Rozdział 9 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Lilien
Siedzę w głębokim, miękkim fotelu przy łóżku Ivy w prywatnym apartamencie szpitalnym. Pokój jest urządzony jak luksusowy hotel — jasne drewno, delikatne oświetlenie, duże okno z widokiem na ogród i absolutna cisza, przerywana tylko cichym pikaniem aparatury. Cassian zapłacił za najdroższy dostępny standard. Mimo tego luksusu czuję się fatalnie.
Ivy leży blada, z zabandażowaną ręką i świeżymi szwami na czole. Jej piegowata twarz wydaje się jeszcze mniejsza i delikatniejsza niż zwykle. Oddycha powoli, nierówno. Odzyskała przytomność kilkanaście minut temu, ale w jej oczach wciąż jest pustka.
Patrzę, jak powoli otwiera powieki.
— Lili…? — jej głos jest słaby, zachrypnięty.
Natychmiast pochylam się i biorę jej zdrową dłoń w obie ręce. Jest zimna.
— Jestem przy tobie, kochanie — mówię miękko, starając się, żeby mój głos brzmiał spokojnie. — Jesteś w szpitalu. Wszystko będzie dobrze.
Ivy marszczy brwi, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. Jej palce drżą lekko w moich dłoniach.
— Nie pamiętam… — szepcze. — Wracaliśmy… prawda? A potem… nic. Kompletna pustka. Dlaczego nic nie pamiętam?
Serce mi się ściska tak mocno, że aż boli. Czuję falę winy — ciężką, dławiącą, która zalewa mnie całą. To przeze mnie. Ivy przyłączyła się do nas, stała się częścią naszej grupy… a ktoś uderzył właśnie w nią, bo nie mógł uderzyć we mnie bezpośrednio. Jestem prawie pewna, kto za tym stoi.
— Miałaś wypadek — odpowiadam ostrożnie, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. — Lekarze mówią, że pamięć może wrócić z czasem. Nie musisz się teraz tym męczyć. Najważniejsze, że jesteś bezpieczna.
Ivy patrzy na mnie długo, zdezorientowana i przestraszona.
— Ale… dlaczego czuję, że ktoś mnie nienawidził? — pyta cicho, a jej głos się łamie. — Mam wrażenie… jakby ktoś chciał mnie skrzywdzić.
Pochylam się i delikatnie całuję ją w czoło, tuż nad szwami. Czuję zapach środków dezynfekcyjnych i jej strachu.
— Nikt cię już nie skrzywdzi — mówię cicho, ale z żelazną pewnością. — Obiecuję ci to, Ivy. Nigdy więcej.
W środku wszystko we mnie wrze. Ktokolwiek to zrobił — a mam bardzo silne podejrzenie, kto to mógł być — posunął się za daleko. Tym razem nie zamierzam stać z boku. Siedzę przy jej łóżku, trzymając jej rękę, i czuję, jak w mojej piersi powoli, zimno formuje się postanowienie. Dość. Czas skończyć z tym, że ludzie, na których mi zależy, płacą za moje wybory.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Stoję na balkonie opuszczonej wieży strażniczej, zaciskając palce na zimnym, omszałym parapecie tak mocno, że czuję, jak kamień ugina się pod naciskiem.
Angelica. Ta dziewczyna jest tak żałośnie prymitywna, że przez chwilę mam autentyczną ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło. Mogłem wybrać kogokolwiek innego, kogoś, kto ma IQ choć odrobinę większe od przeciętnej ameby. Zamiast subtelnej, precyzyjnie zaplanowanej operacji, którą jej zasugerowałem, postanowiła urządzić krwawy spektakl w parku. Demon cienia — ten sam, którego jej dałem — rozszarpał małą Rosewood na oczach wszystkich. Efekt? Cała paczka Lilien jest teraz w stanie najwyższej czujności, a ja muszę przyspieszyć plany o kilka kroków.
Jednak… zamieszanie ma swoje zalety. Wykorzystam je. Lilien od wielu dni konsekwentnie odmawia mi nawet kwadransa rozmowy. Za każdym razem, gdy próbuję się zbliżyć, rudowłosy demon materializuje się przy niej jak cień, a ona patrzy na mnie z tą irytującą, uprzejmą obojętnością, która maskuje głęboką niechęć. To zaczyna być… obraźliwe.
