Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Christopher

    Szedł korytarzem w stronę gabinetu dyrektor Morrigan z lekkim zdziwieniem. Wezwanie przyszło nagle i bez żadnego wyjaśnienia. Zakładał, że chodzi o coś związanego z treningami albo sprawami administracyjnymi — na pewno nic, co wymagałoby aż takiego pośpiechu.

    Otworzył drzwi i przystanął zaskoczony. Za biurkiem siedziała dyrektor Morrigan, a naprzeciwko niej, na jednym z dwóch krzeseł, siedział Kruk. Obaj jednocześnie odwrócili głowy w swoją stronę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, równie zaskoczeni swoją obecnością.

    — Christopher — odezwała się dyrektor, wskazując wolne krzesło. — Wejdź, proszę. Usiądź.

    Chłopak powoli zamknął za sobą drzwi i podszedł do krzesła. Kruk obserwował go uważnie, ale nic nie powiedział. Obaj czuli, że coś jest nie tak.

    Obok dyrektor Morrigan stał nieznajomy mężczyzna w ciemnym garniturze. Trzymał w rękach teczkę i kilka dokumentów, a na jego twarzy malował się profesjonalny, a jednak lekko spięty wyraz.

    — Dziękuję, że obaj przyszliście tak szybko — zaczęła Morrigan, splatając dłonie na blacie. — Sprawa jest dość… nietypowa. Z Akademią Królewską skontaktowała się kancelaria prawna, prosząc o kontakt do was obojga. 

    Prawnik skinął głową i otworzył teczkę.

    — Panowie — zaczął spokojnym, rzeczowym tonem. — Zgodnie z wolą i decyzją byłej właścicielki klubu Obsesja, klub wraz ze wszystkim, co się w nim znajduje, został przekazany wam obu. W równych częściach.

    W gabinecie zapadła gęsta cisza. Christopher przez chwilę myślał, że się przesłyszał. Spojrzał na dyrektor Morrigan, potem na prawnika, a na końcu na Kruka. Ten, tak jak on sam, sprawiał wrażenie kompletnie zaskoczonego.

    — Co? — wydusił w końcu Christopher.

    — To nie jest żart — odparł prawnik. — Decyzja została podjęta osobiście przez pańską matkę, jeszcze przed jej aresztowaniem. Dokumenty są prawnie wiążące. Od dziś klub Obsesja należy do was obu.

    Kruk powoli przechylił głowę, jakby próbował upewnić się, że dobrze usłyszał.

    — Ona… sama tak zdecydowała? — zapytał niskim głosem.

    Prawnik skinął głową.

    — Tak. Nasza kancelaria działa zgodnie z jej wolą. Przekazała wam nie tylko sam klub, ale wszystko, co się w nim znajduje — nieruchomości, interesy, a także… pewne aktywa, których szczegóły znajdują się w dokumentach.

    Christopher odchylił się na krześle. Czuł, jak pulsuje mu skroń. Obsesja. Klub jego matki. Miejsce, które zawsze kojarzyło mu się z jej manipulacjami, przemocą i mrocznymi interesami. A teraz nagle miał być jego współwłaścicielem? Razem z Krukiem?

    Spojrzał na niego z boku. Kruk patrzył przed siebie pustym wzrokiem, wyraźnie próbując poukładać sobie w głowie tę informację.

    — To jakiś absurd — mruknął Christopher.

    Dyrektor Morrigan spojrzała na nich obu z wyraźną empatią.

    — Rozumiem, że to dla was ogromne zaskoczenie — powiedziała łagodnie. — Matka Christophera podjęła tę decyzję świadomie, jeszcze zanim trafiła do więzienia. Nie wiem, jakie miała ku temu powody, ale dokumenty są jednoznaczne.

    Prawnik położył na biurku dwie grube teczki.

    — Oto pełne dokumenty. Możecie je przejrzeć w dowolnym momencie. Na razie nie musicie podejmować żadnych decyzji, macie czas, żeby to przemyśleć — wyjaśnił spokojnie.

    Kruk powoli wstał z krzesła. Wyglądał tak, jakby potrzebował natychmiast wyjść na świeże powietrze. Christopher też wstał, czując, lekkie oszołomienie.

    — To wszystko? — zapytał.

    — Na razie tak — odpowiedziała Morrigan. — Dajcie sobie kilka dni. Jeśli będziecie mieli pytania, możecie do mnie przyjść.

    Obaj wyszli z gabinetu w milczeniu. Zatrzymali się dopiero na korytarzu, kilka metrów dalej. Przez chwilę stali obok siebie, patrząc w podłogę. W końcu Kruk westchnął ciężko i przeczesał dłonią włosy.

    — No nieźle — powiedział cicho.

    Christopher parsknął krótkim śmiechem, mimo że wcale nie było mu wesoło.

    — Dokładnie.

    Spojrzeli na siebie. Przez chwilę żaden z nich nie wiedział, co powiedzieć. Christopher odezwał się pierwszy.

    — Musimy o tym porozmawiać… naprawdę.

    Kruk kiwnął głową.

    — Tak. Za godzinę w sadzie?

    Blondyn skinął głową, a potem rozeszli się w przeciwnych kierunkach, każdy pogrążony we własnych, bardzo skomplikowanych myślach.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Stali między drzewami, w sadzie za głównym budynkiem Akademii. Było już późne popołudnie, a wokół panowała przyjemna, leniwa atmosfera. Kruk stał oparty o pień drzewa, gapiąc się w ziemię, podczas gdy Christopher stał kilka kroków dalej, z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym gdzieś w dal.

    — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego — powiedział w końcu Christopher, przełamując ciszę. — To jej klub. Jej interesy. Jej gówno.

