Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Kruk

    Co ona tu do licha robiła?! W jaki sposób znalazła się w jego mieszkaniu?! Siedziała na jego kanapie i jak gdyby nigdy nic grała na konsoli.

    — Jak się tu dostałaś?! – warknął na nią.

    — Jestem na liście gości — odpowiedziała patrząc mu w oczy. 

    — Przekupiłaś kogoś, żeby tu wejść? — spytał nieufnie. 

    Dziewczyna westchnęła. Zastopowała grę i odłożyła pada. 

    — Nie wiem dlaczego tego nie pamiętasz, ale naprawdę byliśmy razem — odezwała się pewnym głosem. — Nie, wróć — zmieniła ton. — Jesteśmy parą. Ciągle nią jesteśmy, nigdy się nie rozstaliśmy.  

    Roześmiał się. Ta dziewczyna… była totalną wariatką. 

    — Jesteś stuknięta — oznajmił fakt. Podszedł do niej i brutalnie podniósł ją z kanapy, chwycił za nadgarstek i wystawił za drzwi. — Trzymaj się ode mnie z daleka — rozkazał chłodno i zamknął jej drzwi przed nosem.  

    Westchnął ciężko, sam opadając na kanapę. Czuł się dziwnie z myślą, że przed chwilą to ona tu siedziała. 

    Zadzwonił telefon. Odebrał. Ku jego zdziwieniu dzwoniła Rini. Zazwyczaj jedynie Klara wybierała tę formę kontaktu i to tylko wtedy, kiedy chciała go wkurzyć. Telefon miał głównie po to, żeby nie rzucać się w oczy, bo tablety z Akademii przyciągały zbyt wiele uwagi.  

    — Hej, słuchaj, jest taka sprawa. Naprawdę mam już dość akademika i ciągle paplającej Nadine. Muszę od tego odpocząć. Mogę przespać się u ciebie na kanapie? — spytała z nadzieją.

    Przez chwilę był pewien, że się przesłyszał. Jedna osoba, która postradała rozum dziennie, w zupełności mu wystarczyła. 

    — Nie — odpowiedział chłodno.

    — No weź, nie bądź taki… wyświadczyłbyś mi ogromną przysługę…

    — Nie ma, kurwa, mowy — odwarknął i się rozłączył.  

    Wtedy jednak zobaczył ekran telefonu i własną tapetę. Stał w samych kąpielówkach, na tle tropikalnej roślinności i trzymał na rękach… maskotkę Feniksów. Nie miał pojęcia, jak to logicznie wytłumaczyć. Wpatrywał się w zdjęcie tak długo, aż ekran sam się wyłączył. Wtedy odruchowo odblokował telefon ponownie, jakby liczył, że za drugim razem obraz będzie inny. Nie był. Powiększył zdjęcie. Jego własna twarz była rozluźniona, niemal… szczęśliwa. Ręce obejmowały dziewczynę pewnie, jakby robił to setki razy. A ona — dziewczyna, którą przed chwilą brutalnie wystawił za drzwi — patrzyła w obiektyw z uśmiechem tak naturalnym, jakby naprawdę była zachwycona tym, że on ją trzyma. Jakby… należała do niego.

    Kruk poczuł, jak coś nieprzyjemnie ściska go w żołądku. To niemożliwe.

    Przesunął palcem w lewo, żeby przejrzeć kolejne zdjęcia. Ona śpiąca na jego kanapie, z głową na jego udzie. Ona w jego koszulce, stojąca przy oknie jego mieszkania i patrząca na Tokio. Oni obydwoje, przytuleni, na plaży, na tle morza.

    Telefon prawie wypadł mu z ręki. Kruk wpatrywał się w ekran jak w coś obcego. Próbował sobie przypomnieć. Cokolwiek. Jakikolwiek moment, w którym ta dziewczyna mogła znaleźć się w jego życiu na tyle długo, żeby robić z nim takie zdjęcia. Nic. Absolutnie nic. A jednak dowody były. Konkretne. Wyraźne. I co gorsza — wyglądały na prawdziwe. 

    Poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz. Spojrzał w stronę drzwi, za którymi przed chwilą stała. W jego głowie wciąż dźwięczały jej słowa — pewne, spokojne, bez cienia wahania.

    „Byliśmy parą. Ciągle nią jesteśmy, nigdy się nie rozstaliśmy.”

    Kruk zacisnął dłoń w pięść tak mocno, że aż zabolały go kostki. Nie wierzył jej. To nie miało sensu. A jednak czuł, że coś w jego własnej głowie zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Wstał gwałtownie, rzucając telefon na kanapę. Nie mógł tu dłużej bezczynnie siedzieć. Nie z tym uczuciem, że coś jest fundamentalnie nie tak.

    Wybiegł z mieszkania, gotowy, żeby ją znaleźć, ale nie musiał wcale szukać. Siedziała pod jego drzwiami. Z twarzą ukrytą w kolanach, ramionami obejmowała nogi, a jej drobne ciało lekko się trzęsło. Usłyszał ciche, tłumione łkanie.

    Kruk zatrzymał się jak wryty.

    Dziewczyna powoli uniosła głowę. Jej oczy były czerwone i mokre od łez. Spojrzała na niego bez słowa, z mieszaniną bólu i nadziei, które dotknęły go mocniej, niż by chciał. Poczuł dziwny, nieprzyjemny dyskomfort — jakby coś w nim protestowało na widok jej płaczu.

    — Wracaj do środka — rzucił szorstko, odwracając wzrok.

    Podszedł do drzwi i otworzył je szerzej, nie patrząc na nią. Usłyszał, jak wstaje i wchodzi za nim. Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Przez chwilę stali w przedpokoju w milczeniu. Kruk przeszedł do salonu, a ona została w progu, jakby nie była pewna, czy może wejść głębiej.

    — Usiądź — mruknął, wskazując kanapę.

    Posłuchała. Usiadła na skraju, z rękami splecionymi na kolanach. Kruk oparł się o framugę drzwi i patrzył na nią. Była naprawdę ładna. Delikatna. I patrzyła na niego tak, jakby rzeczywiście coś do niego czuła.

    To go drażniło. I jednocześnie… pociągało.

    — No to mów — powiedział w końcu, krzyżując ramiona na piersi. — Skoro twierdzisz, że jesteśmy parą, udowodnij to.

    Ona jednak zaskoczyła go, robiąc coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Suri uniosła wzrok. Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, jakby sprawdzała, czy mówi poważnie. Potem powoli wstała z kanapy. Nie odezwała się jednak ani słowem.

    Zrobiła kilka kroków w jego stronę i bez wahania zbliżyła się na odległość kilku centymetrów. Potem położyła dłonie na jego torsie, uniosła się na palcach i pocałowała go. Pocałunek był desperacki. Głęboki. Pełen tęsknoty i czegoś, co sprawiło, że jego krew zawrzała. Na chwilę zesztywniał — zaskoczony jej odwagą i tym, jak bardzo ten pocałunek go poruszył. 

    Potem chwycił ją za biodra i odwzajemnił pocałunek z całą pasją, którą w sobie tłumił. Nie był delikatny. Nie był ostrożny. Przycisnął ją mocno do siebie, jedną ręką oplatając jej talię, a drugą wplatając w jej włosy i odchylając jej głowę do tyłu, żeby móc całować ją głębiej.

    Suri wydała z siebie cichy dźwięk, ale nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie — przywarła do niego jeszcze mocniej. Kruk pchnął ją do tyłu, aż jej plecy uderzyły o ścianę. Nie przerywając pocałunku, wcisnął kolano między jej uda i przycisnął się do niej całym ciałem. Jego ręce wędrowały po niej bez zahamowań — po biodrach, talii, żebrach. Nie hamował się. Nie myślał o tym, czy powinien. Po prostu brał.

    Jego usta zeszły z jej warg na szyję, a zęby musnęły skórę w miejscu, gdzie pulsowało jej serce. Suri drżała w jego ramionach, a on czuł, jak jego własny oddech staje się ciężki i nierówny.

