Rozdział 7 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Lilien
W bibliotece po magicznej stronie panuje cisza, jaka zwykle zapada dopiero późnym wieczorem. Większość uczniów już dawno poszła do internatu albo na wieczorne zajęcia praktyczne. Ja też powinnam wracać do domu, ale Maelowi jakimś cudem udało się tak wszystko zaaranżować, że zostaliśmy tu tylko we dwoje.
Czuję się zagrożona. Bardzo.
Żałuję, że nie ma przy mnie Feniksa. Jego obecność zawsze działa na mnie jak tarcza — ciepła, złocista i absolutnie nieustępliwa. Bez niego korytarze wydają się szersze, a cienie głębsze. Mael idzie obok mnie powoli, z rękami założonymi za plecami, jakby prowadził mnie na spacer po ogrodzie.
— Lilien — mówi tym swoim gładkim, aksamitnym głosem, który z jakiejś przyczyny przyprawia mnie o dreszcze. — Proszę, nie uciekaj. Chcę tylko porozmawiać. Naprawdę.
Zatrzymuję się przy schodach prowadzących do wieży nad biblioteką. Serce wali mi mocno.
— Mael… nie mam ochoty na rozmowę — odpowiadam spokojnie, ale stanowczo. — Jest późno.
On zatrzymuje się również i patrzy na mnie stalowoszarymi oczami, w których zawsze czai się coś niepokojąco kalkulującego.
— Wiem — mówi cicho. — Ale to ważne. Dla ciebie też.
Wzdycham. Zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz odmówię, to on nie odpuści. Będzie nalegał, będzie czekał, będzie się pojawiał. Lepiej mieć to za sobą.
— Dobrze — mówię w końcu, starając się, żeby mój głos brzmiał obojętnie. — Ale tylko przez chwilę. Dla świętego spokoju.
Wchodzimy po wąskich, kręconych schodach do wieży. Pomieszczenie na górze jest małe, okrągłe, z wielkim oknem wychodzącym na nocne niebo Akademii. Mael zamyka za nami drzwi. Nie na klucz, ale i tak czuję się jak w pułapce.
Siada na parapecie, ja zostaję przy drzwiach, gotowa w każdej chwili wyjść. Przez chwilę milczy, jakby zbierał myśli. Potem zaczyna mówić spokojnie, niemal filozoficznie.
— Na Północy, skąd pochodzę, wierzymy w starych bogów. Bardzo starych. Nie są to te same bóstwa, co w Imperium. Oni… widzą więcej. Przepowiedzieli, że pewnego dnia pojawi się dziewczyna, która nie będzie należała do tego świata. Przybędzie z innego miejsca, z innego życia. I zmieni bieg wydarzeń. Zniszczy stare przeznaczenie i napisze nowe. — Patrzy na mnie uważnie. — Wiem, że to ty, Lilien.
Zamieram. Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć.
— I co w związku z tym? — w końcu udaje mi się wydusić.
Mael wzrusza ramionami, jakbyśmy rozmawialiśmy o pogodzie.
— Nic wielkiego — odpowiada niewinnie. — Po prostu mnie to ciekawi. Dlatego chciałem z tobą porozmawiać. Rozumiem, że świat działa na zasadzie „coś za coś”, więc najpierw powiedziałem ci, co wiem. Teraz kolej na ciebie.
Uśmiecha się delikatnie, ale ten uśmiech nie sięga jego oczu. Czuję, jak po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju. On jest zbyt spokojny. Zbyt uprzejmy. Zbyt… kalkulujący. Przypominam sobie, że został partnerem Angelicy, celowo zbliżył się do niej, chociaż ona jest pełna nienawiści i żalu. To nie jest przypadek. On czegoś chce.
— Dziękuję za informację — mówię chłodno, starając się, żeby głos mi nie zadrżał. — Ale nie mam nic do dodania. A teraz wybacz, naprawdę muszę już iść.
Robię krok w stronę drzwi. Mael nie rusza się z miejsca, ale jego spojrzenie nadal mnie śledzi.
— Oczywiście — mówi miękko. — Nie zatrzymuję cię.
W jego głosie jest coś, co sprawia, że nabieram pewności — to jeszcze nie koniec.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Nie zamierzam jej jeszcze puścić. Robię krok bliżej, zmniejszając dystans do granicy, którą wciąż można uznać za uprzejmą. Lilien instynktownie cofa się o pół kroku, ale ja jestem szybszy. Unoszę dłoń powoli, jakbym chciał odgarnąć niesforny kosmyk włosów z jej twarzy. W rzeczywistości pragnę czegoś zupełnie innego — chcę posmakować jej duchowej mocy, choćby przez przelotny, ukradkowy kontakt skóry. Poczuć tę anomalię, która pozwala jej kontrolować istotę tak potężną jak ognisty fenomen.