    Kruk prychnął cicho, ale bez humoru.

    — A myślisz, że ja chcę? — mruknął. — Po tym, jak porwała Suri… Pamiętam, jak kazała mi ją zabić. I nagle mam przyjąć od niej klub? Serio?

    Christopher spojrzał na niego z ukosa. Przez chwilę milczał, a potem westchnął ciężko.

    — Nienawidzę jej — przyznał cicho. — Zawsze nienawidziłem. A teraz mam zarządzać jej imperium? To jakiś chory żart.

    Kruk wpatrywał się w swoje dłonie, zaciskając i rozluźniając palce. Też tego nie chciał. Nie chciał mieć nic wspólnego z miejscem, w którym Królowa próbowała zmusić go do zabicia Suri. Ale jednocześnie… jedyne co miał w życiu to mieszkanie w Tokio. A tu nagle ktoś proponuje mu połowę tokijskiego podziemia. Bo doskonale zdawał sobie sprawę, że nie chodziło wyłącznie o budynek, czy prowadzone w nim interesy.

    W tym momencie usłyszał kroki. Podniosł głowę i zobaczył Suri idącą w ich stronę. Dziewczyna wpatrywała się w nich zaintrygowana, co sugerowało, że najwyraźniej słyszała przynajmniej część rozmowy. Zatrzymała się przed nimi i przez chwilę patrzyła to na jednego, to na drugiego.

    — Słyszałam was — powiedziała wprost. — I moim zdaniem powinniście przyjąć klub.

    Obaj spojrzeli na nią zaskoczeni. Suri najpierw zwróciła się do Christophera.

    — Chris… to mimo wszystko twoja matka. I nawet jeśli jej nie cierpisz… w jakimś stopniu pomyślała o tobie. Przekazała ci połowę swojego imperium. Nie czujesz z tego powodu… chociaż odrobiny ulgi? Że mimo wszystko nie wyrzuciła cię z tego całkowicie?

    Blondyn wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę. W końcu niechętnie, bardzo niechętnie, skinął głową.

    — Może i masz rację — mruknął. — Ale to nie znaczy, że mi się to podoba.

    Suri skinęła głową, jakby się tego spodziewała, a potem spojrzała na Kruka.

    — A ty, Kruku… naprawdę chcesz odrzucić taki prezent? — zapytała spokojnie, ale stanowczo. — To coś, na co pracowałeś latami. Ryzykowałeś życie, wykonywałeś jej rozkazy, brudziłeś sobie ręce. A teraz ktoś to docenił. Dał ci coś realnego. Coś, co może być twoje.

    Kruk milczał. Wpatrywał się w Suri, a w jego głowie kłębiły się sprzeczne myśli. Z jednej strony czuł wściekłość — na Królową, na sytuację, na to, że znowu ktoś próbuje go w coś wciągnąć. Z drugiej… Suri miała rację. Przez lata nie miał nic. Tylko kolejne zadania i krew na rękach. A teraz nagle ktoś daje mu połowę czegoś dużego, realnego.

    Westchnął ciężko i potarł kark.

    — Nienawidzę tego — mruknął. — Ale… do diabła… trudno nie przyznać ci racji.

    Suri spojrzała na Christophera.

    — A ty?

    Christopher przez chwilę patrzył w ziemię, po czym powoli skinął głową.

    — Przyjmę klub — powiedział niechętnie. — Ale nie zamierzam bawić się w jej gierki.

    Kruk kiwnął głową.

    — Ja również nie.

    Chłopak odsunął się od drzewa i podszedł bliżej Suri, obejmując ją ramieniem. Czuł, że decyzja i tak siedzi mu w żołądku jak kamień, ale jednocześnie… coś w nim się uspokoiło. Raczej nie dlatego, że chciał tego klubu. Może dlatego, że Suri miała rację — lata jego pracy zostały przez kogoś docenione. W przeciwieństwie do Rady, ONA…   

    — No to… — mruknął, patrząc na Christophera. — Wygląda na to, że jesteśmy wspólnikami.

    Christopher westchnął.

    — Nie przypominaj mi.

    Suri parsknęła śmiechem, przytulając się mocniej do boku Kruka. 

    — Jestem tego bardzo ciekawa — oznajmiła radośnie. 

    ✩ ✩ ✩

    Klara

    Przez cały dzień ledwo mogła usiedzieć na miejscu, a teraz wreszcie szli w stronę Obsesji. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a na twarzy cały czas gościł szeroki, radosny uśmiech. Wreszcie mieli swoje własne miejsce. Zawsze zazdrościła Feniksom tych wszystkich spotkań w Nocnej Orchidei — ich prywatnych sal, swobody i wiecznego traktowania jako VIP’ów. A teraz… teraz oni też mieli coś swojego.

    — Nie wierzę, że naprawdę tu jesteśmy — mruknęła podekscytowana do Rini, która szła obok niej z lekkim, rozbawionym uśmieszkiem.

    — Ciii — syknęła Rini, ale sama też wyglądała na wyraźnie ożywioną. — Nie rób z siebie publicznie idiotki.

    Klara parsknęła śmiechem, ale posłuchała. Kiedy minęli okropnie długą kolejkę czekających na wpuszczenie do środka osób i podeszli do wejścia, ochroniarz nawet ich o nic nie zapytał. Skinął tylko głową i odsunął sznur, wpuszczając ich od razu. Klara poczuła przyjemny dreszcz. Lista VIP-ów. To było… nowe. I bardzo, bardzo fajne.

    Weszli do środka. Klub tętnił życiem — głośna muzyka, kolorowe światła, tłum ludzi, jednak oni nie zatrzymali się na dole. Aron poprowadził ich prosto na piętro, gdzie znajdowały się prywatne sale dla gości VIP.

