Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Kiedy wybiegam z wieży, Alexei już na mnie czeka. Bez zastanowienia wpadam mu w ramiona, oplatając jego szyję rękami. Przytulam się do niego całą sobą. Jest zaskoczony, ale przyciąga mnie do siebie bez wahania.

    — Pamiętam — szepczę. — Jeszcze nie wszystko, ale pamiętam ciebie. Dlaczego cię zapomniałam? — pytam ze łzami w oczach. 

    Odsuwam się od niego na tyle, żeby móc spojrzeć mu w oczy. Alexei delikatnie ściera kciukiem łzę z mojego policzka. 

    — Znasz moje prawdziwe nazwisko? Wiesz kim jestem? — pyta cicho. 

    I wtedy sobie to uświadamiam. Alexei Lunaris, królewicz, następca tronu… i chłopiec, który całe swoje dzieciństwo spędził pod opieką Archerów. 

    — Tak — szepczę. 

    On kiwa głową.

    — Dobrze — sprawia wrażenie jakby mu ulżyło. — Magia nie pozwalała mi nic powiedzieć. Kiedy okazało się, że jestem wilkiem… to było jedyne rozwiązanie. Wszyscy zapomnieli o moim istnieniu, a ja zostałem adoptowanym synem księcia Vaessena. Dzięki temu mogłem bezpiecznie dołączyć do watahy. 

    Rozumiem, aż nazbyt dobrze, że w tym świecie zdarzają się wypadki, a Alexei… od wczesnego dzieciństwa próbowano go zamordować. Próby otrucia, skrytobójcy, zaaranżowane wypadki. Dlatego właśnie znalazł się pod opieką Archerów. I, być może właśnie z tego powodu, zginął mój wuj i jego rodzina. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Siedzimy we trójkę nad brzegiem jeziora Sky’a, tam gdzie trawa jest najmiększa, a woda odbija wieczorne światło niczym lustro. Ja siedzę na swojej bluzie, Sky po mojej lewej stronie na swoim ulubionym kamieniu, Alexei kilka kroków dalej — sztywny, z rękami opartymi o trawę, patrzący gdzieś w dal. Między nimi wisi napięcie tak gęste, że można by je kroić nożem.

    Zawsze się kłócili. Od kiedy sięgam pamięcią, która nareszcie nie jest ukryta, ale to było… zwyczajne. Jak dwa psy walczące o tę samą kość. Teraz jednak jest inaczej. Teraz jest w tym prawdziwa, głęboka niechęć. 

    — Zawsze się sprzeczaliście, ale teraz… — mówię cicho, patrząc to na jednego, to na drugiego. — Czemu teraz tak bardzo się nienawidzicie?

    Sky odwraca wzrok. Patrzy na taflę jeziora, jakby było w niej coś niezwykle interesującego. Milczy. Alexei zaciska pięści tak mocno, że knykcie mu bieleją. Też nie patrzy w moją stronę. Cisza się nieprzyjemnie przeciąga. 

    — Alexei? — naciskam delikatnie. — Sky?

    Kelpie wzdycha ciężko, jakby właśnie przegrał jakąś wewnętrzną bitwę. Odwraca się w moją stronę, ale patrzy gdzieś ponad moim ramieniem.

    — Poszło o ciebie — mruczy niechętnie, prawie przez zęby. — Alexei powiedział, że się z tobą ożeni.

    Przez chwilę panuje absolutna cisza. Mrugam zaskoczona. Moje serce robi salto.

    — On… co? — pytam cichutko.

    Sky parska krótkim, gorzkim śmiechem.

    — Powiedział, że się z tobą ożeni i to tylko kwestia czasu, bo jesteś jego. I że nikt mu cię nie zabierze. Szczególnie ja. 

    Patrzę na Alexei’a. Siedzi nieruchomo, ale widzę, jak mięśnie na jego szczęce pracują. Nie zaprzecza. Nie mówi ani słowa. W moim brzuchu motyle nie tylko fruwają — one urządzają tam totalny chaos. Czuję, jak policzki mi płoną, a serce bije tak mocno, iż jestem pewna, że obaj to słyszą.

    — Alexei… — szepczę, bo nie wiem, co innego powiedzieć.

    On w końcu odwraca głowę. Patrzy na mnie. Bez maski. Bez arogancji. Tylko czysta, szczera, bezbronna prawda. I nagle nie jestem już pewna, czy chcę wiedzieć, co będzie dalej.