    — Skoro twierdzisz, że jesteś moja… — wyszeptał ochrypłym głosem tuż przy jej uchu, jednocześnie podciągając jej koszulkę w górę — to lepiej, żebyś wiedziała, co to oznacza.

    Jego dłoń wsunęła się pod materiał i spoczęła na gołej skórze jej talii. Nie był delikatny. Nie był czuły. Był sobą — porywczy, brutalny i głodny. I w tej chwili nie zamierzał się powstrzymywać.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Leżała pod nim bez ruchu, z trudem chwytając powietrze. Ich ubrania były na podłodze, skłębione gdzieś pomiędzy salonem, a sypialnią. On… zupełnie nie był sobą. Był dziki, niemal zwierzęcy, kompletnie nie przejmował się jej komfortem. 

    Jej ciało drżało z przemęczenia, a skóra płonęła w miejscach, gdzie Kruk był szczególnie brutalny. Czuła go w sobie — głęboko, mocno, bez żadnej litości. Za każdym razem, kiedy myślała, że już nie da rady, on wchodził w nią ponownie, jakby chciał udowodnić, że naprawdę nie ma nad sobą kontroli.

    — Wystarczy, proszę — szepnęła po raz kolejny, zupełnie wyczerpana. — Mam już… dość.

    Kruk tylko parsknął cicho, niemal pogardliwie. Jedną ręką chwycił jej nadgarstki i przytrzymał je mocno nad głową, przyciskając jej ciało do materaca własnym ciężarem. Jego druga dłoń spoczęła na jej biodrze, palce wbiły się w skórę na tyle mocno, że na pewno zostaną siniaki.

    — Będziesz miała dość, kiedy ja tak zdecyduję — powiedział niskim, ochrypłym głosem, w którym nie było już śladu wcześniejszego chłodu, zamiast tego pojawił się głód i coś dzikiego.

    Przyspieszył. Suri głośno jęknęła, wyginając plecy w łuk, gdy jego ruchy stały się jeszcze głębsze i ostrzejsze. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie z bólu — raczej dlatego, że tak bardzo różnił się teraz od chłopaka, którego znała. Albo raczej… tak bardzo pokazywał jej teraz swoją prawdziwą naturę.

    Kruk pochylił się niżej, aż jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.

    — Twierdzisz, że jesteś moją dziewczyną — wyszeptał z drwiną, jednocześnie wchodząc w nią do samego końca. — Więc chyba powinnaś wiedzieć, że nie jestem człowiekiem, tylko Illi’andin. Mamy, no cóż… znacznie większą staminę od ludzi.

    Suri drgnęła pod nim, gdy te słowa wybrzmiały tuż przy jej skórze. Czuła, jak jego oddech jest gorący i nierówny, jak jego ciało pracuje nad nią bez chwili wytchnienia. Nie było już w tym żadnej czułości. Tylko czysta, nieposkromiona potrzeba.

    — Kruku… — wyszeptała drżącym głosem, ale on nie zwolnił. Wręcz przeciwnie — uniósł jej nogę wyżej, zmieniając kąt, i zagłębił się w nią jeszcze mocniej. Jej ciało już dawno przestało nadążać. Czuła tylko gorąco, napięcie i to, jak bardzo jest bezradna pod nim. A on… on wyglądał, jakby dopiero się rozgrzewał.

    Chłopak odchylił głowę i spojrzał na nią z góry — na jej mokre od łez oczy, na rozczochrane włosy, na usta, które wciąż próbowały łapać powietrze. W jego spojrzeniu nie było już ironii. Zostało jedynie coś ciemnego i głodnego.

    — Skoro twierdzisz, że jesteś moja — powiedział cicho, ale z wyraźnym naciskiem — to bierz to, co ci daję.