    Drzwi do jednej z nich były lekko uchylone. Kiedy Klara weszła pierwsza, zobaczyła ich od razu. Suri siedziała na szerokiej, czarnej kanapie między Kuro a Krukiem. Kitsune wtulał się w nią z zadowoloną miną, a Kruk leniwie obejmował ją ramieniem, bawiąc się kosmykiem jej włosów. Obok nich, w fotelu, siedział Christopher — ze szklanką w dłoni i lekko znudzonym wyrazem twarzy. Na ich widok uniósł brew.

    — Serio? — rzucił w stronę Kruka, wyraźnie niezadowolony. — Musiałeś ich tu wszystkich przyprowadzić? Jestem tu tylko dlatego, że chciałeś obgadać parę spraw… 

    Kruk westchnął i wzruszył ramionami.

    — Sami przyszli. Klara nie dawała mi spokoju od rana.

    Suri spojrzała na Christophera i uśmiechnęła się do niego tym swoim słodkim, nieco niewinnym uśmiechem, który zwykle działał na każdego.

    — Mają możliwość się bawić — powiedziała łagodnie, ale z wyraźną nutą rozbawienia. — To czemu mieliby z niej nie skorzystać?

    Christopher otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili tylko westchnął i odchylił się w fotelu, wyraźnie kapitulując. Spojrzał na Suri z mieszaniną irytacji i… czegoś znacznie cieplejszego. Uśmiechnął się lekko, pokonany.

    Klara, która stała w progu, nagle poczuła, jak przechodzi ją zimny dreszcz. Patrzyła na tę scenę i po raz pierwszy naprawdę to dostrzegła. Sposób, w jaki Christopher patrzył na Suri. Ten cichy, bezradny sposób, w jaki się jej poddawał. Cień czegoś, co przekraczało granice zwykłej przyjaźni. 

    Spojrzała ukradkiem na Kruka. Siedział obok Suri, jakby nic się nie stało — zrelaksowany, pewny siebie, z ręką na jej biodrze, wyraźnie nie dostrzegając tego samego, co ona. Klara przełknęła ślinę i weszła głębiej do sali, starając się zachować neutralny wyraz twarzy, jednak w głowie wciąż dźwięczało jej to jedno, nieprzyjemne spostrzeżenie.

    Wyglądało na to, że Suri również tego nie zauważa. Albo… zauważa, tylko jeszcze nie podjęła decyzji.

    Klara usiadła na kanapie obok Arona, ale jej wzrok co chwilę wracał do fotela, w którym siedział Christopher.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Siedziała wygodnie na kanapie, z nogą zarzuconą na nogę, i obserwowała całą scenę z cichym zadowoleniem. Kruk i Christopher rozmawiali. Naprawdę rozmawiali. Bez sarkazmu, bez napięcia, bez tego lodowatego dystansu, który zwykle między nimi panował. To było… nowe. I bardzo, bardzo przyjemne.

    Patrzyła, jak Kruk coś mówi, a Christopher kiwa głową, marszcząc lekko brwi, ale bez wrogości. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miała wrażenie, że obaj w końcu zaczęli się ze sobą dogadywać. A Kruk… Kruk wyglądał, jakby naprawdę coś go w tym wszystkim zainteresowało. Miał w oczach ten błysk, który pojawia się, kiedy coś go wciąga. Suri czuła ciepło w piersi na ten widok. W końcu miał coś swojego. Coś, co mogło go zająć, dać mu poczucie, że trzyma w rękach coś realnego.

    Drzwi do sali otworzyły się i do środka weszła Klara w towarzystwie Rini, Arona i Kyle’a. Suri uśmiechnęła się szeroko na widok Klary — jej entuzjazm był zaraźliwy nawet z drugiej strony sali, ale kiedy jej wzrok padł na Rini, uśmiech lekko zbladł. Dziewczyna szła pewnie, z lekkim, zawadiackim uśmieszkiem, jakby czuła się tu jak w domu. Suri poczuła znajomy, nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nadal nie do końca dała sobie radę z zazdrością. Wiedziała, że Rini i Kruk dobrze się dogadują na treningach, że mają podobny styl walki i Rini go szanuje. Wiedziała też, że to irracjonalne… ale wiedza nie zawsze pomagała i czasem emocje wygrywały z rozsądkiem.

    Klara i Kyle podeszli do kanapy z szerokimi uśmiechami.

    — Chodź z nami! — powiedziała Klara, łapiąc Suri za rękę. — Na dole jest zajebista muzyka, nie możesz siedzieć tu całą noc i ignorować dobrą zabawę.

    Kyle skinął głową, a kosmyk złotych loków opadł mu na czoło. Jak zawsze wyglądał zdecydowanie zbyt uroczo, jak na asasyna.

    — Zdecydowanie idziemy — zachęcił z entuzjazmem. 

    Suri parsknęła śmiechem i pozwoliła się wyciągnąć. Rzuciła Krukowi szybkie spojrzenie — ten tylko uniósł brew, ale w jego oczach było rozbawienie. Skinęła mu głową i dała się poprowadzić na dół.

    Taniec trwał dłużej, niż planowała. Klara i Kyle nie dawali jej spokoju, a Suri w końcu dała się porwać rytmowi. Na chwilę naprawdę zapomniała o wszystkim — o zazdrości, napięciach, swoich wrednym bracie, ojcu, którego bała się poznać i o tym, co się działo na górze. Kiedy jednak wróciła na piętro, wciąż trochę zdyszana i z rumieńcami na policzkach, zatrzymała się w progu prywatnej sali. Jej uśmiech powoli zgasł.

