Rozdział 4 – Cień Kruka III
by Vicky
Ryūji
Sala narad była zbyt cicha na to, co miało w niej paść. Przy długim stole z białego kamienia siedzieli ojciec, generał Tavish Vardhan, Suri, jej chowaniec i Kruk. Ryūji stał z boku, z dłońmi splecionymi za plecami, i ważył sytuację tak, jak ważył każde zagrożenie — najpierw fakty, potem emocje.
Zaakceptował Kruka jako chłopaka siostry wyłącznie dlatego, że nawet ślepy zauważyłby, jak bardzo dbał o jej bezpieczeństwo. Dla Suri był gotów poświęcić wszystko, włącznie z własnym życiem, a to Ryūji rozumiał. Reszta nie musiała mu się podobać.
Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie.
Generał Tavish Vardhan, Illi’andin i najwyższy dowódca armii Nivarii, najważniejsza osoba w kraju zaraz po ojcu, twierdził, że Kruk jest jego zaginionym wnukiem. Był tego pewien. Ryūji z kolei był pewien, że pewność generała nie przekona Kruka. Dlatego pierwsze, co zasugerował, to testy DNA. Niepodważalny dowód. Dla Kruka. Dla Nivarii. Dla dworu, który i tak już szeptał.
Wyniki leżały na stole. Kruk wziął je do ręki i przeglądał obojętnym wzrokiem, a potem rzucił z powrotem na blat. Ryūji był pewien, że gdyby nie cicha obecność jego siostry, asasyn dawno wyszedłby z sali.
— I co w związku z tym? — zapytał chłodno.
Ryūji westchnął. Pod tym względem on i Suri byli dokładnie tacy sami. Gdyby ojciec jej nie przekonał… niechętnie przyznał sam przed sobą, że była w tym również jego wina. Z początku szczerze jej nienawidził. Odebrała mu Yuki. Odebrała mu Nivarię. Nie spodziewał się, że będzie zaskakiwała go na każdym kroku i naprawdę stanie się jego rodziną. Nie tylko z powodu dzielonej krwi.
— Jesteś moim wnukiem — powiedział Tavish. Głos miał opanowany, ale za nisko osadzony. — Do tej pory byłem pewien, że zginąłeś razem z rodzicami, ale teraz, kiedy cię odnalazłem…
Kruk uderzył otwartą dłonią w stół.
— Wystarczy. Nie mam rodziny. Przez dwadzieścia lat jej nie miałem. Nie potrzebuję jej teraz.
— Ariyan…
Chłopak spojrzał na niego lodowato.
— Nazywam się Kruk. To jedyne imię, jakie znam. Imię, jakie nadała mi osoba, która mnie znalazła.
— Nazywasz się Ariyan Vardhan i jesteś prawowitym dziedzicem rodu Vardhan — upierał się generał.
Ryūji już wiedział, jak duży błąd popełnia, zbyt mocno na niego naciskając. Kruk odwrócił od niego wzrok. Spojrzał na Suri przepraszająco. Dziewczyna miała nieodgadniony wyraz twarzy. Potem wstał i wyszedł. Bez konwenansów. Bez ukłonu. Drzwi zamknęły się za nim zbyt cicho jak na to, co zostawił w sali.
Suri poderwała się, żeby iść za nim, ale Kuro przytrzymał ją w miejscu.
— Ja pójdę. Wiem, co mu powiedzieć.
Wyszedł za asasynem. Suri została, z dłonią jeszcze uniesioną w pustym geście.
Tavish miał zacięty wyraz twarzy, lecz w oczach generała Ryūji dostrzegł rozpacz. Starą. Głęboką. Bolesną.
— Jak to się stało, że go zgubiłeś? — zapytała Suri cicho.
Illi’andin uniósł na nią wzrok i jego spojrzenie natychmiast zmiękło. Zanim zdążył odpowiedzieć, odezwał się ojciec.
— Ratował ciebie i… Yuki. W tym czasie rodzina generała Tavisha została zamordowana. Do dzisiejszego dnia był pewien, że nikt nie uszedł z życiem.
Ryūji uzupełnił, bo resztę tej historii znał cały kraj.
