Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Kruk

    Leżał na wznak, a Suri wtulała się w niego bokiem, z głową opartą na jego torsie. Jej oddech był spokojny i równy, ale był pewien, że dziewczyna jeszcze nie śpi. Jej palce leniwie rysowały niewyraźne kształty na jego skórze, tuż nad żebrami.

    Powinien czuć się dobrze. Byli sami, w jego mieszkaniu, w ciemności, która zwykle dawała mu poczucie bezpieczeństwa, a jednak w głowie miał nieprzyjemny chaos.

    Dziedziczka Nivarii. Słowa Ryūjiego wciąż dźwięczały mu w uszach, choć minęło już kilka dni. Suri była córką Marcusa Nachta. Prawowitą dziedziczką miejsca, które dla kogoś takiego jak on było zarówno marzeniem, jak i czymś absolutnie niedostępnym. On był asasynem. Bękartem bez nazwiska, pozycji, bez niczego poza umiejętnościami i lojalnością wobec Rady. Natomiast ona… ona miała krew, która otwierała drzwi, o których on nawet nie śmiał śnić.

    I choć Suri powtarzała, że to wszystko jej nie obchodzi, to Kruk nie mógł przestać myśleć o tym, jak ogromnie ich światy się różnią. Jak bardzo ktoś taki jak on nie pasuje do jej przyszłości.

    Poczuł, że dziewczyna unosi lekko głowę. Przez chwilę milczała, a potem jej głos rozległ się cicho w ciemności.

    — Coś cię gryzie — stwierdziła. 

    Jego dłoń odruchowo spoczęła na jej plecach, gładząc je powoli przez materiał koszulki.

    — Nic ważnego — mruknął w końcu.

    Suri westchnęła cicho i uniosła się na łokciu, żeby na niego spojrzeć. Dotknęła dłonią jego szorstkiego policzka.

    — Kłamiesz — odparła spokojnie. — Od kilku dni jesteś jakiś… daleki. Nawet kiedy jesteś obok.

    Kruk na moment zamknął oczy. Nie chciał tego ciągnąć. Nie miał zamiaru obciążać jej swoimi myślami, jednak Suri nie dawała za wygraną.

    — Martwisz się o to, co powiedział Ryūji, prawda? — zgadła.

    Chłopak otworzył oczy i spojrzał na sufit.

    — Martwię się o to, że on ma rację — przyznał w końcu, głosem niższym niż zwykle. — Twoje życie… twoja przyszłość… to zupełnie inny świat, do którego ja nie pasuję.

    Dziewczyna przez chwilę milczała. Potem powoli usiadła, przerzuciła nogę przez jego biodra i usiadła mu na brzuchu, patrząc na niego z góry. Jej dłonie spoczęły na jego torsie.

    — Słuchaj mnie uważnie — powiedziała poważnie, ale ciepło. — Nie obchodzi mnie, kim jest mój ojciec. Nie obchodzi mnie Nivaria, nie obchodzi mnie dziedzictwo, nie obchodzi mnie żadna z tych rzeczy. Gdyby Marcus Nacht pojawił się tu jutro i powiedział, że jestem jego córką i że mam zająć jakieś ważne miejsce u jego boku… powiedziałabym mu dokładnie to samo, co powiedziałam Ryūjemu.

    Kruk patrzył na nią w milczeniu.

    — Nie interesuje mnie ojciec, który miał mnie gdzieś przez całe życie — kontynuowała Suri. — Nawet gdyby był samym bogiem, to i tak miałabym go gdzieś. Mój tata to Daniel Maes. I to się nie zmieni.

    Jedna z jej dłoni przesunęła się wyżej, dotykając jego twarzy.

    — A ty… — powiedziała ciszej, ale stanowczo. — Możesz próbować przede mną uciekać. Możesz wmawiać sobie, że nie pasujesz do mojego świata, ale ci się nie uda. Nie uciekniesz mi. Bo ja zawsze planuję wybierać ciebie. Niezależnie od tego, co się wydarzy.