    Kruk siedział w tym samym miejscu, ale teraz był głęboko zanurzony w rozmowie z Christopherem — obaj pochyleni do przodu, gestykulujący, jakby omawiali coś ważnego. Obok niego, na kanapie, siedziała Rini. Bardzo blisko. Siedziała dokładnie w miejscu, w którym wcześniej była Suri — między Kuro a Krukiem.

    Kitsune, zamiast leżeć leniwie rozłożony, jak zwykle, siedział wyprostowany i rozmawiał z Rini, a co gorsza — uśmiechał się do niej. Szczerzył zęby w tym swoim drapieżnym, ale wyraźnie aprobującym uśmiechu, kiwając głową w odpowiedzi na coś, co dziewczyna mówiła. Suri przypomniała sobie niechętnie, jak w podobnej sytuacji, kiedy to Kruka zdradził jego chowaniec, czuła się bardzo rozbawiona. Teraz ani trochę nie było jej do śmiechu. 

    Rini siedziała z nogą założoną na nogę, lekko zwrócona w stronę Kuro, jakby była tu od zawsze. Suri poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w klatce piersiowej. To było jej miejsce. Między Kuro a Krukiem. A teraz siedziała na nim Rini — pewna siebie, roześmiana, i najwyraźniej akceptowana przez jej własnego chowańca.

    Kuro nawet nie spojrzał w jej stronę, kiedy weszła. Całą uwagę skupiał na Rini. Suri stała w progu, czując, jak jej nastrój całkowicie się zmienia. Zadowolenie z tego, że Kruk i Christopher się dogadują, nagle zostało przyćmione przez coś znacznie bardziej nieprzyjemnego. Piekącą, lepką zazdrość i narastający niepokój. Po raz pierwszy zobaczyła, jak Rini naprawdę wpasowuje się w ich przestrzeń. I jak łatwo akceptowanie tego przychodziło zarówno Krukowi, jak i… Kuro. Nagle taniec z Klarą wydał się jej znacznie mniej przyjemny. Pragnęła, żeby któryś z nich zauważył jej nastrój, ale najwyraźniej nie mogła na to liczyć. 

    ✩ ✩ ✩

    Kuro

    Nie miał nic przeciwko temu, że Rini siedzi tak blisko. Wręcz przeciwnie — sprawiało mu to przyjemność. Lubił uwagę. Uwielbiał, kiedy ktoś patrzył na niego, rozmawiał z nim, dostrzegał go. Rini nie próbowała go oczarować na siłę ani udawać, że jest kimś, kim nie jest. Po prostu siedziała i mówiła. A przede wszystkim — była lojalna wobec Suri. Kuro to wyczuwał. Rini miała w sobie ten sam instynkt opiekuńczy, co Ryūji, który budził się, gdy chodziło o Suri. Chciała ją chronić. I to wystarczyło, żeby Kuro uznał ją za osobę wartą tolerowania. 

    Kiedy Rini nachyliła się lekko i coś do niego powiedziała, Kuro się nie odsunął. Uśmiechnął się nawet — szeroko, szczerze, pokazując zęby. Nie był to jednak miękki, niewinny uśmiech, jaki rezerwował dla Suri. To był uśmiech kogoś, kto lubi być w centrum zainteresowania i nie ma nic przeciwko temu, żeby ktoś go podziwiał.

    — Większość osób albo się na mnie gapi, jak na coś egzotycznego, albo udaje, że nie jest mną zainteresowana — rzucił z lekkim rozbawieniem. — Ty po prostu usiadłaś i gadasz, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

    Rini spojrzała na niego z ukosa, ale nie spuściła wzroku.

    — Spodziewałeś się, że będę udawała, że nie widzę, jak bardzo jesteś śliczny? — odparła zaczepnie. — Wcale mnie nie dziwi, że to właśnie Suri ma tak wyjątkowego chowańca — uśmiechnęła się wesoło. 

    Kuro parsknął cichym śmiechem. To mu się spodobało. Lubił, kiedy ktoś nie udawał i nie owijał w bawełnę. Szczególnie jeśli ten ktoś jednocześnie miał w sobie autentyczną potrzebę chronienia Suri i ją szczerze podziwiał. Rini chciała być blisko Suri, dokładnie tak samo jak on. W oczach Kuro, było to jedyną rzeczą, która naprawdę się liczyła.

    Kiedy jednak Suri wróciła na górę i stanęła w progu, Kuro natychmiast to wyczuł. Odwrócił głowę i spojrzał na nią przez ramię. Ich spojrzenia się spotkały. Kitsune nie przestał się uśmiechać. Wręcz przeciwnie — jego uśmiech stał się odrobinę szerszy, bardziej zadowolony. Bo nawet jeśli Rini mu nie przeszkadzała… to fakt, że Suri patrzy na ich rozmowę z lekką zazdrością, sprawiał mu dziwną, mroczną przyjemność.

    Potem odwrócił się z powrotem do Rini, pozwalając jej kontynuować rozmowę, wyraźnie rozkoszując się zarówno jej uwagą, jak i ukrytą reakcją Suri. Jednak dłoń, którą trzymał na oparciu kanapy, delikatnie zacisnęła się w pięść. Suri nie podobało się, że ktoś inny siedzi na jej miejscu, a Kuro nie zamierzał tego tolerować, nawet jeżeli rozkoszował się jej zazdrością. Tym razem jednak musiał cierpliwie poczekać, bo to nie on był osobą, która powinna teraz zareagować.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Rozmawiał z Krukiem o szczegółach związanych z Obsesją, kiedy kątem oka zauważył, że Suri wróciła na górę. Spojrzał w jej stronę odruchowo — i od razu coś w nim zadrżało. Jej mina była… niewyraźna. Nie uśmiechała się tak jak zwykle. Stała w progu przez chwilę dłużej niż trzeba, a jej wzrok błądził po kanapie. Christopher natychmiast wyczuł, że coś jest nie tak. Nie wiedział co — i nie zamierzał pytać. Z pewnością nie przy wszystkich. Zamiast tego wstał z fotela.

