Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Suri

    Siedziała sztywno na krześle w gabinecie dyrektor Morrigan. Serce biło jej zbyt mocno, a dłonie miała wilgotne. Nie spodziewała się, że jej stanowcza odmowa wyjazdu do Nivarii skończy się w ten sposób. Do tego jeszcze to całe przedstawienie odegrane przez rodziców Camerona i jej — podobno — starszego brata. Miała naprawdę dość. 

    Dyrektor Morrigan spojrzała na nią z powagą, ale też z wyraźną empatią.

    — Twój ojciec chce z tobą porozmawiać — powiedziała spokojnie. — Prywatnie. Przez hologram. Zgodziłam się na to spotkanie, bo uważam, że powinnaś mieć możliwość usłyszenia jego wersji wydarzeń.

    Suri zacisnęła szczękę.

    — A jeśli nie chcę?

    Kobieta westchnęła cicho.

    — Rozumiem twoje opory, ale to tylko rozmowa. Jeśli po niej nadal będziesz chciała odmówić uszanuję to. Na ile będę mogła. — Po tych słowach dyrektor wstała, podeszła do drzwi i zatrzymała się w progu. — Zostawię was samych — powiedziała łagodnie. — Jeśli będziesz mnie potrzebowała, będę w sąsiednim pokoju.

    Dziewczyna wpatrywała się w zamykające się za nią drzwi. Przez chwilę w gabinecie panowała cisza. Potem powietrze przed biurkiem zaczęło falować i powoli materializować się w postać wysokiego mężczyzny. Suri patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, a im dłużej patrzyła, tym wyraźniej czuła, jak bardzo nie ma na nic w swoim życiu wpływu. 

    Marcus Nacht był zaskakująco młody — nie wyglądał na więcej niż czterdzieści parę lat. Miał ciemne włosy, w których dopiero zaczynała pojawiać się siwizna, i oczy… dokładnie w tym samym odcieniu, co jej własne. Był również podobny do Ryūjiego. Suri stwierdziła, że nawet bardzo podobny. Te same rysy twarzy, ten sam kształt szczęki, ta sama postura. Różnił ich jednak wyraz twarzy — Marcus nie miał w sobie tej ostrej, zimnej wyższości, którą tak często widziała u brata. Wyglądał raczej na człowieka zmęczonego, obciążonego latami decyzji, których nie zawsze mógł uniknąć.

    A potem to do niej dotarło. Cień, który był obecny przy niej od samego początku. Od pierwszej chwili, kiedy zaczęła przywoływać swoją moc. Nigdy nie zwracała na niego większej uwagi, bo po prostu… tam był. Teraz wiedziała dlaczego. To był jego cień.

    Marcus Nacht przyglądał się jej uważnie.

    — Suri — odezwał się niskim, spokojnym głosem. — Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać.

    Dziewczyna nie odpowiedziała. Siedziała sztywno, z rękami splecionymi na kolanach. Mężczyzna westchnął cicho.

    — Wiem, że masz do mnie pretensje i masz do tego prawo, ale chcę, żebyś zrozumiała jedną rzecz… Żadne z nas nie spodziewało się, że Yuki zostanie zamordowana! Tego właśnie chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć, nie planowaliśmy rozstawać się na zawsze.

    Suri uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

    — Więc czemu mnie tam zostawiłeś?

    Marcus przez chwilę milczał, jakby zbierał myśli.

    — Wyglądało na to, że się udało i wszyscy o tobie zapomnieli. Byłaś bezpieczna. Daniel cię kochał i dobrze się tobą opiekował. Musiałem tylko dopilnować, żebyś w odpowiednim wieku trafiła do Akademii.

    Dziewczyna zacisnęła dłonie jeszcze mocniej.

    — Więc przez całe życie mnie obserwowałeś? Z daleka? Jak jakieś… przedstawienie?

    — Obserwowałem cię — przyznał szczerze. — Zawsze. Nie mogłem być przy tobie, ale pilnowałem, żeby nic ci się nie stało. Nie wolno mi opuścić Nivarii. Zawarłem pakt z pradawnym smokiem, który chroni ten kraj. Iluzja, która nas otacza, jest nierozerwalnie związana z moim życiem. Gdybym opuścił Nivarię magia by zniknęła, a to oznaczałoby zagrożenie dla całego kraju.

    Suri milczała. Jego słowa brzmiały… inaczej niż się spodziewała. Nie było w nich arogancji ani zimnej kalkulacji. Było zmęczenie, a do tego coś, co bardzo przypominało żal.

    — Nigdy nie chciałem rozstawać się z twoją matką na zawsze — dodał cicho. — Myślałem, że to tylko na chwilę i uda nam się znaleźć sposób, żeby być razem, ale Yuki… została zamordowana, zanim zdążyliśmy cokolwiek zaplanować.

    Dziewczyna poczuła nieprzyjemny dreszcz.