    Kruk poczuł, jak coś w jego piersi się zaciska — przyjemnie i boleśnie jednocześnie. Ciepło rozlało się po nim falą, ale gdzieś głęboko, pod spodem, niepokój nadal siedział cicho i uparcie. Wiedział, że Suri mówi szczerze, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że świat rzadko pozwala, żeby uczucia wystarczyły. Bo to, czego ona by chciała, a do czego mogą spróbować ją zmusić, to dwie różne rzeczy. 

    ✩ ✩ ✩

    Tatiana

    Uznała, że najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce. Siedziała w luksusowym salonie w pałacu, otoczona delikatnym zapachem kawy i świeżych kwiatów, gdy podjęła decyzję. Nie zamierzała dłużej patrzeć, jak Suri bezczelnie zdradza jej brata. Pocałunek, który widziała na plaży w Malibu wciąż palił ją żywym ogniem. Kruk powinien należeć do niej, a Suri… musiała w końcu ponieść konsekwencje tego co robiła.

    Tego samego wieczoru poszła do matki. Królowa Elena siedziała przy dużym, nowoczesnym biurku, przeglądając holograficzne projekcje dokumentów. Tatiana weszła bez pukania, jak zawsze pewna siebie.

    — Mamo, musisz ogłosić zaręczyny Camerona i Suri. Publicznie. Z pełnym rozmachem — powiedziała bez wstępów.

    Królowa uniosła wzrok.

    — Tak nagle? Cameron mówił, że chcą jeszcze poczekać…

    — Właśnie dlatego — przerwała jej Tatiana słodko, ale z żelazną determinacją. — Ludzie zaczynają plotkować, a my nie możemy sobie na to pozwolić. Suri jest idealną kandydatką. Piękna, utalentowana, a do tego… ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Należy to przypieczętować, zanim ktoś spróbuje nam ją odebrać.

    Elena przyglądała się córce uważnie. Zbyt dobrze znała jej ambicje. Jej determinacja mogła być też doskonałą wymówką przed synem. 

    — Dobrze — powiedziała w końcu. — Porozmawiam z ojcem. Za miesiąc pojedziemy do Akademii. Z pełnym orszakiem. Ogłosimy zaręczyny podczas gali.

    Tatiana uśmiechnęła się promiennie, choć w jej oczach błysnęło coś zimnego i zdeterminowanego.

    ✩ ✩ ✩

    Tatiana

    Królewski konwój z Nowej Europy wjechał na teren Akademii z należnym przepychem. Na czele sunęła biała, opancerzona limuzyna z flagami królewskimi, za nią kilka luksusowych SUV-ów i dyskretna eskorta. Kamery dronów transmitowały wydarzenie na żywo.

    Gdy konwój zatrzymał się przed głównym budynkiem, Cameron już czekał przed zgromadzonym tłumem — sztywny, w idealnie skrojonym białym mundurku Akademii Królewskiej, który już sam w sobie pokazywał status. Z samochodu wysiadła królewska para i Tatiana, która wybrała elegancką, głęboko bordową garsonkę podkreślającą jej figurę. Później, całą rodziną wygłosili przemowę i wybrali się na inspekcję Akademii.

    Wieczorna gala w wielkiej, nowoczesnej sali balowej była przygotowana z wyjątkowym rozmachem. Kryształowe żyrandole, podświetlane marmurowe kolumny, dyskretna muzyka klasyczna płynąca z ukrytych głośników. Kiedy królewska rodzina weszła, sala ucichła.

    Królowa zabrała głos dopiero, gdy wszyscy złożyli należne ukłony.

    — Dziś, w obecności całej Akademii i przedstawicieli mediów, z wielką radością ogłaszamy oficjalne zaręczyny naszego syna, księcia Camerona, dziedzica Zjednoczonego Królestwa Europy, rycerza najstarszego i najszlachetniejszego Orderu Gryfa i uczenia Akademii Królewskiej oraz Suri, ósmej wnuczki miłościwie panującego Cesarza z dynastii Hokuchō, księżniczki okręgu Kansai i uczennicy Akademii Królewskiej — powiedziała donośnie, a jej głos niósł się po sali. — Niech ich związek będzie symbolem jedności i świetlanej przyszłości naszych królestw.