Moja cierpliwość się kończy. Skoro nie chce mi poświęcić czasu dobrowolnie, wezmę go siłą. Porwanie. Proste, eleganckie i wyjątkowo skuteczne.
Zwabi ognistego demona prosto w krąg, który przygotowałem w tej właśnie wieży — wzmocniony mocą pożyczoną od Królowej i energią, którą systematycznie odbierałem Angelice oraz kilkudziesięciu innym czarodziejkom w Akademii. Będzie miał tam dokładnie to, na co zasługuje.
Uśmiecham się powoli, czując, jak ciemna, pulsująca moc wypełnia moje żyły — gęsta, słodka, drapieżna. Królowa szepcze mi coś z głębi, aprobująco. Do tego dodaję energię — czystą, złotą, skradzioną młodym czarodziejkom. Jest jej wystarczająco dużo, by uruchomić teleportację — zaklęcie czarnej magii, surowo zabronionej na wszystkich siedmiu kontynentach.
Zamykam oczy. Powietrze faluje. W jednej chwili stoję na balkonie porzuconej wieży, a w drugiej materializuję się w kącie przyciemnionego, luksusowego szpitalnego pokoju, do którego zabrali Ivy.
Lilien siedzi przy łóżku, trzymając dłoń śpiącej dziewczyny. Gdy wyczuwa moją obecność, jej głowa odwraca się gwałtownie. Oczy rozszerzają się w szoku. Nie daję jej czasu na reakcję. Jestem przy niej w ułamku sekundy. Jedną ręką zaciskam jej usta, drugą chwytam za ramię. Moc wylewa się ze mnie — czarna, paraliżująca, absolutna.
— Ciii… — szepczę jej prosto do ucha, niemal czule. — Czas na naszą prywatną rozmowę, Lilien Everhart.
Jej ciało sztywnieje, ale jest już za późno. Świat wokół nas wiruje i ciemnieje. Gdy ponownie materializujemy się w zimnej, porośniętej bluszczem wieży strażniczej głęboko w lesie, Lilien odzyskuje przytomność w moich ramionach.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Rozglądam się wokół oszołomiona. W półmroku widzę ścianę z szarych kamieni, którą porasta mech. Nie znam tego miejsca.
Wtedy zdaję sobie sprawę, kto mnie trzyma. Wyrywam się z ramion Maela i odskakuję jak oparzona.
— Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? — pytam, zupełnie nie rozumiejąc.
Podchodzi do mnie niespiesznym krokiem. Jest teraz blisko, zdecydowanie zbyt blisko! Zaczynam wpadać w panikę.
— Opowiedz mi, w jaki sposób kontrolujesz Feniksa — mówi uprzejmym tonem, jakby prosił mnie o przysługę, a nie porwał i uwięził w jakichś przeklętych ruinach.
— Co takiego? — wpatruję się w niego oszołomiona.
O czym on do diabła w ogóle mówi?
— Nie martw się, jeżeli nie masz ochoty o tym teraz rozmawiać — uśmiecha się do mnie wyrozumiałym uśmiechem, który przyprawia mnie o dreszcze. — Mamy czas, ile tylko potrzebujesz.
— Skąd ci przyszło do głowy, że go kontroluję? — pytam skonsternowana.
— Masz mnie za głupca? — przygląda mi się przekrzywiając głowę na bok. — Jestem przekonany, że tak potężna istota jak on nie uczęszcza do Akademii Róż i Zaklęć z nudów.
— Właściwie… Feniks większość rzeczy robi dla zabawy — wyrywa mi się zanim zdążę się powstrzymać.
Mael zanosi się cichym śmiechem. Chłodną dłonią unosi mój podbródek i patrzy mi w oczy.
— Jesteś doprawdy urocza — mruczy.
Cofam się gwałtownie, aż plecami uderzam o zimną, omszałą ścianę wieży. Serce wali mi tak mocno, że czuję je w gardle. Mael nie rusza się za mną — stoi tylko i patrzy z tym swoim spokojnym, intelektualnym uśmiechem, jakby właśnie rozwiązał szczególnie interesujące równanie.
— Nie zbliżaj się — wyrywa mi się ochryple.
On przechyla głowę, jakby analizował mój strach jak ciekawostkę.
— Nie mam zamiaru cię skrzywdzić, Lilien. Przynajmniej nie w sposób, w jaki to sobie wyobrażasz. Chcę tylko zrozumieć. Jesteś anomalią. Istotą, która nie powinna istnieć w tym świecie, a jednak całkowicie go przebudowała. I co najciekawsze… masz absolutną władzę nad bytem, który powinien być nieokiełznany. Jak to robisz? Jakim cudem tak potężny demon klęka przed tobą i mruczy jak kot, gdy głaszczesz go po głowie?
