Rozdział 5 – Cień Kruka III
by Vicky
Kuro
To, jak potoczyły się wydarzenia, bardzo mu się podobało. Jeśli wszystko się uda, Cameron zacznie spędzać więcej czasu z tą służącą, a mniej z JEGO Suri. Jeden mniej. Zostaną jeszcze dwaj. Dlatego właśnie był bardziej niż chętny do pomocy.
Stali w komnacie z kryształami. Światło wędrowało po ścianach, tworząc misterne wzory. Aveel trzymała się pół kroku za Suri, jakby sama podłoga mogła ją oskarżyć.
„Widzisz?” — rzucił Suri w myślach, leniwie zadowolony. — „Książę znalazł sobie nową zabawkę. Możesz przestać go przytulać przy każdej okazji.”
W odpowiedzi Suri wyciągnęła rękę i pogłaskała go po włosach, a on zamruczał z rozkoszy. Odwrócił się do Aveel.
— Podejdź tu i dotknij kryształu na środku.
Dziewczyna podeszła niepewnie. Palce miała zimne, oddech krótki. Dotknęła kamienia. Kryształ odpowiedział natychmiast. Blady błysk przebiegł po ścianach, jakby ktoś obudził uśpione żyły komnaty.
Cudownie. Służąca miała magię.
„Oho” — Kuro mruknął do Suri w myślach. — „To się komplikuje. Lubię, kiedy się komplikuje.”
Cameron i Suri spojrzeli po sobie.
— Akademia? — zapytała Suri.
Cameron przytaknął.
— Akademia.
Oboje wyglądali na zadowolonych. Aveel patrzyła na nich z bezbrzeżną nadzieją, jakby w tym jednym słowie mieściło się całe jej dalsze życie. Właściwie, to chyba tak właśnie było.
— Kuro, zaopiekujesz się nią? — poprosiła Suri. — Pójdziemy porozmawiać z moim ojcem.
Skinął głową. Oni wyszli. Drzwi zamknęły się, zostawiając go samego z rudowłosą dziewczyną w sukience, która wciąż nie należała do jej świata.
Aveel odezwała się cichutko.
— Naprawdę mogłabym służyć w Akademii? Słyszałam, że po trzech latach służby można bez wysiłku dostać naprawdę dobrą pracę…
Kuro był szczerze rozbawiony. Służby. Był pewien, że Suri na to nie pozwoli. Nie po to wzięła Aveel pod swoje skrzydła, żeby znowu kazać jej nosić talerze w Akademii. Na razie jednak postanowił nie rozwiewać złudzeń dziewczyny. Uśmiechnął się tylko leniwie.
— Na razie — powiedział łagodnie — wróćmy do komnat. Resztę zdążysz jeszcze źle zrozumieć.
✩ ✩ ✩
Aveel
Wracali do komnat dziedziczki. Kuro szedł pierwszy, jakby korytarz należał do niego. Aveel trzymała się pół kroku za nim i wciąż czuła w palcach echo kryształu.
Przy drzwiach stanął Kruk. Wszedł razem z nimi, bez pytania. Na jego ramionach siedział srebrny smok, niewielki, lśniący, z łuskami jak zimne światło. Aveel wpatrywała się w niego z zachwytem. Nigdy nie była tak blisko czegoś, co wyglądało jak żywcem wyjęte z baśni.
Smok uniósł łeb, spojrzał na Kuro i w jednym, płynnym ruchu przeniósł się na ramiona lisa. Kuro pogładził go czule po łebku. Gwardzista zmrużył oczy. Wyglądał na wyraźnie niezadowolonego.
— Suri poszła do ojca — powiedział Kuro, nie odrywając dłoni od smoka. — Niedługo powinna wrócić.
Kruk skinął głową. Dopiero potem spojrzał na Aveel. Spojrzenie miał krótkie, chłodne, oceniające. Takie, jakim w Nowej Europie mierzono służbę.
— A co robi tu zabawka Camerona?
Aveel nie wzdrygnęła się. Słowa osiadły w niej równo, jak coś znajomego. Właśnie tego się spodziewała. Dziedziczka mogła ubrać ją w ładną sukienkę. Gwardzista mówił prawdę, którą inni po prostu owijali w elegantsze słowa.
Kuro wyszczerzył w uśmiechu ostre zęby.
