Rozdział 10 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Ivory
Leżę w najładniejszym pokoju, jaki mogłabym sobie wyobrazić, a i tak czuję się jak mały, rozbity ptak. Pomieszczenie jest ogromne — jasne drewno, miękkie światło, wielkie okno z widokiem na ogród szpitalny, w którym kwitną pnące się po pergolach, jesienne kwiaty. Wszystko opłacili Cassian i Lilien. Wiem, bo słyszałam, jak pielęgniarka szeptała do drugiej, że „to apartament VIP”. Normalnie pewnie bym się zarumieniła z zażenowania, ale teraz jestem zbyt słaba, żeby się tym przejmować.
Drzwi do pokoju otwierają się co chwilę i do środka wchodzi cała paczka.
Lili siedzi na brzegu mojego łóżka i delikatnie poprawia mi kołdrę. Asher stoi za nią, oparty o zagłówek, i pilnuje, żeby nikt mnie nie potrącił. Sara i Nathan właśnie wnieśli cały kosz owoców i czekoladek, a Lucas opiera się o ścianę przy drzwiach, cichy jak zawsze, ale jego spojrzenie jest ciepłe i uważne.
Dopiero później jednak przychodzi osoba, na którą najbardziej czekałam. Feniks. Z tymi ogniście rudymi włosami i złotymi oczami, które zawsze wyglądają, jakby właśnie się uśmiechały z powodu znajomości jakiegoś sekretu. Niesie w rękach wielki bukiet białych lilii i malinowych róż — moich ulubionych. Stawia wazon na stoliku obok łóżka i od razu siada na fotelu tuż przy mnie, tak blisko, że czuję ciepło bijące od jego ciała.
— Pisklaku — mruczy niskim, gardłowym głosem, a kącik jego ust unosi się w zwyczajowym leniwym, drapieżnym uśmiechu. — Przyniosłem ci coś słodkiego. I kwiaty. I siebie. W kolejności ważności.
Czuję, jak policzki momentalnie mi płoną. Serce robi głupie salto.
— Dziękuję… — odpowiadam cicho i nie mogę oderwać od niego wzroku.
On nachyla się trochę bliżej, opiera łokieć na moim łóżku i patrzy na mnie z taką intensywnością, że mam wrażenie, jakby reszta pokoju zniknęła.
— Jak się czujesz? — pyta już poważniej, a jego głos jest zaskakująco miękki.
— Lepiej… kiedy jesteś tutaj — wyrywa mi się, zanim zdążę ugryźć się w język.
Sara parska śmiechem, Nathan udaje, że kaszle, a Lilien posyła mi ciepły, pełen zrozumienia uśmiech. Feniks tylko mruczy z zadowoleniem, jakby właśnie dostał największy komplement świata.
Przez następną godzinę wszyscy starają się mnie rozbawić. Przynoszą mi książki, opowiadają głupie żarty, Lili karmi mnie kawałkami czekolady, a Feniks co chwilę poprawia mi poduszkę albo podsuwa wodę. Jest głośno, ciepło i bezpiecznie.
Jednak pod tą warstwą czuję ten lekki, zimny cień. Wszyscy wiedzą, że to nie był zwykły wypadek. Nikt tego nie mówi na głos, ale widzę to w ich oczach — w tym, jak Feniks co chwilę zerka w stronę drzwi, jak Asher zaciska szczękę, jak Lucas stoi bliżej okna, jakby pilnował wejścia.
Ja sama nie mogę przestać patrzeć na Feniksa. Na to, jak się uśmiecha. Jak mruczy. Jak jego złociste oczy śledzą każdy mój ruch. Czuję, że serce bije mi coraz szybciej, coraz mocniej, i już nawet nie próbuję tego ukrywać. On jest tutaj. Przy mnie. To wystarczy, żebym mimo bólu i strachu… czuła się szczęśliwa.