    Sky milknie, jakby właśnie powiedział za dużo. Odwraca wzrok z powrotem w stronę jeziora.

    Alexei powoli wypuszcza powietrze i odwraca się w moją stronę. Nie ma na twarzy ani śladu zakłopotania. Tylko ta sama, absolutna pewność, którą widziałam u niego od samego początku.

    — Powiedziałem, że się z tobą ożenię — mówi spokojnie, jakby mówił o tym, że jutro będzie padać. — Nie „może”. Nie „kiedyś”. Powiedziałem, że to tylko kwestia czasu. Jesteś moja. I nikt mi cię nie zabierze. Szczególnie on.

    Jego głos jest niski, ale absolutnie pewny. Nie mruga. Nie odwraca wzroku. Patrzy prosto na mnie, jakby chciał, żebym zobaczyła każdą myśl, którą kiedykolwiek miał na mój temat.

    Sky parska ostrym, gorzkim śmiechem.

    — No właśnie. Powiedział to tak, jakbyś była jego własnością od urodzenia. — Sky groźnie mruży oczy. — Chciał cię stąd zabrać — niemalże warczy. 

    Alexei nawet na niego nie patrzy. Całą uwagę skupia na mnie.

    — Bo jesteś — mówi cicho, ale tak stanowczo, że czuję, jak motyle w moim brzuchu robią potrójne salto. — Od zawsze. Jeszcze zanim dowiedziałem się, kim naprawdę jesteś. Jeszcze zanim ktokolwiek inny wiedział, że będziesz dziedziczką. Wybrałem cię dawno temu, Evie. I nie zamierzam się z tego wycofać.

    Przez chwilę nie mogę oddychać.

    — Ty tak na… serio? — szepczę.

    — Serio — odpowiada bez mrugnięcia. — I nie obchodzi mnie, co ktokolwiek mówi. Jest tak, jak jest. I będzie tak, dopóki mi na to pozwolisz. 

    Sky kręci głową z niedowierzaniem i mruczy pod nosem coś o „złotym idiocie”, ale ja ledwo go słyszę. Bo Alexei patrzy na mnie tak, jakby cały świat mógł się skończyć, a on i tak by tu siedział — dokładnie w tym samym miejscu, z tą samą pewnością w oczach. I tym razem naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Czuję, jak serce mi bije zbyt głośno, a motyle w brzuchu urządzają tam totalny karnawał.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Alexei staje w drzwiach mojego pokoju, a ja natychmiast łapię się na tym, że zastanawiam się, czy jestem odpowiednio ubrana i czy nie mam rozczochranych włosów. To piekielnie krępujące.  

    — W rezydencji Vaessenów mieszka ktoś, z kim musisz się spotkać. Nie mogłem zabrać cię tam wcześniej. Nie dopóki nie wróciły do ciebie wymazane wspomnienia. 

    — Dobrze — odpowiadam uśmiechając się do niego. — Pojedźmy tam.

    Etienne pojawia się za jego ramieniem. Nie pyta. Nie musi. Ten wyraz twarzy znam już zbyt dobrze — zamierza jechać ze mną i nie odpuści, choćby musiał o to walczyć z Alexei’em.

    — Twoja obecność nie jest konieczna — biały wilk zwraca się do niego z wyraźną irytacja.

    — Jest — odpowiada mu chłodno Etienne. 

    Wzdycham ciężko, ale muszę przyznać, że również wolę, żeby mój brat przy mnie był i od razu o wszystkim wiedział. 

    — Albo jedziemy oboje, albo nie ruszam się z domu — mówię, żeby uniknąć ich kłótni.

    Alexei milczy chwilę za długo, a potem niechętnie kiwa głową. Etienne wygląda na usatysfakcjonowanego.

    Rezydencja Vaessenów uderza jasnością już od progu, zanim zdążę zdecydować, czy ten blask jest gościnny, czy jedynie dobrze wychowany. Kamień jest prawie biały, okna szerokie, a światło wlewa się do środka bez zgody, jakby dom od dawna uważał, że mu się należy. Powietrze pachnie ściętą trawą i cytrusami, nie ma w nim nadmiaru róż ani starej magii, która osiada na języku i zostaje na resztę dnia. Dwór Orchidei, ujrzawszy te równo przycięte żywopłoty, obraziłby się do końca sezonu i jeszcze przez pół zimy odmawiałby otwierania drzwi. Tutaj kwiaty rosną dokładnie tam, gdzie je posadzono, słuchają się rabat i — co jest najbardziej obce — nie próbują mnie objąć. Etienne idzie obok mnie w milczeniu. W tym blasku wygląda mroczniej niż w domu, jak czarny kot, któremu ktoś zabrał ulubiony kąt.

