Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Christopher

    Od samego początku wiedział, że ta wizyta nie będzie należała do przyjemnych. Jego ojciec nigdy tak naprawdę się nim nie interesował — traktował go raczej jak nieunikniony skutek dawnego romansu niż jak syna. Wizyty na dworze w Nowej Australii były więc dla niego czymś, czego należało unikać za wszelką cenę. Teraz jednak nie miał wyjścia… Faktem jednak pozostawało, że czekał tylko na moment, w którym będzie mógł odwiedzić Nivarię i zobaczyć się z Suri oraz pozostałymi Feniksami.

    Tym razem jednak było jeszcze gorzej niż zwykle.

    Od chwili, gdy przekroczył bramę zamku, nie zobaczył ojca ani razu. Został natychmiast przekazany w ręce macochy — kobiety, która patrzyła na niego z otwartą pogardą. Dla niej był żywym dowodem zdrady i słabości jej męża. Nienawidziła go z taką samą zaciętością, z jaką nienawidziła jego matki. Christopher nie miał złudzeń — gdyby mogła, pozbyłaby się go bez wahania. Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić otwarcie, więc ograniczała się do drobnych upokorzeń i chłodnej, pełnej jadu uprzejmości.

    Christopher był do tego przyzwyczajony. W jego życiu niewiele rzeczy było naprawdę przyjemnych, więc nauczył się po prostu znosić to, co nieuniknione.

    Przez pierwsze kilka dni nic szczególnego się nie wydarzyło. Macocha ignorowała go na tyle, na ile pozwalał dworski protokół, a on spędzał czas w przypisanych mu pokojach, czekając na możliwość wyjazdu. Myślał o Suri. O tym, jak bardzo chce już wreszcie móc ją zobaczyć.

    A potem wszystko się zmieniło.

    Macocha wezwała go do siebie pewnego popołudnia. Siedział naprzeciwko niej w jej gościnnym salonie.

    — Chcę Lodowe Serce. Artefakt, który należał do twojej matki. Oddaj mi go — zażądała bez żadnych wstępów, czy choćby odrobiny kurtuazji.

    Christopher zmarszczył brwi. Naprawdę nie miał pojęcia, o czym mówiła do niego ta kobieta.

    — Matka nigdy mi o niczym takim nie wspominała — odpowiedział spokojnie. 

    Macocha spojrzała na niego z wyraźną nieufnością. Jej usta zwężyły się w cienką linię.

    — Kłamiesz — stwierdziła lodowatym tonem. — Mam jednak czas. 

    Christopher nie zdążył nawet zaprzeczyć. Macocha skinęła głową w stronę strażników stojących przy drzwiach. Zanim się zorientował, został brutalnie unieruchomiony i zaciągnięty na dół, do zamkowych lochów. Ciemność, wilgoć i zapach stęchlizny uderzyły go w twarz, gdy strażnicy rzucili go na kamienną podłogę. Drzwi celi zamknęły się z ciężkim szczęknięciem.

    Macocha stanęła po drugiej stronie krat i spojrzała na niego z góry z wyraźną satysfakcją.

    — Masz czas do rana — powiedziała. — Jeśli do tego czasu nie powiesz mi, gdzie jest Lodowe Serce… dowiesz się, jak bardzo potrafię być przekonująca.

    Chłopak siedział na zimnej podłodze, opierając plecy o wilgotną ścianę. Nie miał pojęcia, o czym ona mówiła. Wiedział jednak, że to jej najprawdopodobniej nie obchodzi. Zamknął oczy i powoli wypuścił długo wstrzymywane powietrze.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Mijał piąty dzień od kiedy próbowała go złamać. Miał już naprawdę dość. Był bity i głodzony, a ona… najwyraźniej nie zamierzała przestać się nad nim znęcać. Gdyby tylko mógł od razu oddałby jej ten pieprzony artefakt, problem polegał na tym, że nie miał zielonego pojęcia, co jego matka robiła z takimi przedmiotami.  

    Siedział oparty plecami o zimną, wilgotną ścianę lochu, z głową lekko opuszczoną. Całe jego ciało wyło z bólu. Plecy paliły żywym ogniem od ostatniej chłosty — skóra była rozdarta, a każdy oddech sprawiał, że rany się rozchodziły. Czuł suchość w ustach i ciężar w głowie, który nie chciał ustąpić. Myślał o swojej rodzinie i doszedł do wniosku, że jest najbardziej popapraną rodziną na świecie.