— Ojciec został w Nivarii, żeby nawiązać pakt z białym smokiem. Od tego czasu granica jest zamknięta i nie zagrażają nam wrogowie z zewnątrz. Nasza armia jest najsilniejsza w obu światach.
Suri wpatrywała się w generała szeroko otwartymi oczami. Ryūji zdał sobie sprawę, że dopiero teraz uświadomiła sobie, kim jest mężczyzna siedzący naprzeciwko niej. Nie tylko dowódcą. Bohaterem, który kiedyś wyniósł ją z Nivarii na rękach, gdy przebywanie tu stało się dla niej zbyt niebezpieczne.
✩ ✩ ✩
Kruk
Nienawidził komplikacji, a one uparcie go ściągały. Ledwo odzyskał Suri, a już pojawiały się nowe kłopoty. Za zakrętem korytarza oparł się plecami o zimną ścianę i zamknął oczy. Należał wyłącznie do siebie i do niej. I niech tak zostanie.
Po chwili dogonił go Kuro. Kruk spojrzał na niego zaskoczony. Nie spodziewał się, że lis pójdzie za nim zamiast zostać przy Suri.
— To był interesujący spektakl — odezwał się Kuro z wyraźnym zadowoleniem. — Mówiłem ci, że w twoich żyłach płynie krew Nivarii. Inaczej nie mógłbyś otworzyć teleportu poza granicą. Magia Krainy Złudnych Mgieł by ci na to nie pozwoliła.
— I co z tego? — rzucił Kruk z irytacją.
Kuro zaśmiał się cicho.
— Jak to co? Jesteś naprawdę aż takim durniem? — zapytał, wciąż rozbawiony. — Mam ci podsuwać gotowe rozwiązania, jakbyś był przedszkolakiem?
Kruk spojrzał na niego groźnie.
— To, że zawarliśmy rozejm, nie znaczy, że ode mnie nie oberwiesz, jak mnie wkurzysz.
Uśmiech nie zszedł Kuro z twarzy. Założył ręce na torsie.
— Więc może nie powinienem ci pomagać…
— Gadaj! — warknął Kruk.
— Pomyślmy… — srebrne oczy kitsune rozbłysły kapryśnie, a uśmiech stał się jeszcze leniwszy, bardziej drwiący. — Jeżeli ci powiem, będziesz mi winien przysługę.
Kruk obrzucił go niechętnym spojrzeniem. W końcu skinął głową.
— Zgoda.
— Kim jesteś w tej chwili? — Kuro uniósł brew i odpowiedział sam sobie. — Szczerze mówiąc, nikim. Nivaria uważa, że ich dziedziczka ma romans, który można przeczekać. Asasyn znikąd uratował ją przed harpiami, młoda dziewczyna się w nim zadurzyła, ale rzeczywistość zweryfikuje ich związek. — Kruk poczuł, jak robi mu się nieprzyjemnie zimno w środku. Zalała go fala zrozumienia. — Gdybyś jednak nosił nazwisko Vardhan… — ciągnął Kuro — z którym każdy w Nivarii się liczy, nawet lord Marcus… sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.
Ten przeklęty kitsune!
Kruk rozumiał, że lis ma rację. I nienawidził, że ją ma. Nie chciał nowego imienia. Nie chciał rodu. Nie miał ochoty odgrywać wnuka, którego ktoś odnalazł po dwudziestu latach. Zdał sobie jednak sprawę, że na jego korzyść będzie, jeśli weźmie udział w cudzym przedstawieniu. Przyszłość u boku Suri, ta, której nie próbował nawet układać sobie w myślach, nagle stała się realna. Była w zasięgu ręki. Zależna wyłącznie od decyzji, które sam podejmie.
✩ ✩ ✩
Aveel
Dziedziczka odeszła tak nagle, jakby wezwał ją sam władca Nivarii. Zabrała ze sobą gwardzistę, brata i kitsune. Przy stole zostali książę Nowej Australii i asasyni.
Aveel usiadła bardzo prosto i wbiła wzrok w talerz. Jeśli nie będzie się ruszać, może nikt nie zauważy, że nadal tu jest.
— No i kim ty właściwie jesteś? — zapytała Klara, opierając brodę na dłoni z tak szczerą ciekawością, że Aveel omal nie spadła z krzesła.
