Rozdział Szósty – Kraina koszmarów
by Vicky
Niewłaściwa dziewczyna
Raon
Następnego dnia po urodzinach dziadka zeszłam na dół wcześniej, niż zwykle. W jadalni rodzice jeszcze przed chwilą rozmawiali, bo echo ich głosów wisiało nad stołem, lecz na mój widok oboje umilkli. Matka odwróciła się pierwsza i uśmiechnęła się do mnie ciepłym, zupełnie obcym uśmiechem.
— Raon, usiądź — odezwała się zbyt łagodnie. — Zjedz coś. Szkoda, że nie zjemy dzisiaj wspólnego śniadania, choć mamy dzień wolny. Iseul i Mir wybrali się na konną przejażdżkę.
Usiadłam. Byłam spięta tak mocno, że nawet łyk herbaty nie chciał przejść mi przez gardło. Przez krótką chwilę pojawiła się we mnie cicha nadzieja, że Iseul z nimi porozmawiała i zmieniła ich nastawienie. Sama jednak w to nie wierzyłam. Uśmiech matki był zbyt nowy. Milczenie ojca było zbyt grzeczne.
Potem do domu wszedł dziadek. Człowiek, który do tej pory nigdy mnie nie zauważał, przeszedł przez próg i stanął bezpośrednio przede mną. Nie szukał Mira. Nie zapytał o Iseul. Cień jego sylwetki położył się na moim talerzu, a ja uniosłam wzrok, ponieważ nie miałam już gdzie go schować.
— Ród De’Vree nie planuje nam odpuścić i zmusza nas do zgody na zaręczyny — powiedział chłodno dziadek. Miałam ochotę mu powiedzieć, że to wręcz wspaniale. Iseul i Cassian byli idealną parą. Powinni być razem. Słowa stanęły mi na języku i zostały tam, bo byłam pewna, że nie wolno mi ich wypowiedzieć. — Dlatego dzisiaj pojedziesz do rezydencji De’Vree — dokończył mężczyzna.
Wpatrywałam się w niego oszołomiona. Herbata w filiżance nawet nie drgnęła, a we mnie wszystko przewróciło się naraz.
— Jak to ja? — szepnęłam.
Ojciec, który siedział obok, położył mi na ramieniu swoją ciężką rękę. Dłoń była ciepła i nie zostawiała miejsca na sprzeciw.
— Postaraj się dla dobra siostry, Raon — odezwała się matka słodko. — Jesteś ładną dziewczyną. Na pewno uda ci się uwieść Cassiana.
— Ale… — zaczęłam.
— W każdym razie nawet nie próbuj tu wracać — uciął ojciec twardo. — Masz zrobić wszystko, co w twojej mocy, żeby nie wyrzucili cię z rezydencji rodu De’Vree. Nieważne, czy to będzie ślub, czy po prostu zostaniesz tam służącą. Ważne, żeby dziedzic patrzył na ciebie, a nie na Iseul.
Wpatrywałam się w rodzinę szeroko otwartymi oczami i miałam wrażenie, że oni wszyscy powariowali. Dziadek stał przede mną z wyrokiem. Matka uśmiechała się, jakby wysyłała mnie na bal. Ojciec trzymał moje ramię, jakby bał się, że wstanę i zniknę, zanim dokończą zdanie. Z trudem przełknęłam ślinę, ponieważ wiedziałam już wystarczająco dużo. Nieważne, co teraz powiem. Oni i tak wyślą mnie Cassianowi.
★ ★ ★
Iseul
Przede mną rozciągały się zielone połacie. Włosy rozwiewał mi wiatr, koń niósł mnie pewnie, a Mir jechał obok tak blisko, że nasze cienie ścigały się po trawie szybciej niż my. Śmiałam się głośno, obłędnie szczęśliwa. Był tylko pęd, słońce i brat, który nie próbował mnie przegonić, tylko galopował obok.
Wszystko układało się tak, jak sobie wymarzyłam. Świat snów był moim światem, a on nareszcie był blisko mnie i uczył się udawać człowieka.
