Rozdział 7 – Cień Kruka II
by Vicky
Suri
Siedziała w dużym, wygodnym fotelu we wspólnym salonie Feniksów. Pomieszczenie było eleganckie i utrzymane w kolorystyce bieli oraz czerni. Na środku znajdowała się ogromna, miękka kanapa, przy której stał niski stolik do kawy. W rogu pokoju była szachownica, a w różnych miejscach stały wazony z kwiatami. Na mniejszym stoliku leżała misa wypełniona po brzegi świeżymi owocami.
Wszyscy byli już na miejscu. Lucas siedział na kanapie obok Laili, Emiyo z Davidem zajęli miejsca obok nich, Cameron siedział w fotelu naprzeciwko Suri, a Christopher stał oparty o ścianę. Suri wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. Mówiła spokojnie, choć głos czasem jej drżał. Opowiedziała im o Ryūjim, o tym, co powiedział w granicy między światami, i o tym, kim według niego naprawdę jest.
Kiedy skończyła, przez chwilę panowała cisza.
— No cóż… — odezwał się w końcu Lucas, przeczesując dłonią włosy. — To trochę więcej, niż się spodziewałem.
— Ja nie jestem aż tak zaskoczona — odezwała się Laila z wyraźną satysfakcją w głosie. — Zawsze sądziłam, że jesteś kimś wyjątkowym. Po prostu nie wiedziałam, jak bardzo.
Cameron, który do tej pory milczał, powoli pokiwał głową.
— To wyjaśniałoby, dlaczego moja matka tak bardzo cieszy się z pomysłu naszego małżeństwa — powiedział cicho. — Myślałem, że to tylko polityka… ale jeśli naprawdę jesteś dziedziczką Nivarii, to małżeństwo z tobą ma zupełnie inny wymiar.
Suri otworzyła usta, chcąc coś odpowiedzieć, ale w tym momencie z pokoju Laili dobiegł cichy, ale wyraźny dźwięk — coś pomiędzy trzaskiem a cichym piskiem. Wszyscy natychmiast spojrzeli w tamtym kierunku. Laila poderwała się na nogi.
— Moje jajko! — krzyknęła i pobiegła do swojego pokoju.
Po chwili wróciła, trzymając w dłoniach małego, fioletowego ptaka z różowymi plamkami na skrzydłach. Był mniej więcej wielkości papugi falistej i miał bystre, inteligentne oczy.
— Ojej… jaki piękny — wyszeptała Emiyo, podchodząc bliżej.
Ptak nagle zatrzepotał skrzydłami i zniknął. Zamiast niego na dłoni Laili pojawił się ogromny, różnobarwny motyl, który rozpadł się na kawałki, zmieniające się w drobne motyle, każdy o innym zabarwieniu, które zerwały się chmarą ku sufitowi.
— O rany… — pisnęła Suri.
Po chwili ptak znów się pojawił, tym razem siedząc na głowie Lucasa i wyraźnie bawiąc się wywołanymi iluzjami. Laila śmiała się głośno, ewidentnie zachwycona.
— Jest cudowny! — powiedziała z radością. — Będzie idealnym pomocnikiem.
Suri patrzyła na ptaka i na reakcje przyjaciół, czując, jak napięcie trochę z niej schodzi. Na chwilę cała rozmowa o Nivarii, dziedzictwie i Ryūjim została odłożona na bok — choć wiedziała, że to tylko chwilowa ulga.
✩ ✩ ✩
Morrigan
Siedziała za swoim biurkiem, gdy Suri weszła do gabinetu. Nie wyglądała na zaskoczoną jej wizytą. Odłożyła dokumenty, które przeglądała, i wskazała jej krzesło naprzeciwko siebie.
— Usiądź, Suri — powiedziała spokojnie.
Uczennica usiadła, ale wyraźnie było widać, że jest spięta. Dyrektor Morrigan patrzyła na nią uważnie. W środku czuła ciężar. Wiedziała, że dla tej dziewczyny to wszystko musi być ogromnym szokiem. Jeszcze niedawno żyła w przekonaniu, że jest zwykłą dziewczyną ze Starego Świata, w którym nie istniała magia, a teraz nagle dowiaduje się, że jest dziedziczką Nivarii — miejsca zamieszkanego przez istoty, z którymi zwyczajni ludzie nigdy by nie potrafili koegzystować. Jedno z najpotężniejszych i najważniejszych miejsc na świecie. Władający nią Lord Marcus Nach był osobą, z której zdaniem musiał liczyć się każdy… nawet Rada Akademii.
Suri wzięła głęboki oddech i spojrzała jej prosto w oczy.
