyglądała jeszcze bardziej… nieskazitelnie. Jasne włosy, idealnie skrojony mundurek, postura kogoś, kto nigdy nie musiał walczyć o swoje.

    – Chciałabym tylko wyjaśnić pewne nieporozumienie – powiedziałam, skłaniając głowę minimalnie głębiej, niż wymagała etykieta. – Laura nie jest taką bezbronną ofiarą, na jaką się kreuje. 

    Jej spojrzenie było uważne, ale chłodne.

    – Och? – rzuciła krótko.

    – Manipuluje ludźmi – kontynuowałam spokojnie. – Wzbudza litość, a potem wykorzystuje ją przeciwko innym. Wielokrotnie prowokowała sytuacje, które później przedstawiała jako prześladowanie. Chciałam jedynie, żeby Jej Wysokość miała pełny obraz sytuacji.

    Rosaline przytakiwała powoli. Maria i Tamara wymieniły spojrzenia. Katherina milczała, obserwując Aaliyę. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w oczach księżniczki coś na kształt znużenia.

    – Rozumiem – powiedziała w końcu. 

    Całą sytuację podsumowała jednym słowem. Nie była oburzona, nie współczuła ani mi, ani Laurze, ale coś innego przykuło moją uwagę. Jej wzrok na moment przesunął się w bok. Pod arkadami dziedzińca stał jej Strażnik. Laura właśnie coś do niego mówiła. Stała zbyt blisko. Zadzierała głowę, uśmiechając się do niego w sposób, który nawet ja uznałabym za nachalny. Dotknęła jego rękawa. Na sekundę. On cofnął dłoń dyskretnie, ale odpowiedział jej uprzejmie. I właśnie wtedy zobaczyłam to wyraźnie. Na twarzy księżniczki pojawiło się delikatne napięcie. Minimalne. Ledwo dostrzegalne.

    – Oczywiście – dodałam lekko – być może jestem stronnicza, ale radziłabym uważać. Laura ma tendencję do… przywiązywania się do rzeczy, które do niej nie należą.

    Tym razem reakcja była wyraźniejsza. Aaliya nie spojrzała na mnie. Patrzyła na Laurę. Jej twarz była spokojna, zupełnie jakby była idealnie wyuczoną maską. 

    – Dziękuję za ostrzeżenie – odpowiedziała chłodno. – To bardzo zapobiegawcze z twojej strony.

    Wiedziałam, że wygrałam pierwszy mały punkt. Bo nie chodziło o to, czy Laura była winna. Nie chodziło nawet o to, kto kogo prześladował. Chodziło o to, że Laura zaczynała „wisieć” na jej Strażniku. Na każdej przerwie. Byłam pewna, że nawet księżniczka ma swoje granice.

    Note