Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Suri 

    Tak jak za pierwszym razem uniosła się w powietrze na smoku Ryūjiego. Kuro siedział tuż za nią, ramionami i ogonami zamykając ją w znajomym, ciepłym uścisku, a jej brat prowadził chowańca pewnie, bez zbędnych słów. Wiatr smagał jej twarz, a pod nimi rozciągała się biel skał, turkus kanałów i srebrzyste kopuły stolicy. Obok, w równym szyku, leciał oddział Illi’andin, a wśród nich Kruk. Nie patrzył na miasto. Patrzył tylko na nią. 

    Kiedy smok zniżył lot nad pałacem, Suri była kompletnie zaskoczona.

    Na placach, tarasach i kamiennych mostach stał wiwatujący tłum. Ludzie unosili dłonie, czarne sztandary z białym smokiem falowały nad głowami, a z dołu dobiegał szum ulgi tak gęsty, że dziewczyna przez chwilę nie potrafiła w niego uwierzyć. Wyglądało na to, że wszyscy cieszą się, iż wróciła bezpiecznie. Jak ktoś, kogo naprawdę brakowało.

    Zeszli z grzbietu smoka na szerokie schody pałacu. Dopiero gdy zniknęli z publicznego widoku i ciężkie drzwi odcięły ich od gwaru, ojciec przestał być władcą. Marcus przyciągnął ją do siebie natychmiast. Objął mocno, bez ceremonialnej ostrożności, jak człowiek, który przez dwa tygodnie nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mógł to zrobić. Suri nie protestowała. Realnie znała go bardzo krótko, a mimo to naprawdę go ceniła i szanowała. Coraz wyraźniej rozumiała, jak jej mama mogła się w nim zakochać. Sama też, powoli i prawie nieśmiało, zaczynała czuć łączącą ich więź. Nie zastępowała Daniela. Po prostu znajdowała w sobie miejsce na drugiego ojca.

    — Wróciłaś — powiedział tylko, niskim głosem, w jej włosy.

    Skinęła głową, jeszcze niepewnie, i na moment pozwoliła sobie zostać w tym uścisku.

    Kruk nie odstępował jej na krok. Stał blisko, milczący, i patrzył na nią tak, jakby za chwilę znów mogła zniknąć. W jego spojrzeniu nie było już tylko ulgi, pojawiło się tam coś czujniejszego, prawie głodnego, przywodzącego na myśl spojrzenie osoby, która odnalazła to, czego szukała, i nie zamierzała tego wypuścić z pola widzenia.

    Suri odwróciła się do niego, wsunęła dłoń w jego dłoń i splotła ich palce.

    — Chodź — poprosiła cicho.

    Razem z nim poszła do swoich pokojów. Kuro trzymał się tuż za jej ramieniem, a korytarze rodzinnego skrzydła pachniały kwiatami, które ktoś zdążył wymienić przed ich powrotem. Za oknami wciąż słychać było gwar miasta. Tutaj było cicho.

    Suri ścisnęła dłoń Kruka mocniej i pomyślała, że naprawdę wróciła. Nie tylko do Starego Świata. Do miejsca, w którym ktoś na nią czekał.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Kuro zostawił im przestrzeń i zniknął tak cicho, że Kruk zauważył jego nieobecność dopiero po chwili. Drzwi do pokojów Suri zamknęły się za nimi miękko. Został widok na baśniowe miasto za oknami, miękki dywan pod stopami i ona.

    Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Nie próbował. Suri stała kilka kroków przed nim, wciąż w ubraniu z podróży, z wiatrem jeszcze splątanym we włosach, i patrzyła tak, jakby bała się mrugnąć. Przez dwa tygodnie szukał jej po obu stronach świata. Dwa tygodnie budził się z myślą, że tym razem już jej nie znajdzie. Teraz była tu. Żywa. Bliska. Jego.

    Podeszła sama. Wsunęła palce w materiał jego bluzy i nie powiedziała nic, co mogłoby umniejszyć tej chwili. Kruk objął ją gwałtownie, prawie nieostrożnie, i dopiero gdy poczuł pod dłońmi ciepło jej pleców, oddech wrócił mu do normy.

    — Nie znikaj — wydusił w jej włosy.

    — Nie zamierzam — szepnęła.

    Poszli pod prysznic, nie wypuszczając się z rąk na dłużej, niż było trzeba, by zrzucić ubranie. Woda uderzyła w kafelki i w ich skórę mocnym, gorącym strumieniem, obmywając z nich pył drogi, sól oceanu i ten uporczywy chłód, który siedział w nim od kiedy stracił ją z oczu. Suri odchyliła głowę, pozwalając strumieniowi wody spłynąć po szyi, a Kruk śledził każdą kroplę, jakby dopiero teraz wolno mu było patrzeć bez lęku.