    — A Daniel? — zapytała po chwili. — Naprawdę byłeś mu wdzięczny, że mnie wychował?

    Marcus skinął głową.

    — Jestem mu wdzięczny do dziś. Wychował cię na dobrą, silną dziewczynę. Dał ci normalne życie, na ile było to możliwe. Za to zawsze będę mu wdzięczny.

    Suri patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Nie przypominał Ryūjiego. Wcale. Nie było w nim tej zimnej wyższości, tego gniewu, który tak często czuła u swojego brata. Marcus Nacht wydawał się… zmęczonym człowiekiem. Człowiekiem, który przez lata podejmował trudne decyzje i ponosił ich konsekwencje. Może… naprawdę chciałaby go poznać. 

    — Dlaczego chcesz, żebym spędziła wakacje w Nivarii? — spytała cicho.

    Mężczyzna spojrzał na nią ciepło.

    — To twój dom. Ten, który wybraliśmy wspólnie z Yuki, twoją mamą, dla nas i dla ciebie.  

    — Więc nie chodzi o żadne polityczne korzyści? — spytała nieufnie. 

    Marcus się roześmiał, a jego śmiech brzmiał zupełnie szczerze. 

    — Nivaria to potężna, pełna prastarej magii kraina. Gdyby cały świat wypowiedział nam wojnę… i tak byśmy ją wygrali i to bez zbyt wielkich strat. Staramy się jednak nie mieszać do zewnętrznej polityki — wyjaśnił spokojnie. 

    — Ryūji powiedział, że…

    — Ryūji jest niezadowolony, ponieważ magia go nie zaakceptowała — przerwał jej stanowczo. — Nivaria to magiczna kraina. Sama wybiera swoich władców, a on wie, że wybrała ciebie, a nie jego. Zrobiła to, kiedy się urodziłaś. Prędzej czy później będzie się musiał z tym pogodzić. — Spojrzał na nią łagodnie. — Miałem nadzieję, że kiedy już cię pozna, będzie mu łatwiej to przetrawić. Dlatego pozwoliłem mu jechać do Akademii Królewskiej. 

    Suri patrzyła na niego zupełnie zaskoczona. Decyzję podjęła impulsywnie. 

    — Jeśli mam przyjechać do Nivarii — powiedziała w końcu — to mam swoje warunki, które nie podlegają negocjacjom. — Marcus uniósł brew, ale nie przerwał jej. — Po pierwsze — kontynuowała Suri — jadę tylko wtedy, jeśli pojedzie ze mną Kruk. Jest moim chłopakiem i jest też asasynem — spojrzała na ojca wyzywająco. —  A co za tym idzie, chcę, żebyś zerwał układ zawarty z rodzicami Camerona. Nie zamierzam być pionkiem w czyichś politycznych grach.

    Marcus przez chwilę milczał, a potem powoli skinął głową.

    — Rozumiem. Książę Cameron wydawał się wówczas… odpowiednim wyborem. Co do Kruka… Widziałem, jak wielokrotnie narażał własne życie, żeby cię chronić. Jeśli on jest tym, kogo wybierasz… to nie będę się temu sprzeciwiał.

    Suri poczuła lekkie ukłucie zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej reakcji.

    — Po drugie — dodała — to ja wybiorę, którzy asasyni spędzą wakacje w Nivarii. Nie Ryūji. 

    Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

    — To też akceptuję. Chociaż podejrzewam, że twój brat nie będzie zachwycony.

    Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Dopiero teraz naprawdę uświadomiła sobie, jak uważnie musiał ją obserwować przez wszystkie te lata. Wiedział o Kruku. Wiedział o jej relacjach. Wiedział o wszystkim.

    — Dobrze — powiedziała cicho. — W takim razie… przyjadę.

    Marcus spojrzał na nią z wyraźną ulgą, ale też z czymś, co bardzo przypominało czułość.

    — Dziękuję — powiedział po prostu. — Bardzo mi na tym zależy. Chcę cię poznać. Tak naprawdę, a nie tylko obserwować z daleka.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Wyszła z gabinetu dyrektor Morrigan z dziwnym, lekkim uczuciem w piersi — czymś pomiędzy ulgą a zaskoczeniem. Spodziewała się zimnego, aroganckiego człowieka, który będzie próbował nią manipulować. Zamiast tego rozmawiała z mężczyzną zmęczonym, szczerym i… zaskakująco ludzkim. Marcus Nacht nie był taki jak Ryūji. Ani trochę. Nie było w nim tej lodowatej wyższości, tego gniewu, który jej brat nosił jak drugą skórę. Ojciec słuchał jej. Szanował jej zdanie. I co najważniejsze — zaakceptował Kruka.

    Kiedy kilka godzin później spotkała się z Krukiem w sadzie, wciąż czuła w sobie to dziwne ciepło. Chłopak stał oparty o pień drzewa i czekał na nią. Na jej widok uniósł głowę, a w jego niebieskich oczach pojawiło się pytanie. Suri przytuliła się do niego, a on objął ją ramionami.

