Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Kruk

    Kiedy zobaczył swoje imię na liście kandydatów na wakacyjny trening w Nivarii, przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ekran, jakby spodziewał się, że zaraz zniknie. Był pewien, że po wszystkim, co się wydarzyło, Suri usunie go z listy bez wahania. A jednak wciąż na niej był — na samym szczycie.

    Nie potrafił tego zostawić. Musiał wiedzieć, dlaczego. Wybrał moment, w którym Suri trenowała z Ryūjim — na otwartym terenie za Akademią, z dala od Feniksów. Nie chciał, żeby czuła się przez niego osaczona, ani żeby ktoś inny wtrącał się do tej rozmowy. Podszedł bliżej, ale zatrzymał się w odpowiedniej odległości, czekając, aż skończą ćwiczenia. Kiedy Suri wreszcie go zauważyła, jej ruchy na chwilę zesztywniały, ale nie wyglądała na przestraszoną. Tylko… ostrożną.

    Ryūji rzucił Krukowi krótkie, lodowate spojrzenie, ale nic nie powiedział. Po prostu cofnął się o kilka kroków, dając im przestrzeń.

    Chłopak podszedł bliżej, ale nie za blisko.

    — Poświęcisz mi chwilę? — zapytał, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. Suri skinęła głową i odłożyła broń. Kiedy podeszła, Kruk od razu przeszedł do rzeczy. — W dalszym ciągu chcesz, żebym jechał do Nivarii? — zapytał wprost, nie potrafiąc ukryć niedowierzania w głosie.

    Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. Przez chwilę milczała, jakby zbierała myśli, a potem skinęła głową.

    — Oczywiście, że tak — odparła spokojnie. — To… nie ma z nami nic wspólnego. Nie ma wątpliwości, że jesteś najzdolniejszym asasynem w całej Akademii. Nie wybranie cię byłoby po prostu… głupotą.

    Kruk wpatrywał się w nią, kompletnie zaskoczony. Spodziewał się zimnej odmowy, pretensji, a może nawet złośliwości. A tu… po prostu chłodna, rzeczowa ocena. Jakby naprawdę oddzielała to, co było między nimi prywatnie, od tego, co działo się na polu treningowym.

    Poczuł, jak coś ściska go w gardle.

    — Myślałem, że… po wszystkim… — zaczął, ale urwał, nie wiedząc, jak dokończyć zdanie.

    Suri spojrzała w bok, a jej palce zacisnęły się lekko na rękawie bluzy.

    — To, co było między nami… to jedna sprawa — powiedziała cicho. — A twoje umiejętności zupełnie inna. Nie zamierzam ich nie docenić tylko dlatego, że… między nami nie wyszło.

    Kruk milczał przez dłuższą chwilę. Patrzył na nią i czuł, jak w jego głowie kłębi się mieszanka ulgi, żalu i czegoś, czego nie potrafił do końca nazwać. W końcu skinął głową.

    — …Rozumiem — mruknął. — Dziękuję.

    Dziewczyna nie odpowiedziała. Skinęła lekko głową i odwróciła się z powrotem w stronę Ryūjiego, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. Chłopak jeszcze przez chwilę stał w miejscu, patrząc na jej plecy. Potem powoli się odwrócił i odszedł, czując, jak coś w jego piersi jest jednocześnie lżejsze… i znacznie cięższe niż przed chwilą.

    ✩ ✩ ✩

    Aron

    Już dawno pogodził się z tym, że nie pojedzie do Nivarii. Kiedy Suri zerwała z Krukiem, ostatnia, cienka nić nadziei pękła. Wiedział, że nie ma co liczyć na jej przychylność — nie po tym wszystkim, co między nimi zaszło. Nie po tym, jak ją napastował i jak zostawił samą w barze dla wilkołaków, narażając ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.

    Dlatego, kiedy instruktor podszedł do niego po popołudniowym treningu, Aron był szczerze zaskoczony. Ryūji stanął przed nim z rękami skrzyżowanymi na piersi i patrzył na niego lodowatym spojrzeniem. Przez chwilę milczał, jakby dawał Aronowi czas, żeby się przygotował na to, co zaraz usłyszy.

    — Moja siostra cię wyjątkowo nie lubi — powiedział w końcu bez ogródek. — Ale zdaje sobie sprawę, że jesteś niezły. Dlatego postawiła warunek. Jeśli zetniesz włosy, będziesz na liście kandydatów do Nivarii. Powiedziała, że zrozumiesz jej decyzję.

    Aron zamarł. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Ryūjiego, próbując ogarnąć to, co właśnie usłyszał. To było zaskakująco mało, choć z pewnością budziło w nim irytację. Dlaczego chciała mu tak łatwo odpuścić?

    Miał pewność, że Suri nie opowiedziała Ryūjiemu o tym, co się między nimi wydarzyło. Był przekonany, że jeśli Ryūji znałby prawdę, to sam by go skreślił — bez wahania i bez żadnych warunków. A jednak… nic takiego się nie stało. Aron powoli uniósł rękę i dotknął swojego fioletowego irokeza. Przez chwilę trzymał go w dłoni, jakby chciał się pożegnać.