Około południa zwolniliśmy. Zsiadłam z siodła wciąż jeszcze czując krążącą w żyłach adrenalinę, a Mir rozłożył na trawie koc i zaczął układać na nim przygotowane przekąski z taką starannością, jakby piknik mógł naprawić cały poprzedni wieczór. Usiadłam, zdjęłam rękawiczki i wyciągnęłam przed siebie nogi. Atmosfera była luźna. Konie pasły się kilka kroków dalej i udawały, że świat składa się wyłącznie z trawy.
— Dlaczego oświadczył ci się Cassian De’Vree? — zapytał Mir wprost.
Odgryzłam kawałek kruchego ciastka i spojrzałam na niego zaciekawiona, ponieważ pytanie przyszło bez wstępu, jakby nosił je ze sobą od początku wycieczki.
— Co o nim wiesz? — spytałam.
Mir spojrzał na mnie poważnie. Uśmiech powoli zszedł mu z twarzy.
— Jest najmłodszym w historii kapitanem gwardii — powiedział Mir. — Jego talent do kreowania snów został oceniony na SSS, ale według plotek nie mieści się nawet w tej randze. Po prostu nikt nie przewidział wyższej miary, bo nikt dotąd nie dotarł nawet tam.
Uniosłam brwi i odchyliłam się na kocu.
— To może docenił, że mój talent to S+? — rzuciłam swobodnie.
— Nie żartuj z tego, Isi — ostrzegł Mir, patrząc na mnie z niepokojem. — Dla ogółu dziedzic De’Vree jest bohaterem narodowym, ale prywatnie wszyscy w wyższych sferach wiedzą, jak okrutny jest Cassian. Ród De’Vree niejednokrotnie uciszał torturowaną przez niego służbę. Jego przyszła żona z pewnością nie będzie miała lekkiego życia.
Położyłam się na plecach i zasłoniłam oczy ramieniem przed słońcem. Wiatr poruszył trawą przy moim policzku.
— Myślę, że to teraz inna osoba — stwierdziłam, wyciągając się na kocu.
On przecząco pokręcił głową.
— Ludzie się tak łatwo nie zmieniają — odparł Mir. — Możesz jednak mieć pewność, że nikt z rodziny nie zgodzi się na ten ślub, nieważne, co by nam zaoferował. Jesteś dla nas najważniejsza, Isi.
Uśmiechnęłam się w stronę nieba, które znowu nie potrafiło wybrać między dniem a raną po nocy, i nic nie powiedziałam. Jego pewność była ciepła, ochronna, wiedziałam, że nie chce mi zaszkodzić. Oczywiście, że Cassian był niebezpieczny, miałam jednak pewność, że nie jest zagrożeniem dla mnie. Nigdy nim nie był.
Mir położył się na kocu i zamknął oczy, a ja powoli wstałam i wyciągnęłam z juków czarny notatnik. Mój brat oddychał równo. Łąka udawała, że nic niespodziewanego nie ma prawa się tutaj wydarzyć.
Otworzyłam notes na pierwszej pustej stronie i przyłożyłam ołówek do papieru.
Pozwól mi ich zmiażdżyć — przeczytałam pisaną czarnym atramentem prośbę.
Nie — odpisałam stanowczo. — Znajdziemy inny sposób. Oni… szczerze kochali Iseul.
Naprawdę w to wierzysz? — zdanie pojawiło się pod spodem tak szybko, że wyobraziłam sobie jego prychnięcie. — Widząc to, jak traktują Raon?
Iseul to nie Raon — napisałam.
Dusza Iseul była niemalże tak samo mroczna jak dusza Cassiana. Obstawiam, że przez lata odgrywała przedstawienia przed całą rodziną. Na swoją korzyść i niekorzyść Raon.
Też tak myślę — przyznałam. — Teraz jednak to moja rodzina. I muszą przeżyć, żeby mieć szansę zauważyć Raon. Myślę, że ona tego potrzebuje.