    — Rozmawiałam z moim biologicznym ojcem — powiedziała cicho. — Chociaż zostałam do niej zmuszona przez dyrektor Morrigan, to rozmowa była… zaskakująco ciekawa.

    Kruk milczał, ale przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej.

    — I na czym stanęło? — zapytał w końcu niskim głosem.

    — Jedziemy do Nivarii. Razem. On… uznał to za doskonały pomysł — uśmiechnęła się lekko. — Obiecał też zerwać kontrakt zawarty z rodzicami Camerona. 

    Kruk spojrzał na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Przez chwilę na jego twarzy malowało się niedowierzanie, a potem zastąpiła je niepewność.

    — Tak po prostu się zgodził? — zapytał cicho.

    Suri kiwnęła głową.

    — Tak. Powiedział, że widział, jak mnie chronisz. Odniosłam wrażenie, że cię lubi, w przeciwieństwie do mojego głupiego starszego brata — mruknęła z cynizmem.

    Chłopak przyciągnął ją do swojego torsu, najwyraźniej po to, żeby nie musieć patrzeć jej w oczy. Suri była pewna, że w jego głowie kłębią się myśli, miała tylko nadzieję, że już nie są tak negatywne, jak wcześniej.

    — To… dobrze — mruknął w końcu, ale w jego głosie nie było pełnego przekonania.

    Nie naciskała. Wiedziała, że będzie potrzebował czasu, żeby to wszystko przetrawić. Zresztą tak jak i ona sama.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Nastrój w Akademii zupełnie się zmienił. Fioletowe mundurki, wszystkie drużyny, nie tylko Żniwiarze, nagle zaczęli się zachowywać… inaczej. Asasyni, którzy wcześniej omijały ją szerokim łukiem, teraz uśmiechali się, kiwali głowami, a niektórzy nawet próbowali nawiązać rozmowę. Suri wiedziała dlaczego. Wieść o tym, że to właśnie ona — prawowita dziedziczka Nivarii — zdecyduje, kto pojedzie na letni trening do Krainy Złudnych Mgieł, rozeszła się błyskawicznie.

    Stała właśnie w szerokim korytarzu, gdy podeszło do niej kilku asasynów z teatralnie wręcz przyjaznymi uśmiechami.

    — Suri, może chciałabyś żebyśmy ci w czymś pomogli? — zaczął jeden z nich. — Masz dla nas jakieś zadanie?

    Dziewczyna westchnęła. Za jej plecami pojawiły się cienie — Kruk, Klara, Kyle i Rini.  Spojrzała na nie znacząco, a potem wróciła wzrokiem do asasynów.

    — Widzicie cienie za mną? — zapytała spokojnie, ale z wyraźną stanowczością. — Niby dlaczego miałabym wybrać kogoś, kogo wśród nich nie ma?

    Asasyni zamilkli. Kilku z nich spojrzało na jej „armię” z mieszaniną szacunku i zawodu. Suri odwróciła się i odeszła, czując lekką satysfakcję. Wiedziała, że kolejne dwa miesiące zajęć w Akademii będą… interesujące. Natomiast wakacje w Nivarii? Na samą myśl o nich czuła dziwną mieszankę ekscytacji i niepokoju. Teraz jednak miała ważniejsze sprawy na głowie — przede wszystkim Kruka, który wciąż sprawiał wrażenie, jakby bał się, że świat mu ją zabierze bez pytania.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Po raz pierwszy szła do sali treningowej z wysoko uniesioną głową, a nie jak skazaniec. Wiedziała, że Ryūji będzie na nią czekał i miała nadzieję, że będzie naprawdę wściekły. Kiedy weszła do środka, stał oparty ramieniem o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jego zielone oczy płonęły zimną furią.

    — Gratuluję — warknął, gdy tylko się zbliżyła. — Udało ci się. Ojciec dał ci wszystko, czego chciałaś. 

    Suri zatrzymała się kilka kroków przed nim. Normalnie poczułaby ukłucie empatii. W normalnej sytuacji spróbowałaby złagodzić sytuację. Jednak przy Ryūjim czuła, jak się gotuje w środku. Budził w niej najgorsze instynkty. Miała ochotę być złośliwa, tak po prostu, tylko po to, żeby mu dopiec. Uśmiechnęła się powoli, słodko, prawie niewinnie.

    — Oj, braciszku… — powiedziała przeciągle, specjalnie używając tego słowa, które, miała pewność, że go wkurzy. — Wyglądasz, jakbyś właśnie połknął cytrynę. Coś nie tak?

    Ryūji zacisnął szczękę tak mocno, że na jego policzku drgnął mięsień.

    — Nie jesteś taka niewinna, na jaką chcesz wyglądać — wycedził. — Manipulujesz ojcem. Manipulujesz wszystkimi. I uważasz, że będę się temu spokojnie przyglądał?