    — …Rozumiem — powiedział krótko.

    Ryūji patrzył na niego jeszcze przez chwilę, a potem skinął głową.

    — Masz czas do jutra — powiedział spokojnie. — Jeśli zetniesz, dodam cię do listy. Jeśli nie… to koniec tematu.

    Aron skinął głową. Irytacja mieszała się w nim ze zrozumieniem, ale i tak najwyraźniejsze było zaskoczenie. Bo Suri, mimo wszystko, dała mu szansę, a on nie był pewien, że na nią nie zasłużył.

    — Dobrze — odparł. — Zrobię to.

    Ryūji jeszcze przez moment patrzył na niego, jakby chciał coś dodać, ale w końcu tylko się odwrócił i odszedł. Aron został sam na pustym placu treningowym, wpatrując się w ziemię.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Weszła do teleportu razem z Ryūjim i Kuro. Bransoletka od Christophera wciąż spoczywała na jej nadgarstku — co chwilę bawiła się małymi, iskrzącymi się gwiazdkami, jakby to mogło skrócić czas, jaki dzielił ją od ponownego spotkania z Feniksami. Wiedziała, że zobaczy ich dopiero za miesiąc.

    Po wyjściu z teleportu znaleźli się na granicy Nivarii. Mgła była gęsta, ale dziwnie… przyjazna. Suri nie miała wątpliwości, w którą stronę powinni iść. Czuła to w sobie — jakby coś w jej krwi wiedziało dokładnie, dokąd zmierza.

    — To magia krwi. Należysz do tego miejsca, dlatego cię wpuści i zaprowadzi skąd trzeba. — Ryūji potwierdził jej przeczucia.

    Po przekroczeniu granicy dziewczyna na chwilę przystanęła, zupełnie oniemiała. Nivaria była jeszcze piękniejsza, niż sobie wyobrażała. Białe skały, turkusowa woda, bujna roślinność i delikatne, magiczne stworzenia unoszące się nad powierzchnią jezior i kanałów. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś starannie namalował ten krajobraz.

    Jeszcze większe zaskoczenie jednak spotkało ją kilka minut później. Na kamiennym placu czekał na nich orszak Illi’andin odzianych w galowe mundury. Żołnierze stali prosto, nie ukrywając skrzydeł. Pochylili głowy w pełnym szacunku ukłonie. Nie było w tym ani strachu, ani służalczości — po prostu szczery respekt.

    Po chwili Suri zobaczyła coś jeszcze. Zza białych formacji skalnych wynurzył się czarny smok. Był duży, lśniący i potężny, a jego rubinowe oczy spoglądały na nich z inteligentną ciekawością. Na jego grzbiecie znajdowało się wygodne siodło.

    Ryūji podszedł do niego bez wahania.

    — To Veyr — powiedział z dumą. — Mój chowaniec.

    Suri chciała się odezwać, gdy nagle usłyszała cichy, zachwycony dźwięk obok siebie. Kuro, który do tej pory szedł spokojnie u jej boku, nagle stanął jak wryty. Jego srebrzyste oczy rozszerzyły się, a ogony zaczęły poruszać się z wyraźną ekscytacją.

    — Ooo… — wyszeptał z dziecięcym zachwytem. — Jaki piękny…

    Veyr również zareagował. Smok powoli opuścił łeb i skierował go prosto w stronę Kuro. Przez chwilę obaj patrzyli na siebie w milczeniu — kitsune z uniesioną głową, a smok z lekko przechyloną. Potem chowaniec Ryūjiego wydał z siebie niskie, gardłowe mruczenie i delikatnie, niemal ostrożnie, musnął nosem jeden z ogonów Kuro. Lis parsknął cichym śmiechem i bez żadnego wahania wyciągnął rękę, żeby pogłaskać  nozdrza smoka.

    — Jesteś wspaniały — powiedział z wyraźnym podziwem. — Naprawdę wspaniały. I taki… duży. I czarny. Idealny.

    Veyr wydał z siebie dźwięk, który brzmiał zaskakująco jak zadowolony pomruk i jeszcze bardziej przysunął łeb do Kuro. Suri patrzyła na tę scenę z lekkim rozbawieniem. Ryūji natomiast uniósł brew, wyraźnie zaskoczony.

    — Nie zdażyło się jeszcze, żeby tak szybko zaakceptował kogoś obcego — mruknął.

    Kuro nawet na niego nie spojrzał. Całą uwagę skupił na smoku, głaszcząc go z wyraźną przyjemnością.

    — On mnie lubi — oznajmił z zadowoleniem. — Czuję to. Ja go też lubię. Bardzo.

    Suri pokręciła głową z uśmiechem, ale w środku czuła ciepło. W obliczu tego, co ich czekało, widok Kuro tak szczerze zachwyconego smokiem był… dziwnie uspokajający.