Zgoda. Zrobimy to po twojemu. Ale pamiętaj, że nie jestem zbyt cierpliwy.
Uśmiechnęłam się w duchu.
Naprawdę? — zapytałam. — Bo odnoszę wrażenie, że czekałeś na mnie przez ponad dwa lata.
Nawet nie zaczynaj…
Dobrze. W takim razie narysuj coś dla mnie — poprosiłam.
Co tym razem chcesz zobaczyć? — zgodził się zdecydowanie zbyt szybko.
Pokaż mi, jak będzie wyglądała moja roślinka, kiedy już pochłonie odpowiednią ilość strachu.
W notesie powoli zaczął pojawiać się szkic. Pnącze obrosło kwiatami przypominającymi róże, lecz każdy kolejny kielich otwierał się szerzej i ukazywał rzędy ostrych zębów, a łodyga stawała się grubsza, jakby strach zostawiał w niej znacznie więcej, niż tylko smak. Ciernie rosły do środka i twardniały niebezpiecznie, a liście niosły nerwy jak ludzkie żyły. Pierwsza róża jeszcze wstydziła się zębów, druga uśmiechała się zbyt szeroko, trzecia miała w gardzieli drobniejszy rząd, a ostatnia była już tylko paszczą o czarnym, wilgotnym środku, który pił to, co zostawało po krzyku.
Zamknęłam notes, zanim Mir zdążył otworzyć oczy.
Kiedy wracaliśmy gościńcem, z rowu i spośród drzew wyłonili się obcy mężczyźni. Konie stanęły tak gwałtownie, że Mir złapał moją klacz za wodze. Bandyci otoczyli nas ciasno, zamykając drogę ucieczki. Mężczyźni mieli przy sobie maczety i uśmiechali się zbyt szeroko, jakby właśnie trafiła im się nie lada okazja.
— Panicz i panienka — zaszydził najbliższy. — Lepiej zrobicie, zostawiając nam wszystkie kosztowności, jakie macie przy sobie.
Mir napiął się w siodle, jednak ja poczułam wyłącznie ekscytację tak czystą, że aż nieprzyzwoitą. Wreszcie moja roślinka, którą dostałam od niego w prezencie, mogła najeść się do syta.
Bluszcz wypełzł z mojego rękawa, zanim zdążyłam zdjąć rękawiczkę. Zielone pnącze ześlizgnęło się po przedramieniu i wystrzeliło przed siebie z impetem.
Mir wciągnął powietrze.
— Isi… — wydusił cicho.
Nie zdążył dokończyć. Pąki zaczęły się rozwijać, z początku małe, potem szersze, i każdy kielich udawał różę tylko do chwili, w której otworzyła się jego złowieszcza paszcza. Zapach omiótł gościniec oszałamiająco słodki, gęsty i zbyt piękny na to, co się właśnie działo. Bandyci cofnęli się o krok. Potem o drugi. Wreszcie przestali się cofać, ponieważ coś trzymało ich w miejscu mocniej niż krąg ich własnych ciał.
Patrzyłam na to z zainteresowaniem. Ich twarze bledły. Jeden szarpnął się w stronę lasu, a jednak został w miejscu, jakby oplatały go niewidzialne korzenie. Drugi upuścił maczetę i nie schylił się po nią. Trzeci zaczął szeptać do kogoś, kogo przy nas nie było. Roślina karmiła się tym, co im pokazywała, a ja byłam bardzo ciekawa tych wizji i wcale nie miałam ochoty ich przerywać.
— Cudowne przedstawienie — rzuciłam lekko, ale nikt mi nie odpowiedział.
Kwiat o ostrych zębach otworzył się przy strzemieniu Mira i westchnął zapachem tak mocnym, że mój brat zakrył usta dłonią. Ja odetchnęłam głębiej. Szkic z notesu był aż nazbyt realistyczny, a róże na pędach uśmiechały się coraz szerzej, dokładnie tak, jak on je narysował.