— Teraz to również zabawka Suri.
Smok zamruczał na jego ramieniu. Aveel złożyła dłonie przed sobą i spuściła wzrok. Nie było w niej oburzenia. Pojawiła się ulga, że świat znowu ma kształt, który znała.
Zostali w salonie. Dziedziczki nie było. Dwaj mężczyźni, smok i ona. Nikt nie powiedział jej co powinna zrobić, więc stanęła pod ścianą, starając się nie rzucać się w oczy.
Kruk zsunął marynarkę od munduru i rzucił ją niedbale na oparcie fotela, jakby komnata należała do niego od dawna.
— Co zaplanowali? — zapytał.
— Ma magię — odparł Kuro, wciąż głaszcząc srebrnego smoka. — Suri chce ją zabrać do Akademii.
Kruk parsknął cicho.
— I ty jej w tym pomagasz.
— Oczywiście. Im więcej zabawek ma wokół siebie, tym mniej czasu spędza na pocieszaniu księcia.
Gwardzista spojrzał na Aveel jeszcze raz. Tym razem dłużej. Jak na przedmiot, którego wartości jeszcze nie znał.
— Jeśli nie da rady w Akademii, Suri będzie niepocieszona.
— Jak zginie na pierwszym treningu — dodał Kuro beztrosko. — To też będzie jakieś rozwiązanie.
Aveel przełknęła ślinę. Właśnie tak rozmawiano o służbie za zamkniętymi drzwiami. Przy niej. Ponad nią. Bez złości. Bez emocji. Jak o koniu, który albo się sprawdzi, albo pójdzie pod rzeźnicki nóż.
Kruk rozsiadł się wygodnie.
— A jeśli będzie sprawiała kłopoty?
Kuro zmrużył srebrzyste oczy.
— Wtedy się nią zajmę. Ładnie. Albo mniej ładnie. Zależy, jak bardzo Suri będzie chciała ją zatrzymać.
Aveel poczuła zimny dreszcz na plecach. W tym świecie ktoś zawsze decydował, o tym, co wolno ci robić. Tutaj przynajmniej mówili to wprost.
Kruk skinął głową, jakby nareszcie usłyszał coś, co miało sens.
Smok na ramionach lisa przymknął oczy. Aveel stała cicho i słuchała, jak dwóch mężczyzn dzieli jej życie na kawałki, które można przesunąć, schować albo wyrzucić. W ich głosach nie było nienawiści. Było coś, do czego była przyzwyczajona od dziecka — rozważanie użyteczności.
✩ ✩ ✩
Suri
Rodzinne kolacje stały się już codziennością. Suri zdawała sobie sprawę, że ojciec, mimo dużej ilości pracy, ze wszystkich sił starał się znaleźć dla niej czas. Wieczorem zbierali się więc przy wspólnym stole — ona, Marcus, Ryūji, Kuro i Kruk, który na stałe został w rodzinnym skrzydle. Żałowała tylko braku Daniela. Pożegnał się z nią kilka dni wcześniej, mówiąc, że wraca do swoich spraw, i prosił, żeby często się z nim kontaktowała.
Marcus odłożył sztućce i spojrzał na nią przez stół.
— Do pałacu trafiło oficjalne zaproszenie z cesarskiego dworu w Nowej Japonii — powiedział spokojnym głosem. — Suri, wnuczka miłościwie panującego cesarza z rodu Hokuchō, jest oczekiwana na dworze. Chcę wiedzieć, co zamierzasz z tym zrobić.
Ryūji odezwał się ostro, zanim zdążyła zebrać myśli.
— Napisz im oficjalną odmowę. To gniazdo żmij.
Suri odwróciła się do brata.
— A to przypadkiem nie moja decyzja?
— Nie — odparł bez wahania. — Jeśli w grę wchodzi twoje bezpieczeństwo.
Marcus uniósł dłoń, uciszając kłótnię, zanim zdążyła nabrać tempa.
— Suri, jeśli bardzo nie chcesz tam jechać, to coś wymyślę, ale sądzę, że mimo wszystko powinnaś złożyć oficjalną wizytę cesarzowi. — Ryūji był wyraźnie zirytowany. Ojciec spojrzał na niego z namysłem, po czym znów przeniósł wzrok na córkę. — Dwór Japonii ma wiele restrykcji i nie wpuszczą do pałacu zbyt wielu osób. Myślę jednak, że Ryūji może pojechać z tobą. Kuro, jako twój chowaniec, również.