Jego stalowoszare oczy błyszczą w półmroku. Robi jeden powolny krok w moją stronę.
— To nie jest zwykła więź. To coś znacznie głębszego. I ja muszę to zrozumieć. Muszę wiedzieć, jak ty, zwykła dziewczyna z innego świata, potrafisz okiełznać coś, co powinno pożerać całe królestwa.
Czuję, jak zimny pot spływa mi po kręgosłupie. On wie. Wie o mnie więcej, niż powinien. To, o czym wcześniej wspominał nie było spekulacjami. Wie, że nie jestem stąd.
— Nie odpowiem ci na żadne pytania — mówię przez zaciśnięte zęby.
Mael uśmiecha się jeszcze szerzej, ale w tym uśmiechu nie ma ciepła. Jest tylko czysta, intelektualna fascynacja.
— Nie musisz odpowiadać od razu. Jak już mówiłem… mamy mnóstwo czasu.
Sięga ręką do kieszeni mundurka i wyjmuje mały, czarny kryształ, który pulsuje słabym, czerwonym światłem. Patrzy na niego z zadowoleniem, potem znów na mnie.
— Feniks już wie, że zniknęłaś. Wkrótce tu będzie. A wtedy… wtedy zobaczymy, jak bardzo jest ci posłuszny. — Jego głos staje się cichszy, niemal intymny. — I zobaczymy też, jak bardzo ty jesteś gotowa, żeby go chronić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Stoję w ukrytej komnacie pod ruinami starej wieży na obrzeżach Akademii. Serce bije mi tak mocno, że czuję je w gardle. W ramionach trzymam ją — Lilien Everhart — moją obsesję, moją limerencję, jedyną rzecz na tym świecie, która naprawdę ma znaczenie.
Jest nieprzytomna. Tylko na chwilę. Delikatnie kładę ją na przygotowanym ołtarzu z czarnego kamienia. Jej włosy rozsypują się jak złoto na ciemnym tle. Wygląda jak anioł, którego sam uprowadziłem z nieba. Nie mogę oderwać od niej wzroku.
„Jesteś doskonała” — myślę, a w piersi rozpala mi się ogień. — „Taka mała, taka krucha, a jednak trzymasz w dłoniach istotę, której ja nigdy nie potrafiłem poskromić.”
Słyszę go. Feniks już nadchodzi. Czuję jego obecność — pierwotną, chaotyczną, piękną. Uśmiecham się i aktywuję krąg. Wielki, skomplikowany wzór runiczny rozświetla się na podłodze srebrzystym blaskiem. To najsilniejszy krąg uwięzienia, jaki znam — zaprojektowany, by zatrzymać nawet najstarsze i najpotężniejsze demony. Żadna istota z Krainy Cieni nie powinna być w stanie się z niego uwolnić.
Drzwi komnaty otwierają się z hukiem. Feniks wchodzi do środka. Rudowłosy, złocisty, z płonącymi oczami. Patrzy na Lilien leżącą na ołtarzu, potem na krąg pod swoimi stopami.
I… marszczy brwi.
— Co to jest? — pyta szczerze zdziwiony, jakby zobaczył dziwną zabawkę.
Nie reaguje na krąg. W ogóle. Stoi w samym jego środku, a runy nawet nie drgną. Nic nie stawia mu oporu, nie zadaje bólu, runy nie próbują go uwięzić. Patrzę na niego z niedowierzaniem. To niemożliwe. Mój najsilniejszy krąg, który więził demony starsze niż samo Imperium… na niego nie działa.
Feniks robi krok w moją stronę, nadal z tą samą, lekko zdezorientowaną miną.
— Serio? — mówi, patrząc na podłogę. — Narysowałeś tu jakieś kółko i myślisz, że mnie to zatrzyma? To… urocze.
Czuję, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Cała moja limerencja, cała fascynacja, cała obsesja na punkcie Lilien i jej zdolności kontrolowania tej istoty… właśnie wybuchła. Dziewczyna… nie kłamała.
Ona go nie kontroluje siłą.
Ona go nie więzi.
Ona… po prostu go ma.