    Kilka minut później dziewczyna siedziała już za plecami Ryūjiego na grzbiecie Veyra. Kuro usadowił się tuż za nią, oplatając ją ramionami i co chwilę zerkając na smoka z wyraźnym podziwem. Veyr tymczasem co jakiś czas odwracał łeb, jakby chciał się upewnić, że kitsune wciąż tam jest.

    Gdy smok wzbił się w powietrze, a wokół nich pojawiło się kilkunastu eskortujących ich Illi’andin, Suri wreszcie poczuła, że naprawdę zostawia za sobą Akademię. Spojrzała w dół. Pod nimi rozciągała się Nivaria — biała, zielona, błękitna i pełna światła. Mgły otulały doliny i szczyty jak delikatny welon. Nie mogła zaprzeczyć jednemu prostemu faktowi — Nivaria była piękniejsza, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Wpatrywała się w rozciągający się pod nimi krajobraz, nie potrafiąc oderwać wzroku. Z wysokości grzbietu Veyra stolica Nivarii wyglądała niczym miejsce wyjęte z dawnych legend — miasto wykute w śnieżnobiałej skale, które zdawało się wyrastać prosto z ziemi, otulone wstęgami błękitu.

    Białe, potężne formacje skalne wznosiły się ku niebu w harmonijnych, organicznych kształtach, jakby ktoś nie zbudował miasta, lecz wyrzeźbił je z jednego wielkiego, mlecznego kamienia. Między skałami i tarasami wiły się liczne, krystalicznie czyste kanały i strumienie, których woda lśniła w słońcu turkusowym i srebrzystym blaskiem. Z kilku poziomów miasta spływały wąskie, ozdobne wodospady, tworząc delikatne zasłony mgły, które unosiły się nad powierzchnią wody jak duchowe welony.

    Wszędzie rosła bujna, starannie utrzymana roślinność. Palmy i smukłe drzewa o jasnych pniach oplatały białe ściany i tarasy, a ich korony mieszały się z pnącymi kwiatami w odcieniach fioletu, różu i głębokiego błękitu. Zieleń i biel tworzyły niezwykły kontrast — miasto wyglądało jednocześnie na starożytne i wiecznie młode.

    Między budynkami i kanałami przemykały przeróżne, magiczne stworzenia. Niektóre unosiły się leniwie nad wodą, inne nurkowały z gracją w głąb przezroczystych głębin. Ich ciała mieniły się delikatnym, perłowym światłem, dodając miastu jeszcze bardziej eterycznego charakteru.

    Pałac górował nad wszystkim — częściowo wtopiony w najwyższe wzniesienie białej skały, częściowo wyniesiony ponad miasto. Jego srebrzyste kopuły lśniły w słońcu, a z kilku poziomów spadały wąskie, ozdobne wodospady, które wpadały prosto do szerokich kanałów otaczających budowlę. Z tej wysokości pałac wydawał się nie tyle budowlą, co naturalnym przedłużeniem samej skały — majestatycznym i jednocześnie pełnym lekkości.

    Suri poczuła, jak powietrze staje się cieplejsze, gdy Veyr obniżył lot, kierując się w stronę pałacowego tarasu. Mgła, która otulała granice krainy, tutaj była rzadsza, niemal przezroczysta — jakby samo miasto odpychało od siebie zbyt gęste zasłony, pozwalając światłu swobodnie opadać na białe kamienie i turkusową wodę. To było najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziała.

    Smok wylądował na szerokim kamiennym tarasie przed głównym wejściem. Gdy Suri zeszła z jego grzbietu, czekał na nich już Lord Marcus Nacht. Stał na szczycie białych schodów, otoczony przez kilku wysokiej rangi Illi’andin. Miał na sobie czarny, elegancki strój ze srebrnymi zdobieniami. Gdy Suri i Ryūji podeszli bliżej, jego głos, głęboki i wyraźny, wyraźnie wspierany magią, rozniósł się po mieście.

    — Mieszkańcy Nivarii — zaczął spokojnie — przed wami stoi moja córka. Suri Maes Hokuchō Nacht. Prawowita dziedziczka Nivarii.

    Suri poczuła, jak coś ściska ją w żołądku. Usłyszeć to publicznie było dziwne i niepokojące. Stała sztywno, niepewna, jak powinna zareagować. Jednak fakt, że Marcus użył również nazwiska Daniela — ojca, który być może nie dzielił z nią więzów krwi, ale ją wychował i którego szczerze kochała — sprawił, że coś w Suri się rozluźniło. Lord Nacht nie odebrał Danielowi prawa do bycia jej ojcem. Wręcz przeciwnie — uznał go.

    Po oficjalnej części Marcus podszedł do niej bliżej. Jego spojrzenie wyraźnie złagodniało.

    — Chodź — powiedział cicho. — Zaprowadzę cię do twoich pokoi.

    Suri poczuła się zaskoczona, że mężczyzna chce ją oprowadzić osobiście, zamiast wysłać z nią służbę, ale było to również przyjemne odkrycie. Gdy znaleźli się w prywatnym skrzydle pałacu i drzwi za nimi się zamknęły, Marcus całkowicie się zmienił. Zniknęła oficjalna sztywność. Spojrzał na nią tak, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę tu jest.