Jeden z napastników osunął się na kolana. Inni również zaczęli opadać w żwir drogi. Ostatni jeszcze próbował kląć, lecz bluzgi urwały mu się w pół słowa i zostawiły na wargach ślinę. Wkrótce o własnych siłach nie stał już żaden z niedoszłych rabusiów. Leżeli w kurzu gościńca i oddychali zbyt płytko.
Pnącze wróciło do mnie bez pośpiechu. Owinęło się wokół mojego przedramienia, ale tym razem nie próbowało chować się pod ubraniem. Roślinka ozdabiała moją koszulę syta i dumna, a kwiaty zwinęły płatki z powrotem w pąki, jakby postanowiły, że wrócą spać.
Mir patrzył na mnie oszołomiony.
— Co to było? — wydukał.
— Prezent, który dostałam od Cassiana — odpowiedziałam.
— Co? — wpatrywał się we mnie głupio. — Więc naprawdę go znasz? — szepnął przerażony.
Przytaknęłam i uśmiechnęłam się do brata.
— Znam go i uważam, że jest naprawdę przystojny — powiedziałam. — A jeśli jest trochę szalony, tym lepiej. Będzie bardziej do mnie pasował.
Mir pokręcił głową.
— Nie ma mowy, Isi — poprosił Mir. — Nie wyjdziesz za niego za mąż. Rozumiem, że jego mrok może wydawać ci się pociągający, ale nie daj się temu zwieść.
Uśmiechnęłam się do niego jasno i nie skomentowałam. Wiedziałam, że Mir nie zdaje sobie sprawy nawet w ułamku, jak bardzo mroczny jest obecny Cassian. Roślinka ułożyła się na moim przedramieniu, a gościniec za nami pilnował ludzi, którzy chcieli nas obrabować i dostali zamiast tego wystarczająco dużo strachu, żeby kwiaty mogły w pełni rozkwitnąć.
★ ★ ★
Raon
Jeszcze przed obiadem powóz stanął pod bramą rezydencji rodu De’Vree i zostawił mnie tam jak pakunek, nie jak osobę. Starałam się być dzielna. Starałam się nie płakać. Nie miałam nawet czasu sięgnąć po kartki i do niego napisać. Ledwo udało mi się wepchnąć do podręcznej torby białego królika, ołówek i wyrwane z notatnika strony.
Po raz pierwszy, odkąd sięgałam pamięcią, ród Seonwoo mnie wystroił. Miałam na sobie ciemnoczerwoną, wydekoltowaną suknię z ciasno zawiązanym gorsetem i odsłoniętymi ramionami, taką, jakie noszą kobiety w dzielnicy rozpusty, tylko droższą. Służące starannie upięły mi włosy. Ktoś oblał mnie ciężkimi perfumami, które osiadały w gardle słodko i obco. Na twarzy miałam mocny, wyzywający makijaż, który dodawał mi lat. Wstyd palił ramiona mocniej niż słońce. Nie chciałam pokazywać się w takim stroju nikomu. A już szczególnie nie Cassianowi.
Zaskoczona służba rodu De’Vree zostawiła powóz przed posiadłością i kazała mi czekać. Czekałam. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja ściskałam rączkę torby tak mocno, że szwy odciskały mi się na dłoni. Wreszcie on się pojawił. Przesunął po mnie wzrokiem od fryzury aż po rąbek sukni i wziął list z rąk stangreta. Zauważyłam, że wyraźnie nie jest zadowolony z jego treści.
— Co mam z tobą zrobić, króliczku? — zapytał Cassian leniwym, aksamitnym głosem.
Spuściłam wzrok.
— Nie odsyłaj mnie, proszę — wyszeptałam. — Ojciec powiedział, że jeżeli wrócę…
Cassian skrzywił się nieznacznie, ale nawet to nie sprawiło, że był mniej przystojny.