Przez całe życie zawierałem pakty z demonami, które i tak robiły, co chciały… i właśnie stanąłem twarzą w twarz z czymś, czego nigdy nie będę w stanie posiąść.
Feniks uśmiecha się leniwie i robi kolejny krok w moją stronę.
— Puść ją — mówi spokojnie, ale w jego głosie słychać coś, co sprawia, że po raz pierwszy w życiu czuję prawdziwy, realny strach.
Patrzę na Lilien. Na jej spokojną twarz. Na to, jak pięknie wygląda nawet w tym stanie. Czuję, jak uwielbienie w mojej piersi zmienia się w coś znacznie mroczniejszego. W coś, co już nie jest tylko fascynacją. To już jest głód.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Siedzę na kanapie w penthousie, a Lili wciąż jest wtulona w mój bok. Jeszcze drży lekko, choć już się uspokoiła. Mael został zabrany przez strażników Akademii — przynajmniej na razie nie musimy się nim przejmować, ale Feniks… Feniks jest tutaj, w pełni. I jest wściekły w sposób, jakiego jeszcze nie widziałem. Przed spaleniem chłopaka powstrzymała go tylko groźba Ashera, że jeśli to zrobi, to nie będzie mógł towarzyszyć Lili podczas zajęć w Akademii, jak do tej pory.
Stoi kilka kroków od nas, w swojej dorosłej formie, ręce ma zaciśnięte w pięści. Jego złociste oczy płoną, ale nie gniewem. To coś innego, głębszego.
— On myśli, że jestem demonem? — irytuje się na głos.
„On myśli, że jestem demonem?” — warczy mi w głowie, a jego głos jest pełen niedowierzania. — „Tak na serio? Ja? Demonem? Ja, który jestem częścią Lili? Który oddycham nią, żyję nią, spalę dla niej wszystko? On naprawdę myślał, że jestem jakimś… zwykłym demonem z portalu?”
Feniks chodzi tam i z powrotem po pokoju. Jego kroki są ciężkie, nerwowe. Nigdy nie widziałem go tak… obrażonego.
„Jak on śmiał?!” — ciągnie, a w jego głosie pojawia się obrzydzenie. — „Jak śmiał mnie tak obrazić? Ja nie jestem demonem. Ja jestem… ja jestem jej. Jestem tym, co ona kocha. Ja nie podpisuję paktów. Ja nie służę. Ja po prostu… jestem. A on patrzy na mnie jak na jakieś zwierzę do oswojenia.”
Lili podnosi głowę z mojego torsu i patrzy na niego. Widzi, że coś jest nie tak. Wstaje powoli i podchodzi do Feniksa. On zatrzymuje się w pół kroku.
— Kotku… — mówi miękko, sięgając ręką do jego twarzy. Feniks odwraca głowę, ale nie odsuwa się. Lili delikatnie kładzie dłonie na jego policzkach i zmusza go, żeby na nią spojrzał. — Hej… popatrz na mnie — szepcze. — On nie rozumie. Nikt nie rozumie. Nie jesteś demonem. Jesteś mój. Jesteś częścią mnie i Cassiana. Jesteś tym, kto mnie chroni. Kto mnie kocha w sposób, w jaki nikt inny nie potrafi.
Feniks milczy przez chwilę. Jego złote oczy wciąż płoną, ale już nie tak gniewnie.
„Ona mnie pociesza…” — szepcze mi w głowie, a w jego głosie jest coś dziwnego. Prawie… zawstydzonego. — „Ona myśli, że jestem… ważny. Nie uważa, że jestem demonem. Wie, że jestem tylko… jej.”
Lili staje na palcach i oplata jego szyję ramionami, zmuszając, żeby się do niej schylił. Całuje go w czoło, potem w policzek, a na końcu delikatnie w usta.
— Jesteś mój — powtarza cicho. — I nikt nie ma prawa cię tak nazywać. Rozumiesz?
Feniks mruczy nisko, ale już nie z wściekłością. Wtula się w nią, chowając twarz w jej szyi jak duży, obrażony kot.
„…dziękuję, Kochanie” — szepcze tylko do mnie w głowie, bardzo cicho.
Lili nadal go głaszcze, a ja siedzę na kanapie i patrzę na nich. Feniks był zaskoczony. Potem zniesmaczony. A teraz… teraz po prostu pozwala się pocieszać. Nawet on, ten chaos i ogień, potrafi być… po prostu ludzki. Choć tylko na chwilę i tylko dla niej.