Suri milczała przez chwilę. Nie była pewna, czy naprawdę chce jechać. Pałac cesarski był miejscem, które mogło ją połknąć. A jednak w sercu dziewczyny siedziało coś innego — ciekawość, której nie umiała już ukrywać. Naprawdę chciała dowiedzieć się kim są jej krewni.
— Ja… — zaczęła cicho. — Chętnie poznam rodzinę od strony mamy.
— Więc to ja pojadę z tobą — odezwał się pewnie Kruk.
Ryūji spojrzał na niego wrogo.
— Nie ma takiej opcji. To sprawa krwi Hokuchō i Nachtów.
Kruk odwzajemnił to spojrzenie chłodno.
— Jeśli coś pójdzie nie tak, to mogę ją stamtąd po prostu zabrać, a ty co wtedy zrobisz?
Suri odwróciła się do ojca.
— Czy mogą pojechać obaj?
Marcus przecząco pokręcił głową.
— Niestety nie. W pałacu może towarzyszyć ci tylko jedna osoba w ramach eskorty. Ich zasady są bardzo restrykcyjne.
— Więc postanowione — rzucił Ryūji. — Jadę z siostrą.
Spojrzał na nią wyzywająco, wyraźnie czekając na sprzeciw. Kruk milczał, ale Suri czuła jego napięcie. Nie miała zamiaru między nimi wybierać. Nie chciała też, żeby którekolwiek z nich poczuł się odrzucony.
— Tato?
Marcus spojrzał najpierw na syna, potem na Kruka.
— Obydwaj macie swoje racje. Rozstrzygnijmy to więc zgodnie z tradycją. Oficjalny pojedynek. Odbędzie się za dwa dni. Chętnie zobaczę twoje umiejętności… — Zwrócił się bezpośrednio do Kruka. — Jeśli zaakceptujesz wyzwanie.
Ryūji i Kruk spojrzeli na siebie wrogo. Po chwili obaj niechętnie skinęli głowami.
Suri siedziała nieruchomo, z dłonią na kolanach Kruka, i po raz kolejny była pod wrażeniem ojca. Rozwiązał problem w taki sposób, że żaden z nich nie mógł poczuć się urażony.
✩ ✩ ✩
Christopher
Wszyscy byli niesamowicie wręcz podekscytowani. Szczególnie asasyni. Naprawdę chcieli zobaczyć pojedynek Ryūjiego i Kruka, a nikt nie wątpił w umiejętności żadnego z nich. Na trybunach szumiało od zakładów, szeptów i nachylonych głów.
Christophera w tym momencie obchodziło jednak coś zupełnie innego.
Suri siedziała obok niego, ramię przy ramieniu. Miejsce, w którym czekali, bardziej przypominało koloseum niż zwykły stadion — białe kamienne łuki, szeroka arena w dole, tłum ułożony warstwami w górę. A jednak to nie arena przyciągała jego wzrok. Wyglądało na to, że Suri nie gniewała się na niego. Naprawdę chciała być w jego towarzystwie. Była rozluźniona. Rozmawiała z nim tak jak kiedyś, skupiając się właśnie na nim, mimo że w pobliżu siedziały też pozostałe Feniksy, w tym Cameron. Christopher musiał przyznać sam przed sobą, że bardzo mu tego brakowało przez ostatnie dni.
Wtedy w jego idyllę wkradł się cudzy głos.
— Suri, możemy porozmawiać?
Lucas stał przy stopniach, z ręką opartą o kamienną balustradę. Suri spojrzała na niego niechętnie, ale skinęła głową. Chłopak usiadł po jej drugiej stronie.
— Słucham — powiedziała.
Lucas wciągnął powietrze, zanim się odezwał.
— Przepraszam, że brałem w tym udział. Szczerze. Od początku uważałem, że to zły pomysł, a jednak… nie chciałem porzucić Laili. Poza tym… — dodał ciszej — zarówno ty, jak i Kruk nigdy nie zdradziliście mojego sekretu. Popełniłem błąd i czuję się naprawdę podle.
Christopher nie wytrzymał.
— Przeprosiny to trochę mało, jak na taką sytuację.
Lucas spojrzał na niego.