    Na stopniach czekają na nas gospodarze. Lady Vaessen uśmiecha się pierwsza, ciepło, bez tej salowej oceny, którą na balach rozpoznaję już podświadomie.

    — Panienko Archer — mówi pan domu i lekko pochyla głowę. — Witamy.

    — Evie — poprawia łagodnie pani Vaessen. — Tak zwracaliśmy się do ciebie, kiedy bywałaś tu jako dziecko. Jeśli wolisz inaczej, powiedz.

    Serce podskakuje we mnie nieproszone.

    — Evie wystarczy. Dziękuję, za zaproszenie.

    Etienne dostaje ukłon oszczędniejszy i oddaje taki sam. Nikt nie udaje, że nie widzi, kim jest. Nikt też nie robi z tego przedstawienia.

    Alexei nie prowadzi nas do salonu.

    — Chodźcie — mówi tylko, kierując się ku ogrodom.

    Ścieżka jest tak samo jasna jak reszta domu. Rabaty płoną kolorami, których Dwór Orchidei nie uznałby za poważny — koral, cytrynowa żółć, błękit tak czysty, że aż nudny. Na końcu stoi altanka obrośnięta białymi pnączami, które zostają na drewnie. Żadne z nich nie sięga po mój rękaw. 

    W altance siedzi dziewczyna. Ma złote, opadające na ramiona włosy i jasną sukienkę. Podnosi głowę, a ja zamieram. To… niemożliwe! 

    — Sara!

    Imię wychodzi ze mnie za głośno, przełamując jakiekolwiek zasady prawdopodobieństwa. Nie mogę w to uwierzyć. Moja kuzynka… żyje!

    Ona wstaje tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedziała niemalże się przewraca.

    — Evie! — Biegnie. Rzuca mi się na szyję z takim impetem, że powietrze uchodzi mi z płuc. Jest ciepła. Pachnie jaśminem i czystym mydłem. Żyje. — Tak bardzo za tobą tęskniłam — mówi mi w ramię.

    Przytulam ją i przez jej włosy patrzę na Alexei’a. Stoi dwa kroki dalej, z rękami w kieszeniach. Wygląda na kogoś, kto wreszcie doniósł wiadomość pod właściwy adres i może przestać się zadręczać.

    — Kiedy pojawili się zabójcy, schowała się w jednej z twoich starych kryjówek — wyjaśnia cicho.

    Sara kiwa głową, nie odrywając się ode mnie.

    — To, że jak byłyśmy małe, szukałam cię po całym Dworze, uratowało mi życie — mówi w mój kołnierz. — Siedziałam w ukrytym przejściu do biblioteki. Pamiętasz? Tym, które odkryłaś, a o którym nie wiedzieli nawet moi rodzice. Kiedy przyszli… nie wyszłam. Potem zjawił się książę Vaessen. Sfingował moją śmierć u boku rodziców. Zabrał mnie do swojego domu. 

    Odsuwa się odrobinę. Prostuje ramiona. Dyga lekko, z nutą rozbawienia.

    — Jestem teraz Lilien Vaessen.

    Lilien, jej drugie imię. Rozumiem, czemu już nie może używać pierwszego. Śmiejemy się i łkamy jednocześnie. Sara żyje. Mam ochotę uściskać Alexei’a i przyłożyć mu za to, że dopiero teraz mi o tym powiedział. 

    Etienne stoi na skraju rabaty. Nie przerywa. Patrzy na Sarę, na Alexei’a, na mnie — i przez więź czuję, jak jego ostrożność zmienia kształt. Nie znika. Przesuwa się z „co knuje Vaessen” na „czy ta dziewczyna jest naprawdę kuzynką, którą Evie opłakiwała”. Nie mam teraz jednak miejsca na jego podejrzenia. Sara stoi przede mną cała i zdrowa. Naprawdę żyje. 

    Kuzynka, której rolę odziedziczyłam, której urodziny pamiętam lepiej niż własne. Stoi przede mną, złotowłosa, prawdziwa, i mówi, że szukanie mnie po domu uratowało jej życie. 

    Ściskam jej ramiona i patrzę tak długo, aż oczy zaczynają mnie piec.