    — Jesteś taka podobna do Yuki… — powiedział cicho, z wyraźnym wzruszeniem. — Masz jej oczy. I ten sam sposób patrzenia na świat. — Wyciągnął dłoń i delikatnie musnął jej włosy. — Chodź, chcę ci coś pokazać.

    Zaprowadził ją do rozległej jadalni, gdzie na ścianach wisiały liczne portrety. Suri wstrzymała oddech. Na większości z nich była Yuki Hokuchō — jej matka. Młoda, piękna, z delikatnym uśmiechem. Były też portrety, na których Yuki stała obok Marcusa. A na jednym z nich… Suri podeszła bliżej. Na obrazie Yuki siedziała w fotelu, a w jej ramionach spało niemowlę. Obok niej stał Marcus, z dłonią na ramieniu żony. Znajdujący się po drugiej stronie fotela, mały chłopiec, znad poręczy, z zachwytem przyglądał się niemowlakowi. 

    — To ty — powiedział Marcus miękko. — Miałaś wtedy kilka tygodni.

    Suri poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Ojciec położył dłoń na jej ramieniu.

    — Spełnię każde twoje życzenie — powiedział poważnie. — Cokolwiek zechcesz. Czegokolwiek będziesz potrzebowała. Chcę, żebyś była szczęśliwa.

    Na koniec zaprowadził ją do jej nowych pokoi. Gdy otworzył drzwi, Suri na chwilę przystanęła. Pomieszczenie było ogromne i przepiękne. Wysokie okna wychodziły na jeden z kanałów, a w oddali widać było miasto. Wszystko było utrzymane w jasnych, spokojnych barwach z akcentami srebra i błękitu.

    — To były pokoje twojej mamy — powiedział Marcus cicho, stając w progu. — Przez te wszystkie lata niczego w nich nie zmieniłem. Uznałem, że zechcesz w nich mieszkać.

    Suri powoli rozejrzała się dookoła. Poczuła w piersi ciepło.

    — Masz rację — odpowiedziała cicho. — Chcę.

    Marcus odprowadził ją do drzwi jej nowych pokoi i jeszcze raz zapewnił, że jeśli czegoś będzie potrzebować, wystarczy tylko, że da mu znać. Gdy jednak zniknął za rogiem, Suri poczuła, że coś jest nie tak.

    Ryūji stał kilka metrów dalej, oparty o ścianę. Patrzył na nią w sposób, jakiego nie widziała u niego od bardzo dawna — z wyraźną, lodowatą wrogością. W jego zielonych oczach nie było już nawet śladu tej chłodnej, ale powściągliwej uprzejmości, którą okazywał jej przez ostatnie tygodnie. Suri spojrzała na niego pytająco. 

    — Co się dzieje? — zapytała prosto.

    Jej brat przez chwilę milczał, jakby walczył sam ze sobą, o to, czy w ogóle jej odpowiedzieć. W końcu tylko skinął głową w stronę drzwi jej apartamentu.

    — Powinien był dać ci inne pokoje — powiedział szorstko. — Nie te.

    Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

    — Ojciec powiedział, że to były pokoje mamy i zostawił je nietknięte, bo uznał, że chciałabym w nich mieszkać.

    Ryūji parsknął cicho, ale w tym dźwięku nie było ani śladu rozbawienia. Tylko coś ostrego i gorzkiego.

    — Oczywiście, że tak uznał — mruknął pod nosem.

    Nie dodał już nic więcej. Odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem szybkim, sztywnym krokiem. Drzwi do jego apartamentu zamknęły się za nim z wyraźnym, nieprzyjemnym trzaskiem.

    Suri stała przez chwilę w miejscu, wpatrując się w puste powietrze. Kuro, który do tej pory leniwie rozciągał się na jej nowym łóżku, uniósł głowę i spojrzał na nią pytająco.

    — Coś mu się nie podoba — mruknął.

    — Ewidentnie — odparła Suri sucho.

    Przez chwilę walczyła ze sobą. Mogła odpuścić, zostawić Ryūjiego w spokoju i zająć się rozpakowywaniem albo po prostu odpocząć, ale coś w niej nie pozwalało jej tak po prostu odpuścić. Poznała go już trochę lepiej. Wiedziała, że jeśli coś go tak wyraźnie wkurzyło, to nie było to nic błahego.

    Westchnęła i ruszyła korytarzem. Zapukała do drzwi jego apartamentu dwa razy, stanowczo. Po chwili drzwi otworzyły się. Ryūji wyglądał na zirytowanego, ale nie zaskoczonego.

    — Co tak bardzo cię wkurzyło? — zapytała bez wstępów.

    — To nie twój problem — odpowiedział jej niechętnie.

    — Więc to nie ja? — spytała odrobinę przechylając głowę na bok, niczym mały ptaszek. 