    — Zaraz wracam — rzucił Krukowi i podszedł w stronę Suri, nie zwracając uwagi na to, że Kruk podąża za nim spojrzeniem.

    Zatrzymał się tuż przed nią i pochylił lekko, tak żeby mówić tylko do niej.

    — Hej — powiedział cicho, głosem niższym niż zwykle. — Wszystko w porządku?

    Suri spojrzała na niego, wyraźnie zaskoczona, że podszedł tak szybko. Na jej twarzy przez ułamek sekundy pojawiło się wahanie, jakby chciała powiedzieć, że wszystko jest dobrze, ale Christopher nie dał jej na to szansy. Delikatnie położył dłoń na jej łokciu, w geście lekkim, ale wyraźnym, i nachylił się jeszcze trochę bliżej.

    — Chodź — powiedział miękko, ale stanowczo.

    Nie czekał na odpowiedź. Łagodnie, ale pewnie poprowadził ją w głąb sali, z dala od kanapy, na której siedzieli Rini, Kuro i Kruk. Zatrzymał się przy dużym oknie wychodzącym na parkiet klubu na dole i stanął tak, żeby zasłaniać jej widok na kanapę.

    — Lepiej? — zapytał cicho, patrząc na nią uważnie.

    Suri spojrzała na niego z mieszaniną zaskoczenia i czegoś miękkiego. Christopher nie czekał na odpowiedź. Po prostu wyciągnął rękę i musnął knykciami jej policzek — szybki, delikatny gest, który mógłby wyglądać na przypadkowy, gdyby nie to, jak długo jego palce przy niej zostały.

    — Wyglądasz, jakbyś potrzebowała chwili — dodał jeszcze ciszej.

    Nie pytał, co się stało. Nie patrzył w stronę kanapy. Cała jego uwaga była skupiona na niej — na jej twarzy, na jej oddechu, na tym, jak lekko drgnęła pod jego dotykiem. Christopher nie wiedział, co dokładnie ją zabolało, ale nie zamierzał pozwolić, żeby czuła się źle. Nawet jeśli oznaczało to stanie między nią a całą resztą świata.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Zirytowany obserwował, jak Christopher wstał i podszedł do Suri. Spojrzał w ich stronę, a jego wzrok natychmiast stał się ostrzejszy. Blondyn pochylił się do niej i mówił coś cicho. Potem położył dłoń na jej łokciu i poprowadził ją w głąb sali, z dala od niego. Kruk poczuł, jak coś nieprzyjemnie zaciska mu się w klatce piersiowej. Nie podobało mu się to. Ani trochę.

    Patrzył, jak Christopher staje z Suri przy oknie, zasłaniając ją przed resztą sali — w tym przed nim. Jego dłoń nadal spoczywała na jej łokciu, a pochylona sylwetka sugerowała, że cała jego uwaga jest skupiona wyłącznie na niej. Christopher mówił coś cicho, a Suri… Suri patrzyła na niego w sposób, który sprawiał, że Kruk zacisnął szczękę. Siedział nieruchomo, ale w środku wszystko się w nim gotowało.

    Rini, która siedziała obok, rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Nawet Kuro na moment oderwał wzrok od dziewczyny i spojrzał w stronę okna, po czym powoli przeniósł spojrzenie na Kruka. W jego srebrzystych oczach pojawił się błysk — coś pomiędzy rozbawieniem a cichym, złośliwym zainteresowaniem.

    Kruk jednak nie patrzył na nich. Patrzył tylko na Christophera i Suri. Na to, jak blisko stoi przy niej. Na to, jak delikatnie trzyma jej łokieć. Na to, jak pochyla głowę, żeby być na wysokości jej twarzy, i na to, jak Suri — mimo że jeszcze chwilę temu wyglądała na przygnębioną — teraz słucha go z wyraźną uwagą.

    Czuł zazdrość — gorzką, ostrą, niemal fizyczną. I jednocześnie czuł bezradność, bo nie mógł nic zrobić. Nie mógł wstać, podejść i oderwać jej od Christophera. Nie przy wszystkich. Nie mógł nawet dać po sobie poznać, jak bardzo go to wkurza. Mógł tylko siedzieć i patrzeć, jak ktoś inny zajmuje się Suri w sposób, w jaki on sam chciałby to robić. To ja powinienem być tym, do kogo idzie, kiedy ma niewyraźną minę. Nie on.

    Było w nim coś więcej niż zwykła zazdrość. Było w nim ciche, ale uporczywe poczucie zagrożenia. Christopher był kimś, kto naprawdę mógł odebrać mu Suri. Spokojny. Opiekuńczy. Bezpieczny. Dokładnie taki, jakiego ona potrzebowała.  Kruk wiedział, że on sam taki nie jest.

    Zacisnął zęby i oderwał wzrok, wbijając go w podłogę. Serce waliło mu za mocno, a w głowie tłukła się jedna, uparta myśl. Nie odda jej tak łatwo. Nawet jemu. Jednak pod tą myślą czaiło się coś mroczniejszego — strach, że być może nie będzie miał wyboru. Pewnego dnia Suri sama wybierze spokój zamiast ciągłej burzy.

    ✩ ✩ ✩

    Kuro

    Obserwował całą scenę z kanapy, leniwie bawiąc się jednym z ogonów. Widział, jak Christopher podchodzi do Suri, jak staje przy niej w sposób, który jasno mówił — teraz jestem przy tobie i nie pozwolę, żebyś była smutna. 