    W sali wybuchły brawa. Flesze aparatów rozbłysły jak burza. Tatiana klaskała najgłośniej, z pięknym, idealnym uśmiechem na ustach. Jej wzrok jednak był lodowaty. Patrzyła prosto na Suri, która stała wśród Feniksów, nagle blada jak ściana. Tatiana uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Teraz przekonamy się, jak długo będziesz mogła udawać, Suri.

    ✩ ✩ ✩

    Cameron 

    Czuł się, jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł lodowatej wody. Stał na środku sali balowej, otoczony błyskami fleszy i szmerem zachwyconych głosów, a w uszach wciąż dźwięczało mu echo słów matki. „Oficjalne zaręczyny… symbolem jedności…” Każdy kolejny oklask wbijał mu się w klatkę piersiową niczym sztylet.

    Spojrzał na Suri. Dziewczyna stała obok niego sztywna jak posąg, blada, z lekko rozchylonymi ustami. Wiedział, że jest równie zszokowana co on, a może nawet bardziej. W tłumie dostrzegł Ryūjiego Nachta. Instruktor asasynów stał nieco z boku, z rękami założonymi za plecami, i patrzył na całą scenę z wyraźną, zimną satysfakcją. Triumfował. Cameron widział to wyraźnie — w lekkim uniesieniu kącików ust, w sposobie, w jaki uniósł brodę. Ryūji nie tylko nie protestował przeciwko ogłoszeniu zaręczyn — zdawał się wręcz cieszyć, że będzie mógł reprezentować interesy Nivarii… i swojej siostry.

    Cholera… — pomyślał Cameron rozpaczliwie. — Suri, proszę, nie rób nic głupiego. Nie teraz. Nie przy wszystkich.

    Dziewczyna musiała wyczuć jego panikę, bo nagle jej dłoń odnalazła jego rękę i mocno, niemal boleśnie zacisnęła się na jego palcach. Nie patrzyła na niego. Stała wyprostowana, z uniesioną głową, milcząca, ale ten uścisk… mówił mu wszystko. Rozumiała. Tym razem wiedziała, że to nie jest jego wina i z pewnością nie zaplanował tego przedstawienia. Został tak samo wrzucony w tę sytuację jak ona. Jej przyjaźń była jedną z tych rzeczy, których nie chciał stracić najbardziej na świecie. 

    Cameron odwzajemnił uścisk, starając się przekazać jej tyle wsparcia, ile tylko mógł w tej chwili. Wokół nich rozlegały się gratulacje, ktoś z dworu już podchodził z kieliszkiem szampana, a on czuł tylko ciężar w piersi. Suri milczała. Cameron jednak poczuł zaskakującą w tej sytuacji ulgę. Cokolwiek się teraz wydarzy, oni przynajmniej mają siebie nawzajem. Nawet jeśli cały świat właśnie próbuje ich rozdzielić, starając się, żeby dziewczyna go znienawidziła.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Nie wytrzymał dłużej w tej sali. Gdy tylko brawa ucichły i ludzie ruszyli w stronę Camerona i Suri z gratulacjami, on odwrócił się na pięcie i wyszedł na zewnątrz przez jedno z bocznych wyjść. Wieczorne powietrze uderzyło go chłodem, ale nie przyniosło ulgi. W głowie miał tylko jedno słowo, które pulsowało jak otwarta rana. Zaręczyny.

    Oparł się plecami o zimną kamienną ścianę budynku, zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Wkurwienie mieszało się z bólem tak głębokim, że prawie nie mógł oddychać. Suri. Jego dziewczyna. Publicznie ogłoszona narzeczoną Camerona. Na oczach całej Akademii. Na oczach mediów.