    Zamknął na chwilę oczy i wtedy to wyczuł. Jego moc zadziałała natychmiast. W pobliżu pojawiły się znajome umiejętności. Świetlista bliźniaczka Suri. Niewidzialność Rini. I, co najważniejsze, teleportacja Kruka.

    Christopher otworzył oczy. Skupił się na mocy, która dawała największe możliwości. Wiedział, że w tym miejscu zwykła teleportacja nie działała, przy jej pomocy można było dostać się wyłącznie na pilnie strzeżony dziedziniec. Zamek był zabezpieczony. Jednak moc Kruka była inna. On potrafił wykonywać krótkie skoki nawet w miejscach, gdzie normalna magia tego typu była blokowana. To wystarczyło.

    Christopher nie tracił czasu. Skupił się i skoczył. Po chwili pojawił się po drugiej stronie krat. Ból przeszył go na moment, ale zignorował go. Zrobił kolejny krótki skok — tym razem na korytarz. Potem kolejny, poruszając się szybko i cicho w stronę wyjścia z lochów. W końcu wydostał się na zewnątrz. Powietrze było rześkie i czyste, a światło popołudnia raziło go w oczy po tylu dniach w ciemności. Ukrył się w cieniu jednej z kolumn, tuż przy wyjściu na dziedziniec zamku.

    Ku jego uldze na dziedzińcu wyczuł magię. Znajomą. Bardzo znajomą. Suri. Była tu w towarzystwie Kuro, Kruka i Rini. Był pewien, że to właśnie jego szukała. Christopher oparł się plecami o zimny kamień, oddychając płytko i szybko. Czuł, jak adrenalina miesza się z bólem i ulgą jednocześnie. Był wolny. Przynajmniej na razie. A oni… byli tuż obok.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Z początku chciała po prostu pojawić się w zamku, w Królestwie Nowej Australii i poprosić o spotkanie z Christopherem, ale Rini przekonała ją, że nie może tego zrobić, bo byłoby to oficjalne wydarzenie, ciągnące za sobą konsekwencje polityczne. Zamiast tego zgodziła się razem z Kuro ukryć pod mocą niewidzialności, którą dysponowała różowowłosa dziewczyna. Oficjalnie więc na dziecińcu zamku pojawili się jedynie Rini i Kruk. 

    Szli spokojnie, z pozoru pewni siebie. Rini kroczyła przodem w swoim eleganckim mundurze z Nivarii, a Kruk trzymał się o krok z tyłu, z kamienną twarzą i rękami założonymi za plecami. Suri szła tuż za nimi, całkowicie niewidoczna, a obok niej poruszał się równie niewidoczny Kuro. Czuła jego obecność tylko przez delikatne muśnięcia ogona o swoją rękę.

    Kiedy podeszli bliżej gwardzistów pilnujących wejścia do głównego budynku, Rini zatrzymała się i przedstawiła się oficjalnym, chłodnym tonem.

    — Nazywam się Rini Nayar. Przybyłam z wiadomością od Dziedziczki Nivarii do rąk własnych księcia Christophera.

    Gwardziści spojrzeli po sobie. Jeden z nich, starszy mężczyzna o surowej twarzy, nachylił się do drugiego i coś do niego szepnął. Po chwili starszy gwardzista zwrócił się z powrotem do Rini.

    — Na razie nie będzie to możliwe — powiedział sztywno. — Książę nie przyjmuje nikogo.

    Rini spojrzała na nich wyzywająco.

    — To ważna wiadomość. Muszę ją przekazać osobiście.

    — Możesz zostawić list — odparł gwardzista. — Albo wrócić za kilka dni. Decyzja należy do ciebie.

    Dziewczyna otworzyła usta, żeby zaoponować, ale Suri wiedziała, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Zamiast tego skupiła się na tym, co dzieje się wokół nich. I właśnie wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Zamarła. Delikatny, ale pewny uścisk. Ciepła dłoń, którą natychmiast rozpoznała.