    To mu się podobało. W przeciwieństwie do Kruka, który siedział sztywno na kanapie i tylko patrzył, Christopher zareagował tak, jak powinien. Podszedł. Zajął się nią. Nie pozwolił, żeby Suri stała samotnie z tą niewyraźną miną. Kuro był zadowolony, teraz jednak uznał, że nie zamierza już dłużej wyłącznie patrzeć.

    Schował uszy i ogony pod iluzją. Wstał z kanapy bez pośpiechu i ruszył w ich stronę pewnym, płynnym krokiem. Kiedy podszedł, Christopher właśnie mówił coś cicho do Suri. Kuro nie przerywał. Po prostu stanął obok niej z drugiej strony i bez słowa przytulił się do jej boku, owijając ramię wokół jej talii.

    Suri drgnęła lekko z zaskoczenia, ale nie odsunęła się.

    — Chodźmy na dół — powiedział Kuro spokojnie, patrząc na nią z góry tym swoim słodkim, ale jednocześnie zdecydowanym spojrzeniem. — Za długo tu siedzimy.

    Nie czekał na odpowiedź. Po prostu poprowadził ją w stronę wyjścia z sali, a Christopher… Christopher poszedł za nimi. Kuro rzucił mu krótkie, zadowolone spojrzenie przez ramię. Doskonale. Idziesz, gdzie trzeba.

    Zeszli na dół, na parkiet. Muzyka dudniła, światła migotały, a tłum poruszał się w rytm. Kuro nie puszczał Suri. Trzymał ją blisko, tańcząc z nią w taki sposób, żeby przez cały czas czuła jego obecność. Christopher stanął kilka kroków dalej, w pobliżu baru, obserwując ich, ale nie odchodząc.

    Kitsune był zadowolony. Aż do momentu, kiedy DJ puścił wolniejszy, bardziej zmysłowy kawałek. Wtedy Kuro na chwilę się zatrzymał. Spojrzał na Suri, potem na Christophera, a potem znowu na Suri. W jego głowie przemknęła krótka, wyrachowana myśl.

    Delikatnie, ale stanowczo, popchnął Suri w stronę Christophera. Nie powiedział nic na głos — tylko spojrzał na niego znacząco. Christopher uniósł brew, ale po chwili zrozumiał. Zrobił krok do przodu i przyjął Suri w swoje ramiona, obejmując ją w talii.

    Kuro cofnął się o pół kroku i patrzył. Nie podobało mu się to. Nie podobało mu się, że ktoś inny trzyma Suri tak blisko siebie podczas wolnego tańca, ktoś inny może czuć jej ciepło, jej zapach, jej oddech przy swojej szyi. Chciał ją zabrać z powrotem. Pragnął przytulić ją tak mocno, żeby nikt inny nie miał do niej dostępu. 

    Ale nie zrobił tego. Bo to było dla lepszej sprawy. Christopher był lepszy niż Kruk. Bardziej przewidywalny. Opiekuńczy, bezpieczny dla Suri. A Kuro pragnął, żeby Suri miała jak najwięcej bezpiecznych opcji. Życzył sobie, żeby Kruk czuł presję. Chciał, żeby Suri miała wybór — i żeby ten wybór nie był oczywisty. Więc stał kilka kroków dalej, z rękami w kieszeniach, i patrzył, jak Christopher i Suri tańczą. Jego srebrzyste oczy były spokojne, ale w głębi czaiło się coś mrocznego i zaborczego.

    Powoli się uśmiechnął — małym, niewinnym uśmiechem — i czekał, aż taniec się skończy.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Christopher nie do końca rozumiał, co się dzieje, ale poszedł za nimi. Na parkiecie Kuro trzymał ją blisko — bardzo blisko — i tańczył z nią w sposób, który wyraźnie mówił — ona jest moja. Christopher stał kilka kroków dalej, oparty o bar, i obserwował ich. Nie czuł się komfortowo. Nie podobało mu się, jak kitsune przytula Suri do siebie, jak nachyla głowę i coś do niej mówi, ale nie ruszał się z miejsca. Aż do momentu, kiedy muzyka zwolniła.

    Christopher zauważył, jak Kuro na chwilę się zatrzymuje. Spojrzał na Suri, potem na niego — i w jego srebrzystych oczach pojawił się błysk, który Christopher nie do końca potrafił odczytać. Coś między rozbawieniem a… celowością. Następnie Kuro delikatnie, ale wyraźnie popchnął Suri w jego stronę.

    Christopher złapał ją odruchowo, zanim zdążył pomyśleć. Jedna jego dłoń spoczęła na jej talii, druga znalazła jej dłoń. Suri spojrzała na niego zaskoczona, a on sam czuł, jak serce nagle przyspiesza mu w piersi.

    Co on, do licha, planował? Spojrzał na Kuro. Ten cofnął się o krok, włożył ręce do kieszeni i patrzył na nich z tym swoim niewinnym, lekko drapieżnym uśmiechem. Nie wyglądał na zazdrosnego. Wręcz przeciwnie — wyglądał na… zadowolonego.

    Przez chwilę stali nieruchomo, zbyt blisko siebie, zbyt zaskoczeni nagłą zmianą, a potem muzyka popłynęła wolniej, gęstsza, bardziej zmysłowa. Christopher powoli przyciągnął ją bliżej — na tyle, że ich ciała niemal się zetknęły. Czuł ciepło bijące od jej skóry przez cienki materiał bluzki. Czuł, jak jej biodro lekko muska jego udo przy każdym ruchu. Zamiast się odsunąć, pochylił głowę niżej, tak że jego oddech muskał jej skroń.

    — Wygląda na to, że zostałem wyznaczony — powiedział cicho, głosem niższym niż zwykle.