    Przyciągnął ją bliżej. Mokre ciało Suri przylgnęło do jego torsu, a on poczuł, jak całe napięcie ostatnich dni łamie się w nim jednym, cichym dreszczem. Całował ją powoli i głęboko, najpierw w usta, potem w linię żuchwy, potem w miejsce pod uchem, gdzie tętno biło zbyt szybko. Suri wplotła palce w jego mokre włosy i odpowiedziała z taką samą, niemal bolesną ulgą. Nie było w tym pośpiechu pierwszego pożądania. Była desperacka potrzeba upewnienia się, że to nie sen.

    Uniósł ją bez trudu. Oparła plecy o ciepłą ścianę, oplotła go nogami, a on wszedł w nią jednym, pewnym ruchem, który wydobył z jej gardła stłumiony dźwięk. Przez chwilę nie ruszał się wcale. Stał tak, czołem oparty o jej czoło, i oddychał jej bliskością. Suri trzymała go mocno, paznokcie wbijając w jego barki, jakby też bała się, że jeśli puści, ocean znowu ich rozdzieli.

    Potem zaczął się poruszać. Najpierw wolno. Głęboko. Z taką czułością, że aż jemu samemu wydawała się nierealna. Woda spływała między ich ciałami, uderzała o kamień, zagłuszała oddech, a Kruk całował ją za każdym ruchem, jakby każde dojście w głąb niej było kolejnym dowodem, że wróciła. Suri drżała. Szepnęła jego imię tak cicho, że prawie zgubił je w szumie, i to wystarczyło, żeby stracił resztę opanowania. 

    Przyspieszył. Przytrzymał ją pewniej, dłońmi na mokrych udach, i brał ją już bez tej pierwszej ostrożności, z głodem kogoś, kto zbyt długo nic nie miał. Suri odchyliła głowę do ściany, usta miała rozchylone, oczy przymknięte, i przyjmowała go całym ciałem. Jej piersi muskały go przyjemnie. Opuszki palców ześlizgiwały się po jego karku. Kruk zsunął usta na jej szyję i ugryzł lekko, nie po to, by zostawić ślad, tylko po to, by poczuć, że jest ciepła i prawdziwa.

    Doszła pierwsza. Ścisnęła go tak mocno, że na moment stracił rytm, a jej stłumiony jęk rozlał się mu pod skórą. Nie dał jej opaść. Przeniósł ją ze ściany pod strumień wody, oparł sobie na rękach i dokończył w niej głęboko, z niskim, zachrypniętym dźwiękiem, który nie był już niczym innym jak ulgą.

    Długo nie ruszali się z miejsca. Woda płynęła dalej. Suri wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi. Kruk trzymał ją, policzkiem oparty o jej mokre włosy, i głaskał kciukiem wilgotne żebro, jakby wciąż sprawdzał, czy nie zniknie. Milczał, bo słowa w tej chwili wydawały się zbędne. Wystarczyło, że oddychała. Wtulała się w niego mocno. Po dwóch tygodniach bez niej świat nareszcie znowu miał temperaturę jej skóry.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Za godzinę czekała ich wspólna kolacja ze wszystkimi, ale teraz mieli czas tylko dla siebie. Suri, czysta i zadowolona, w świeżym ubraniu, siedziała na kanapie obok Kruka i wtulała się w niego tak mocno, jakby naprawdę mogli stać się jednością. Nie chciała odsuwać się ani o milimetr. Jego ramię spoczywało na jej plecach, a policzek miała oparły o jego klatkę piersiową, tam gdzie pod materiałem koszulki spokojnie i równo biło serce.

    — Jak skończyła się sprawa z artefaktem? — zapytała cicho.

    — Oddanie go Morrigan to była dobra decyzja — mruknął.

    Dziewczyna była pewna, że czegoś jej nie mówi. Słyszała to w zbyt krótkiej odpowiedzi i w tym, jak jego palce na chwilę zamarły na jej ramieniu. Nie miała jednak ochoty pytać o to teraz. Nie w tej przestrzeni, która należała tylko do nich.

    — A co z Christopherem? — zadał pytanie, a ona poczuła, jak bardzo go nurtuje.

    Westchnęła.

    — Opowiedziałam mu, co się stało i kogo podejrzewamy, ale wcześniej sam się domyślił, że się pogodziliśmy. — Podniosła na niego wzrok. — Nie jest zadowolony z obrotu sytuacji, ale między nami… chyba wszystko w porządku.

    Kruk odetchnął głęboko i przytulił ją do siebie jeszcze bardziej zaborczo. Jego dłoń przesunęła się niżej, obejmując ją tak, jakby chciał zasłonić ją przed całą resztą świata.

    — Nigdy więcej w przyszłości nie zamierzam się powstrzymywać — oznajmił niskim głosem. — Jeżeli kiedykolwiek pojawi się między nami jakieś nieporozumienie, to porwę cię gdziekolwiek i będę cię tam trzymał tak długo, aż sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.