    I znowu się w niej poruszył — głęboko, mocno, bez żadnej litości.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Nie potrafił się od niej oderwać i z pewnością nie zamierzał tego robić. Skoro sama do niego przyszła… Po raz pierwszy spotkał dziewczynę, z którą naprawdę chciał wylądować w łóżku. Już nawet przestało obchodzić go to, że należy do pieprzonej drużyny Feniksów. 

    Kiedy wreszcie uwolnił jej ręce, był pewien, że dziewczyna się od niego odsunie, ale ona tego nie zrobiła. Ku jego zdziwieniu zarzuciła mu ramiona na szyję, ponownie go do siebie przyciągając. 

    — Nigdy tego nie robiliśmy… w ten sposób — odezwała się cicho. 

    — Więc jak? — spytał zaciekawiony, zanim ugryzł się w język. 

    Delikatnie popchnęła go na plecy i usiadła na nim okrakiem. Pochyliła się ku niemu, językiem musnęła płatek jego ucha. 

    — Nie chowaj skrzydeł — szepnęła, a on poczuł na karku jej ciepły oddech. 

    Posłuchał jej, zupełnie zbity z tropu. Kiedy wyczuła, że znów jest twardy, usiadła na nim, palcami muskając łączenia przy błonie jego skrzydeł, co sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Poruszała się powoli, rytmicznie, ale tak zmysłowo, że czuł, jak doprowadza go do szaleństwa. Długo tego nie wytrzymał. Ponownie przewrócił ją na plecy. Chwycił ją za uda i rozsunął je szerzej, wbijając się w nią jednym, głębokim pchnięciem. Suri głośno jęknęła, a on pochylił się nad nią, ponownie przytrzymując jej nadgarstki nad głową jedną ręką, podczas gdy druga spoczęła na jej biodrze, przytrzymując ją w miejscu.

    Tym razem zwolnił. Był… ostrożniejszy. Za każdym razem, kiedy wchodził w nią do końca, Suri drżała pod nim, a on czuł, jak jej ciało zaciska się wokół niego. Nie puszczał jej rąk. Przytrzymywał je mocno nad jej głową, zmuszając ją do bezruchu, podczas gdy on brał od niej wszystko, co chciał. Jego usta zeszły na jej szyję, a zęby musnęły skórę — nie wystarczająco mocno, żeby zostawić ślady, ale wystarczająco, żeby czuła, kto tu decyduje.

    — Tak lepiej? — zapytał zachrypniętym głosem, odrobinę przyspieszając. — Tak właśnie lubisz?

    Suri zamiast odpowiedzieć tylko głośno jęknęła, wyginając plecy, a jej nogi oplotły się wokół jego bioder, jakby instynktownie chciała go przytrzymać. Kruk parsknął cicho, niemal z satysfakcją, i pochylił się niżej, aż ich ciała całkowicie się zetknęły.

    Nie przestawał. Nie dawał jej chwili wytchnienia. Poruszał się w niej, jakby chciał jej udowodnić, że naprawdę nie jest człowiekiem — że Illi’andin w łóżku to coś zupełnie innego. A jednocześnie… bycie z nią dawało mu więcej przyjemności niż cokolwiek wcześniej. Czuł, że naprawdę tego chce. Czuł też czysty, zwierzęcy głód — i to właśnie ona go w nim budziła.

    Kiedy wreszcie opadł obok niej na poduszki, dziewczyna natychmiast przysunęła się bliżej, wtulając się w jego ramiona. W pierwszym odruchu chciał ją od siebie odepchnąć, ale potem stwierdził, że to… całkiem przyjemne uczucie. 

    Leżała teraz przyciśnięta do jego boku, z głową na jego torsie i jedną nogą przerzuconą przez jego udo. Jej oddech był jeszcze trochę nierówny, a skóra ciepła i wilgotna. Kruk patrzył w sufit, czując, jak jej palce leniwie rysują niewyraźne kształty na jego torsie — dokładnie tak samo, jak wtedy…

    Zacisnął szczękę. Nie pamiętał, ale jego ciało pamiętało. I to go wkurzało. Bo z tą dziewczyną wszystko wydawało się zbyt… naturalne. Łatwe. Jakby robili to setki razy wcześniej.