— Oczywiście, że cię nie odeślę — powiedział Cassian cicho i spokojnie. — Jesteś moim gościem i możesz zostać w moim domu, jak długo zechcesz. Ale najpierw musimy odegrać eleganckie przedstawienie. To będzie tragikomedia — dodał już nieco rozbawiony.
Nie byłam pewna, co ma na myśli. Kiwnęłam jednak głową, ponieważ dom za jego plecami był jedynym miejscem, do którego wolno mi było dzisiaj wejść.
— Dobrze — odparłam.
— Więc zaczynajmy — rzucił Cassian.
Gestem ręki zaprosił mnie, żebym przestąpiła próg rezydencji De’Vree. Wzięłam głęboki oddech i przekroczyłam linię schodów w sukni, której nie wybrałam, z pluszakiem ukrytym w torbie, ostatnim dowodem, że wciąż jestem sobą.
★ ★ ★
Oliver
Hol pachniał woskiem i strachem, zanim zdążyłem zrozumieć, kto właśnie wszedł do środka. Potem zobaczyłem Raon.
Ciemnoczerwona suknia opinała ją tak ciasno, że nie byłem pewien, czy dziewczyna może oddychać. Dekolt był zbyt niski. Ramiona zbyt odsłonięte. Gorset zbyt mocno zaciśnięty. Włosy miała upięte jak na bal, którego nie było. Makijaż dodał jej lat i zupełnie zmienił twarz. Ciężkie perfumy uderzyły powietrze słodko i obco, a ja poczułem, jak żołądek nieprzyjemnie mi się zaciska.
To nie była Raon, która chowała się za siostrą. To była ofiara, którą ktoś wystawił na próg mojego domu i kazał jej udawać dojrzałą kobietę.
Służba zamarła przy ścianach. Pokojówki wstrzymały oddechy, wbijając spojrzenie w posadzkę, jakby kamień był bezpieczniejszy niż wzrok mojego brata. Kamerdyner pochylił się tak nisko, że prawie czołgał się po podłodze. Młodszy służący już klęczał, bo w rezydencji De’Vree gniew Cassiana nie przychodził z krzykiem. Niósł w sobie ciszę, po której w otaczającym rezydencję parku przybywało świeżych kurchanów.
Raon stała na środku holu i ściskała małą torbę tak mocno, że knykcie pobielały jej na tle czerwieni. Nie płakała. To było gorsze. Patrzyła w posadzkę jak ktoś, kogo nauczono, że łzy też można jej zabrać.
Cassian przesunął po niej wzrokiem leniwie, jak po rzeczy, która nagle stała się jego własnością.
Poczułem, jak pęka we mnie wszystko naraz.
Przerażenie, bo znałem ten wyraz twarzy brata. Wściekłość, bo ród Seonwoo ubrał własną córkę jak towar i odesłał ją nam jako ofiarę. Wstyd, bo hol pełen ludzi patrzył na nią tak, jak nie wolno patrzeć na dziewczynę, która została wyrzucona z domu. I bezradność tak ostra, że aż miała metaliczny posmak, ponieważ stałem w rezydencji, w której od dwóch lat każda prośba o litość kończyła się ciszą mojego brata.
Pomyślałem o Isi. Pomyślałem, że jeśli Cassian weźmie Raon tak, jak bierze wszystko, czego nie wolno mu ruszać, to nie zdążę ochronić już żadnej z nich. Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłem je porządnie przemyśleć.
— Zostaw ją w spokoju — wyrzuciłem z siebie. — Jeśli trzeba, to ja się z nią ożenię.
Echo mojego głosu uderzyło o marmur i wróciło do mnie głupsze, niż brzmiało w głowie. Służba wciągnęła powietrze jednym tchem. Raon uniosła na mnie zdumione oczy. Cassian odwrócił się powoli.
— Och? Doprawdy? — zapytał rozbawiony. Rozbawienie zeszło mu z twarzy w jednej chwili. Został chłód, który znałem lepiej niż własne imię. — Myślę, że to nie będzie konieczne — odparł Cassian cicho. — Chcę, żeby rodzina Seonwoo pożałowała swoich nieprzemyślanych działań i oddała mi siostrę, o którą ich ładnie poprosiłem. Kolejne prośby nie będą już takie ładne.