    Suri z trudem przełknęła ślinę. Deklaracja do złudzenia przypominała to, co zrobił Christopher. Tę samą potrzebę zatrzymania jej, zanim zdąży odejść. Tę samą obawę, że słowa nie wystarczą. Różnica była jednak wyraźna i siedziała w niej głęboko. Kiedy Kruk był pewien, że ona już go nie chce, trzymał się na dystans. Zostawał na tyle blisko, by móc ją chronić, ale nie próbował odebrać jej wyboru. Nie zamknął jej w klatce.

    Przymknęła oczy i zacisnęła palce na jego koszulce.

    — Nigdy w życiu nie zaufam już żadnej przeklętej elektronice — przyznała cicho.

    On pogładził ją po włosach. Drugą dłonią przesunął po jej udzie, powoli, prawie nieświadomie, i patrzył na nią tak, jakby była przynajmniej boginią. W tym spojrzeniu nie było już lęku. Była tylko ona.

    — Kocham cię — szepnął. — I to się nigdy nie zmieni.

    Suri się niemalże rozpłynęła. Motyle w jej brzuchu poderwały się do dzikiego tańca, tak gwałtownie, że na moment straciła oddech. Powiedział to sam z siebie. Bez nieprzyjemnej, psującej nastrój otoczki. Bez warunków. Tak po prostu. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej i pozwoliła tym słowom zagnieździć się w sobie, obłędnie szczęśliwa.

    ✩ ✩ ✩

    Kuro

    Rodzinna kolacja była dla niego ciekawym spektaklem. Siedział obok Suri, z ogonem leniwie opartym o jej nogę, i wodził po wszystkich spokojnym, niemal sennym wzrokiem. Dziewczyna była zadowolona, że wszyscy znaleźli się przy jednym stole, a jednocześnie trochę spięta i niepewna, jak zareagują na siebie nawzajem. Kuro czuł to w niej wyraźnie. Ciepło ulgi. Cień ostrożności. I to zabawne, uporczywe staranie, żeby wyglądać na opanowaną.

    „Uśmiechasz się jak księżniczka, a w środku liczysz, kto pierwszy rzuci nożem” — odezwał się w jej myślach.

    Suri ledwo zauważalnie drgnęła i sięgnęła po kieliszek, jakby od zawsze zamierzała właśnie w tej chwili napić się wody.

    U szczytu stołu siedział Marcus Nacht. Po jego prawej stronie zajął miejsce Ryūji, po lewej Daniel Maes. Właśnie ta druga osoba interesowała Kuro najbardziej. Zmiennokształtny pachniał inaczej niż pozostali. Jak ktoś, kto nie potrzebuje korony, żeby mieć do Suri prawo. Zaraz przy nim siedział Kruk, potem Suri, a obok niej on sam. Po drugiej stronie, obok Ryūjiego, usiadł Christopher.

    Kruk planował zająć miejsce z brzegu. Suri go nie puściła. Kuro z kolei nie wyobrażał sobie w tej chwili innego miejsca niż przy niej, więc wszyscy poszli na kompromis, który i tak ułożył się dokładnie tak, jak chciał.

    „Widzisz? Nawet on umie słuchać, kiedy trzeba. Zapamiętaj ten dzień, może się nie powtórzyć.”

    Suri kopnęła go dyskretnie pod stołem. Kuro zmrużył oczy z zadowoleniem.

    Marcus traktował Daniela przyjaźnie, niemal jak kogoś, wobec kogo pozostaje dłużnikiem. Wyglądało na to, że jest mu szczerze wdzięczny zarówno za wychowanie Suri, jak i za to, że odnalazł ją teraz. Kuro nachylił się odrobinę bliżej talerza, udając zainteresowanie pieczonym mięsem, a w rzeczywistości ważył tę wdzięczność z czystą ciekawością. Dwóch ojców przy jednym stole. I żaden z nich nie próbował na razie udowodnić, że jest ważniejszy.

    „Mogę ich polubić. Obu. Na próbę.”

    Suri ostrożnie odkroiła kęs i nie spojrzała na niego, ale Kuro i tak poczuł, jak trudno przychodzi jej zachowanie poważnego wyrazu twarzy.

    Ryūji odstawił kielich.

    — Nie chcę przerywać przyjemnej atmosfery, ale nasze problemy się nie skończyły — powiedział spokojnym, rzeczowym głosem. — Rini mniej więcej wprowadziła nas w historię Christophera i zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy na daną chwilę. Co zamierzacie zrobić dalej?

    Zanim Suri zdążyła się odezwać, wtrącił się Christopher.

    — Szczerze dziękuję za waszą pomoc, ale to moje sprawy. Poradzę sobie z nimi.

    Ku zdumieniu wszystkich, włącznie z Kuro, odezwał się Kruk.

    — Nasi ludzie przyjrzeli się sprawie. Dwór Nowej Australii to wydmuszka. Nie będą stanowili problemu, jeśli odpowiednio to rozegramy.