    Rozumiał, że to nie jej wina. Widział, jak bardzo była blada, jak mocno ściskała dłoń tego pieprzonego księcia, ale to i tak bolało. Jak cholera.

    Usłyszał kroki. Z cienia wyszedł Aron, jego najlepszy przyjaciel, z którym dorastał w sierocińcu od najmłodszych lat. Ten sam, który zawsze miał do Suri największy dystans. Aron oparł się o ścianę obok niego i przez chwilę milczał, patrząc w ciemność ogrodu.

    — Nie powiem, żebyś dał sobie spokój — odezwał się w końcu spokojnie, z wyraźną, zaskakującą u niego powagą. — Widziałem jej twarz. Wyglądała, jakby ktoś ją właśnie walnął w brzuch.

    Kruk uniósł wzrok, zaskoczony. Aron nigdy nie popierał jego związku Suri — otwarcie to mówił, uważał, że dziewczyna przyniesie mu tylko problemy. A jednak teraz… stał tu i bronił jej intencji. 

    — Dzięki — mruknął Kruk cicho, zachrypniętym głosem.

    Aron tylko kiwnął głową. Chwilę później dołączyła do nich Rini. Różowowłosa asasynka wyszła z sali z rękami w kieszeniach mundurka, kręcąc głową z lekkim, sardonicznym uśmiechem.

    — No proszę — powiedziała, zatrzymując się przed nimi. — Chyba nie myślałeś, że to się naprawdę uda? Ty i dziedziczka Nivarii? — prychnęła cicho, ale bez złośliwości. — Świat nie działa w ten sposób. Przynajmniej nie dla nas.

    Kruk w końcu uniósł wzrok. Jego oczy były ciemne, pełne wściekłości i bólu jednocześnie.

    — Zamknij się, Rini — warknął cicho.

    Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.

    — Mówię, jak jest. 

    Kruk nie odpowiedział. W środku wszystko się w nim gotowało. Suri była jego i nie zamierzał jej oddać. Ani Nivarii, ani Cameronowi, ani całemu pieprzonemu światu.

    ✩ ✩ ✩

    Ryūji

    Stał nieco z boku i obserwował salę z zimną, głęboką satysfakcją. Wreszcie wszystko zaczęło iść po jego myśli. Ogłoszenie zaręczyn Camerona i Suri było tylko wstępem. Teraz nadszedł jego moment.

    Gdy brawa po słowach królowej nieco ucichły, Ryūji zrobił krok do przodu. Jego głos, spokojny i władczy, poniósł się po całej sali.

    — Skoro już mowa o przyszłości… — zaczął, a w sali zapadła nagle absolutna cisza. — Jako przedstawiciel Nivarii, w imieniu mojego ojca, Lorda Marcusa Nachta, mam zaszczyt potwierdzić, że Suri Nacht jest jego prawowitą córką i dziedziczką tronu Krainy Złudnych Mgieł.

    Przez moment panowała martwa cisza. Potem sala eksplodowała. Szmer niedowierzania, głośniejsze rozmowy, błyski fleszy — wszystko naraz. Ludzie patrzyli na Suri jak na zjawisko. Dziedziczka Nivarii. Prawowita następczyni jednego z najpotężniejszych i najbardziej tajemniczych państw tego Nowego Świata. Ryūji czuł głęboką, mroczną satysfakcję. W końcu. Nareszcie wszyscy się dowiedzieli, a ona nie będzie mogła dłużej udawać zwykłej dziewczyny ze Starego Świata. Będzie musiała zmierzyć się z tym, kim naprawdę jest.

    Jego wzrok odnalazł Suri. Dziewczyna stała sztywno, blada, z zaciśniętymi ustami. A kiedy ich spojrzenia się spotkały, w jej oczach zobaczył czystą, palącą wściekłość. Nagle przestał być pewien, czy to on jej nienawidzi, czy jednak ona jego. Ryūji poczuł bolesny uścisk w klatce piersiowej — nagły, nieprzyjemny, jakby ktoś ścisnął mu serce lodowatą dłonią. Przez ułamek sekundy chciał odwrócić wzrok, ale nie zrobił tego. Stał prosto, z uniesioną brodą, patrząc jej prosto w oczy.