    — Nie bój się — usłyszała cichy, znajomy szept tuż przy uchu. — To ja. Wynieśmy się stąd jak najszybciej.

    Christopher. Suri poczuła, jak serce podskakuje jej w piersi. Chciała się odwrócić, ale wiedziała, że nie ma to sensu. Zamiast tego delikatnie ścisnęła dłoń Kuro, dając mu znać, żeby był gotowy.

    W tym samym momencie przed nimi, w odległości kilku metrów, powietrze zaczęło lekko falować. Christopher otworzył portal — tak, jakby to zrobił Kruk. Rini i Kruk błyskawicznie opanowali zaskoczenie. Kruk nawet nie drgnął, a Rini jedynie lekko uniosła brodę, jakby cała sytuacja była dokładnie taka, jak zaplanowali.

    Suri złapała Kuro za rękę i delikatnie, ale stanowczo pchnęła Kruka w stronę portalu. On nie stawiał oporu — po prostu ruszył naprzód. Weszli w niego w piątkę, niemal jednocześnie.

    Po drugiej stronie uderzyło ich gorące, słoneczne powietrze i zapach morza. Zamiast kamiennych murów zamku wokół nich rozciągała się dzika, bezludna australijska plaża. Wysokie fale rozbijały się o jasny piasek, a w oddali widać było jedynie bezkres oceanu i poszarpane skały.

    Christopher puścił ramię Suri, ale nadal stał bardzo blisko niej.

    — Jesteśmy bezpieczni. Przynajmniej na razie — jego głos, choć cichy, brzmiał wyraźnie.

    Gdy tylko znaleźli się na plaży i Christopher puścił jej ramię, niewidzialność opadła. Suri odwróciła się w jego stronę i natychmiast zamarła. Christopher wyglądał… tragicznie. Jego twarz była blada i wychudzona, pod oczami miał ciemne cienie, a na wardze widniała zaschnięta rana. Koszula, którą miał na sobie, była podarta i poplamiony krwią. Poruszał się sztywno, jakby każdy ruch sprawiał mu ból. Suri poczuła, jak coś ściska ją w gardle.

    — Chris… — wyszeptała z przerażeniem.

    Nie czekając na nic więcej, przywołała swoją świetlistą bliźniaczkę. Istota natychmiast się pojawiła i delikatnym, ale pewnym gestem dotknęła dłonią policzka chłopaka. Ciepłe, złociste światło rozlało się po jego ciele. Christopher drgnął, ale nie cofnął się. Po chwili jego oddech stał się spokojniejszy, a rany zaczęły się zasklepiać.

    Wszyscy wpatrywali się w nich w milczeniu. Kiedy bliźniaczka zniknęła, Christopher powoli usiadł na piasku, opierając łokcie o kolana. Pozostali zrobili to samo, tworząc wokół niego półkole. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko szumem fal.

    — Co się do cholery wydarzyło? — zapytał w końcu Kruk.

    Christopher przez moment wpatrywał się w piasek, jakby zbierał myśli. Gdy w końcu zaczął mówić, jego głos był spokojny, ale bardzo zdawkowy.

    — Ojciec mnie wezwał. Jak zwykle. Nie zobaczyłem go ani razu. Zostałem oddany pod opiekę macochy. Ona… chciała czegoś, co należało do mojej matki. Artefaktu. Lodowego Serca. Nie miałem pojęcia, o czym mówi. Nie wierzyła mi. Zamknęła mnie w lochu i… próbowała wyciągnąć ze mnie informacje.

    Suri poczuła, jak coś ściska ją w piersi. Spojrzała na Kruka, który siedział z ponurą miną.

    — Wiem, co to za artefakt — powiedział Kruk spokojnie. — I wiem, gdzie teraz jest.

    Christopher powoli uniósł wzrok i spojrzał na niego z wyraźną rezygnacją.

    — Oczywiście, że wiesz… — mruknął.

    Kuro, który siedział po drugiej stronie Suri, nachylił się lekko i szepnął jej prosto do ucha, tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.

    — On nie wiedział o iluzji.

    Dziewczyna spojrzała na Christophera. Poczuła mieszankę napięcia i ulgi jednocześnie. Napięcia, bo wiedziała, jak bardzo chłopak musiał cierpieć. I ulgi — bo on naprawdę nie miał pojęcia o tym, co się wydarzyło między nią a Krukiem. 