— Ja… służę… to znaczy służyłam… w Nowej Europie… — wydusiła. — Przy księciu Cameronie.
Kyle uśmiechnął się krzywo, jakby właśnie dostał najlepszy prezent na świecie.
— Służąca? — powtórzył z wyraźnym zainteresowaniem. — To tłumaczy, czemu siedzisz jakbyś zaraz miała nas obsługiwać. Możesz zacząć ode mnie.
Aveel poczuła, że policzki jej płoną.
— Ja nie… nie powinnam…
— Kyle — rzucił Christopher spokojnym, ostrzegawczym głosem. — Przestań.
Asasyn uniósł ręce w geście udawanej niewinności, ale jego uśmiech nie zgasł.
— No co? Dziewczyna jest ładna. I najwyraźniej wolna, skoro Suri zostawiła ją z nami jak kociaka w kartonie.
— Nie jestem kotkiem — wyszeptała Aveel do talerza.
Klara parsknęła śmiechem.
— Jesteś gorsza. Jesteś ciekawostką.
Christopher chwycił dzbanek z wodą i uzupełnił jej szklankę, jakby to była najpoważniejsza sprawa przy tym stole. Książę Nowej Australii osobiście nalał jej wody. Oczy Aveel zrobiły się wielkie jak spodki.
— Nikt od ciebie niczego nie chce — powiedział łagodnie. — Możesz dokończyć jedzenie. Albo nic nie mówić. Nie musisz nam usługiwać.
Aveel kiwnęła głową zbyt szybko. Potem kiwnęła jeszcze raz, bo nie była pewna, czy pierwszy raz się liczył. W Nowej Europie milczenie służby było obowiązkiem. Tutaj milczenie wyglądało na dziwactwo. Mówienie zresztą też.
Kyle nachylił się bliżej.
— To jak masz na imię, kotku?
— Aveel — wydusiła.
— Ładnie — stwierdził. — Pasuje ci ta sukienka.
Spojrzała na błękitną tkaninę, którą wybrała jej dziedziczka, i poczuła się jeszcze bardziej naga niż w wieczór, kiedy otworzyły się drzwi sypialni. W nowej sukience czuła się, jak w przebraniu.
Klara szturchnęła Kyle’a łokciem.
— Daj jej spokój. Widzisz, że zaraz ucieknie pod stół.
— Nie ucieknę — zapewniła Aveel, wstając.
Wszyscy spojrzeli na nią. Zawstydzona usiadła z powrotem.
Christopher westchnął cicho i uśmiechnął się do niej tak ostrożnie, jakby bał się ją spłoszyć.
— Zostań. Nikt nie zrobi ci tutaj krzywdy
Aveel skinęła głową po raz trzeci i złapała widelec. Nie jadła. Tylko trzymała go, żeby mieć w rękach coś, na czym mogła zacisnąć dłoń. W restauracji pełnej asasynów, tuż obok księcia, zastanawiała się, czy wolno jej oddychać, czy powinna najpierw poprosić o pozwolenie.
✩ ✩ ✩
Kruk
Suri wpadła do pokoju pierwsza i rzuciła się na łóżko twarzą w poduszkę. Kruk zamknął drzwi za sobą i przez chwilę stał, patrząc na jej spięte ramiona. Wiedział już, co usłyszy. Wyczuwał to w sposobie, w jaki milczała całą drogę z sali narad.
— Teraz możesz mnie oficjalnie znienawidzić — wymamrotała w poduszkę. — Twoi rodzice zginęli, bo twój dziadek ratował mnie i moją mamę.
Kruk podszedł wolno. Położył się przy niej, na boku, i łagodnym gestem odgarnął jej włosy z twarzy, a potem zaczął gładzić je od nasady w dół. Nie miał pojęcia, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało pusto. Nie chciał też przyznać, że nie obchodzą go rodzice, którzy nigdy dla niego nie istnieli. Nie znał ich głosów. Nie pamiętał ich twarzy. Nie umiał żałować cieni.
Obchodziła go ona. I to była jedyna nić sympatii, jaką czuł do tego Illi’andin z sali narad. Chronił Suri. Dzięki temu mogła bezpiecznie dorosnąć i być obok niego.