Moje palce muskają jej policzek.
W tej samej chwili zostaję odrzucony. Siła jest nagła, czysta i absolutna. Niewidzialna fala złocistej energii uderza mnie w pierś z precyzją i mocą, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Cofam się gwałtownie o dwa kroki, tracąc równowagę. Moja dłoń drży.
Jestem szczerze zdumiony. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś, kto potrafiłby mnie tak skutecznie, tak instynktownie odepchnąć. Jej moc jest nie tylko silna — jest pierwotna, samoobronna, niemal autonomiczna. Jakby jej duchowa energia sama w sobie rozpoznawała zagrożenie i reagowała bez udziału świadomości.
Lilien natychmiast robi krok w moją stronę. Na jej twarzy maluje się szczery niepokój, którego nawet nie próbuje maskować.
— Mael! Nic ci nie jest? — pyta szybko, wyciągając rękę, jakby chciała mnie podtrzymać, ale w ostatniej chwili się powstrzymuje. — Przepraszam… nie chciałam… to się stało samo.
Patrzę na nią i czuję, jak limerencja w mojej klatce piersiowej eksploduje z nową, palącą siłą. Ona jest zagadką. Tajemnicą. Anomalią, której nie da się zredukować do znanych mi schematów. A jednocześnie jest empatyczna. Silna. Piękna. Wspaniała w sposób, który wykracza poza zwykłe kategorie.
Uśmiecham się powoli, mimo wciąż pulsującego bólu w piersi.
— Nic mi nie jest — odpowiadam cicho, głosem pełnym szczerego zachwytu. — To było… imponujące.
W tym momencie mam już absolutną pewność. Zrobię wszystko, absolutnie wszystko, żeby ta dziewczyna należała do mnie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Stoję przed głównym wejściem do biblioteki, oparty o kamienną balustradę. Noc jest chłodna, ale ja tego nie czuję. Jedyną rzeczą, którą rejestruję, jest rosnące napięcie w klatce piersiowej. Lilien powiedziała, że tylko na chwilę wejdzie po książkę potrzebną do jutrzejszego referatu. Cassian poszedł z nią. Powinni już dawno wyjść, ale nadal ich nie ma.
Sprawdzam godzinę. Minęło dwadzieścia siedem minut. Za długo. O wiele za długo.
Lucas stoi kilka kroków ode mnie, milczący jak zawsze, ale widzę, że też jest spięty. Jego spojrzenie co chwilę ucieka w stronę wyjścia z budynku.
W końcu drzwi się otwierają. Z biblioteki wychodzi Cassian, jest sam. Rozgląda się zaskoczony, jakby spodziewał się zobaczyć Lilien tuż przed sobą. Zatrzymuje się, gdy nas zauważa.
— Gdzie ona jest? — pytam cicho, ale ton mojego głosu jest ostry.
Cassian marszczy brwi.
— Myślałem, że już wyszła. Poszła na górę do wieży, powiedziała, że tylko zabierze książkę. Wciąż czuję w pobliżu jej obecność…
Czuję, jak coś zimnego zaciska mi się w żołądku, ja również zdaję sobie sprawę, że Lili wciąż tu jest, dlaczego więc do nas nie zeszła?
Angelica. To jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy. Czy ta dziewucha znowu wpadła na coś durnego? W mojej głowie zaczynają się układać scenariusze — szybkie, precyzyjne, strategiczne.
— Pójdę po nią — oznajmiam chłodno.
Cassian robi krok w moją stronę.
— Idę z tobą.
— Nie. Zostań tutaj. Jeśli Lilien wyjdzie, masz jej nie spuszczać z oka ani na sekundę.
Chłopak kiwa głową. Wie, że w tej chwili nie ma miejsca na dyskusję.
Ruszam w stronę prowadzących do biblioteki drzwi. W głowie układa mi się już precyzyjny plan. Jeśli Angelica choćby odważy się jej dotknąć lub w jakikolwiek sposób ją zastraszyć, nie będę w stanie zagwarantować jej bezpieczeństwa. Ten nowy student, Mael Blackthorn, który kręci się przy niej… też będę miał na niego oko. Nasłanie kogoś, kto zajmie się problemem za mnie, będzie znacznie czystsze i bardziej efektywne.