    Ryūji westchnął ciężko i przez moment wyglądało na to, że zamknie jej drzwi przed nosem. W końcu jednak odsunął się w bok.

    — Wejdź — powiedział szorstko.

    Suri weszła do środka. Apartament Ryūjiego był wyraźnie męski — ciemniejsze barwy, mniej ozdób, za to dużo książek i map rozłożonych na stole. Usiedli przy małym, okrągłym stoliku przy oknie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu Suri spróbowała ponownie.

    — Opowiesz mi o tym? — zapytała spokojniej, pochylając się lekko do przodu.

    Ryūji spojrzał w okno. Milczał tak długo, że już myślała, że nie odpowie. W końcu jednak wypuścił głośno powietrze i oparł łokcie na stole.

    — Yuki… — zaczął cicho. — Nie była moją biologiczną matką. Urodziła mnie driada i akurat szczęśliwie lub pechowo, bo zdarza się to w promilu przypadków, jestem mężczyzną. Driady… zazwyczaj rodzą inne driady, które zostają w lasach, ze swoimi drzewami. Kiedy porzuciła mnie w lesie, wietrzydła wyczuły we mnie krew ojca i mnie do niego przyniosły, a on… chyba nie bardzo wiedział co ze mną zrobić — mruknął niechętnie. — Yuki… weszła do naszego życia później i była dla mnie jak matka. Taka prawdziwa. Kochała mnie, a ja… ja mocno przeżyłem jej zniknięcie. Pewnego dnia po prostu cię zabrała i już nie wróciła. 

    Spojrzał na Suri. W jego oczach nie było już wrogości. Było w nich coś znacznie bardziej skomplikowanego.

    — Przypominasz ją — powiedział cicho. — Nie tylko wyglądem. Masz w sobie coś… co ona też miała. I kiedy ojciec dał ci jej pokoje… nagle wszystko wróciło. To, jak bardzo brakowało jej w naszym życiu. Jak bardzo wciąż jej brakuje.

    Suri milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ona sama… nigdy nie miała okazji jej poznać. Ryūji spuścił wzrok na swoje dłonie.

    — Wiem, że to nie twoja wina — kontynuował. — Ale czasem… patrzę na ciebie i jest mi trudno.

    Dziewczyna powoli skinęła głową. Dopiero teraz naprawdę zrozumiała, dlaczego Ryūji czasem zachowywał się wobec niej tak, jak się zachowywał. Nie chodziło tylko o to, że pojawiła się znikąd. Problem tkwił w tym, że przypominała mu kogoś, kogo bardzo kochał i kogo stracił.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Sala tronowa Pałacu była wypełniona po brzegi. Nigdy wcześniej nie widział tylu różnych istot zgromadzonych w jednym miejscu. Wodniki o opalizującej skórze, smukłe fae o przezroczystych skrzydłach, zwierzoludzie o ostrych kłach i czujnych spojrzeniach, wietrzydła z piórami w odcieniach burzowego nieba… A to dopiero początek. Były tu rasy, których nazw nawet nie znał — istoty, które do tej pory widział jedynie na ilustracjach w bestiariuszach lub mignęły mu w granicy między światami. Wszystkich ich tu sprowadziło przybycie jednej osoby.

    Suri stała w pierwszym rzędzie, u boku ojca i brata. Miała na sobie galowy mundur rodziny królewskiej Nivarii — głęboką czerń z bogatymi srebrnymi zdobieniami. Biały smok wyszyty na jej piersi lśnił w świetle kryształowych lamp, a wysoki kołnierz i ozdobne epolety nadawały jej wygląd jeszcze bardziej dostojny niż zwykle. Włosy miała starannie upięte, a na nadgarstku błyszczała delikatna bransoletka.

    Kruk zacisnął szczękę. Wyglądała… pięknie. Nie w ten lekki, codzienny sposób, do którego się przyzwyczaił w Akademii. Wyglądała jak osoba, która naprawdę tu pasuje. Jak ktoś, kto urodził się do tego miejsca. I to bolało bardziej, niż był gotów przyznać.

    Stał w jednym z dalszych rzędów, w czarnym uniformie Illi’andin, razem z innymi asasynami i żołnierzami. Miał stać cicho, wypatrywać ewentualnych zagrożeń i nie zwracać na siebie uwagi, ale nie potrafił oderwać oczu od Suri.

    Obok niej, jak zawsze, stał Kuro. Kitsune również ubrany był elegancko. Miał na sobie czarną, dopasowaną tunikę ze srebrnymi akcentami i wyszytym na piersi małym białym smokiem. Wyglądał zaskakująco dorośle i dostojnie, choć jego srebrzyste oczy co chwilę zerkały na Suri z wyraźnym zadowoleniem. Stał tuż przy niej, jak gdyby od zawsze to było jego miejsce.

    Kruk czuł, jak coś gorzkiego i gorącego podchodzi mu do gardła. Powinien być tam. U jej boku. Nie jako jeden z wielu Illi’andin stojących w szeregach, ale jako ktoś, kto ma prawo stać przy niej. Kto może dotknąć jej dłoni, kiedy będzie tego potrzebowała. Chciał patrzeć na nią tak, jak patrzył na nią kiedyś — bez poczucia, że nie ma do tego prawa.