— Rzeczy nigdy nie są takie proste — odezwał się cicho. — Jestem wdzięczny generałowi, że ochronił najważniejszą dla mnie na świecie osobę.
Suri odwróciła się i wtuliła w niego. Twarz schowała mu pod brodą, palce zacisnęła na materiale koszuli. Dopiero to sprawiło, że przestał być zirytowany całą sytuacją. Wszystko zeszło na drugi plan, kiedy poczuł jej oddech na szyi. Zrobi dla niej wszystko. Absolutnie wszystko. Nawet będzie udawał dziedzica rodu Vardhan.
✩ ✩ ✩
Aveel
Po przygodach z poprzedniego dnia, po restauracji, po sukience, po słowach dziedziczki nic nie wracało na swoje miejsce. Aveel nosiła tace i myliła korytarze. Stawiała dzbanki nie po tej stronie. Odpowiadała za wolno albo wcale. W Nowej Europie służąca mogła być przerażona. Nie mogła być rozkojarzona.
Ochmistrzyni z początku przymykała na to oko. Raz. Drugi. Trzeci skończył się trzaskiem. Zestaw porcelany wypadł jej z rąk na kamienną posadzkę gościnnego skrzydła. Białe skorupy rozbiegły się aż pod listwę. Cisza była gorsza niż krzyk.
Dwie służące złapały ją za ramiona, zanim zdążyła się schylić. Ochmistrzyni uniosła rózgę. Rózga opadła. Aveel zacisnęła zęby i tłumiła łkanie tak, jak uczono ją od dziecka. Liczyła razy, żeby nie myśleć o bólu. Plecy paliły. Skromna sukienka kleiła się do skóry. Mimo wszystko miała pewność, że sobie na to zasłużyła.
Wtedy w korytarzu pojawił się patrol gwardzistów. Wśród nich był Kyle. Aveel poznała go po jasnych lokach. Jego uśmiech zgasł. Powiedział coś do pozostałych. Mężczyźni stanęli.
— Co tu się dzieje? — zapytał jeden z gwardzistów twardym głosem.
Ochmistrzyni machnęła ręką.
— Dziewczyna zasłużyła na karę. To nic ważnego.
— Takie zachowanie może jest normą w Nowej Europie — odparł gwardzista, nie podnosząc głosu. — W Nivarii to przestępstwo.
Ochmistrzyni i służące spojrzały na niego szczerze zaskoczone. Zaczęły się tłumaczyć jednocześnie — porcelana, nieposłuszeństwo, goście, porządek domu. Słowa spadały jedne na drugie i nic nie znaczyły, bo nikt ich już nie słuchał.
Kyle spojrzał na pozostałych.
— Zabiorę ją do infirmerii.
Ku zdumieniu Aveel przytaknęli. Puścili ją. Ochmistrzyni zamarła z rózgą opuszczoną wzdłuż sukni, jakby dopiero teraz zrozumiała, że w tym pałacu jej prawo nie sięga tak daleko, jak myślała.
Kyle wziął Aveel pod rękę. Starała się iść równo i ignorować ból, który przy każdym kroku wracał tętnem pod łopatkami.
— Nic ci nie jest, kotku? — zapytał ciszej, już bez tamtego przekomarzania z restauracji.
Pokręciła głową, z trudem powstrzymując łzy. Jeśli zacznie płakać teraz, przy nim, rozpadnie się do końca.
— Może powinnaś rozważyć zmianę miejsca pracy? — zasugerował.
Milczała. Była wdzięczna za ratunek i przerażona jednocześnie. W Nowej Europie gwardzista, który zabierał służącą, rzadko robił to z dobroci.
W infirmerii pachniało ziołami. Kyle przekazał ją w ręce kobiety w jasnym fartuchu.
— Muszę lecieć, więc cię tu zostawię. Poradzisz sobie?
Aveel niepewnie skinęła głową. Stała prosto, z palącymi plecami, nie znając zasad tego miejsca.
Kobieta w infirmerii nasmarowała jej plecy maścią o ostrym, ziołowym zapachu i kazała zostać w łóżku. Aveel nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc leżała nieruchomo i rozglądała się po białych ścianach, jakby w którymś kącie miało pojawić się wyjaśnienie. W Nowej Europie służącej po karze nie kładziono do łóżka. Odprowadzano ją z powrotem do pracy.