Feniks siedzi przy krawędzi mojego łóżka, tak blisko, że czuję ciepło jego ciała przez cienką kołdrę. Jego złociste oczy są skupione tylko na mnie, a kącik ust unosi się w tym leniwym, drapieżnym uśmiechu, który zawsze sprawia, że robi mi się gorąco w brzuchu.
Biorę głęboki oddech. Serce wali mi jak szalone, ale tym razem nie tylko ze strachu. Tym razem… chcę być odważniejsza.
— Feniks… — mówię cicho, ale na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli. — Mogłbyś… usiąść jeszcze bliżej? Bardzo mi zimno.
Wiem, że to kłamstwo. W tym apartamencie jest ciepło, klimatyzacja działa doskonale, ale nie obchodzi mnie to. Feniks unosi brew, a jego uśmiech robi się szerszy, bardziej zadowolony. Bez słowa wstaje z fotela i siada na łóżku, tak blisko, że jego udo dotyka mojego biodra. Jedną rękę opiera za moimi plecami na poduszce, a drugą delikatnie odgarnia mi kosmyk włosów z czoła.
— Lepiej, pisklaku? — mruczy niskim, gardłowym głosem, który czuję aż w kościach.
Rumienię się jeszcze mocniej. Czuję, że policzki mam prawie tak czerwone jak jego włosy.
— Dużo lepiej… — szepczę i odważam się spojrzeć mu prosto w oczy. — Zawsze jest lepiej, kiedy jesteś blisko.
Sara parska cicho śmiechem i szturcha Nathana łokciem. Lili uśmiecha się ciepło, ale widzę w jej oczach lekkie zaskoczenie. Asher tylko unosi brew, a Lucas… Lucas patrzy na mnie z tym swoim spokojnym, ale trochę zamyślonym wyrazem twarzy.
Feniks natomiast wydaje z siebie ciche, głębokie mruknięcie zadowolenia. Nachyla się jeszcze bliżej, tak że jego usta są tuż przy moim uchu.
— Uważaj, pisklaku — szepcze tak, żebym tylko ja słyszała. — Jak będziesz tak na mnie patrzeć, to nie będę chciał stąd nigdy wyjść.
Czuję dreszcz, który przebiega mi po całym ciele. Moje serce bije jeszcze szybciej.
— To… może nie wychodź? — odpowiadam szeptem, odważniej niż kiedykolwiek wcześniej. Palcami lewej ręki, tej zdrowej, delikatnie dotykam jego przedramienia. Skóra pod moimi palcami jest gorąca, prawie parzy. — Zostań. Proszę.
Feniks zamiera na sekundę. Potem jego oczy błyszczą jeszcze mocniej. Nachyla się i składa lekki, ciepły pocałunek na moim czole, dokładnie nad bandażem.
— Dla ciebie… zostanę tak długo, jak zechcesz — mruczy.
W tym momencie czuję się tak, jakby cały świat skurczył się tylko do nas dwojga. Mimo bólu, siniaków i strachu, który wciąż siedzi gdzieś głęboko… jestem szczęśliwa i nie wstydzę się tego, że wszyscy to widzą.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Stoję na szpitalnym korytarzu, oparty o szeroki parapet. W środku mojej głowy panuje chaos — Feniks jest w pełni skupiony na Ivy i nie przestaje mruczeć z zadowoleniem. Natychmiast jednak zauważa, że Lili wstała i wyszła z pomieszczenia. Drzwi apartamentu otwierają się, a ja od razu podnoszę na nią wzrok. Zamyka je cicho za sobą, ale widzę po jej twarzy, że coś jest nie tak. Idzie prosto do mnie, a w jej oczach jest ten specyficzny niepokój, którego nie potrafi ukryć.
— Cassian… — zaczyna cicho, ale stanowczo. Rozgląda się, czy nikt nas nie słyszy, i podchodzi bliżej. — Musisz go ogarnąć.