Wchodzę do biblioteki szybkim, ale kontrolowanym krokiem. Moje buty stukają o marmurową posadzkę, echo niesie się po pustych korytarzach. Lucas idzie tuż za mną, milczący i czujny. Skręcam w stronę schodów prowadzących do wieży. Drzwi na górze są uchylone, a przez szczelinę pada wąski pasek światła.
Zatrzymuję się. Przez otwarte drzwi widzę dokładnie, co się dzieje. Mael stoi blisko Lilien. Zdecydowanie zbyt blisko. Unosi rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy. W tej samej chwili coś się dzieje — niewidzialna, złocista fala energii uderza go w pierś z siłą, której nawet nie próbuje powstrzymać. Odrzuca go do tyłu, aż traci równowagę i cofa się o kilka kroków.
Lilien natychmiast robi krok w jego stronę, na jej twarzy maluje się szczery niepokój.
— Mael! Nic ci nie jest? — pyta szybko, wyciągając rękę, ale w ostatniej chwili się powstrzymuje. — Przepraszam… nie chciałam… to się stało samo.
Czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku. Ona się martwi. O niego. O człowieka, który celowo ją osaczył, który najwyraźniej zna tajemnice, których nie powinien znać, i który właśnie próbował jej dotknąć bez jej zgody. Zaciskam szczękę tak mocno, że czuję ból w skroniach.
— Nic mi nie jest — odpowiada chłopak, głosem, który zdecydowanie mi się nie podoba. — To było… imponujące.
Wchodzę do środka. Drzwi otwierają się szerzej pod moim dotykiem.
— Lili — mówię spokojnie, ale mój głos jest niski i zimny.
Oboje odwracają się w moją stronę. Lili wygląda na zaskoczoną i jednocześnie wyraźnie widzę, jak jej ulżyło. Mael — ten śliski sukinsyn — tylko unosi brew, jakby moja obecność była jedynie drobną niedogodnością.
Podchodzę prosto do mojej czarodziejki i bez słowa otaczam ją ramieniem w talii, przyciągając do siebie. Czuję, jak jej ciało jest napięte. Głaszczę ją uspokajająco po plecach.
— Chodźmy stąd — mówię cicho, ale nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Do domu.
Nie patrzę na Maela. Nie muszę. Wiem, co bym zobaczył.
Lili kiwa głową i wtula się we mnie lekko. Czuję, jak jej dłoń zaciska się na mojej koszuli.
— Lucas — mówię, gdy schodzimy po schodach w dół. — Znajdź wszystko, co da się znaleźć na temat Maela Blackthorna. Wszystko. Rodzinę, powiązania, interesy, każdy krok, jaki zrobił od chwili, gdy pojawił się w Akademii. Chcę mieć raport jutro rano.
Lucas kiwa głową bez słowa i znika w korytarzu. Wyprowadzam Lili z budynku biblioteki, trzymając ją blisko siebie. Dopiero gdy jesteśmy na zewnątrz, oddycham głębiej.
Cassian natychmiast do nas dołącza, ale, przynajmniej na razie, nie zadaje pytań.
— Nie zbliżaj się do niego więcej — mówię cicho, ale stanowczo, gdy idziemy w stronę prowadzącego do Chicago parku. — Ani ty, ani nikt z naszej grupy.
Dziewczyna nie protestuje. Tylko kiwa głową i mocniej ściska moją dłoń.
Wracamy do penthouse’u w milczeniu. Gdy tylko wchodzimy do środka, siadam przy stole i otwieram laptopa. Powoli przewijam kolejne raporty. Na ekranie laptopa pojawiają się coraz bardziej niepokojące wiadomości — nowe portale w Chicago, ataki na cywilów, panika w dzielnicach mieszkalnych. Magiczne służby są przeciążone, a zwykła policja nie ma pojęcia, jak sobie z tym radzić.
Nagle czuję za plecami podmuch ciepła. Feniks materializuje się za mną bez słowa. Czuję jego obecność jak gorącą falę. Staje tuż za moim krzesłem i patrzy mi przez ramię na monitor. Jego złociste oczy odbijają blask ekranu.
— Powinienem spalić piekło? — pyta niskim, gardłowym głosem, w którym nie ma ani grama żartu. — Mogę to zrobić. Wystarczy jedno słowo.