    Suri podeszła krok bliżej. Jej głos był cichy, ale ostry jak brzytwa.

    — Manipuluję? — powtórzyła z niedowierzaniem. — To ty przez cały czas mnie poniżałeś, torturowałeś na treningach i traktowałeś jak wroga, a teraz jesteś zły, że ojciec stanął po mojej stronie? — Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, choć w środku czuła mieszankę satysfakcji i lekkiego obrzydzenia do samej siebie. — Może gdybyś nie był takim dupkiem od samego początku, też miałbyś szansę postawić na swoim.

    Ryūji zrobił krok w jej stronę. Przez chwilę myślała, że straci panowanie nad sobą, ale on tylko patrzył na nią z wściekłością.

    — Ciesz się tym triumfem, siostrzyczko — powiedział cicho, z jadem w głosie. — Jeszcze dwa miesiące zajęć. A potem… Nivaria. Zobaczymy, jak długo będziesz taka pewna siebie, kiedy znajdziesz się na moim terenie.

    Dziewczyna spojrzała na niego wymownie.

    — Na twoim terenie? — powtórzyła z rozbawieniem. — Mogę się założyć, że tam również wszyscy nienawidzą cię tak, jak tutaj. Wkładasz wiele wysiłku w to, żeby tak było. — Nachyliła się lekko. — Poza tym chyba zapominasz, kto jest prawowitą dziedziczką. 

    Odwróciła się na pięcie i odeszła, czując na plecach jego palące spojrzenie. W głębi duszy wiedziała, że nie jest z siebie dumna. Zwykle starała się być empatyczna i wyrozumiała, jednak Ryūji działał na nią jak czerwona płachta na byka. Przy nim po prostu miała ochotę być wredna.

    Westchnęła cicho, opuszczając halę treningową. Jeszcze dwa miesiące zajęć w Akademii, a potem naprawdę pozna swojego biologicznego ojca. Ku jej własnemu zaskoczeniu, mimo wszystkiego, co się wydarzyło… czekała na te wakacje z prawdziwą ciekawością.

    ✩ ✩ ✩

    Aron

    Zajęcia historii były jak zawsze przytłaczająco nudne. Profesor wyświetlał na wielkim hologramie mapy starożytnych konfliktów, a jego monotonny głos działał jak środek nasenny. W tylnych rzędach ktoś cicho szeptał, ktoś inny stukał palcami w blat. Aron siedział w środkowej ławce, z brodą opartą na dłoni, i patrzył przed siebie pustym wzrokiem.

    Jeszcze kilka dni temu martwił się głównie o Kruka. Teraz niepokoiła go własna przyszłość. Wiedział, że przegrał. Suri go nienawidziła — i miała ku temu powody. Przez długi czas traktował ją jak intruza, zagrożenie dla Kruka, dziewczynę, która tylko sprowadzi problemy. Nigdy nie ukrywał swojej niechęci, a teraz ona miała decydować, kto pojedzie na letni trening do Nivarii. On na tej liście raczej się nie znajdzie.

    Kruk siedział obok niego, jak zawsze milczący. Aron nachylił się lekko.

    — Myślisz, że jest jakaś szansa? — szepnął. 

    Kruk westchnął cicho.

    — Porozmawiam z nią — mruknął. — Ale niczego nie obiecuję. Wiesz, jak jest.

    Aron kiwnął głową, choć w środku czuł ciężar. Kruk też nie wyglądał na przekonanego. Obaj od dziecka marzyli o tym samym — o tym, żeby w końcu znaleźć miejsce, gdzie Illi’andin są traktowani jak coś więcej niż narzędzia Rady. Nivaria wydawała się ich jedyną realną szansą. Teraz wszystko zależało od decyzji Suri.

    Chłopak odchylił się na krześle i spojrzał w sufit. Profesor nadal mówił coś o traktatach z drugiego wieku, ale słowa docierały do niego jak przez watę. W tylnym rzędzie ktoś parsknął cichym śmiechem. Normalna, leniwa atmosfera nudnej lekcji. Tylko jemu wcale nie było do śmiechu. Wyobraził sobie, jak Suri wybiera Kruka, a jego zostawia tutaj. Na łasce Rady. Na kolejne lata służby, z której nigdy nie będzie realnego wyjścia.

    Westchnął ciężko.

    — Mam nadzieję, że ją przekonasz — szepnął w końcu. — Bo jak nie… to będzie bolało.