    Zamiast tego stał z boku i przyglądał się, jak przedstawiciele różnych ras kłaniają się przed Suri z szacunkiem. Jak Lord Marcus kładzie dłoń na jej ramieniu i przedstawia ją kolejnym gościom. Jak Suri — mimo widocznego napięcia — próbuje zachowywać się przyjaźnie i spokojnie. Była w tym dobra, może nawet zbyt perfekcyjna.

    Kruk powoli zacisnął dłoń w pięść za plecami, tak mocno, że aż zabolały go kostki. Czuł, jak coś w nim się gotuje — mieszanka dumy, bólu i bezsilnej złości. Była dokładnie tam, gdzie powinna być, a dla niego nie było przy niej miejsca.

    ✩ ✩ ✩

    Rini

    Szła przez miasto z uniesioną głową i lekkim uśmiechem na twarzy. Była podekscytowana — po raz pierwszy mogła pokazać komuś stolicę Nivarii taką, jaką ją znała. Rzadko kiedy miewali gości. Chociaż oficjalna ceremonia już się skończyła, to właśnie teraz czuła, że naprawdę wróciła do domu. Chciała pokazać Klarze i reszcie Żniwiarzy najładniejsze miejsca — ukryte tarasy z widokiem na kanały, przejścia pod wodospadami i skwery, na których rosły świecące nocą kwiaty. Chciała pokazać, jak imprezują w Nivarii i jak dobrze bawią się różnorodne, zamieszkujące stolicę rasy.

    Szła przodem, opowiadając z entuzjazmem o różnych zakątkach miasta, kiedy ukradkiem zerknęła w stronę Kruka. Chłopak wlókł się kilka kroków za grupą, z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w ziemię. Wyglądał na zupełnie niezainteresowanego. Nie rozglądał się, nie komentował niczego, nie zadawał pytań. Sprawiał wrażenie, jakby był tu tylko dlatego, że musiał.

    Klara, która szła obok Rini, zauważyła kierunek jej spojrzenia. Szturchnęła ją łokciem w ramię.

    — Daj spokój — mruknęła cicho. — On zawsze taki jest.

    Rini spojrzała na nią z ukosa.

    — Wiem, ale myślałam, że chociaż tutaj, w Nivarii…

    Klara pokręciła głową.

    — Kruk od zawsze taki był. Nawet jak byliśmy mali i dorastaliśmy w tym samym sierocińcu — ja, on i Aron — to i tak najczęściej trzymał się z boku. Unikał ludzi. Nas też unikał, kiedy tylko mógł. Nigdy nie był typem, który lubi takie rzeczy jak zwiedzanie czy w ogóle wspólne wyjścia.

    Rini przez chwilę milczała. Wiedziała, że Klara ma rację. Już dawno nauczyła się, że nie powinna dotykać, ba, nawet zbliżać się do Kruka bez wyraźnego pozwolenia — nawet w przyjacielski sposób. On po prostu tego nie lubił. A jednak…

    Przypomniała sobie, jak wyglądał przy Suri. Jak pozwalał, żeby ta dotykała go bez ostrzeżenia. Jak patrzył na nią w sposób, w jaki nigdy nie patrzył na nikogo innego. Jak tracił panowanie nad sobą, kiedy chodziło o nią. Rini powoli zacisnęła dłoń na materiale bluzki.

    — Wiem — powiedziała cicho. — Po prostu… pamiętam, jaki był przy niej.

    Klara spojrzała na nią z ukosa, ale nic nie odpowiedziała. Obie wiedziały, że Suri naprawdę była dla Kruka wyjątkiem. Jedynym wyjątkiem. I wyglądało na to, że ten wyjątek już nie istnieje.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Szybko zauważyła, że Nivaria działa na Kuro w zupełnie inny sposób niż na nią. Kitsune od pierwszego dnia był niczym we śnie. Co chwilę przystawał, wpatrując się w unoszące się nad wodą magiczne stworzenia, albo wyciągał rękę, żeby dotknąć delikatnej, świecącej mgły, która czasem unosiła się nisko nad kanałami. 

    Lord Marcus i Ryūji zapewnili ich, że mogą poruszać się po mieście zupełnie swobodnie — nikt nie będzie miał nic przeciwko ich obecności. Wręcz przeciwnie — gdziekolwiek Suri się pojawiała, była witana z niemal nabożnym zachwytem, a Kuro, najczęściej przyklejony do jej ramienia, również spotykał się z życzliwymi spojrzeniami.

    Tego popołudnia Suri spacerowała wzdłuż jednego z szerszych kanałów, kiedy usłyszała czyjeś głosy.

    — Hej! Ty jesteś tą nową, co nie? Córką Lorda!