— Wiedziała pani? — zapytała wprost. — Wiedziała pani, kim naprawdę jestem?
Morrigan przyglądała się jej przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedziała. Jej głos był spokojny i szczery.
— Nie. Nie wiedziałam — odparła. — Dowiedziałam się niedawno. Kiedy twój ojciec postanowił sam się ujawnić.
Dziewczyna zacisnęła trzymane na kolanach dłonie.
— Poznałam mojego brata, a on mnie nienawidzi — powiedziała z wyraźną goryczą. — Celowo mnie poniża podczas zajęć. I nikt nic z tym nie robi. Jeżeli mój biologiczny ojciec jest taki sam… to nie chcę mieć z nim nic wspólnego.
Dyrektor westchnęła cicho. Martwiła się o nią. Wiedziała, że Suri jest w bardzo trudnej sytuacji, uwięziona między dwoma światami, między dwiema tożsamościami, z których żadnej jeszcze tak naprawdę nie rozumiała. A Ryūji Nacht… z pewnością nie ułatwiał sprawy.
— Rozumiem twoją frustrację — odpowiedziała powoli Morrigan. — Naprawdę ją rozumiem. Ryūji ma swoje powody, by zachowywać się tak, jak się zachowuje. Nie usprawiedliwiam go, ale też nie mogę po prostu odsunąć go od twojego treningów. Ta decyzja nie zależy ode mnie.
Suri spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Ale jest pani dyrektor tej Akademii.
— Jestem — przyznała Morrigan spokojnie. — Jednak niektóre sprawy wykraczają poza moje uprawnienia. Decyzja o twoich treningach została podjęta wyżej. Nie mogę tego zmienić. Mogę jednak zapewnić cię o jednej rzeczy, twój biologiczny ojciec jest dobrym człowiekiem i z pewnością nie chce twojej krzywdy — choć znała go zaledwie przelotnie, była pewna, tego, co mówi.
Przez chwilę w gabinecie panowała cisza. Morrigan patrzyła na Suri z łagodnym, ale poważnym wyrazem twarzy. Wiedziała, że to, co się dzieje, jest dla niej ogromnym obciążeniem — zarówno emocjonalnym, jak i psychicznym. I choć nie mogła zmienić biegu wydarzeń, czuła, że powinna chociaż być dla niej oparciem.
— Wiem, że to dla ciebie trudne — dodała ciszej. — Rozumiem, że czujesz się w tej sytuacji osamotniona. Jeśli będziesz potrzebowała rozmowy… drzwi do mojego gabinetu zawsze są otwarte. Nawet jeśli nie mogę zmienić biegu wydarzeń, mogę przynajmniej cię wysłuchać.
✩ ✩ ✩
Kruk
Siedział na kanapie w swoim mieszkaniu, z padem w dłoniach, a obok niego siedziała Suri. Telewizor emitował przytłumione światło, a na ekranie ich postacie metodycznie rozstrzeliwały hordy zombiaków. Gra była głośna, chaotyczna i pełna krwi, ale atmosfera w pokoju była zupełnie inna, ciepła, spokojna i cudownie intymna.
Dziewczyna siedziała blisko niego, z nogami podkulonymi pod siebie, w odrobinę na nią za dużej bluzie z kapturem. Co jakiś czas nachylała się w jego stronę, komentując coś cicho albo śmiejąc się z jego celnych strzałów. Kruk patrzył na nią częściej, niż na ekran. Zastanawiał się, jak to możliwe, że jeszcze kilka miesięcy temu żył bez niej. Jak mógł wstawać rano, trenować, wykonywać zadania i wracać do pustego mieszkania, nie wiedząc nawet, że czegoś mu brakuje. A teraz… teraz nie wyobrażał sobie, żeby jej tu nie było. Żeby nie słyszał jej śmiechu, nie czuł jej obecności obok siebie, nie widział, jak marszczy brwi, gdy coś jej nie wychodzi w grze.
Była tu, obok i nagle wszystko inne wydawało się mniej ważne.
W pewnym momencie z kąta pokoju dobiegł cichy, ale wyraźny trzask. Oboje odwrócili głowy jednocześnie. Jajko Kruka, które od kilku dni leżało na małym stoliku obok kanapy, właśnie pękało. Suri natychmiast odłożyła kontroler i przysunęła się bliżej, z szeroko otwartymi oczami. Kruk patrzył na to spokojnie, choć w środku czuł coś ciepłego i nie do końca znajomego.