    Kruk nie odpowiedział. Tylko zacisnął szczękę i patrzył przed siebie. Obaj wiedzieli, że to nie będzie łatwa rozmowa.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, nie mogąc oderwać wzroku od czarnego jajka, które leżało na poduszce przed nią. Serce waliło jej jak szalone. Kruk siedział tuż obok, oparty plecami o wezgłowie łóżka, z ręką leniwie przerzuconą przez jej talię. W pokoju panowała przyjemna, intymna cisza — tylko oni dwoje, ciepłe światło lampki i jajko, które powoli zaczynało pękać. Srebrny smok z zaciekawieniem przyglądał się temu, owinięty wokół ramion Kruka, niczym szalik. Suri wydawało się, że za każdym razem, kiedy go widzi, smok staje się odrobinę większy. 

    — No dalej… — szepnęła dziewczyna z ekscytacją, pochylając się bliżej jajka. — Proszę, wykluj się już…

    Jajko drgnęło, jakby usłyszało jej prośbę. Suri wstrzymała oddech. Kruk też się wyprostował, zaciekawiony.

    Pierwsze pęknięcie pojawiło się na szczycie. Potem kolejne. Z wnętrza wydobyła się delikatna, błękitna poświata. Suri pisnęła cicho z radości, gdy z jajka wyłoniła się mała, czarna główka z uszami o ciemnoniebieskich końcówkach. Chwilę później cały chowaniec wydostał się na świat — elegancki, czarny lis z siedmioma ogonami, których końce mieniły się głębokim, nocnym błękitem. Bijąca od niego delikatna, niebieska aura wypełniła pokój magicznym, hipnotyzującym blaskiem. Istota wyglądała, jak żywcem wyjęta z japońskich mitów. 

    — O jejku… — wyszeptała Suri, czując, jak po plecach przechodzą jej dreszcze zachwytu. — Jesteś… jesteś absolutnie piękny.

    Kitsune otrząsnął się, strzepując resztki skorupki, i spojrzał na nią inteligentnymi, srebrzystymi oczami. Suri wyciągnęła ręce, a on bez wahania wskoczył jej na kolana. Był lekki, ciepły i… od razu zaczął ocierać się o jej dłonie, żądając pieszczot jak rozkapryszony kot.

    — Kuro — szepnęła Suri z uśmiechem, głaszcząc go po miękkim futrze. — Będziesz miał na imię Kuro.

    Lis zamruczał cicho, wydając z siebie niski, zadowolony dźwięk, i wtulił się w jej brzuch, machając wszystkimi siedmioma ogonami. Suri roześmiała się radośnie i spojrzała na Kruka, promieniejąc.

    — Widzisz go? Jest idealny!

    Chłopak uśmiechnął się lekko, ale w tym momencie Kuro nagle uniósł głowę i syknął na niego ostrzegawczo, pokazując małe, ostre zęby.

    — Hej! — Kruk bez ceregieli złapał lisa za kark. Kuro zawisł w powietrzu, prychając i machając łapkami. — Słuchaj no, mały. To ja cię znalazłem. To ja cię oddałem Suri. Powinieneś być mi wdzięczny, a nie próbować mnie gryźć.

    Kitsune prychnął jeszcze raz, ale po chwili przestał się szarpać. Kruk postawił go z powrotem na kolanach Suri. Kuro natychmiast przywarł do niej całym ciałem, ocierając się o jej dłoń i mrucząc głośno, jakby chciał powiedzieć: „ona jest moja”.

    Suri parsknęła śmiechem, tuląc lisa do siebie.

    — On cię nie lubi — stwierdziła z rozbawieniem, ale w jej głosie było tyle szczęścia, że Kruk tylko przewrócił oczami i przyciągnął ją do siebie razem z lisem.

    — Byleby ciebie lubił — mruknął, całując ją w skroń.

    Dziewczyna zamknęła oczy, czując ciepło ciała Kruka, miękkie futro Kuro i tę ogromną, falującą w piersi euforię. Wszystko się wreszcie układało. Miała Kruka. Miała ojca, który okazał się lepszy, niż się spodziewała. Miała Kuro — swojego pięknego, magicznego chowańca. A za dwa miesiące będzie miała okazję odwiedzić Nivarię. Czuła się… absurdalnie wręcz szczęśliwa.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Wspólny salon Feniksów wypełniał przyjemny gwar rozmów i śmiechy. Suri siedziała na dużej, miękkiej kanapie z nogami podkulonymi pod siebie, a na jej kolanach rozciągnięty był Kuro — czarny lis z siedmioma ogonami, który leniwie mruczał, gdy głaskała go po futrze. Błękitna poświata bijąca od jego ogonów delikatnie oświetlała jej dłonie.

    — No dobra, to teraz serio — odezwała się Laila, siedząc naprzeciwko ze szklanką w dłoni. — Musimy ustalić płeć naszych maluchów. Jak na razie wszyscy mówimy „on” albo „ono” i to jest chaotyczne.

    Cameron parsknął śmiechem, głaszcząc swojego małego gryfa, który akurat był w rozmiarze kota i drzemał mu na kolanach.

    — Mój jest samcem — oznajmił z dumą. — Sprawdziłem.