Mrugam zaskoczony.
— Kogo?
— Feniksa — odpowiada, a jej głos jest napięty. — On… on za mocno flirtuje z Ivy. Ona jest jeszcze słaba, ledwo dochodzi do siebie, a on siedzi przy niej, mruczy jej do ucha, dotyka jej włosów i patrzy tak, jakby była… jakby była mną. To ją może zranić, Cassian. Naprawdę zranić.
Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Jestem szczerze zaskoczony. W mojej głowie Feniks zamiera tak samo jak ja.
„Lili jest zazdrosna o Pisklaka?” — pyta z niedowierzaniem, a jego głos jest pełen konsternacji. — „Nie, nie jest zazdrosna. Znamy ją. Ona nie jest zazdrosna. Więc o co chodzi? Dlaczego mówi, że mam się ogarnąć? Pisklak jest nasz. Jest Lili. Chronimy ją. Dlaczego Lili myśli, że ją skrzywdzimy?”
Moja dziewczyna patrzy na mnie wyczekująco. Widzę w jej oczach prawdziwą troskę.
— My… my traktujemy Ivy jak młodszą siostrę — mówię powoli, wciąż próbując zrozumieć. — Feniks też. On po prostu lubi, jak ktoś go potrzebuje. Jak ktoś się do niego przytula i patrzy na niego jak na bohatera. On nie chce jej skrzywdzić, Lili. On chce ją chronić.
— Wiem — czarodziejka wzdycha i pociera skronie. — Tylko, że ona jest w nim zakochana po uszy, Cassian. A on… on jej na to pozwala. I to nie jest fair wobec niej.
Feniks w mojej głowie wydaje z siebie dźwięk, który brzmi jak połączenie zdumienia i lekkiego oburzenia.
„Zakochana? Pisklak? W nas? To… to urocze. Ale my nie jesteśmy dla pisklaka. My jesteśmy dla Kochania. Zawsze. Dlaczego Lili myśli, że moglibyśmy…?”
Biorę głęboki oddech.
— Posłuchaj… jeżeli chcesz, żebym kazał mu się wycofać, to zrobię to. Wystarczy jedno twoje słowo. Feniks sobie pójdzie i będzie trzymał dystans.
Lilien milczy przez chwilę. Patrzy w stronę drzwi apartamentu, za którymi leży Ivy. Widzę, jak lekko przygryza wargę.
— Nie… — mówi w końcu cicho. — Nie mam serca jej tego zrobić. Ona… ona jest taka szczęśliwa, kiedy on przy niej jest. Nie chcę jej tego odbierać. Tylko… po prostu pilnujcie, żeby nie posunął się za daleko.
Zostajemy w impasie. Feniks w mojej głowie wciąż jest w szoku.
„Lili nie jest zazdrosna… ale nie chce, żebyśmy byli zbyt mili dla pisklaka… bo pisklak może cierpieć… Bo Lili kocha pisklaka jak siostrę… Kurwa, to skomplikowane.”
Kładę dłoń na ramieniu dziewczyny i przyciągam ją bliżej, całując czubek jej głowy.
— Będziemy ostrożni — obiecuję. — Obaj.
W głowie Feniks mruczy cicho, nadal zaskoczony.
„…dobra. Będziemy grzeczni. Dla Kochania. I dla pisklaka. Nawet jeśli to cholernie dziwne.”
Lilien wtula się we mnie na chwilę, a ja czuję, jak napięcie w jej ciele trochę puszcza, ale obaj wiemy, że to nie koniec tematu. Feniks w mojej głowie wzdycha dramatycznie.
„Cassian, rozumiesz coś z tego? Kochanie nie jest zazdrosna… Więc o co, do cholery, chodzi? Dlaczego jest niezadowolona?”