    Christopher spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony. Wyglądał tak, jakby słowo nasi z ust Kruka było ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał.

    „Oho” — mruknął Kuro Suri w myślach, z czystą uciechą. — „Twój asasyn właśnie wziął księcia pod skrzydło. Szybko się robi tu tłoczno.”

    Suri wciągnęła powietrze odrobinę zbyt gwałtownie i udawała, że kaszlnęła w serwetkę. Kuro aż zamruczał cicho, zadowolony z efektu.

    Marcus skinął głową.

    — Mimo wszystko, jeżeli będziecie potrzebowali naszego wsparcia, dajcie znać Ryūjiemu. Zrobimy, co w naszej mocy, żeby pomóc.

    Zarówno Kruk, jak i Christopher skinęli głowami.

    Lord Nacht przeniósł wzrok na córkę.

    — Czy powinniśmy zaplanować coś szczególnego na przybycie dzieci z królewskich rodzin pod koniec tygodnia?

    Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. Wyglądało na to, że zupełnie zapomniała o przybyciu Feniksów i o konfrontacji, która miała nadejść razem z nimi.

    Kuro położył dłoń na oparciu jej krzesła i owinął ogon wokół jej kostki, w opiekuńczym geście.

    „Spokojnie. Najpierw kolacja. Potem możesz ich wszystkich pogłaskać albo pogryźć. Jeszcze nie musisz decydować, w której kolejności.”

    Suri spojrzała przed siebie z wymuszonym spokojem. Tylko Kuro widział, jak mocno zacisnęła palce na serwetce.

    ✩ ✩ ✩

    Cameron

    Rzadko kiedy cieszył się z oficjalnych wizyt, ale tym razem był naprawdę szczęśliwy. W jego głowie były to przede wszystkim wakacje, które wreszcie będzie mógł spędzić z przyjaciółmi, nie przejmując się dworską etykietą. Przynajmniej do takiego wniosku doszedł po pierwszych relacjach Suri z pobytu w Nivarii. Później jego przyjaciółka zupełnie zamilkła, a Cameron nie wiedział dlaczego.

    Sama wizyta w Krainie Złudnych Mgieł i tak była nie byle czym. Naprawdę rzadko kto miał okazję ją zwiedzić.

    Przybył otoczony dziesięcioma królewskimi gwardzistami i dwudziestoma służącymi, co wkurzało go do żywego. Cieszył się jednak, że w ogóle udało mu się wytargować te liczby z matką. Ona nalegała, by były dziesięciokrotnie wyższe.

    Korytarz mgieł zamknął się za nimi wilgotną, srebrzystą ciszą. Po drugiej stronie otoczył ich oddział Illi’andin. Wojownicy nie ukrywali skrzydeł. Stali na szerokiej skalnej półce, z której rozciągał się widok tak niezwykły, że Cameron na moment zapomniał o orszaku.

    Pod nimi miasto było wykute w białej skale i jednocześnie zupełnie nowoczesne. Przez stolicę biegła krystalicznie czysta woda, kanały lśniły turkusem, a z wyższych tarasów spadały wąskie wodospady, rozbijając się o zieleń tak starannie utrzymaną, że wyglądała jak część architektury. Wśród mostów i kopuł poruszały się magiczne stworzenia. Czarne sztandary z białym smokiem falowały nad pałacem, który wyrastał ze skały jak korona całego tego miejsca. Powietrze pachniało chłodnym kamieniem, wodą i mgłą.

    Wtedy pojawił się brat Suri. Ryūji powitał go wyraźnie aż nazbyt oficjalnie. Prosto. Chłodno. Zbyt ceremonialnie jak na kogoś, kogo Cameron zdążył poznać przy basenie Feniksów. Właśnie w tym przesadnym protokole zobaczył szansę dla siebie. Szansę, by wyrwać się spod cudzej opieki.

    — Do stolicy można się dostać na dwa sposoby — poinformował go Ryūji po oficjalnym powitaniu. — Powietrzem albo drogą w dół. Oczywiście pierwsza opcja jest znacznie szybsza, ale cóż… nie mamy możliwości przetransportowania tylu osób.

    Cameron uśmiechnął się szeroko i postawił na ziemi swojego gryfa. Zwierzę w mgnieniu oka urosło do pełnych rozmiarów, rozłożyło skrzydła i wstrząsnęło piórami, jakby od początku wiedziało, po co tu jest.

    — W takim razie my polecimy, a mój orszak będzie podróżował drogą.

    Gwardziści natychmiast zaczęli protestować, podnosząc kwestię bezpieczeństwa księcia Camerona. Głosy nakładały się na siebie, sztywne i pełne dworskiego niepokoju.

    Ryūji spojrzał na nich chłodno.

    — Czy próbujecie obrazić władcę Nivarii? — zapytał spokojnym, ostrym głosem. — Sądzicie, że nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa swoim gościom?