    — Jesteś wyższa — mówię, bo mądrzejsze zdania jeszcze do mnie nie wróciły.

    — Ty też — odpowiada z uśmiechem. — I znowu biegasz z chłopakami.

    Alexei podchodzi bliżej i staje tuż za moimi plecami. 

    — Nie mogłem powiedzieć ci wcześniej, bo magia nie pozwalała mi poruszać jakichkolwiek kwestii związanych z moją tożsamością. Również z rodziną Vaessenów — odzywa się cicho. — Przepraszam, Evie.

    Sara przytula mnie jeszcze raz, krócej, jakby bała się, że jeśli puści na dobre, wpadnę z powrotem w tę dziurę, którą ktoś zostawił w mojej pamięci. Wciąż wpatruję się w nią z niedowierzaniem, ale ogarnia mnie czyste szczęście. Sara żyje! To najpiękniejsze co mogło się wydarzyć. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Vaessen zaprosił ją do swojego domu. Siedzę w powozie naprzeciwko nich i liczę, ile razy Evie na niego spojrzy. Zdecydowanie za dużo. Dosłownie do niego lgnie, nie teatralnie, gorzej, zupełnie naturalnie. Jakby ręka białego wilka była poręczą, której od zawsze używała na ciemnych schodach.

    Rezydencja jest jasna do mdłości. Biały kamień, żywopłoty przycięte pod linijkę, powietrze przesiąknięte zapachem cytrusów. Dwór Orchidei od razu unicestwiłby te rabaty. Ja też mam ochotę. Dom wygląda, jakby ktoś codziennie rano przepraszał chodnik, za to, że po nim chodzi. Z trudem się powstrzymuję, żeby nie powiedzieć tego na głos. 

    — Jasno — rzucam tylko zdawkowo.

    Vaessen zaszczyca mnie spojrzeniem. Evie już nas nie słyszy. Przed nami stoi altanka, w której wyraźnie zobaczyła kogoś znajomego.

    Ja również patrzę w tamtą stronę i wtedy przestaję liczyć jej spojrzenia. Nieznajoma dziewczyna wstaje z ławki. Włosy ma złote, żywe. Jej niebieskie oczy są tak czyste, że pierwsze, co myślę — zanim zdążę to zganić — to, że ogród powinien przyciemnić się z grzeczności. Twarz ma delikatną, ale nie widać w niej słabości. 

    Kiedy słyszę kim jest, nie dziwię się, że mogła uchodzić za siostrę Vaessena. Mają w sobie podobne światło. 

    Evie wydaje z siebie radosny okrzyk i dziewczyny rzucają się sobie na szyję, a ja stoję na skraju rabaty z całą kolejką złośliwości, które nagle nie wydają się odpowiednie. Stawiam stopę na żwirze za głośno. Poprawiam mankiet, którego nie trzeba poprawiać. Wilk we mnie, który zwykle ma komentarz do wszystkiego, siedzi cicho i tylko patrzy. 

    Później jest herbata. Siedzę przy stole i udaję, że filiżanka wymaga pełnego skupienia. Evie opowiada o Dworze Orchidei. Wymieniają się wspomnieniami z dzieciństwa. Ona z kolei zdaje relację z tego, co działo się z nią przez ostatnie lata. 

    Milczę. Złotowłosa dziewczyna śmieje się cicho znad herbaty. Nie patrzę. Patrzę. Żywopłot po jej lewej mógłby w tej chwili prawdopodobnie uchodzić za najciekawszą rośliną, jaką widziałem kiedykolwiek w życiu.

    Evie nachyla się ku mnie.

    — Jesteś dziwnie cichy.

    Wzdycham. 

    — Wasze kwiaty rosną, gdzie im każą — mówię do Vaessena, nie do niej. — To niezdrowe.

    Sara przygląda mi się z zaskoczeniem, jakby mebel nagle odezwał się po francusku. Uśmiecha się mimo woli, a ja natychmiast znowu milknę. Evie patrzy na mnie tak, jakby zaraz miała wezwać Martina z termometrem. Vaessen nie rozumie, czy ma być wściekły, że wciąż tu jestem, czy wdzięczny, że nie warczę z powodu jego ręki na jej plecach. 

    Pierwszy raz nie potrafię być złośliwy wtedy, kiedy chcę i bardzo mi się to nie podoba. Dziewczyna w altance jest jak myśl, której nie umiem jeszcze ukąsić.

    Note