Hol skurczył się do tego zdania. Zrozumiałem, że Raon stała się właśnie narzędziem, które ma boleć Iseul i jej rodzinę. Cassian położył dłoń na plecach dziewczyny tak lekko, jakby prowadził ją na herbatę. Ona nie uciekła spod jego ręki. Poszła, ponieważ ojciec zabrał jej prawo do powrotu, a mój brat odebrał jej prawo wyboru. Czerwona suknia zniknęła w korytarzu zachodniego skrzydła, które należało wyłącznie do Cassiana. Potem zniknął on. Został tylko pusty hol i ja, z ręką wciąż uniesioną w geście, którego nikt nie wziął na poważnie.
Służba nie podniosła się z kolan, dopóki ciężkie drzwi zachodniego skrzydła nie zamknęły się na głucho. Stałem i patrzyłem w tamtą ciemność przerażony. Raon zniknęła z Cassianem w jego prywatnym skrzydle, a ja zostałem w holu z niepewnością, czy dziewczyna dożyje do świtu.
★ ★ ★
Raon
Ulga zalała mnie dopiero za progiem, kiedy drzwi do holu zamknęły się za nami i głos ojca przestał brzmieć w uszach jak wyrok. Cassian zaprosił mnie do środka. Powiedział, że mogę zostać, jak długo zechcę. Nie odesłał mnie. W sukni, której się wstydziłam, i otoczona zapachem perfum, których nie wybrałam, to jedno zdanie trzymało mnie prościej niż gorset.
Cassian przytrzymał mnie przy sobie, dłoń kładąc na moim odsłoniętym ramieniu, i pochylił się tak blisko, że jego ciepły oddech osiadł mi przy skroni.
— Cii — szepnął do mnie. — Niech myślą, że to mnie rozwścieczyło. Niech plotka przedrze się do rodu Seonwoo.
Posłusznie zostałam przy jego boku i patrzyłam.
Cienie na korytarzu zgęstniały najpierw przy listwach, potem przy ramach obrazów, a dopiero na końcu przy nas. Czarna mgła wypełzła z narożników i wtoczyła się między kolumny jak woda, która zapomniała, że ma być powietrzem. Meble poszły w drzazgi. Wazony pękały jedne po drugich i wysypywały na posadzkę kwiaty razem z porcelaną. Płótna na ścianach rwały się tak czysto, jak kartki z notesu, a z rozdartych pejzaży lała się nie farba, tylko ciemność. Na marmurze pojawiła się krew. Najpierw wąska nitka. Potem kałuża, która nie miała prawa być tak świeża w domu, który przed chwilą pachniał tylko woskiem.
Nie próbowałam uciekać. Obserwowałam przedstawienie i wciąż czułam się bezpieczna, ponieważ koszmar trzymał dłoń na moim ramieniu. Jego palce nie zacisnęły się. Mgła omijała moją suknię. Szkło zatrzymywało się przed moimi butami. Krew rozlewała się szeroko, ale nie sięgnęła moich stóp.
Mieszkańcy rezydencji mieli zobaczyć wściekłość. Moja rodzina miała usłyszeć, że Cassian dostał złą córkę i złości się za próbę oszustwa. Prawda zostawała między nim a mną, cicha niczym czuły szept. On mnie przyjął. Gniew był dekoracją.
Kiedy mgła opadła, korytarz wyglądał jak po wojnie, której nikt nie zdążył wypowiedzieć. Cassian puścił mnie dopiero wtedy, gdy zgasło echo ostatniego pękniętego wazonu. Spojrzałam na jego profil i po raz pierwszy od wyjazdu z domu Seonwoo wzięłam pełny oddech. On naprawdę pozwolił mi zostać.