    — Też samiec — dodał Christopher, drapiąc za uchem swojego białego tygrysa, który leżał rozciągnięty na podłodze jak ogromny dywan.

    Suri uśmiechnęła się i spojrzała na Kuro, który właśnie przewrócił się na grzbiet, wystawiając brzuch do pieszczot.

    — A mój… — zaczęła, ale nie zdążyła dokończyć.

    Laila nagle wstała, podeszła bliżej i bez najmniejszego skrępowania złapała Kuro za kark.

    — No daj, sprawdzę — powiedziała beztrosko i uniosła lisa w górę.

    Kuro zamarł na ułamek sekundy, a potem eksplodował furią. Zasyczał głośno, machając wszystkimi siedmioma ogonami i próbując ugryźć Lailę w rękę. Błękitna poświata wokół niego rozbłysła gwałtownie.

    — Hej, spokojnie mały! — Laila roześmiała się i szybko odwróciła go, żeby spojrzeć między tylne łapy. — O, samiec! Gratulacje, Suri, masz lisa-chłopaka!

    Puściła Kuro z powrotem na kolana Suri. Kitsune wylądował z godnością, ale od razu odwrócił się tyłem do Laili. Usiadł sztywno, z nastroszonymi ogonami i uszami położonymi po sobie. Suri czuła, jak całe jego małe ciałko drży z oburzenia.

    — Już dobrze… — szepnęła, starając się nie roześmiać, i pogłaskała go po grzbiecie.

    Kuro prychnął głośno, spojrzał na Lailę z czystą nienawiścią i demonstracyjnie wtulił się w pierś Suri, chowając pyszczek w jej swetrze. Wyglądał jak obrażony książę, któremu właśnie odebrano godność.

    — O nie… — Laila zakryła usta dłonią, ale jej oczy się śmiały. — Chyba mam wroga na całe życie.

    — Gratuluję — parsknęła Suri, tuląc chowańca mocniej. 

    Kuro zamruczał z aprobatą, ocierając się o jej brodę, jakby chciał powiedzieć „w końcu ktoś mnie rozumie”. Dziewczyna roześmiała się cicho, czując, jak w piersi buzuje jej ciepła, lekka radość. Nawet takie głupie, codzienne momenty z przyjaciółmi i z Kuro sprawiały, że wszystko wydawało się… prostsze i lżejsze. Nigdy, przenigdy nie chciała tego zmieniać.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Ryūji się nie poddał. Wciąż żądał od niej, żeby przychodziła na jego treningi, a Akademia nie pozostawiała jej żadnego wyboru. Suri weszła na salę treningową z Kuro w ramionach, wciąż nie do końca wierząc, że to ma sens. Jednak, ku jej zdumieniu, Ryūji po tym wszystkim, co między nimi zaszło, nagle zachowywał się prawie… normalnie?

    Kiedy tylko weszła, jej lis uniósł głowę i… rozpromienił się. Dosłownie. Siedem ogonów zafalowało z radością, a błękitna poświata wokół niego stała się jaśniejsza. Kuro zeskoczył z jej rąk i podbiegł prosto do Ryūjiego, ocierając się o jego nogę jak kot, który właśnie zobaczył ulubionego człowieka.

    Dziewczyna zamrugała zaskoczona.

    — No proszę — mruknął Ryūji z lekkim, niemal szczerym uśmiechem. Pochylił się i podrapał Kuro za uchem. Lis zamruczał głośno i z entuzjazmem. — Widzę, że ma dobry gust.

    Suri skrzyżowała ramiona na piersi.

    — On cię lubi — stwierdziła z niedowierzaniem. — Kuro, ty tak na serio? — spytała swojego chowańca z powątpiewaniem.

    Kitsune podniósł na nią łepek, a potem bezwstydnie wrócił do ocierania się o nogi jej brata. Ryūji wyprostował się, patrząc na nią z tym swoim charakterystycznym, lekko drwiącym uśmieszkiem.

    — Powinnaś go karmić krwią — powiedział swobodnie, jakby mówił o zwykłym jedzeniu suchej karmy. — Najlepiej twoją. To przyspieszy jego rozwój. W Nivarii poznasz mojego smoka. On też lubi krew. Dobrze się dogadają.

    Ku zdumieniu Suri brzmiał na odrobinę rozmarzonego i… patrzył na Kuro z prawdziwym zachwytem. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że jej oczy się rozszerzają.

    — Chwila… ty… chyba naprawdę masz rozdwojenie jaźni. Co cię dzisiaj napadło, że nagle jesteś dla mnie prawie miły? — spytała powątpiewająco. — Poza tym lubisz magiczne zwierzęta? — kontynuowała swoją wypowiedź. — Serio? Myślałam, że lubisz tylko torturowanie ludzi.

    Ryūji parsknął cicho, ale w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia.

    — Lubię jedno i drugie. To się nie wyklucza.

    Suri pokręciła głową.