Z jajka wyłoniła się mała, srebrno-szara głowa. Potem smukłe ciało i delikatne łuski. Stworzenie, które ostatecznie wydostało się na zewnątrz, wyglądało jak miniaturowy chiński smok — z długim, wężowym ciałem i krótkimi łapkami. Bez słowa owinęło się wokół ramienia Kruka, układając na nim jak szalik. Było chłodne w dotyku i zaskakująco lekkie.
Suri wydała z siebie cichy, zachwycony dźwięk.
— Ojej… — wyszeptała, pochylając się bliżej. — Spójrz na niego… jest piękny.
Kruk przyjrzał się smokowi, który leniwie uniósł głowę i spojrzał na niego błyszczącymi, srebrnymi oczami. Sam nie czuł wobec niego szczególnego entuzjazmu. Po prostu… był. Ale patrząc na to, jak Suri patrzy na niego — z takim czystym, dziecięcym zachwytem — poczuł, że coś w jego piersi robi się miękkie.
— Podoba ci się? — zapytał cicho.
Dziewczyna skinęła głową, nie odrywając wzroku od smoka.
— Jest niesamowity. Wygląda, jakby był zrobiony z mgły i srebra jednocześnie.
Kruk patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Na to, jak delikatnie wyciągnęła rękę i pozwoliła smokowi owinąć się też wokół jej palców. Na to, jak się uśmiechała — miękko, ciepło, bez żadnej maski. Zdał sobie sprawę, że zrobi wszystko, żeby móc przy niej zostać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
✩ ✩ ✩
Suri
Zauważyła, że w ciągu tygodnia Akademia wyraźnie się zmieniła. Coraz więcej uczniów chodziło z nowymi chowańcami — niektóre siedziały na ramionach, inne krążyły u boku, a jeszcze inne znikały i pojawiały się w najmniej oczekiwanych momentach. Atmosfera stała się lżejsza, bardziej kolorowa, a jednocześnie pełna ciekawości.
Po jednym z treningów spotkała Klarę. Dziewczyna szła z wyraźnym uśmiechem, w jej objęciach siedział mały, puszysty miś panda o intensywnym czerwono-czarnym umaszczeniu. Suri przystanęła i przyjrzała się stworzeniu z zainteresowaniem.
— Jaku uroczy! — zachwyciła się od razu. — Pasuje do ciebie.
Klara spojrzała na nią z lekkim uśmiechem i pogłaskała pandę po głowie.
— Dzięki. Podobno chowańce częściowo czerpią z magii swojego właściciela. Dlatego często przyjmują pewne cechy od nas. W moim przypadku… kolor.
Suri spojrzała na nią zaciekawiona.
— Czyli jeśli ktoś ma bardzo silną magię, to jego chowaniec może wyglądać… nietypowo?
— Mniej więcej — skinęła głową Klara. — Czasem to tylko kolor, czasem coś więcej. Zależy od osoby.
Kilka dni później, kiedy Suri wyszła na taras przy basenie Feniksów, od razu zauważyła Christophera. Siedział na leżaku w cieniu, a u jego boku rozciągnięty był ogromny, śnieżnobiały tygrys, który leniwie uniósł głowę na jej widok, po czym z powrotem położył ją na łapach.
Dziewczyna podeszła bliżej z uśmiechem i usiadła na leżaku obok niego.
— No proszę — powiedziała, patrząc na tygrysa z wyraźnym zainteresowaniem. — Więc jednak masz chowańca. Myślałam, że dostarcza je wyłącznie Akademia.
Blondyn odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się lekko.
— Chowańce nie są łatwe do zdobycia, ale da się je dostać, jeśli ma się odpowiednie środki — odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Suri wyciągnęła rękę i delikatnie pogłaskała tygrysa po grzbiecie. Zwierzę mruknęło cicho, wyraźnie akceptując jej dotyk.
— Jest piękny — przyznała szczerze.
— Wybrałem go z rozmysłem — odparł Christopher, patrząc na tygrysa z wyraźnym sentymentem. — Chciałem coś spokojnego, ale silnego.
Dziewczyna skinęła głową, a potem westchnęła cicho i spojrzała w dal.
— Zaczynam się niecierpliwić — przyznała po chwili. — Moje jajko wciąż leży i nic się nie dzieje. Chcę już zobaczyć, co z niego wyjdzie.
Christopher spojrzał na nią z lekkim, ciepłym uśmiechem.
— W końcu się doczekasz — powiedział spokojnie. — A jak już się wykluje, to pewnie od razu zaczniesz narzekać, że za szybko urosło.
Suri parsknęła śmiechem.
— Tak mnie można — obruszyła się z udawaną pretensją. — Najpierw pocieszać, a potem od razu psuć humor.
Christopher roześmiał się cicho.
— Po prostu już cię trochę zdążyłem poznać — odparł łagodnie.