    Suri westchnęła cicho i jeszcze mocniej wtuliła się w niego, jakby chciała się upewnić, że naprawdę tu jest. Jej dłoń spoczęła na jego brzuchu, a palce poruszały się powoli, uspokajająco. Kruk powoli uniósł rękę i położył ją na jej plecach. Nie przytulił jej. Po prostu ją tam zostawił — ciężką, ciepłą, obecną. Czuł, jak jej oddech powoli się uspokaja, jak jej ciało rozluźnia się przy nim. I ku własnemu zaskoczeniu… nie czuł potrzeby, żeby ją od siebie odsunąć.

    Przez chwilę leżeli w ciszy. Tylko ich oddechy wypełniały pokój. W końcu Kruk przełknął ślinę.

    — Nadal twierdzisz, że jesteśmy parą? — powiedział niskim, wciąż trochę zachrypniętym głosem.

    Suri uniosła głowę i spojrzała na niego. Jej oczy były spokojne, choć wciąż lekko wilgotne od łez.

    — Tak — odparła bez wahania. — Jesteśmy.

    Kruk patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby próbował znaleźć w jej twarzy kłamstwo. Nie znalazł. Zamiast tego zobaczył coś, co sprawiło, że coś w jego piersi nieprzyjemnie ścisnęło się i jednocześnie zmiękło. Westchnął ciężko i opuścił głowę, opierając brodę na jej włosach.

    — To wszystko jest popieprzone — mruknął. — Ale… nie każ mi teraz o tym myśleć.

    Suri nie odpowiedziała. Po prostu jeszcze mocniej przytuliła się do niego, a jej dłoń powoli przesunęła się wyżej, aż spoczęła na jego sercu. Kruk zamknął oczy. Ku własnemu zdumieniu nie czuł potrzeby, żeby wyrzucić ją ze swojego łóżka. 

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Była wykończona. Jej życie w Akademii zamieniło się w jeden wielki chaos, którego nie potrafiła ogarnąć. Ryūji zachowywał się jak nadopiekuńczy labrador — wszędzie za nią chodził, poprawiał jej włosy, pytał co pięć minut, czy na pewno jest najedzona i czy nie ma ochoty na coś słodkiego. Feniksy z kolei rozpieszczały ją do granic możliwości — Christopher i Cameron traktowali ją niemal jak porcelanową figurkę, Laila nie odstępowała jej na krok, a reszta drużyny co chwilę pytała, czy czegoś nie potrzebuje.

    A Kruk… On co wieczór przychodził po nią pod bramę Akademii, zabierał do swojego mieszkania w Tokio i pieprzył ją tak, jakby chciał z niej wydusić każdą ostatnią kroplę energii. Potem rozmawiali — czasem godzinami — ale on wciąż niczego nie pamiętał. Zero wspomnień. Zero uczuć. Tylko puste, choć coraz bardziej zaintrygowane spojrzenie, kiedy patrzył na nią nagą w swoim łóżku.

    Suri nie mogła tego dłużej wytrzymać. Dlatego pewnego popołudnia poszła prosto do gabinetu dyrektor Morrigan i poprosiła o kulę ze światłem prawdy. Morrigan długo patrzyła na nią w milczeniu, ale w końcu skinęła głową i pożyczyła jej artefakt bez zbędnych pytań.

    Teraz siedziała na łóżku Kruka w Tokio, w jego koszulce, z kołdrą narzuconą niedbale na uda. Kruk siedział naprzeciwko niej w dokładnie takiej samej pozie — w samych bokserkach, z włosami potarganymi po seksie, wciąż jeszcze z lekkim rumieńcem na skórze. Między nimi na kołdrze leżała przezroczysta kula, delikatnie pulsująca bladoniebieskim światłem.

    Dziewczyna wzięła głęboki oddech.

    — Zaczynamy? — zapytała cicho.

    Chłopak skinął głową, patrząc na nią uważnie. W jego oczach pojawiła się ciekawość pomieszana z ostrożnością.