    Podniosła wzrok. Na brzegu kanału stało kilkoro młodych trytonów i syren — mniej więcej w jej wieku. Niektórzy mieli jeszcze mokre włosy i lśniące łuski na ramionach, inni już wyszli z wody i mieli ludzkie nogi. Wszyscy patrzyli na nią z otwartą ciekawością.

    — Pływasz z nami? — zapytała jedna z syren, uśmiechając się szeroko. — Woda jest dzisiaj idealna.

    Suri przez chwilę się wahała, ale widok krystalicznie czystej, turkusowej wody i ich szczerych uśmiechów szybko przeważył.

    — Dobrze — zgodziła się z lekkim uśmiechem.

    Dwie syreny, które wyglądały na mniej więcej jej rówieśnice, natychmiast podeszły bliżej, a Kuro prychnął zniesmaczony już samym pomysłem zmoczenia się i odszedł na bok, rozkładając się na skopanej w słońcu, białej, ładnie rzeźbionej ławce.

    — Super! Chodź, najpierw musimy ci znaleźć strój — powiedziała jedna z nich i złapała ją za rękę, jakby znały się od lat.

    Suri pozwoliła się pociągnąć do najbliższego butiku nad kanałem. Na środku pomieszczenia unosił się duży, holograficzny ekran. Dziewczyny od razu zaczęły przeglądać projekty strojów kąpielowych, komentując je głośno i z entuzjazmem.

    — Ten będzie do ciebie pasował — stwierdziła jedna, wskazując na delikatny, granatowy model z srebrnymi akcentami. — Podkreśli twoją figurę, a jednocześnie nie będzie za bardzo rzucał się w oczy.

    — Albo ten — dodała druga, wskazując na kreację w kolorze głębokiego turkusu. — Pasuje do twoich oczu.

    Dziewczyna patrzyła na nie z lekkim rozbawieniem, ale dała się przekonać. Po kilku minutach wyszła z butiku w nowym, turkusowym stroju kąpielowym i razem z dziewczynami weszła do wody.

    Pływanie w Nivarii było czymś zupełnie innym niż to, do czego była przyzwyczajona. Woda była ciepła, krystalicznie czysta i miała w sobie coś… żywego. Syreny i trytoni poruszali się w niej z niesamowitą gracją, a Suri szybko dała się wciągnąć w ich zabawy. Śmiali się, nurkowali i ścigali między kamiennymi formacjami. Dziewczyny co chwilę zadawały jej pytania — o Akademię, o Nowe Świat, o to, jak to jest być córką Lorda Marcusa. Były szczerze ciekawe, ale zachowywały się bez cienia złośliwości czy przesadnej uniżoności. Po raz pierwszy od przyjazdu do Nivarii Suri poczuła, że naprawdę się tu dobrze bawi.

    Kuro leżał na ławce i z wyraźnym zadowoleniem obserwował całą scenę. Od czasu do czasu machał do niej ogonem, jakby dawał znać, że jej pilnuje. Dziewczyna się roześmiała — głośno, szczerze i bez zastanawiania się nad tym, co ktokolwiek o tym pomyśli.

    Po pewnym czasie Suri wyszła z wody i usiadła na brzegu kanału, ocierając twarz ręcznikiem, który jedna z syren jej podała. Była rozgrzana, mokra i miała lekko obolałe policzki od śmiechu. Dziewczyny nadal pluskały się w wodzie, zapraszając ją, żeby wróciła, ale ona potrzebowała chwili przerwy.

    Wtedy ich dostrzegła. Po drugiej stronie kanału szli Żniwiarze. Cała drużyna — Klara, Aron, Kyle i kilku innych, nie znanych jej młodych Illi’andin. Szli luźno, rozmawiając między sobą, a za nimi, nieco z boku, szedł Kruk. Obok niego, z wyraźnym entuzjazmem, szła Rini. Pokazywała mu coś w oddali, gestykulując rękami, a on… kiwał głową.

    Suri nie powinna była patrzeć. Wiedziała o tym. A jednak nie potrafiła oderwać wzroku. Obserwowała, jak Rini coś mówi, a potem lekko dotyka ramienia Kruka, żeby zwrócić jego uwagę na coś innego. Rini wyglądała na zadowoloną z jego towarzystwa — uśmiechała się, opowiadała coś z ożywieniem, jakby naprawdę cieszyła się, że może mu coś pokazać.

    Suri poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w klatce piersiowej, ale nie potrafiła odwrócić wzroku. Jednocześnie w jej głowie pojawiał się obraz Christophera. Tęskniła za nim. Bardzo. Codziennie wymieniali wiadomości przez komunikator — krótkie, ale regularne. On pytał, jak się czuje, co robi, czy Nivaria jej się podoba. Ona odpowiadała, starała się pisać wesoło, ale za każdym razem, kiedy kończyła rozmowę, zostawała z uczuciem pustki. Feniksy miała zobaczyć dopiero za miesiąc — ojciec ustalił z ich rodzinami termin oficjalnej wizyty.

    Suri westchnęła nie przestając patrzeć na idącą w oddali grupę. Kruk nagle się odwrócił — jakby coś wyczuł. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Suri nie spuściła wzroku. Nie uśmiechnęła się. Po prostu patrzyła.