    — Nie ma mowy. Nie będę karmiła chowańca moją krwią. To brzmi jak początek jakiegoś mrocznego rytuału.

    — W takim razie zrobię to ja — wzruszył ramionami Ryūji.

    Zanim zdążyła zaprotestować, mężczyzna wyciągnął mały, ostry sztylet, naciął opuszek własnego palca i pozwolił kilku kroplom krwi spaść na pyszczek Kuro. Kitsune zlizał je z entuzjazmem, a potem spojrzał na Suri z miną pełną satysfakcji, jakby chciał powiedzieć „Widzisz? On wie lepiej od ciebie”.

    Od tamtej pory na każdym treningu powtarzała się ta sama scena. Ryūji karmił Kuro swoją krwią, a lis rósł w oczach. Z każdym dniem był większy, silniejszy, jego ogony stawały się dłuższe i bardziej puszyste, a błękitna poświata intensywniejsza. Suri patrzyła na to z mieszanką fascynacji i lekkiego przerażenia.

    — Wiesz — mruknęła pewnego dnia, gdy Kuro już prawie sięgał jej do pasa — zaczynam się czuć, jakbyś próbował przekupić mojego chowańca.

    Ryūji uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu.

    — Po prostu wiem, co działa. A on… — spojrzał na lisa, który właśnie ocierał się o jego nogę — najwyraźniej ma dobry gust.

    Suri westchnęła ciężko, ale w głębi duszy musiała przyznać, że ta dziwna, pokręcona dynamika między nią, Ryūjim i Kuro… zaczynała ją bawić. Kto by pomyślał, że jej wredny brat będzie najlepszym „trenerem chowańców” w całej Akademii.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Obudziła się powoli, czując przyjemne ciepło po drugiej stronie łóżka. Uśmiechnęła się przez sen — Kuro musiał w nocy znowu wleźć pod jej kołdrę. Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać miękkie futro… I zamiast futra natrafiła na gładką, ciepłą skórę. 

    Gwałtownie otworzyła oczy. Obok niej, wtulony w poduszkę, leżał… chłopak. Mniej więcej w jej wieku, o delikatnych, niemal eterycznych rysach twarzy. Czarne, lekko potargane włosy opadały mu na czoło, a z nich wystawały urocze, czarne lisie uszy. Za plecami leniwie poruszało się siedem ogonów — czarnych z ciemnoniebieskimi końcówkami, które łagodnie świeciły błękitną poświatą.

    Suri pisnęła i usiadła gwałtownie, podciągając kołdrę pod brodę.

    — Kuro?!

    Chłopak otworzył srebrzyste oczy i spojrzał na nią z czystą, dziecięcą ekscytacją. Uśmiechnął się szeroko — był prześliczny. Nie w typowo męski, surowy sposób. Wyglądał raczej jak dopieszczony koreański idol, który właśnie zszedł z plakatu.

    — Dzień dobry! — powiedział radośnie, a jego głos był zaskakująco melodyjny.

    Dziewczyna zamrugała kilka razy, czując, jak twarz jej płonie.

    — Może… może chciałbyś się ubrać? — wydusiła z siebie, starając się nie zwracać uwagi na to, że był kompletnie nagi.

    Kuro przechylił głowę, a jego uszy drgnęły z ciekawości. Jeszcze szybciej zamachał ogonami.

    — Ubrać? — powtórzył z entuzjazmem, jakby usłyszał najfajniejszą propozycję świata.

    Suri westchnęła, zakrywając twarz dłonią, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. To było jednocześnie absurdalne i urocze.

    Kilka minut później oboje stali przed dużym hologramem w jej pokoju. Kuro przeglądał wirtualne butiki z takim zachwytem, jakby właśnie dostał nieograniczony dostęp do raju.

    — Ten! — zawołał radośnie, wskazując na czarną, elegancką koszulę z subtelnym niebieskim akcentem. — Pasuje do moich ogonów!

    Suri stała z boku, oparta o framugę drzwi, i patrzyła na niego z ciepłym, rozbawionym uśmiechem. Kuro kręcił się przed hologramem, przymierzając kolejne rzeczy — raz luźny, modny sweter, raz bardziej formalną marynarkę i dziesiątki innych ubrań. Wyglądał przy tym jak podekscytowany nastolatek, który po raz pierwszy ma wolną rękę w kwestii wyboru ciuchów.

    — Jesteś niemożliwy — mruknęła Suri, kręcąc głową, ale nie mogła przestać się uśmiechać.

    Kuro odwrócił się do niej z błyszczącymi oczami.

    — Mogę mieć ogon na wierzchu? Tylko jeden? Będzie wyglądał bardzo stylowo!

    Suri parsknęła śmiechem.

    — Oczywiście — przytaknęła mu, tłumiąc rozbawienie. — Przynajmniej dopóki jesteśmy na terenie Akademii.