    — Zaczynaj — mruknął.

    Suri spojrzała na kulę i zaczęła mówić. Opowiedziała mu wszystko. O tym, jak się poznali. O tym, jak powoli się do siebie zbliżali. O tym, jak pierwszy raz się pocałowali. O tym, jak Kruk uratował ją, kiedy wpadła do portalu podczas anomalii. O tym, jak się kochali — czasem delikatnie, czasem tak dziko, że ledwo mogła chodzić następnego dnia. O tym, jak się kłócili. Jak się godzili. Jak Kruk mówił jej, że ją kocha. Przez całą opowieść kula mieniła się równym, spokojnym niebieskim światłem.

    Chłopak słuchał w milczeniu. Jego twarz pozostawała nieruchoma, ale Suri widziała, jak jego palce zaciskają się na prześcieradle. Kiedy skończyła, przez chwilę panowała gęsta cisza. W końcu Kruk powoli przechylił głowę i spojrzał na nią z wyraźnym niedowierzaniem.

    — To wszystko… prawda? — zapytał niskim głosem.

    Suri skinęła głową.

    — Przecież wiesz, że tego czegoś nie da się okłamać — wskazała na kulę.

    Kruk spuścił wzrok na kulę, która nadal świeciła na niebiesko. Przejechał dłonią po twarzy i zaśmiał się cicho, ale bez humoru.

    — Cholera… — mruknął. — Nigdy nie spotkałem dziewczyny, która podobałaby mi się tak piekielnie, jak ty. A jednak… nic z tego nie pamiętam. — Podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie było już tylko ciekawości. Było coś głębszego. Coś, co sprawiało, że Suri poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. — Ale wiesz co? — dodał cicho, pochylając się lekko w jej stronę. — Po tym, co właśnie usłyszałem… mam ochotę zacząć to wszystko od nowa.

    Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, uśmiechem pełnym ulgi. Kulka prawdy wciąż jarzyła się stabilnym, niebieskim światłem.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Symulacja Battle Royale trwała już od dłuższego czasu. Mapa była rozległa i zdradliwa — ruiny dawnego miasta poprzecinane leśnymi gęstwinami. Suri żałowała, że pojawiła się daleko od swojej drużyny, Feniksy były dla niej teraz zaledwie odległymi punkcikami na mapie. Poruszała się ostrożnie między porzuconymi budynkami, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Miała przy sobie tylko swoje sztylety do rzucania — nic, co dawałoby jej realną przewagę w bezpośredniej walce. Poza tym mogła przywołać tu wyłącznie swoją świetlistą bliźniaczkę, nie miała dostępu do cieni. Nawet Kuro nie mógł z nią wejść do symulacji. 

    Usłyszała go, zanim go zobaczyła, jednak i tak odwróciła się zbyt późno. Kruk stał kilka metrów od niej, z kosą w dłoni. Jego twarz była nie wyrażającą żadnych emocji maską. Chłodna, profesjonalna koncentracja — spojrzenie człowieka, który wielokrotnie zabijał i robił to czysto.

    Cholera! Poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Nawet kiedy miał swoje wspomnienia, wielokrotnie powtarzał jej, że nie zamierza wspierać przeciwnej drużyny, a teraz… wątpiła, żeby miał jakiekolwiek skrupuły. Nie miała najmniejszych szans.

    Chłopak ruszył do przodu z prędkością, którą znała aż za dobrze. Suri spróbowała uskoczyć w bok, ale był szybszy. Nie zawahał się. Jednym, szybkim, profesjonalnym ruchem przeciął jej gardło. Symulacja zniknęła, a ona stojąc w sali treningowej łapczywie chwytała powietrze. Cieszyła się, że podczas Battle Royale systemy odpowiedzialne za odczuwanie bólu są wyłączone. Zdecydowanie nie chciałaby poczuć tego, co się przed chwilą wydarzyło.

    Obiecała sobie, że zrobi wszystko, byleby tylko Kruk odzyskał wspomnienia.

    Note