    Nienawidź mnie, ile chcesz — pomyślał. — Ale w końcu jesteś tam, gdzie powinnaś być.

    Triumfował, a jednocześnie, gdzieś głęboko, czuł, że właśnie przekroczył granicę, z której nie będzie już powrotu.

    ✩ ✩ ✩

    Tatiana

    Nie wytrzymała długo w sali balowej. Gdy tylko brawa ucichły i ludzie rzucili się z gratulacjami w stronę Camerona i Suri, ona dyskretnie wymknęła się bocznym wyjściem. Serce biło jej szybko, ale nie z powodu ogłoszenia zaręczyn. Chciała znaleźć Kruka. Musiał być zdruzgotany i z pewnością potrzebował teraz kogoś… a konkretnie jej.

    Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i skierowała się w stronę skrzydła Żniwiarzy. Nigdy wcześniej tu nie była, ale znała plan Akademii i wiedziała dokąd powinna iść. Szła korytarzem oświetlonym zimnym, nowoczesnym światłem, mijając nielicznych uczniów, którzy rzucali jej zaciekawione spojrzenia. 

    W końcu go zobaczyła. Stał w szerszym holu otoczony osobami ze swojej drużyny. Wyglądał… źle. Zaciśnięta szczęka, ciemne oczy, ręce schowane głęboko w kieszeniach spodni. Tatiana poczuła ukłucie radości — teraz będzie mogła go pocieszyć. Pokazać, że ona jest przy nim. Zrobiła krok naprzód, układając na twarzy najsłodszy, najbardziej troskliwy uśmiech.

    — Cześć… — zaczęła miękko, podchodząc do nich.

    On nawet na nią nie spojrzał. Po prostu odwrócił się i odszedł w głąb korytarza, jakby jej w ogóle nie zauważył. Jakby była powietrzem. Za nim podążyli pozostali.

    Tatiana zamarła zupełnie zaskoczona. Zamiast niego podeszło do niej dwóch innych chłopaków w fioletowych mundurkach. Jeden z nich uśmiechnął się szeroko, niemal drapieżnie.

    — O proszę, księżniczka we własnej osobie — rzucił z wyraźnym zainteresowaniem. — Zabłądziłaś, Wasza Wysokość?

    Drugi zaśmiał się cicho i oparł o ścianę, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów.

    — Moglibyśmy ci pokazać, gdzie jest wyjście… albo coś ciekawszego.

    Tatiana poczuła, jak robi jej się gorąco. Cofnęła się o krok, nagle boleśnie świadoma, że jest sama w skrzydle asasynów. Żadnych gwardzistów. Żadnej ochrony. Nie było tu nawet jej brata.

    Kruk już dawno zniknął za zakrętem. W tym momencie usłyszała szybkie, ciężkie kroki. Z głębi korytarza nadbiegło kilku pałacowych gwardzistów w biało-złotych mundurach.

    — Wasza wysokość! — jeden z nich zawołał z wyraźną ulgą. — Szukaliśmy pani!

    Dziewczyna prawie rzuciła się w ich stronę. Gdy otoczyli ją zwartym szykiem, poczuła ogromną ulgę… ale też coś zimnego i nieprzyjemnego w brzuchu. To był inny świat. Rzeczywistość, w której nie wystarczyło być księżniczką, uśmiechać się ładnie i oczekiwać, że wszyscy będą tańczyć tak, jak ona zagra. Świat, w którym Kruk mógł ją po prostu zignorować, zaś asasyni patrzyli na nią jak na ciekawostkę… albo łatwy cel.

    Tatiana przełknęła ślinę, pozwalając gwardzistom odprowadzić się z powrotem do głównej części Akademii. Czuła się tu… zupełnie nie na miejscu. 

    Note