    Gwardziści wycofali się niechętnie. Cameron ledwo powstrzymał satysfakcję. Chwilę później Ryūji uniósł się na swoim smoku, a on sam na gryfie wzbił się w powietrze obok niego. Wokół nich leciał oddział skrzydlatych wojowników. Wiatr uderzył ich w twarze, miasto otworzyło się pod skrzydłami jeszcze szerzej, a orszak został na półce skalnej jak zbędny, zbyt ciężki cień.

    Ryūji podleciał bliżej. Kiedy mówił, głos miał już niższy i przeznaczony tylko dla niego.

    — Moja siostra jest naprawdę wkurzona na całą drużynę Feniksów — rzucił konspiracyjnie. — Więc lepiej się przygotuj.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Przez cały czas nie opuszczało jej nieprzyjemne napięcie. Wciąż wierzyła, że przynajmniej Cameron jej nie zdradził. Chciała jednak mieć pewność i choć na chwilę złapać oddech.

    Ceremonię powitalną ustawiono na wielkim tarasie pałacu, wykutym w białej skale tak szeroko, że mieścił się na nim cały dworski porządek Nivarii. Czarne sztandary z białym smokiem opadały z kolumn i z krawędzi dachów, a wiatr z kanałów poruszał nimi powoli, jakby samo miasto wstrzymywało głos. Na stopniach stali Illi’andin w galowych mundurach, ze skrzydłami widocznymi i złożonymi wzdłuż pleców. Za nimi szereg gwardii pałacowej. Jeszcze niżej, przy balustradach, zebrali się przedstawiciele dworu, kapłani i ci, których Suri znała tylko z twarzy i ukłonów.

    Gryf Camerona zniżył lot nad tarasem jako pierwszy. Smok Ryūjiego osiadł chwilę później, a oddział skrzydlatych wojowników zamknął przestrzeń nad ich głowami w równy, srebrny łuk. Kiedy książę Nowej Europy zszedł na kamień, rozległy się rogi. Dźwięk potoczył się po skale, po wodzie i po białych ścianach pałacu, aż wrócił echem z niższych tarasów miasta.

    Suri stała po prawej stronie ojca, w galowym mundurze rodziny królewskiej, z Kuro tuż za jej ramieniem. Marcus nie uniósł głosu. Nie było takiej potrzeby. Wystarczyło, że zrobił krok naprzód, a cały taras ucichł.

    — Nivaria wita Jego Wysokość, księcia Camerona z Nowej Europy — powiedział spokojnym, donośnym głosem, który niósł się bez wysiłku.

    Cameron skłonił się zgodnie z protokołem. Na tle czerni sztandarów i białej skały wyglądał jak idealny książę wyjęty prosto z baśni. Miał jasnobrązowe, lekko potargane włosy opadające na czoło, orzechowe oczy i twarz tak gładko rzeźbioną, że nawet teraz, w pełnym słońcu Nivarii, przyciągała spojrzenia. Biały mundur ze złotym haftem leżał na nim idealnie. Czarny krawat, złote naramienniki i herb na piersi dopełniały obrazu księcia, którego matka wysłałaby na każdą ceremonię świata. Suri znała ten wygląd od dawna. Dziś jednak widziała pod nim zmęczenie podróżą i ostrożność człowieka, który nie jest pewien, czy nadal jest tu mile widziany.

    Podeszła, kiedy protokół na to pozwolił, i wyciągnęła dłoń.

    — Witaj — powiedziała na tyle oficjalnie, by dwór nic nie mógł jej zarzucić, i na tyle cicho, by Cameron usłyszał w tym także ją.

    Jego palce zamknęły się na jej dłoni krótko, pewnie, bez tej zwyczajowej swobody, która zawsze między nimi była. W orzechowych oczach miał ulgę i niepokój zarazem. Suri ścisnęła jego dłoń odrobinę mocniej, zanim ją puściła. Napięcie w piersi nie zniknęło. Stało się tylko ostrzejsze, bo on był już tutaj, naprawdę, i zaraz miała się przekonać, czy jej wiara w niego nie była kolejną pomyłką.

    Po wymianie darów i krótkim przemówieniu Ryūjiego orkiestra umilkła. Tłum na niższych tarasach zaczął się rozchodzić. Sztandary jeszcze łopotały, ale ceremonia była zakończona.

    Suri, Kuro i Cameron odeszli z tarasu bocznym przejściem, zanim dwór zdążył ich znowu otoczyć. Korytarze gościnnego skrzydła były wykute w tej samej białej skale co reszta pałacu, szerokie, chłodne, z wysokimi oknami, przez które widać było kanały i zieleń spadającą po ścianach. Ich kroki niosły się miękko. Kuro szedł tuż przy Suri, niemal ocierając się ramieniem o jej ramię. Cameron milczał. Złote wykończenia munduru gasły w cieniu korytarza, a on sam wydawał się nagle mniej ceremonialny i bardziej niepewny.