Kiedy burza ucichła, Cassian pokazał mi przestronny pokój, w którym miałam mieszkać w rezydencji De’Vree
— Przekażę służbie, żeby zostawili tu twoje rzeczy — stwierdził, a ja skinęłam głową.
Póżniej zaprowadził mnie do gabinetu.
Drzwi były ciężkie i drewniane. Wysokie okna zasłaniały kotary w kolorze czerwonego wina, a światło lampy z matowego szkła kładło na biurku tylko tyle jasności, na ile mężczyzna chciał mu pozwolić. Biurko miało blat z czarnego drewna i brzegi okute mosiądzem. Za nim stał fotel o wysokim oparciu, szeroki, skórzany, wygnieciony w miejscu, które znało tylko jedną sylwetkę. Ściany obiegały regały aż pod sztukaterię. Grzbiety ksiąg były ciemne, złocone i równo ustawione, jakby nawet wiedza w tym domu stawała na baczność. Dywan gasił kroki. Całe wnętrze pachniało skórą, różami i luksusem. Ten gabinet nie był salą dla gości, ale miejscem, z którego rządziło się rodem.
Cassian wszedł do środka i dopiero tam puścił moje ramię, jakby próg tego pokoju kończył przedstawienie. Zostałam pośrodku dywanu w czerwonej sukni, która w tym męskim luksusie wyglądała jeszcze bardziej obco, i czekałam, aż powie, co mam zrobić z ulgą, której wciąż nie potrafiłam schować.
— Nie podoba mi się twoja sukienka — stwierdził swobodnie, jakbyśmy byli na zakupach.
— Mnie również nie — szepnęłam, wbijając wzrok w dywan.
— W takim razie dobrze, że się zgadzamy — mruknął i wyciągnął przed siebie rękę.
Powietrze przy moich ramionach zrobiło się najpierw zimne, potem lekkie, jakby czerwony materiał sam zdecydował, że ma prawo się zmienić. Ciemna tkanina osypała się w mgłę i zamiast gorsetu, który dusił mi oddech, osiadł na mnie fiolet tak jasny, że gabinet na chwilę stracił swoją powagę. Suknia była z tiulu, warstwowa i nierówna u dołu, jakby ktoś uszył ją z płatków kwiatów. Góra trzymała się bez ramiączek, rękawy spłynęły ze skóry w bufki związane kokardami, a w talii rozkwitł tiulowy kwiat z nitką pereł. Wstążki musnęły mi nadgarstki. Na stopach zamiast ciężkich butów pojawiły się jasne sandałki, powiązane wokół kostek tą samą fioletową nitką.
Stanęłam na dywanie i nie umiałam przestać patrzeć w dół. Suknia była krótka i odsłaniała nogi, lecz nie wstydziłam się jej tak, jak wstydziłam się czerwieni. Tkanina nie krzyczała, zamiast tego oddychała, była miękka i przyjemna w dotyku, a do tego niezwykle wygodna. Uniosłam ramię i tiul posłuchał ruchu, lekki jak sen, który ktoś narysował specjalnie dla mnie. Nigdy nie miałam na sobie nic piękniejszego.
— Jest… — zaczęłam i urwałam, bo zabrakło mi słów.
Cassian nie czekał aż dokończę. Przeszedł za czarne biurko i usiadł w skórzanym fotelu, już z listem w dłoni, jakby przemiana sukni była drobiazgiem. Ręką wskazał mi skórzaną kanapę pod regałem.
Usiadłam ostrożnie, żeby nie zgnieść warstw tiulu. Z torby wyjęłam białego królika i przytuliłam go do siebie tak mocno, że guzik zastępujący oko odcisnął mi się przy obojczyku. To wystarczyło, żeby ramiona przestały mi się trząść.
Cassian pracował. Pióro wędrowało po papierze równo, brwi miał zmarszczone tylko odrobinę, a ja siedziałam na wygodnej kanapie, coraz bardziej senna i wpatrywałam się w niego ponad futerkiem pluszaka, oczarowana tym, że stworzył dla mnie sukienkę.