Po jakimś czasie w drzwiach stanęła dziedziczka Nivarii. We własnej osobie. U jej boku szedł książę Cameron. Również we własnej osobie.
Aveel zbladła. Spodziewała się wszystkiego, co najgorsze — wtrącenia do lochu, wydania ochmistrzyni, nawet cichego rozkazu, po którym dziewczyny znikały z korytarzy. Oni oboje wyglądali jednak na szczerze zaniepokojonych. Suri zamieniła kilka słów z medyczką, pochyliła się nad kartą, skinęła głową. Potem podeszła do łóżka.
Książę, ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu, usiadł przy niej i wziął ją za rękę. Dłoń miał ciepłą. Pewną. Taką, jak w nocy, tylko teraz nie było w nim pożądania. Był niepokój.
Dziedziczka przywołała do siebie świetlistą postać. Aveel wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami. Światło miało kształt kobiety, jasnej jak odbicie Suri, i poruszało się bez dźwięku.
— Nie bój się — powiedziała dziewczyna.
Świetlista istota dotknęła Aveel. Ból zniknął. Natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Potem postać rozmyła się w powietrzu, zostawiając tylko przyjemne ciepło w powietrzu.
— Chodźmy stąd — zasugerował Cameron.
Aveel była pewna, że chcą ją zostawić. Że „chodźmy” znaczy my idziemy, ty zostajesz. Tak jednak nie było. Pomogli jej wstać, wyprowadzili z infirmerii i znowu znaleźli się w luksusowych pokojach dziedziczki. Te same tkaniny. To samo światło. Ten sam strach, że zostawi na dywanie ślad.
— Najpierw ubranie — zarządziła Suri. — Potem rozmowa.
Znowu stanęła przed hologramem. Światło obiegło ciało Aveel, a na niej samej zmaterializowała się lekka kreacja w jasnych barwach. Kiedy wróciły do salonu, książę Cameron siedział rozparty na kanapie, z łokciem na oparciu, i wyglądał jak ktoś, kto czekał tylko na nie.
Aveel nie miała pojęcia, jak się zachować. Suri pociągnęła ją za sobą i obie usiadły obok niego. Aveel spłonęła rumieńcem. Siedziała między dziedziczką Nivarii a księciem Nowej Europy i wciąż czekała na ich rozkazy.
— Prawo w twoim kraju jest nienormalne, jeśli na to pozwala — rzuciła Suri do Camerona z wyrzutem.
Cameron wyraźnie zacisnął szczękę.
— Chyba po prostu nikt tego nie zauważa.
Suri milczała przez chwilę.
— Co zrobimy? — zapytała w końcu.
Książę wpatrywał się w nią uważnie.
— Może… mogłabyś ją zabrać do siebie? — zapytał z nadzieją. — Aveel nie ma rodziny. Nie powinno być problemem, jeżeli zostanie w Nivarii.
Co? Skąd książę Cameron wiedział, że ona nie ma rodziny? Dlaczego chciał się jej pozbyć? Czy miał jej dosyć?
Odważyła się podnieść wzrok. Żadne z nich nie wyglądało, jakby miało jej dość. Oboje sprawiali wrażenie szczerze zatroskanych. Aveel nie mieściło się to w głowie.
— Zapytam mojego specjalistę od norm społecznych — mruknęła Suri z lekkim rozbawieniem. — Kuro! — zawołała.
Drzwi sypialni otworzyły się na oścież i odsłoniły wielkie, eleganckie łóżko. Kitsune wszedł do salonu, przeciągając się i ziewając, z ogonami jeszcze leniwie rozczochranymi od snu. W kilku zdaniach przedstawili mu sytuację.
Lis obrzucił ją zaciekawionym spojrzeniem. Dłużej, niż było to przyjemne.
— Sprawdzaliście, czy ma predyspozycje do magii?
Oboje przecząco pokręcili głowami.
— Świetnie — powiedział Kuro, a w jego srebrzystych oczach błysnęło coś żywego. — Bo myślę, że od tego powinniście zacząć.