— Wiem.
Suri uśmiechnęła się jednak łagodnie. Tak jak tylko ona potrafiła, nawet wtedy, gdy miała pełne prawo pozostać zdenerwowana.
— Dziękuję, że nie upierasz się, że to było dla mojego dobra — odezwała się cicho. — Myślę, że nie jestem na ciebie zła. Wiem, że wiele osób wspierałoby mnie… nawet gdyby nie uważało, że postępuję słusznie. Rozumiem więc twoje stanowisko. — Przerwała na chwilę. — Jest mi tylko przykro, że Laila nie rozumie, jak bardzo mnie skrzywdziła.
Lucas westchnął.
— Sądzę, że w końcu to do niej dotrze. Jak się na coś uprze, to bardzo ciężko jej zmienić zdanie.
Po chwili zamilkli. Na arenę wyszli Kruk i Ryūji. Stanęli naprzeciwko siebie, bez broni, i czekali na oficjalny sygnał rozpoczęcia pojedynku. Christopher poczuł, jak Suri obok niego napina ramiona. Jego własna ulga z ostatnich minut nagle stała się cieńsza. Dziewczyna znowu patrzyła w dół, na chłopaka, którego nie przestała wybierać.
✩ ✩ ✩
Rini
Była przekonana, że wygra Ryūji. Nie dlatego, że lekceważyła Kruka. Widziała go na treningach. Znała jego szybkość, precyzję i ten sposób poruszania się, który sprawiał, że reszta drużyny wyglądała przy nim na spóźnioną. A jednak to był pojedynek z księciem Nivarii. Z człowiekiem, który od dzieciństwa trenował, by dowodzić armią. Z kimś, kogo magia umiała łamać ciało od środka, zanim przeciwnik zdążył unieść rękę.
Na arenie nie było broni. Tylko oni. Biały kamień. Milczenie, które opadło na koloseum jak ciężka tkanina.
Padł sygnał do startu.
Ryūji ruszył pierwszy. Nie biegł. Szedł pewnie, a powietrze wokół jego dłoni zgęstniało. Rini poczuła to nawet z trybun — ostrą, niewidzialną falę, która szukała nerwów, stawów, oddechu. Kruk zniknął. Pojawił się dwa kroki w bok, jakby przestrzeń sama ustąpiła mu z drogi. Cios księcia przeszedł przez puste miejsce.
Rini pochyliła się do przodu. Nie powinna była tak na niego patrzeć. Wiedziała o tym. A jednak nie potrafiła oderwać wzroku od linii jego ramion, od sposobu, w jaki lądował po każdym skoku, od tego zimnego skupienia, które zawsze w nim podziwiała. Było w tym coś piekielnie młodzieńczego i przez to jeszcze gorszego. Siedziała wśród asasynów, którzy oceniali technikę, a ona oceniała jego.
Ryūji nie dał się zbić z rytmu. Każdy kolejny atak był ciaśniejszy. Magia bólu wędrowała nie w miejsce, w którym Kruk stał, tylko w to, w którym musiał się pojawić. Raz trafił. Kruk zesztywniał w pół ruchu, szczęka mu się zacisnęła, a Rini poczuła ukłucie satysfakcji, które natychmiast zamieniło się w niepokój. Nie chciała, żeby książę wygrał aż tak szybko. Nie chciała też przyznawać przed sobą, dlaczego.
Kruk wciągnął powietrze i skoczył bliżej.
Walka wręcz zaczęła się naprawdę dopiero wtedy. Byli sobie równi. Zbyt równi, jak na to, czego Rini się spodziewała. Blok, unik, kolano, łokieć, krótki teleport tuż za plecy Ryūjiego. Książę odwrócił się w porę i cisnął w niego kolejną falą. Kruk padł na jedno kolano. Tłum zaszumiał. Rini była pewna, że to koniec, a jednak nim nie był.
Kruk uniósł głowę i spojrzał na Ryūjiego tak, jak patrzył na przeciwników, których nie zamierzał oszczędzać. Zniknął. Pojawił się nie za nim, tylko przed nim, zbyt blisko, żeby magia zdążyła się zebrać. Chwyt. Obrót. Cios w splot słoneczny, potem dłoń na karku i twarde obalenie na kamień. Ryūji jeszcze próbował unieść rękę. Kruk przycisnął go kolanem i zamknął ruch, zanim fala magicznego bólu zdążyła go dosięgnąć.