Czuję, jak powietrze za nami gęstnieje i zdaję sobie sprawę, że Feniks również wyszedł z pokoju. Jest gorący, złocisty, z rudymi włosami, które lekko falują od jego własnej mocy. Nie mówi ani słowa. Natychmiast podchodzi od tyłu i obejmuje Lili ramionami w pasie, przyciągając ją mocno do swojego torsu. Kładzie brodę na jej ramieniu i wtula twarz w jej szyję, jakby bał się, że jak ją puści, to ona zniknie.
— Kochanie… — jego głos jest niski i wyraźnie skonsternowany. — Zrobiłem coś złego? Powiedz mi. Proszę.
Czuję, jak Lili drży lekko między nami. Ja też zamieram. W głowie Feniks jest tak samo zaskoczony jak ja.
„Co się dzieje? Dlaczego Lili jest zmartwiona? Dlaczego mówi, że mam się ogarnąć? Pisklak jest nasz, tak jak szczeniak. Chronimy ją. Dlaczego to nagle jest problemem?”
Ja również nie rozumiem. Ivy jest dla nas jak młodsza siostra Lilien — ktoś, kogo pilnujemy, kogo lubimy, ale nigdy, przenigdy nie w romantyczny sposób. Romantyczna relacja z Ivy? To brzmi… absurdalnie. Niemożliwe.
Strach uderza we mnie nagle — ten sam stary, zimny strach z samego początku naszej relacji. Ten moment, gdy dla Lilien istniał wyłącznie Asher, a ja mogłem jedynie stać w jego cieniu. Feniks czuje to samo.
„Nie odrzucaj nas znowu…” — szepcze mi w głowie, a jego głos jest nagle mały i przerażony. — „Nie tak jak kiedyś. Nie zniosę tego. Nie zniosę, jeśli znowu nas odrzucisz.”
Obaj jednocześnie przyklejamy się do niej jeszcze mocniej. Ja przywieram od przodu, kładąc czoło na jej czole. Feniks obejmuje ją od tyłu jeszcze ciaśniej, jego ramiona zamykają się wokół niej jak klatka. Jesteśmy przy niej z dwóch stron, ciasno, desperacko, jakbyśmy bali się, że ktoś nas rozdzieli.
Lili przez chwilę milczy, a potem czuję, jak jej dłonie unoszą się — jedna na moim karku, druga na ramieniu Feniksa.
— Cassian… — szepcze czule, głos ma miękki i ciepły. — Nie gniewam się na was. Kocham was. Obu. Całych was. Takich, jacy jesteście. Naprawdę.
Jej słowa zalewają nas jak ciepła, kojąca fala. Czuję, jak Feniks w mojej głowie wzdycha z ulgą, ale niepokój wciąż tam zostaje.
„Kochamy Lili… tylko ją… Pisklak jest rodziną. Dlaczego Lili myśli, że moglibyśmy…?”
Ja też nie rozumiem. Romantyczna relacja z Ivy nigdy nie przyszłaby nam do głowy. Nigdy.
Jednak dziewczyna nadal wygląda na zmartwioną, więc przytulamy ją jeszcze mocniej, obaj, jednocześnie, jakbyśmy chcieli wtopić się w nią na stałe.
— Kocham cię — szepczę jej w usta.
— Kocham cię, Kochanie… tylko ciebie — Feniks mruczy cicho, prosto w jej szyję.
Chociaż jej zapewnienie nas uspokaja, to obaj wciąż czujemy ten lekki, nieprzyjemny niepokój w piersi, ponieważ naprawdę nie rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Gabinet dziekana tonie w półmroku. Jedynie kilka runicznych lamp rzuca zimne, srebrzyste światło na ciężkie, dębowe meble i stare, oprawione w skórę księgi. Przy długim stole siedzi dziekan wraz z trzema członkami rady Akademii — wszyscy sztywni, zmęczeni i wyraźnie zaniepokojeni. Na środku stołu leżą dokumenty dotyczące „incydentu” z Lilien Everhart.