    Kruk zatrzymał się na ułamek sekundy. W jego spojrzeniu coś drgnęło — coś, czego Suri nie potrafiła do końca odczytać. Potem jednak odwrócił głowę i ruszył dalej, doganiając resztę grupy. Rini spojrzała za nim, a potem w kierunku, w którym patrzył Kruk. Zauważyła Suri. Na jej twarzy pojawił się cień niezręczności, ale szybko go stłumiła i odwróciła się z powrotem do Kruka, mówiąc coś głośniej niż wcześniej.

    Suri powoli wypuściła wstrzymywane powietrze i zamknęła oczy. Jeden miesiąc — pomyślała. — Jeszcze tylko jeden miesiąc i Christopher tu będzie. A jednak ten jeden miesiąc wydawał się nagle bardzo, bardzo długi.

    Siedziała na brzegu kanału, z kolanami podciągniętymi do piersi, i wpatrywała się w wodę. Jej myśli krążyły wokół Christophera, Kruka i tego, jak bardzo skomplikowane stało się jej życie w ciągu kilku ostatnich tygodni. Przed oczami wciąż miała żywy obraz tego, jak chłopak, którego kochała, całuje się z inną dziewczyną i robi to tak intensywnie, jakby spalał ich ogień. 

    Syreny nadal pluskały się w pobliżu, śmiejąc się i zapraszając ją, żeby wróciła do wody. 

    Niespodziewanie poczuła, że coś chwyta ją mocno za ramiona. Zanim zdążyła krzyknąć, jej ciało uniosło się nad ziemią, a coś ciągnęło ją z przerażającą siłą. Jej stopy oderwały się od kamieni, a ziemia zaczęła szybko oddalać się spod niej. Suri głośno krzyknęła, szarpiąc się w uścisku czegoś twardego i szorstkiego.

    — Suri! — krzyczały syreny.

    Jedna z nich natychmiast zanurkowała, a druga zaczęła wzywać gwardzistów piskliwym, alarmującym głosem. Ale to, co porwało Suri, było szybkie — bardzo szybkie. Wznosiło się coraz wyżej i wyżej, z każdym uderzeniem potężnych skrzydeł. Dziewczyna szarpała się desperacko, ale pazury wbijały się boleśnie w jej odsłonięte ramiona. Dopiero gdy wzlecieli znacznie wyżej, ponad dachy budynków, zdołała odwrócić głowę.

    Nie była sama. Wokół niej leciało kilkanaście istot o ludzkich torsach i ptasich, potężnych skrzydłach. Ich twarze były ostre, drapieżne, z żółtymi, ptasimi oczami i zakrzywionymi dziobami zamiast ust. Harpie. Rozpoznała je mgliście z jednego z podręczników z Akademii Królewskiej — stworzenia żyjące w górskich rejonach, agresywne, terytorialne i nieszczególnie rozsądne.

    — Puśćcie mnie! — krzyknęła Suri, szarpiąc się jeszcze mocniej.

    Jedna z harpii, lecąca najbliżej, odwróciła głowę i syknęła prosto w jej twarz. Mówiła po ludzku, ale głos miała ochrypły, niewyraźny i pełen wysiłku, jakby formowanie słów sprawiało jej wyraźny trud.

    — Nie… pasujesz… tutaj — wycharczała.

    — Masz… dobrą krew… ale nie… powinno cię tu być — dodała druga, nieco większa, nie kryjąc wrogości.

    Suri poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach. Były wkurzone. Bardzo. Ich pazury zaciskały się na jej ramionach z bolesną siłą, a skrzydła uderzały o powietrze z gniewną precyzją.

    Leciały w stronę gór, oddalając się od miasta. Suri widziała już tylko białe szczyty w oddali i malejące poniżej dachy stolicy. Serce waliło jej jak oszalałe.

    — Zabić ją… — syknęła jedna z młodszych harpii. — Zrzucić… z wysokości… patrzeć, jak się… roztrzaskuje…

    — Nie — warknęła starsza, wyraźnie przywódczyni stada. — Do jaskini… do Matki… ona zdecyduje…

    — Ale ona… nie pasuje! — sprzeciwiła się inna. — Pachnie… obco…

    Suri wisiała bezradnie w powietrzu, z nogami bezwładnie zwisającymi w dół. Wiatr szarpał jej mokre włosy, a zimno przenikało ją do kości. Była zbyt wysoko, żeby skoczyć. Zbyt słaba, żeby się wyrwać, a harpie kłóciły się coraz głośniej, ich głosy stawały się coraz bardziej agresywne.

    — Zabić… — powtórzyła jedna z nich, mocniej zaciskając pazury na jej ramieniu.

    Dziewczyna krzyknęła z bólu. W dole, daleko za nimi, dało się słyszeć odległe, alarmowe krzyki gwardzistów. Nabrała pewności, że jest już zbyt daleko, a harpie leciały dalej — w stronę ciemnych, skalistych gór.

    Note