Sędzia uniósł dłoń. Koloseum zamarło.
Rini siedziała z otwartymi ustami i nie rozumiała, w którym momencie jej pewność pękła. Ryūji leżał na arenie. Kruk stał nad nim, ciężko oddychając, z wciąż uniesionymi ramionami, jakby nie do końca wierzył, że wolno mu już przestać.
Wygrał.
Zaskoczenie uderzyło ją mocniej niż sam pojedynek. A zaraz za nim przyszło coś, czego bardzo nie chciała czuć na zatłoczonych trybunach — to samo piekielne zadurzenie, które od tygodni próbowała w sobie zgasić. Patrzyła na niego i wiedziała, że nic się nie zmieniło. Właśnie dlatego widok jego zwycięstwa miał słodko-gorzki smak.
✩ ✩ ✩
Tavish
Siedział prosto, z dłońmi splecionymi na kolanie, i nie odrywał wzroku od areny.
Widział więcej niż tłum. Dostrzegał, jak Ryūji zbiera magię jeszcze zanim uniesie dłoń. Widział, jak Kruk nie ucieka od bólu, tylko przecina przestrzeń na tyle krótko, by magiczny ból nie zdążył go dosięgnąć. To nie była brawura kadeta. To była robota kogoś, kogo uczono jak przeżyć. Krew Vardhanów.
Gdy Kruk padł na jedno kolano, w piersi generała zacisnęło się coś starego i znajomego. Przez dwadzieścia lat był pewien, że to dziecko leży w ziemi razem z rodzicami. Teraz patrzył, jak to samo dziecko wstaje i idzie po księcia Nivarii tak, jak idzie się po zwycięstwo, które ktoś próbuje odebrać.
Chwyt. Obrót. Obalenie. Tavish poczuł, jak triumf rozlewa się w nim gorąco, prawie nieprzyzwoicie. Jego wnuk powalił syna lorda Marcusa na biały kamień, na oczach całego dworu. Wyłącznie dzięki swoim umiejętnościom.
Sędzia uniósł dłoń. Koloseum wstrzymało oddech. Generał nie uśmiechnął się szeroko. Nie musiał. Wystarczyło mu to jedno, twarde, ciche przekonanie, które wróciło po dwóch dekadach milczenia — Ariyan żyje. I właśnie pokazał całej Nivarii do czego jest zdolny.
✩ ✩ ✩
Kruk
Rezydencja Vardhanów była wykutą w zboczu białej skały twierdzą. Obronną i luksusową zarazem, tylko nieco mniej ostentacyjną od pałacu lorda. Wysokie okna patrzyły na kanały stolicy, a z tarasów widać było czarne sztandary z białym smokiem.
Generał Tavish zabrał go tam prosto z areny. Kruk pozwolił na to, choć zdecydowanie nie był zadowolony. Szedł obok Illi’andin w milczeniu, obolały i wciąż podekscytowany po pojedynku. Przed oczami miał Suri. Dla niej warto było przyjść nawet tutaj, gdzie zdecydowanie nie chciał być.
Służba kłaniała się, jak tylko przekroczyli próg. Stary lokaj miał łzy wzruszenia w oczach i Kruk omal nie zawrócił. Nie przyszedł po to, żeby ktoś nad nim płakał.
Pokój, do którego go zaprowadzono, był pokojem panicza. Duży, elegancki, w stonowanych szarosrebrnych barwach. Na środku garderoby rozbłysnął hologram. Ktoś wcześniej ustawił na nim komplet strojów, które wybrano za niego — ciemne sukna, srebrne haftowanie, krój, którego nigdy by sobie nie życzył. Wystarczyło potwierdzić wybór, a tkanina zmaterializowałaby się na ciele. Kruk zgasił projekcję, zanim zdążyła dokończyć obrót. Na ścianie wisiały stare portrety. Mężczyzna o ostrych rysach. Kobieta z ciemnymi włosami i spokojnym spojrzeniem. Dziecko, którego twarzy nie umiał połączyć ze sobą.
Nie pamiętał ich. Nie chciał ich pamiętać. Wolał, żeby pozostali cieniami.