    ✩ ✩ ✩

    Cameron

    Cameron nie był nawet zaskoczony, kiedy zobaczył Kruka. Chłopak stanął przy Suri zdecydowanie zbyt blisko, żeby można było uznać to za przypadek. W mundurze nivaryjskiej gwardii wyglądał… na miejscu. Jak ktoś, kto w tym pałacu przestał być gościem.

    Miał jednak mieszane uczucia co do tego, że Suri wybaczyła mu zdradę. Wciąż miał świeżo w pamięci, jak bardzo ją to bolało. Jak cicho wtedy chodziła. Jak unikała dziedzińca. Jak uśmiechała się do Christophera zbyt ostrożnie, jakby szerszy uśmiech mógł ją złamać.

    — Cam, możemy porozmawiać? — zapytała cicho.

    Po tonie głosu od razu nabrał pewności, że chodzi o coś poważnego.

    — Jasne.

    Zajęli miejsca na komplecie wypoczynkowym. On, Suri i Kuro. Kruk stanął po drugiej stronie kanapy, za plecami dziewczyny. Gryf Camerona, teraz wielkości dużego kota, natychmiast wspiął się Kuro na kolana i ułożył się tam, jakby to było najoczywistsze miejsce na świecie.

    — Grzeczny Haku — mruknął Kuro czule.

    Wszystkie chowańce wyraźnie go uwielbiały. Cameron odnotował to mimochodem, ale nie miał teraz czasu się tym dziwić.

    — Możesz śmiało mówić — zwrócił się Kuro do Suri. — Sądzę, że nie miał z tym nic wspólnego.

    Cameron zobaczył, jak Suri wypuszcza powietrze z prawdziwą ulgą, i poczuł narastający niepokój. Kruk zbliżył się do niej i położył dłoń na jej ramieniu. Suri w czułym geście nakryła ją swoją ręką.

    — Ktoś bardzo się postarał, żebym rozstała się z Krukiem — wyjaśniła z cichym bólem w głosie. — To, co widziałam… nie wydarzyło się naprawdę, ale iluzja była na tyle dopracowana, żeby oszukać nawet Kuro. Poza tym ktoś zhakował nasze tablety.

    Cameron spojrzał na nią kompletnie zaskoczony.

    — To naprawdę porąbane…

    Suri uśmiechnęła się blado.

    — Cieszę się, że nie brałeś w tym udziału.

    Chłopak spojrzał najpierw na nią, potem na Kruka.

    — Od kiedy Kruk uratował życie mojej siostry, szczerze wam kibicuję — przyznał. — Nigdy bym nie próbował was rozdzielić.

    Ku jego zdumieniu Kruk skinął głową.

    — Od początku byłeś wobec mnie fair — powiedział ze swoim zwyczajnym chłodem w głosie.

    Cameron poczuł się dziwnie zadowolony z tych słów. Nie spodziewał się uznania. Tym bardziej nie spodziewał się go właśnie od niego.

    Suri naprawdę wiele dla niego znaczyła. Nigdy, przenigdy nie chciałby stracić jej przyjaźni. Przypuszczenia nasuwały się jednak same. Umiejętności potrzebne do takiego przekrętu były zbyt oczywiste. Suri nikogo nie oskarżała na głos, ale Cameron był pewien, że w napięciu czeka na pojawienie się pozostałych Feniksów.

    ✩ ✩ ✩

    Emiyo

    Zanim jeszcze ktokolwiek zdążył odezwać się ostro, Nivaria zdążyła ją zachwycić. Białe miasto spływało tarasami ku wodzie tak czystej, że widać było w niej cień skrzydeł. Ogrody pachniały kwitnącymi pnączami, a powietrze miało w sobie tę rzadką, srebrzystą gęstość, której Emiyo nie znała z żadnego dworu Nowego Świata. Szła korytarzem gościnnego skrzydła i przez chwilę naprawdę zapomniała, po co tu jest. Potem stanęła przed nią Suri.

    Uśmiech Emiyo był szczery. Otworzyła ramiona z tą samą łagodnością co zawsze. Suri odwzajemniła uścisk, ale ciało miała sztywne. Dziewczyna poczuła to od razu i nie potrafiła już wrócić do zachwytu.

    W ogrodzie było jeszcze piękniej. Białe łuki kamienia otwierały się na wodę, a między rzeźbionymi donicami siedzieli Suri, Laila, ona sama, David, Lucas, Cameron i Christopher. Ku jej niedowierzaniu siedział tam także Kruk. Słyszała, że Lord Nacht mianował go oficjalnym strażnikiem Suri. Sama myśl o tym bardzo jej się nie podobała. Emiyo, jak zawsze, czuła przed nim lęk. Wystarczyło, że chłopak stanął za plecami Suri w czarnym mundurze gwardii, a w jej gardle pojawił się stary, zimny skurcz. Widziała w nim nie strażnika, tylko zimnokrwistego mordercę.