    Blondyn powoli przeczesał palcami włosy i westchnął.

    — Macocha nie zamierzała tak łatwo odpuścić. Gdybym nie wyczuł waszych mocy…

    Suri wciąż wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, bo to co się wydarzyło, po prostu nie mieściło się jej w głowie. 

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Siedział na piasku i patrzył, jak Suri troskliwie sprawdza, czy Christopherowi na pewno nic już nie dolega. Jej dłoń delikatnie muskała jego ramię, a w jej oczach było tyle troski, że aż poczuł irytację. Nie odezwał się jednak. Nawet on rozumiał, że w tej sytuacji nie ma prawa jej tego wypominać. Nie teraz.

    Zamiast tego postanowił być praktyczny. Im szybciej ogarną ten bałagan, tym szybciej Suri będzie mogła wreszcie zakończyć sprawę z Christopherem. A on… on chciał, żeby to się stało jak najszybciej.

    — Musimy coś z tym zrobić — odezwał się w końcu, przerywając ciszę. — Nie możemy tu siedzieć w nieskończoność.

    Suri spojrzała na niego i po chwili skinęła głową.

    — Możemy udać się do Nivarii — zaproponowała. — Poprosić ojca o pomoc. On na pewno będzie wiedział, co robić.

    Kruk nie zdążył się nawet odezwać, gdy Rini natychmiast zareagowała.

    — Nie możesz go zabrać do Nivarii — powiedziała ostro, wskazując na Christophera.

    Suri spojrzała na nią zdziwiona.

    — Dlaczego nie?

    Rini zacisnęła usta w cienką linię.

    — To… mogłoby wywołać wojnę — odparła. — Christopher to syn króla Nowej Australii. Jeśli dowie się, że ukrywasz go w Nivarii… to może zostać odebrane jako akt wrogości. Szczególnie jeśli macocha Christophera jest w to zamieszana.

    Wszyscy na chwilę zamilkli. Suri powoli opuściła wzrok na piasek, wyraźnie rozczarowana. Kruk westchnął i przeczesał dłonią włosy.

    — W takim razie zostaje nam tylko jedno sensowne rozwiązanie — powiedział. — Na razie zatrzymamy się w Tokio. Będzie bezpieczniej niż tu, na otwartej przestrzeni.

    Nikt nie zaprotestował. Nawet Christopher tylko skinął głową, zbyt zmęczony, żeby dyskutować. Kruk wstał i bez dalszych słów otworzył portal. Po drugiej stronie ukazało się wnętrze Obsesji. 

    Gdy weszli do środka, Kruk natychmiast zesztywniał. Klub wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Stoły były przewrócone, szyby wybite, a podłoga zasłana odłamkami szkła i kawałkami mebli. Powietrze wciąż było gęste od panującego w środku napięcia.

    — Co tu się, kurwa, stało? — warknął Kruk, patrząc na szefa ochrony, który właśnie wyszedł im na spotkanie.

    Mężczyzna wyglądał na wyraźnie spiętego.

    — Napad — odpowiedział krótko. — Jeszcze nie wiemy kto. Staramy się posprzątać.

    Kruk zrobił krok do przodu, a jego głos stał się niebezpiecznie niski.

    — I nie uznałeś za stosowne, żeby dać mi o tym znać?

    Szef ochrony otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć. Obok Kruka stanął Kuro.

    — Nie dał ci znać właśnie dlatego, że się ciebie bał — szepnął mu konspiracyjnie prosto do ucha.

    Szef ochrony przełknął ślinę i niechętnie skinął głową.

    — Chciałem najpierw posprzątać i znaleźć sprawcę — powiedział szybko. — Dałbym znać od razu po…

    — Chcę wiedzieć o wszystkim, od razu, bez żadnych wyjątków — przerwał mu Kruk. — I znajdź mi wszystko, co macie. Natychmiast.

    Mężczyzna skinął głową i szybko się oddalił. Kruk stał przez chwilę w miejscu, z zaciśniętymi pięściami, starając się opanować wściekłość. Dopiero gdy Suri podeszła bliżej i delikatnie dotknęła jego ramienia, spojrzał na nią.