    Suri nie odpowiedziała. Spojrzała na niego, a Christopher poczuł, jak coś w nim mocno, boleśnie drga. Jej ręka spoczywała na jego ramieniu, a druga była uwięziona w jego dłoni. Byli tak blisko, że gdyby chciał, mógłby pochylić głowę i oprzeć czoło o jej czoło. Albo musnąć ustami jej policzek. Zamiast tego tylko zacisnął palce na jej talii — nie mocno, ale wystarczająco, żeby czuła, że jej nie puści.

    Zaczęli się powoli kołysać w rytm muzyki. Christopher prowadził ją pewnie, ale jego ciało było napięte. Czuł każdy jej ruch. Czuł, jak jej biodra lekko przesuwają się pod jego dłonią. Czuł ciepło jej oddechu przy swojej szyi, kiedy pochyliła głowę. I czuł, jak jego własne ciało reaguje na tę bliskość — na sposób, w jaki jej pierś muskała jego tors przy każdym kroku, na miękkość jej talii pod jego palcami.

    Pochylił głowę jeszcze niżej, tak że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.

    — Wszystko w porządku? — zapytał cicho, głosem szorstkim od czegoś, czego nie próbował już ukrywać. — Jeśli chcesz, żebym cię stąd zabrał… powiedz tylko słowo.

    Suri przecząco pokręciła głową, przytulając policzek do jego torsu.

    Nie odsunął się. Wręcz przeciwnie — jego dłoń na jej talii przesunęła się trochę niżej, spoczywając na granicy jej biodra. Kciuk zatoczył powolny, nieświadomy krąg na materiale jej ubrania. Christopher czuł, jak bije mu serce — mocno, nierówno. Czuł zapach jej włosów, ciepło jej ciała, napięcie, które narastało między nimi z każdym kolejnym taktem muzyki.

    Spojrzał w dół, na jej usta. Na chwilę zapomniał, gdzie są. Zapomniał, że Kuro ich obserwuje. Zapomniał o wszystkim poza tym, jak bardzo chce się pochylić i zamknąć tę małą odległość między ich wargami.

    Zamiast tego tylko przycisnął ją trochę mocniej do siebie — na tyle, że nie było już wątpliwości, jak bardzo jest świadomy jej bliskości. Jego dłoń na jej biodrze zacisnęła się lekko, a spojrzenie, które na nią rzucił, było ciężkie, palące i pełne czegoś, czego już nie próbował ukrywać.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Kiedy w końcu zdecydował się zejść na dół, bardzo nie spodobało mu się to, co zobaczył. Suri i Christopher tańczyli. Zdecydowanie zbyt blisko siebie. Patrzył, jak dłoń blondyna spoczywa nisko na jej talii. Obserwował, jak pochyla głowę, żeby być bliżej jej twarzy. Patrzył, jak Suri nie odsuwa się, tylko pozwala mu się prowadzić. Z każdą sekundą czuł, jak coś w nim narasta — powoli, ale nieubłaganie.

    Próbował sobie wmawiać, że to tylko taniec i jeśli okaże zazdrość, Suri się od niego odsunie. Powinien być spokojny, dorosły, opanowany. Przecież… nie może jej pokazać, jak bardzo go to wkurza. Ale nie był w stanie dłużej wytrzymać.

    Przeszedł przez parkiet pewnym, zdecydowanym krokiem. Kiedy podszedł do nich, Christopher uniósł głowę i spojrzał na niego. Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy — Kruk nie powiedział nic, tylko wyciągnął rękę i chwycił Suri za nadgarstek.

    — Idziemy — rzucił krótko, głosem niskim i napiętym.

    Suri spojrzała na niego zaskoczona, ale nie zaprotestowała. Pozwoliła mu się poprowadzić. Illi’andin nie patrzył na Christophera. Nie patrzył na nikogo. Po prostu ciągnął ją przez tłum w stronę jednego z bocznych przejść na zapleczu klubu.

    Wszedł do małego, prywatnego pomieszczenia na końcu korytarza — jedynego miejsca w Obsesji, w którym działała teleportacja. Zamknął za nimi drzwi, a potem bez słowa otworzył portal prosto na dach wieżowca w Tokio. Ciągnął ją za sobą, aż znaleźli się w jego salonie. Suri wyrwała mu rękę i zrobiła krok w tył. Spojrzała na niego z irytacją. 

    — Jak miło, że wreszcie poświęciłeś mi trochę uwagi — mruknęła z wyraźnym sarkazmem w głosie.

    Kruk zamarł. Słowa uderzyły go prosto w tors. Spojrzał na nią — naprawdę spojrzał — i zobaczył to, czego wcześniej nie chciał dostrzec. Widział złość w jej oczach. Było w nich… rozczarowanie. Dopiero teraz do niego dotarło. Cały ten czas Suri czekała. Czekała, aż on zareaguje. Czekała, aż pokaże, że mu zależy. Nie przeszkadzało jej, że był zazdrosny, do tej pory zawsze lubiła jego zaborczość, a on siedział jak dureń na kanapie, przekonany, że powinien być „lepszy”, „spokojniejszy”, „mniej zaborczy”. Myślał, że jeśli zachowa się dojrzale, to wygra, a tak naprawdę tylko pozwolił Christopherowi zbliżyć się do niej.

    Kruk przełknął ślinę. Czuł, jak żołądek mu się ściska.

    — Suri… — zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.

    Spojrzał na nią i nie wiedział, co powiedzieć. Uświadomił sobie, że naprawdę nawalił. Przez swoją dumę i strach przed okazaniem zazdrości, zostawił ją samą w momencie, kiedy potrzebowała, żeby ktoś przy niej był. Powinien iść z nią już w momencie, kiedy Klara wyciągnęła ją na parkiet. A teraz patrzyła na niego z tym sarkastycznym, bolesnym uśmiechem i czekał, aż coś powie.