    Nie mogła też uwierzyć, że pogodził się z Suri. Przecież tak bardzo się starali. Iluzja była dopracowana. Czaty zablokowane. Wszystko miało zostać na swoim miejscu. Miała tylko nadzieję, że mimo wszystko Suri wybierze Christophera. Byli cudowną parą. Bezpieczną. Jasną. Taką, przy której Emiyo mogła oddychać.

    Kuro siedział na niskim murku otoczony przez wszystkie pozostałe chowańce, jakby uważały go za swojego mistrza. Gryf Camerona, królik Emiyo i reszta zwierzaków ułożyły się wokół niego w posłusznym, niemal uroczystym półkolu. To też jej się nie podobało. Zbyt dobrze pamiętała, co lis potrafi.

    Ku jej zdziwieniu Cameron postawił przed nimi na stoliku kulę prawdy. Szkło natychmiast złowiło światło ogrodu i zaczęło pulsować bladym, oczekującym blaskiem.

    — Chcę usłyszeć to na głos — powiedział spokojnie, ale bez uśmiechu. — Ktoś wykreował iluzję pocałunku Kruka i Rini. Zhakował ich komunikatory. Suri przez to myślała, że została zdradzona.

    Christopher siedział prosto, z dłońmi splecionymi na kolanach. Nie wyglądał na księcia, który przyszedł na herbatę, on również był wściekły.

    — Ja nie brałem w tym udziału — powiedział wyraźnie, a kula nagrodziła go niebieską poświatą. — Cameron też nie. Zostało was czworo.

    Emiyo poczuła, jak ogród nagle robi się ciaśniejszy. Laila otworzyła usta i nic nie powiedziała. Lucas odwrócił wzrok. David położył dłoń na poręczy ławki, jakby potrzebował czegoś stałego.

    — To nie jest oskarżenie na ślepo — ciągnął Cameron. — Umiejętności się zgadzają. Iluzja Laili. Natura Emiyo. Dostęp do technologii Davida. A Lucas zawsze wie, jak to wszystko spiąć. 

    Kula na stoliku zadrżała jaśniej.

    — Przyznajcie się — powiedział Christopher ciszej, a przez to jego słowa zabrzmiały jeszcze gorzej. — Albo zaprzeczcie. Tutaj. Przy niej. Bo jeśli znowu usłyszę, że chcieliście dla niej dobrze, a ona przez was nie mogła oddychać, to nie będę już udawał, że to wciąż jest drużyna.

    Emiyo siedziała sztywno. Serce biło jej tak mocno, że przez chwilę słyszała je głośniej niż wodę szumiącą w kanale. Nie rozumiała, dlaczego ich perfekcyjny plan się zepsuł. Wszystko miało być czyste. Suri miała zobaczyć prawdę, której Emiyo pragnęła dla niej od początku — Kruk jest niebezpieczny i niegodny zaufania, Christopher jest bezpieczny, a świat może wrócić na swoje miejsce.

    Suri milczała. Kruk nie odrywał od nich wzroku. Kuro uśmiechnął się lekko, jakby już znał odpowiedź.

    Emiyo poczuła się postawiona pod ścianą. W pięknym ogrodzie Nivarii, wśród kwiatów i białego kamienia, nie było już gdzie się schować.

    To Laila wybuchła pierwsza. Zerwała się z ławki tak gwałtownie, że kula prawdy drgnęła na stoliku.

    — Illi’andin są niebezpieczni! — krzyknęła prosto do Suri, a jej głos załamał się od złości i czegoś, co bardzo przypominało strach. — Asasyni nie kochają, Suri. Likwidują. Popełniasz życiowy błąd, a my chciałyśmy cię przed tym uchronić. Widziałaś, kim on jest i to nie jeden raz. Wiesz, jak traktuje ludzi, którzy staną mu na drodze. I teraz znowu jesteś obok niego, jakby nic się nie stało.

    Suri otworzyła usta. Przez chwilę wyglądała tak, jakby naprawdę chciała odpowiedzieć. Potem zamilkła. Słowa najwyraźniej utkwiły jej w gardle. Siedziała prosto, blada, z dłonią wciąż na ręce Kruka, i tylko patrzyła na Lailę z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie ktoś rozciął przed nią całą ich wspólną historię.

    Wtedy odezwali się chłopcy. Cała trójka.

    — Chciałyście ją uchronić? — powtórzył Christopher, a w jego głosie obok gniewu brzmiał czysty, ostry zawód. — Zrobiłyście z niej zakładniczkę własnego umysłu. Pokazałyście jej zdradę, której nie było. Zabrałyście jej prawo, żeby sama zdecydowała. I jeszcze śmiesz nazywać to przyjaźnią.

    Cameron wstał wolniej, ale kiedy mówił, nie było w nim nic z ceremonialnego księcia.