    — Myślisz, że mogę dać znać Ryūjiemu? — zapytała cicho.

    Kruk przez moment patrzył na nią w milczeniu, a potem skinął głową.

    — Tak — mruknął. — Lepiej, żeby był na bieżąco.

    Rini parsknęła cichym śmiechem, przerywając ciężką ciszę.

    — No cóż… Christopher naprawdę ma pecha — rzuciła lekko. — Nie dość, że jego matka jest królową zorganizowanej przestępczości, to jeszcze macocha okazuje się być taką samą suką. Facet nie ma ani chwili spokoju.

    Suri i Kruk spojrzeli na nią jednocześnie, a ich wzrok był wyraźnie karcący. Nawet Kuro uniósł brew. Rini tylko wzruszyła ramionami, jakby nie rozumiała, co takiego powiedziała.

    — Pójdę się umyć i przebrać — powiedział cicho Christopher, rzucając Suri krótkie spojrzenie. — Zaraz wracam.

    Blondyn skierował się do windy, a Suri bez wahania ruszyła za nim. Kruk patrzył, jak odchodzą, i czuł, jak irytacja narasta w nim z każdym ich krokiem. Nie powiedział jednak nic. Zamiast tego odwrócił się i spojrzał na Kuro, który nadal stał na środku sali.

    — Idź jej pilnować — warknął.

    Kuro powoli skierował na niego wzrok, a potem spojrzał znacząco na Rini, która stała kilka kroków dalej i udawała, że przegląda coś na tablecie.

    — Wolę pilnować ciebie — odparł spokojnie, ale z wyraźnym przekonaniem.

    Kruk westchnął ciężko. Nie miał siły na tę dyskusję.

    — Chodźmy po ten artefakt — mruknął w końcu. — Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.

    Otworzył portal. Tym razem przejście wyglądało inaczej niż zwykle — było wyraźnie mroczniejsze, miało więcej masy i wydawało się mniej stabilne. Gdy przeszli na drugą stronę, natychmiast zorientowali się, gdzie są. Granica między światami.

    Kruk prowadził ich bez słowa przez szare, nierealne przestrzenie, aż w końcu dotarli do starej, skalnej jaskini — miejsca, w którym Królowa ukrywała część swoich artefaktów. Wewnątrz, w małej, wykutej w skale niszy, spoczywało Lodowe Serce — matowy, błękitnawy kryształ o nieregularnym kształcie. Kruk podniósł go bez słowa. Nie miał pojęcia, do czego dokładnie służy ten przedmiot, i szczerze mówiąc, wolał tego nie wiedzieć.

    Gdy wyszli z jaskini na zewnątrz, Kruk natychmiast zesztywniał. Na skalnym występie czekała na nich para Bezimiennych. Leżące przy nich kawałki skóry i mięsa wyglądały tak, jakby niedawno kogoś przeżuli i wypluli resztki. Kruk poczuł, jak coś zimnego ściska go w gardle. Teraz był pewien, że ktoś został za nimi wysłany, a Bezimienni… pozbyli się za nich problemu. 

    Rini, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała się całkiem opanowana, teraz dyskretnie cofnęła się i stanęła za jego plecami. Jeden z Bezimiennych powoli rozwinął macki i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, błyskawicznie owinął nimi Kuro. Kitsune został gwałtownie przyciągnięty do stworzenia.

    Kruk odruchowo sięgnął po broń, ale zatrzymał się w pół ruchu. Kuro nie wyglądał na przestraszonego. Wręcz przeciwnie — miał na twarzy mieszankę rozbawienia i jednocześnie lekkiej irytacji. Zwinnie wyplątał się z macek, odepchnął kończyny Bezimiennego i otrzepał ubranie, jakby ktoś go przypadkowo objął.

    — Nie jestem waszym młodym — burknął z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Wiem, że tak pachnę, ale naprawdę nie…

    Kruk patrzył na całą scenę z ponurą miną. Gdy Kuro w końcu zupełnie wywinął się z macek i stanął z rękami opuszczony mi po bokach, wyraźnie zadowolony z siebie, Kruk nie wytrzymał.

    — Skończyłeś się bawić? — rzucił sucho.

    Kuro parsknął cicho i machnął ręką, jakby odganiał się od muchy.