Jestem pewien, że mówi całkowicie poważnie. Feniks nie rzuca takich słów na wiatr. Gdyby naprawdę chciał, byłby w stanie wywołać prawdziwą apokalipsę po drugiej stronie bramy.
Odwracam się lekko w jego stronę, nie wstając z krzesła.
— Nie — odpowiadam spokojnie, ale stanowczo. — Twoim priorytetem jest bezpieczeństwo Lili. Tylko to się liczy. Nie rozpraszaj się, piekło nas nie obchodzi.
Feniks milczy przez chwilę, a potem kiwa głową, jakby akceptował rozkaz.
— Dobrze — mruczy. — Skoro tak… to może chociaż spalę samą królową demonów? Jedno małe ognisko. Nikt nawet nie zauważy.
Zaciskam palce na krawędzi stołu. Znowu ta uwaga. Feniks mówi o królowej demonów tak, jakby znał ją osobiście. Jakby wiedział o strukturze piekła więcej niż ktokolwiek z nas żyjących w magicznym świecie. To nie jest zwykła wiedza z legend czy ksiąg, brzmi jak… doświadczenie. Patrzę na niego uważniej, ale nie komentuję tego, co powiedział. Nie teraz.
— Skup się na Lili — powtarzam cicho. — To wszystko, czego od ciebie chcę.
Feniks pochyla się bliżej, kładąc mi dłoń na ramieniu. Jego dotyk jest gorący, prawie parzy.
— Zawsze — szepcze. — Dla niej spalę wszystko… albo nic. Zależy, czego będzie chciała Kochanie.
Zostaje jeszcze chwilę za mną, patrząc na ekran, po czym odchodzi, a ja jestem pewien, że pójdzie bezpośrednio do niej.
Wracam wzrokiem do wiadomości. Portale otwierają się coraz częściej, a ja mam coraz silniejsze wrażenie, że ktoś bardzo sprytnie pociąga za sznurki.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Nie miałam pojęcia, czemu Mael prowadzi mnie w głąb lasu, ale teraz znajduję się w środku starej, opuszczonej strażnicy i drżę z ekscytacji. Chłopak stoi pośrodku narysowanego na podłodze magicznego kręgu. Powietrze wokół niego drży od mocy. Recytuje zaklęcie niskim, spokojnym głosem, a wydobywające się z jego ust słowa brzmią starożytnie, ostro i niebezpiecznie. Linie kręgu zaczynają świecić krwistą czerwienią, a potem czarnym, pulsującym światłem.
Z kręgu wyłania się demon. Wielki, ciemny, z rogami zakrzywionymi jak sierpy i skórą, która wydaje się pochłaniać światło. Jego oczy płoną głęboką, nienaturalną czerwienią. Powietrze robi się ciężkie, gęste od mrocznej magii. Nawet ja, stojąc z boku, czuję, jak coś zimnego i drapieżnego wypełnia pomieszczenie.
Powinnam się bać. Każdy normalny człowiek by się bał. Demony są niszczycielskie. Są złem w czystej postaci. Mimo to się uśmiecham. Kiedy patrzę na tego potwora, widzę nie grozę. Widzę Feniksa 2.0. Tylko że tym razem to nie Lilien go kontroluje. Tym razem będę to ja.
Mael odwraca się w moją stronę. Na jego twarzy maluje się chłodna satysfakcja. Demon klęka przed nim, posłuszny jak pies na smyczy.
— Widzisz? — pyta chłopak cicho, patrząc na mnie. — To jest prawdziwa moc. Nie jakaś tam złocista zabawka, którą Lilien trzyma na smyczy. To coś, co można naprawdę kontrolować.
Robię krok bliżej. Serce wali mi mocno, ale nie ze strachu. Z podniecenia.
— Jest… wspaniały — szepczę, nie mogąc oderwać wzroku od demona.
Mael uśmiecha się leniwie.
— Jest twój, jeśli tylko zechcesz. Będzie słuchał ciebie tak samo jak mnie.
Czuję, jak po moim kręgosłupie spływa dreszcz czystej, słodkiej satysfakcji. Lilien ma swojego Feniksa — wielkiego, płonącego, obsesyjnego pupila. Za to ja… ja właśnie otrzymałam swojego. Tym razem to nie ona jest tą, która ma wszystko. Tym razem to ja mam potwora. Prawdziwego. Mrocznego. Gotowego niszczyć na moje skinienie.
Uśmiecham się szeroko, patrząc na klęczącego przed nami demona.
— Witaj w domu — szepczę.