Dziewczyna spojrzała na niego z boku i uśmiechnęła się. W jego obecności naprawdę czuła się spokojniejsza.
✩ ✩ ✩
Suri
Dziewczyna westchnęła cicho. Trzy miesiące. Trzy miesiące, odkąd jej życie wywróciło się do góry nogami po raz kolejny. Jakby samo istnienie Nowego Świata nie było wystarczająco chaotyczne.
Treningi z Ryūjim nadal trwały. Mimo jej wyraźnych i wielokrotnych protestów. Suri przychodziła na zajęcia, bo nie miała innego wyjścia, ale za każdym razem czuła w sobie narastającą niechęć. Ryūji był tak samo chłodny i wymagający jak na początku — czasem nawet ostrzejszy. Nie dawał jej taryfy ulgowej, a wręcz przeciwnie — zdawał się celowo sprawdzać jej granice.
Tymczasem wokół niej wszyscy już cieszyli się swoimi chowańcami. Laila z dumą nosiła swojego ptaka. Christopher spacerował ze swoim białym tygrysem. Cameron dostał gryfa, który potrafił zmieniać swój rozmiar, dostosowując się do aktualnych potrzeb i czasami był uroczym maluchem, a innym razem zmieniał się w latającego wierzchowca. Lucas z kolei cieszył się towarzystwem błękitnego wilka, David miał sokoła, a Emiyo królika z jednym rogiem i ogromnym potencjałem magicznym.
Suri patrzyła na to z rosnącym niepokojem. Jej własne jajko wciąż leżało w szufladzie, w pokoju — czarne, mieniące się niebieską poświatą — i nie dawało żadnych oznak życia. Z każdym dniem czuła się coraz bardziej pozostawiona w tyle i bała się, czy w ogóle coś się w końcu z niego wykluje.
Jak na złość jednak to nie było jej jedynym problemem. Rankiem na głównym placu zebrała się spora grupa uczniów. Ryūji stał na podwyższeniu i wymieniał imiona spokojnym, oficjalnym tonem.
— Jackob. Aron. Nadine — oznajmił. — Wybrani asasyni spędzą lato w Nivarii na intensywnym treningu.
Suri poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w żołądku. Z całej szkoły właśnie te trzy imiona były dla niej najgorsze. Ludzie, od których najchętniej trzymałaby się jak najdalej. Miała też pewność, że Ryūji zrobił to specjalnie, nagradzając asasynów, którzy trzymali się od niej z daleka i każąc tych, których lubiła.
Kiedy tłum zaczął się rozchodzić, Ryūji podszedł do niej i skinął głową w stronę bocznej alejki.
— Chodź — powiedział krótko.
Dziewczyna zawahała się, ale w końcu poszła za nim. Gdy znaleźli się w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał, Ryūji odwrócił się do niej.
— Ty również spędzisz wakacje w Nivarii — oznajmił. — Na wyraźne życzenie ojca.
Suri spojrzała na niego jak na kogoś, kto właśnie stracił rozum.
— Nie — odparła natychmiast. — Nie ma mowy.
Ryūji sprawiał wrażenie zaskoczonego, szok jednak szybko ukrył pod maską złości.
— To nie jest prośba — zawarczał.
— Mam to gdzieś — odparła ostro. — Przekaż ojcu, żeby mnie wydziedziczył, bo nie jestem zainteresowana waszym krajem. Nie zamierzam brać udziału w tym przedstawieniu. I jeśli on jest choć w połowie taki jak ty, to w ogóle nie mam ochoty go poznawać. Mój prawdziwy tata to Daniel Maes. I niech tak zostanie.
Mężczyzna przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu. W jego oczach pojawiło się coś, czego Suri się nie spodziewała — mieszanka irytacji i… czegoś w rodzaju smutku. Wyglądał na człowieka rozdartego między dwoma sprzecznymi uczuciami.
— Jesteś niewiarygodnie uparta — powiedział w końcu, głosem niższym niż zwykle. — I niewdzięczna.
— A ty jesteś arogancki i okrutny — odparła bez wahania. — Więc chyba jesteśmy kwita.
Ryūji zacisnął szczękę. Przez długą chwilę patrzył na nią tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu tylko odwrócił wzrok.
— Pojedziesz — powiedział cicho, ale już bez dawnej pewności siebie. — Nie masz wyboru.
Suri poczuła, jak w jej piersi narasta gorąca, bolesna złość.
— Mam — odparła. — I właśnie z niego korzystam.
Odwróciła się na pięcie i odeszła, czując na plecach jego spojrzenie. Nie była pewna, co w tym spojrzeniu dominowało — złość czy rozczarowanie.