    — Byłem z wami od początku. Ufałem wam. A wy wykorzystaliście to, że ona kocha za mocno i zbyt wiernie. Widziałem, jak to ją złamało. Siedzieliście przy niej, kiedy myślała, że Kruk wybrał kogoś innego, i udawaliście, że nic nie wiecie. To nie była ochrona. To było kłamstwo.

    Kruk odezwał się na końcu. Nie podniósł głosu. Właśnie dlatego Emiyo poczuła, jak zimno spełza jej po karku.

    — Nie chroniliście jej przede mną — powiedział twardym, spokojnym głosem. — Chroniliście własny obraz świata. Jej kosztem.

    Emiyo nie wytrzymała. Wszystko, co przez lata trzymała pod żebrem, wyszło naraz. Strach. Noc. Wyrok. Krew. I ten chłopak, który teraz stał za Suri jak ktoś, kto ma do niej prawo. Odwróciła się wprost do Kruka.

    — Byłeś w grupie, która wykonała egzekucję moich rodziców — powiedziała, a głos miała cienki, ale już nieposłuszny. — W swoich wczesnych treningach. Wysłali was, żeby ich zlikwidować, bo rzekomo złamali magiczne prawa. Ja w to nie wierzę. Nigdy nie wierzyłam. A ty nawet nie mrugnąłeś. Obserwowałeś wszystko jak zimnokrwisty morderca. — Ogród wydawał się nagle zbyt cichy. Nawet woda w kanale płynęła ciszej. — Jakim prawem uważasz, że pozwolę ci być z moją przyjaciółką?!

    Przez chwilę nikt się nie odezwał. Słowa wisiały między nimi jak coś, czego nie dało się już cofnąć. Emiyo słyszała własny oddech i nic więcej. Nawet Kuro przestał się uśmiechać.

    Kruk nie cofnął się. Nie zmienił pozycji. Tylko spojrzał na nią wprost, bez tej ostentacyjnej zimnej pogardy, której się spodziewała, i bez cienia przeprosin, które tak bardzo chciała usłyszeć.

    — Byłem tam — powiedział spokojnym, twardym głosem. — Dostałem rozkaz. Wykonałem go. Jak zawsze.

    Emiyo poczuła, jak coś w niej pęka.

    — Więc przyznajesz…

    — Przyznaję, że byłem narzędziem Rady — uciął. — Nie przyznaję ci prawa do decydowania, z kim Suri ma się umawiać.

    Suri poderwała głowę. Przez tę jedną chwilę Emiyo zobaczyła w jej twarzy nie gniew, tylko ból tak gęsty, że aż trudno było na nią patrzeć.

    — Emi… — zaczęła cicho. Głos jej zadrżał, ale tym razem nie zamilkła. — Nikt ci nie każe mu ufać. Nikt nie każe ci zapomnieć o rodzicach. Ale wy nie chroniłyście mnie przed nim. Okłamaliście mnie z premedytacją. Pokazaliście pocałunek, którego nie było. I zrobiłyście to, udając, że wiecie lepiej, czego chcę.

    Laila otworzyła usta, lecz Cameron nie dał jej dojść do słowa.

    — To nie jest rozmowa o asasynach — powiedział ostrym, zawiedzionym głosem. — To rozmowa o tym, że z premedytacją okłamaliście swoją przyjaciółkę.

    Christopher stał nieruchomo. Jasne światło ogrodu kładło mu się na twarzy, a on wyglądał jak ktoś, kto właśnie stracił resztkę złudzeń.

    — Mogłaś mi powiedzieć — rzucił do Emiyo cicho. — Gdybyś naprawdę bała się o nią, przyszłabyś do mnie. Albo do Camerona. Zamiast tego postanowiliście nią manipulować, jakby była waszą marionetka.

    Kula prawdy na stoliku zajaśniała zimnym, niebieskim blaskiem. Nikt nie musiał już pytać, czy to, co padło, było prawdą. Każdy wiedział.

    Emiyo spojrzała na Kruka i poczuła ten sam lęk co zawsze, a jednocześnie widziała też Suri, która nie odsunęła się od niego ani o krok.

    — On nie przestanie być tym, kim był tamtej nocy. I twoja miłość tego nie zmieni. — wyszeptała.

    Suri ścisnęła dłoń Kruka mocniej.

    — Może i nie — odparła. — Ale ja wcale nie chcę go zmieniać, kocham go takim, jaki jest. Przykro mi z powodu twoich rodziców, naprawdę, ale ich śmierć była decyzją Rady, nie Kruka. To ich powinnaś o nią oskarżać.

    Emiyo usiadła z powrotem, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. W pięknym ogrodzie Nivarii, wśród białego kamienia i lazurowej wody, jej perfekcyjny plan leżał na stoliku obok kuli prawdy. Jawny. Martwy. I już nie do obronienia.

    Note