    Kruk zacisnął pięści i zrobił krok w jej stronę. Podszedł jeszcze bliżej, aż stanął tuż przed nią. Podniósł rękę i delikatnie chwycił ją za brodę, zmuszając, żeby na niego spojrzała.

    — Nie byłem w stanie dłużej udawać, że mi to nie przeszkadza — powiedział niskim, chropowatym głosem. Przyciągnął ją do siebie, tak że ich ciała niemal się zetknęły. — I nie zamierzam już dłużej udawać, że mi na tobie nie zależy.

    Kruk patrzył na nią, czekając na odpowiedź. Serce biło mu jak oszalałe. Bał się, że Suri się od niego odsunie, że powie coś ostrego i odejdzie do drugiego pokoju, ale ona patrzyła na niego tymi swoimi ciemnymi oczami, w których wciąż tliła się iskierka złości… Jednak nie odsunęła się ani o milimetr. Westchnęła ciężko i opuściła głowę, opierając czoło o jego tors. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko stała tak, z dłońmi luźno opartymi na jego ciele.

    — Nienawidzę cię — mruknęła w końcu, ale w jej głosie nie było już prawdziwej złości. Wyczuwał w nim cieplejsze nuty.

    Kruk poczuł, jak coś ściska go w gardle. Powoli uniósł ręce i objął ją w pasie, przyciągając bliżej. Jego dłonie spoczęły na jej dolnej części pleców, a kciuki zatoczyły powolne, ostrożne kręgi na materiale bluzki.

    — Wiem — powiedział cicho, opierając brodę na jej głowie.

    Suri milczała jeszcze przez chwilę, a potem powoli uniosła głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Kruk zobaczył w jej oczach, że gniew już minął — jak zawsze. Nigdy nie potrafiła być na niego zła zbyt długo. To jednocześnie go uspokajało i sprawiało, że czuł się jeszcze większym dupkiem.

    Podniósł jedną rękę i delikatnie musnął dłonią jej policzek, a potem przesunął palce w jej włosy, zatapiając je w miękkich kosmykach. Pochylił głowę, aż ich czoła się zetknęły.

    — Przepraszam — wyszeptał. — Za to, że siedziałem jak ostatni dureń i udawałem, że mi wszystko jedno co robisz. 

    Suri zamknęła oczy. Jej dłonie powoli wędrowały w górę, aż objęła go za szyję. Jej palce wplotły się w jego włosy.

    — Chciałam tylko… żebyś pokazał, że ci zależy — przyznała cicho. 

    Kruk poczuł ukłucie w piersi. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, tak że ich ciała całkowicie się zetknęły. Pochylił głowę i musnął ustami jej skroń, a potem powoli przesunął je w dół — wzdłuż jej policzka, aż do kącika ust.

    — Zależy mi — szepnął w jej skórę. — Cholernie zależy. 

    Jego usta zatrzymały się tuż przy jej ustach. Czuł jej ciepły, nierówny oddech na swoich wargach. Serce waliło mu tak mocno, że był pewien, że Suri to słyszy. Powoli, bardzo powoli, przesunął dłoń z jej pleców niżej, aż spoczęła na jej biodrze. Palce zacisnęły się lekko, przyciągając ją jeszcze mocniej do siebie.

    — Nie chcę, żeby ktoś inny cię tak trzymał — przyznał niskim, ochrypłym głosem. — Nie chcę, żeby ktoś inny patrzył na ciebie tak, jak on patrzył. 

    Suri nie odpowiedziała. Zamiast tego uniosła się na palcach i zamknęła odległość między nimi. Jej usta były miękkie i ciepłe, a pocałunek głęboki, pełen pasji. Kruk odpowiedział natychmiast, z głodem, którego już nie próbował ukrywać. Jedna jego dłoń wplotła się głębiej w jej włosy, przytrzymując ją w miejscu, druga wciąż spoczywała na jej biodrze, palce wbijając w materiał spodni.

    Pocałunek szybko stał się głębszy, bardziej desperacki. Kruk cofnął się o krok, ciągnąc ją za sobą, aż jej plecy oparły się o ścianę. Przycisnął się do niej całym ciałem, a jego usta zeszły z jej ust na szyję — powoli, z wyraźnym zamiarem. Czuł, jak Suri drży pod jego dotykiem, jak jej palce zaciskają się na jego włosach.

    — Przepraszam — wyszeptał ponownie, tym razem tuż przy jej skórze, tuż przy pulsie na szyi. — Przepraszam, że dałem ci powód, żeby wątpić.

    Suri odchyliła głowę do tyłu, dając mu lepszy dostęp do swojej szyi. Jej oddech był szybki, nierówny.

    — To… nie fair — szepnęła drżącym głosem. — Jak mam być na ciebie zła, kiedy tak robisz…

    Kruk parsknął cicho, ale w jego głosie nie było śmiechu. Tylko ulga i coś znacznie mroczniejszego. Podniósł głowę i znowu złapał jej usta w pocałunek — tym razem wolniejszy, głębszy, bardziej intymny. Jego dłoń zsunęła się z jej biodra na jej udo i uniosła je lekko, owijając wokół swojej talii. Przycisnął się do niej mocniej, pozwalając jej poczuć, jak bardzo jej pragnie. Jak bardzo bał się, że ją straci. Jak bardzo nienawidził myśli, że ktoś inny mógłby ją mieć w taki sposób.

    — Kocham cię — wyszeptał między pocałunkami, głosem zachrypniętym i niskim, a potem znowu ją pocałował, głęboko, powoli, z taką tęsknotą, że aż bolało.

    Note