Stał na środku komnaty i czuł, jak irytacja zbiera mu się pod żebrami. Podziw. Ukłony. Dziadek, który patrzył na niego jak na cud, jakby samo to, że oddycha, było zwycięstwem Nivarii. Kruk nienawidził tego uczucia. Był sobą od dwudziestu lat. Nie zamierzał nagle zostać reliktem.
Mężczyzna odezwał się dopiero, gdy służba wyszła.
— Dobrze walczyłeś. — Kruk spojrzał na niego z ukosa, gotów zbyć komplement milczeniem. Generał jednak nie zatrzymał się na grzeczności. — Ale w trzeciej wymianie zostawiłeś zbyt szeroki kąt po skoku w lewo. Ryūji zdążył tam posłać swoją moc, bo sam mu to miejsce otworzyłeś. Gdybyś wszedł ciaśniej, nie musiałbyś wstawać z kolan.
Kruk uniósł brew. Tavish mówił dalej, już bez wzruszenia. Precyzyjnie. O oddechu Ryūjiego przed ciosem. O tym, że książę za wcześnie zbiera moc w dłoni i przez to zdradza kierunek. O tym, że Kruk zbyt długo trzymał go na dystans, zamiast od początku zejść na korpus.
I nagle asasyn wciągnął się w rozmowę. W jego wnętrzu rozeszła się rzadka, ostra ekscytacja. Wreszcie ktoś mówił do niego językiem, który rozumiał. Nie jak do odnalezionego wnuka. Jak do wojownika, którego błędy da się poprawić.
✩ ✩ ✩
Tavish
Na chwilę zatrzymał się przy portretach. Czekał, czy wnuk choć na chwilę stanie przy twarzach rodziców. Być może o nich zapyta…
Kruk nie spojrzał na obrazy.
— Gdzie jest plac treningowy?
Nie udawał żalu. Nie przepraszał, że nic nie pamięta. Generał przez moment czuł stary, znajomy chłód w piersi. Potem skinął głową i poprowadził go na dziedziniec. Bez publiczności. Bez służby. Tylko biały kamień i wiatr znad kanałów.
Zaczęli od tego, o czym rozmawiali po pojedynku. Tavish poprawił mu wejście po skoku — ciaśniej, niżej, bez zostawiania miejsca na odpowiedź przeciwnika. Kruk słuchał. Wykonał ruch jeszcze raz. Potem drugi. A kiedy generał sam wszedł w wymianę, chłopak nagle uniósł brwi.
— Za wolno przenosisz ciężar.
Tavish przystanął. Potem wybuchnął szczerym śmiechem. Nie obraził się. Po dwudziestu latach ciszy usłyszał wreszcie głos kogoś ze swojej krwi, kto mówił do niego jak do równego sobie. Bez uniżonego głosu, bez lęku.
Trenowali przez długie godziny. Obaj byli tak samo podekscytowani. Pot się zbierał na karku generała, a w spojrzenie Kruka wróciło to ostre skupienie z areny. Dopiero wtedy Tavish zobaczył wnuka naprawdę. Nie był cudem. Był wojownikiem.
Później zaprowadził go do zbrojowni. Na ścianach wisiały ceremonialne ostrza rodu — srebro, grawerunki, historia Vardhanów zaklęta w stali. Kruk wziął jedno do ręki, zważył, ocenił balans i odłożył.
— Zbyt ozdobne. Chcę zwykły nóż.
Tavish podał mu prostą klingę. I pierwszy raz zrozumiał jego priorytety. Bez przepychu i zbędnej ckliwości. Narzędzie, które nie oszuka w ruchu.
Przy stole w mniejszej sali poruszył kwestię finansów.
— Ród jest bogaty. Jeżeli czegoś potrzebujesz, czegokolwiek, wszelkie środki są do twojej dyspozycji.
Kruk spojrzał na niego chłodno.
— Niczego nie potrzebuję. Mam własne pieniądze.
Generał zmierzył go spojrzeniem. W głosie chłopaka nie było dumy ubogiego człowieka, który odmawia dla zasady. Było w nim coś innego — twarda niezależność kogoś, kto woli zostać dłużny wyłącznie samemu sobie.
— Czy lord Marcus hojnie wynagrodził cię za uratowanie jego córki przed harpiami? — zapytał Tavish.
Tym razem Kruk wyglądał na lekko rozbawionego. Kącik ust drgnął mu tylko na ułamek sekundy, ale generał to zauważył.