    Kuro podbiegł do niej i przytulił się z entuzjazmem, tak samo jak robił to w lisiej postaci. Suri objęła go, czując w piersi falę ciepła. To było dziwne. Absurdalne. Ale jednocześnie… cholernie urocze.

    ✩ ✩ ✩

    Kuro

    W końcu. Stał przed hologramem i z zadowoleniem przyglądał się swojemu odbiciu. Czarne włosy, srebrzyste oczy, siedem ogonów, które postanowił schować na razie pod iluzją, ale i tak czuł ich moc. Uśmiechnął się szeroko, ukazując delikatne kły. Był piękny. Idealny. Tak jak jego Suri.

    Kiedy już zdecydował się, w co się ubrać, odwrócił się do dziewczyny i z entuzjazmem poprawił jej kołnierzyk, a potem delikatnie ułożył jej włosy. Lubił ją stroić. Podobało mu się, kiedy wyglądała idealnie. Wszyscy będą patrzyli na nią… a przez to także na niego.

    — Gotowa? — zapytał, posyłając jej radosny, dziecięcy uśmiech.

    Suri skinęła głową, wciąż trochę rozbawiona. Wzięła go za rękę i razem weszli do wspólnego salonu Feniksów. W chwili, gdy przekroczyli próg, w pokoju zapanowała absolutna cisza. Potem wybuchło pandemonium.

    — O cholera… — wyszeptał Lucas, wstając powoli z kanapy.

    — To… to jest Kuro?! — pisnęła Laila, robiąc wielkie oczy.

    Gryf Camerona uniósł głowę i natychmiast położył uszy po sobie. Tygrys Christophera cofnął się o krok. Nawet króliczek Emiyo schował się za jej nogami.

    Kuro napawał się tym wszystkim. Czuł, jak ich zdumienie, ciekawość i lekkie przerażenie spływają po nim jak najsłodszy miód. Patrzcie na mnie. Patrzcie na nas. Uśmiechnął się szerzej, niewinnie i jednocześnie drapieżnie.

    Lucas nie czekał. Natychmiast chwycił tablet, wybierając połączenie alarmowe.

    — Dyrektor Morrigan? Proszę natychmiast przyjść do naszego salonu. Mamy tu… niecodzienną sytuację.

    Kuro zachichotał w myślach. Tak, wezwijcie ją. Niech wszyscy przyjdą podziwiać.

    Gdy Morrigan weszła kilka minut później, w salonie panowała już pełna konsternacja. Dyrektorka zatrzymała się w progu i przez chwilę zaciekawiona przyglądała się Kuro.

    — No proszę… — powiedziała cicho, a na jej twarzy pojawił się wyraz szczerego oczarowania. — Legendarny chowaniec, ewoluujący do formy humanoidalnej. To się zdarza niezwykle rzadko. Gratuluję, Suri. Jesteś po raz kolejny… gwiazdą Akademii.

    Dziewczyna zarumieniła się lekko, ale Kuro poczuł falę czystej, dziecięcej dumy. Oczywiście, że jest gwiazdą. Jest moja.

    Kiedy dyrektor Morrigan wyszła, Suri westchnęła i usiadła na kanapie, przyciągając Kuro do siebie.

    — Wiesz… myślę, że to Kruk powinien cię mieć — powiedziała cicho, głaszcząc go po włosach. — To on cię znalazł.

    Kuro zamarł. Na samą myśl, że mogłoby jej nie być obok niego, ogarnął go zimny, lepki strach. Nie ma takiej opcji!

    Na zewnątrz uśmiechnął się uroczo i przytulił mocniej do jej boku.

    „Ale ja cieszę się, że jestem twój” — wysłał jej swoją myśl, z dziecięcą radością. — „On by mnie nie docenił. A ty… ty mnie głaszczesz tak, jak lubię.”

    Suri drgnęła gwałtownie. Szeroko otworzyła oczy i spojrzała na niego z kompletnym zaskoczeniem.

    — Kuro…?! — wyszeptała. — Ty… do mnie mówisz? W mojej głowie?!

    Kitsune uśmiechnął się jeszcze szerzej, a jego srebrzyste oczy zalśniły z radości. Wtulił się mocniej w jej bok, ocierając policzkiem o jej ramię.

    „Oczywiście, że mówię” — odpowiedział w myślach, tym razem z wyraźną dumą. — „Jestem twój. Mogę robić wszystko, co zechcesz. Nawet… pozbyć się tych, którzy na ciebie źle patrzą.”

    Dziewczyna odruchowo pogłaskała go po włosach. Kuro zamruczał z czystej rozkoszy. Feniksy zaczęły coś mówić do Suri, ale Kuro ich nie słuchał. W jego srebrzystych oczach błysnęło coś mrocznego i radosnego jednocześnie. Ona jest moja i nikt mi jej nie zabierze. Zamierzał tego dopilnować, nawet jeśli musiałby wysłać kogoś w najgłębsze koszmary, żeby tak zostało.

    Note