    — Już dobrze, już dobrze… — mruknął i bez pośpiechu wrócił do reszty grupy.

    Bezimienni nie wykonali żadnego ruchu. Stali w tym samym miejscu, w którym ich zastali, i po prostu patrzyli. Ich blade, pozbawione emocji twarze były nieruchome, a macki leniwie zwisały wzdłuż ciał. Nie atakowali. Nie cofali się. Po prostu obserwowali.

    Kruk nie zamierzał czekać, aż zmienią zdanie. Bez słowa rozdarł przed sobą przestrzeń i otworzył portal. Ciemna, niestabilna szczelina zawisła w powietrzu, pulsując mroczną energią. Kuro, idąc w stronę portalu, odwrócił się jeszcze na chwilę w stronę Bezimiennych. Uśmiechnął się szeroko i machnął im wesoło ręką na pożegnanie, jakby właśnie żegnał się z krewnymi.

    — Do zobaczenia — rzucił lekko.

    Kruk tylko przewrócił oczami i wszedł do portalu jako pierwszy.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Siedział w jednym z foteli w swoim apartamencie i powoli pił wodę. Był już umyty i przebrany w czyste, ciemne ubranie, które Suri przygotowała dla niego na hologramie. Po kilku dniach spędzonych w lochu w świeżym materiale i z czystą skórą poczuł się… trochę bardziej sobą. Suri zadbała o to, żeby coś zjadł — na stole wciąż stała niedojedzona miska z zupą i kawałek chleba. Czuł się przy niej przyjemnie zaopiekowany i pragnął, żeby tak już zostało.

    Drzwi otworzyły się i do środka weszli Kruk, Rini i Kuro. Kruk niósł w ręku matowy, błękitnawy kryształ — Lodowe Serce. Christopher spojrzał na nich… i natychmiast poczuł, jak coś zimnego przeszywa go od środka.

    Kruk i Suri. Nie musiał patrzeć długo, żeby zauważyć zmianę. Sposób, w jaki Kruk stanął obok niej. Sposób, w jaki Suri na niego zerkała — już nie tak, jak jeszcze niedawno. Było między nimi coś… innego. Właściwie to kiedy oni zdążyli się pogodzić? 

    Christopher zacisnął dłoń na szklance. Nie podobało mu się to. Ani trochę. Jeszcze bardziej zirytowało go to, gdy Kruk podszedł bliżej do Suri i bez zastanowienia położył dłoń na jej ramieniu, przyciągając ją lekko do siebie w geście, który był jednocześnie opiekuńczy i zaborczy. 

    Christopher nie był głupi. W jednej chwili wszystko do niego dotarło. Nie musieli nic mówić. Nie musiał pytać. Po prostu zrozumiał. 

    Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą przerwał dopiero Kruk, kładąc Lodowe Serce na stole.

    — Mamy to — powiedział krótko. — Teraz musimy zdecydować, co z nim zrobić.

    Usiedli wokół stołu. Christopher nadal milczał, ale jego wzrok co chwilę wracał do Suri i Kruka. Do tego, jak blisko siebie siedzą. Do tego, jak naturalnie Kruk reaguje na jej obecność.

    — Nie możemy tego trzymać przy sobie — odezwała się w końcu Rini. — To za duże ryzyko.

    — Zgadzam się — mruknął Kruk. — Ale nie możemy też po prostu go oddać komuś przypadkowemu.

    Suri spojrzała na kryształ i powoli pokręciła głową.

    — Myślę, że powinniśmy zanieść go do dyrektor Morrigan — powiedziała cicho, ale stanowczo. 

    Christopher namyślał się przez chwilę, a potem przytaknął.

    — To… dobry pomysł. Rada Akademii ma władzę nawet nad królewskimi rodami. Została stworzona między innymi po to, żeby w razie potrzeby móc się ich pozbyć. Jeśli ktokolwiek powinien się tym zająć… to właśnie ona.

    Wszyscy na chwilę zamilkli. Christopher patrzył na Suri, a w jego głowie kłębiły się myśli, których wolałby nie mieć. Spojrzał ukradkiem na Kruka, który siedział obok niej — zbyt blisko — i poczuł, jak coś nieprzyjemnego ściska go w klatce piersiowej. Po prostu wspaniale! 

    Note