— Nie mogłem dostać lepszej nagrody.
— Zdradzisz, co to takiego?
Kruk nie odwrócił wzroku.
— Pozwolenie na poruszanie się po pałacu. Wliczając w to skrzydło rodzinne.
Tavish zamarł na krótką chwilę, jednocześnie zaskoczony i pod wrażeniem. Wolny wstęp do rodzinnego skrzydła Nachtów nie był drobiazgiem. To było zaufanie, którego dwór nie rozdawał nawet własnym oficerom.
— To był twój pomysł?
— Nie. Suri.
I wtedy Tavish poczuł przyjemne ciepło. Nie dlatego, że wnuk otrzymał od Lorda coś cennego. Dlatego, że wybrał właśnie ją. Dziewczynę, która zamiast złota i tytułu dała mu prawo być blisko. Generał nie znał Suri dobrze, ale w tej jednej odpowiedzi usłyszał, dlaczego Kruk wszedł do rezydencji Vardhanów bez chęci zostania Vardhanem.
— Rozumiem — powiedział ciszej. — To wspaniała nagroda.
Wieczorem do kolacji dołączyło kilka osób z rodziny, które przyjechały z daleka, by zobaczyć cudem odnalezione dziecko. Zastawiony stół. Zbyt wiele dań. Toasty za dziedzica. Kruk przez cały czas miał na twarzy niczego nie wyrażającą maskę. Odpowiadał grzecznie, ale zdawkowo, i Tavish miał wrażenie, że sili się na uprzejmość. Ożywienie z treningu zupełnie zniknęło.
Jadł wyłącznie to, co znał. Resztę zostawiał. Kiedy generał wzniósł kielich za ród, Kruk nie uniósł swojego. Uniósł go dopiero wtedy, gdy Tavish zszedł na czystą technikę z areny. Wówczas w oczach chłopaka pojawił się krótki błysk uwagi.
Generał poczuł ulgę. Wreszcie widział niewielki przesmyk, którym można było do niego dotrzeć.
Jeden z dalszych krewnych odchylił się na krześle.
— Młody człowieku, planujesz poślubić dziedziczkę Nivarii? — zapytał otwarcie.
Kruk spojrzał na niego. W jego oczach był lód.
— Tak.
Przez salę przeszedł szmer. Ktoś odstawił kielich. Ktoś inny nachylił się do sąsiada, już nieudolnie tłumiąc zadowolenie. To nie było zwykłe „tak”. Padło krótko, bez wahania, bez uśmiechu, jakby chłopak mówił o fakcie, nie o możliwości.
Starsza kobieta przy końcu stołu zaśmiała się cicho, bez złośliwości.
— No proszę. Nawet nie mrugnął.
Mężczyzna obok niej uniósł brwi, wyraźnie rozbawiony.
— Większość młodych najpierw by się zarumieniła. On mówi to tak, jakby ślub był już wpisany w rozkład dnia.
Kilka osób parsknęło śmiechem. W szeptach było ciepło. Ulga. Ród, który przez lata żałował martwego dziecka, nagle dostał wnuka i przyszłą panią Nivarii w komplecie.
Kruk nie podjął żartu. Nie poprawił nikogo. Nie uśmiechnął się. Po prostu wrócił wzrokiem do talerza, jakby rozmowa już się skończyła. Dla niego skończyła się naprawdę. Powiedział to, co było prawdą, i nie zamierzał tego świętować z obcymi.
Rodzina wzięła jego milczenie za pewność.
— Vardhan i Nacht — mruknął ktoś z zadowoleniem. — To trzeba uczcić.
Kielichy uniosły się same. Tavish patrzył na wnuka, który siedział wśród radosnego gwaru jak ktoś przypadkiem posadzony w tym miejscu, i rozumiał coraz wyraźniej, że dla nich było to święto rodu, ale dla niego było to tylko kolejne, twarde „tak”.
Dopiero teraz do Tavisha w pełni dotarło, dlaczego wnuk zgodził się tu przyjść i przyjąć należne mu nazwisko. Nie chciał poznać korzeni. Nie chciał rodziny. Chciał zdobyć dziewczynę.
Generał to na razie zaakceptował. To zawsze był jakiś początek. A sposób myślenia chłopaka wciąż jeszcze mógł się zmienić.