Siadam wygodnie w fotelu naprzeciwko nich, nogę zakładam na nogę i splatam palce. Czuję w żyłach ciepłą, gęstą energię — część ukradzioną Angelice, część kilku innym czarodziejkom z pierwszego i drugiego roku. Jest wystarczająco czysta i mocna, by to, co zamierzam zrobić, poszło gładko.
Dziekan odchrząkuje.
— Panie Blackthorn… sprawa porwania Lilien Everhart jest wyjątkowo niepokojąca. Świadkowie mówią, że…
— Przepraszam — przerywam mu uprzejmie, z lekkim uśmiechem. — Obawiam się, że doszło do nieporozumienia.
Unoszę dłoń. Czarna, zakazana magia spływa ze mnie leniwie, niemal niewidocznie — cienka, atramentowa mgiełka, która rozchodzi się po sali jak dym. Nikt jej nie zauważa, nie czuje, jak wślizguje się w ich umysły.
— Tak naprawdę — kontynuuję spokojnie, niemal znudzonym tonem — Lilien Everhart nie została porwana. To była… nieplanowana anomalia portalu. Dziewczyna po prostu… zgubiła się na chwilę w lesie podczas spaceru. Nic więcej.
Dziekan mruga. Raz. Drugi. Jego spojrzenie staje się szkliste.
— Anomalia… portalu… — powtarza powoli, jakby smakował te słowa.
Członkowie rady kiwają głowami, jakby nagle wszystko nabrało sensu. Jeden z nich marszczy brwi, próbując sobie coś przypomnieć, ale moja magia już zaciera krawędzie wspomnień, zaciera mój wizerunek, moment, w którym do opuszczonej wieży przybyły straże.
— Oczywiście — mówi dziekan, a jego głos brzmi jak z automatu. — To oczywiste. Nie ma powodu, by dalej prowadzić śledztwo w tej sprawie.
Uśmiecham się lekko, ledwo zauważalnie.
— Dokładnie tak. Sprawa jest zamknięta.
Wstaję, poprawiam mankiety mundurka i rzucam ostatnie, subtelne zaklęcie — cienką nić czarnej magii, która owinie się wokół ich umysłów na stałe. Jutro rano nie będą nawet pamiętali, że w ogóle o tym rozmawialiśmy.
— Dziękuję za poświęcony czas — mówię uprzejmie i skłaniam głowę. — Miłego wieczoru.
Wychodzę z gabinetu bez pośpiechu. Za moimi plecami słyszę, jak ktoś już zaczyna zbierać dokumenty ze stołu. W korytarzu zatrzymuję się na chwilę, opieram dłoń o zimną ścianę i wzdycham cicho.
Jakie to… nudne. Manipulowanie umysłami starszych magów jest równie proste, co przekładanie kart w talii. Żadnego wyzwania, ani odrobiny satysfakcji. Jedyna rzecz, która naprawdę mnie interesuje, wymyka się wszystkim moim planom — Lilien. Będę musiał wymyślić coś innego, bardziej… subtelnego. Uśmiecham się do siebie, czując, jak w piersi rozlewa mi się znajome, ciepłe napięcie. Im więcej wysiłku będzie mnie kosztowało zwycięstwo, tym będzie smaczniejsze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Aula jest już pusta. Zostaliśmy tylko my dwaj — ja i Cassian. Drzwi zamknęły się za ostatnim studentem z cichym kliknięciem. Światło późnego popołudnia wpada przez wysokie okna długimi, złotymi smugami, ale w sali panuje chłód.
Zatrzymuję go, kładąc dłoń na jego ramieniu, stanowczo, bez ceregieli.
— Zostań.
Odwraca się. W jego bursztynowych oczach widzę, jak Feniks natychmiast się budzi. Obaj patrzą na mnie z tym samym, ostrym napięciem.
Jesteśmy sami, więc nie owijam w bawełnę.
— Feniks za bardzo klei się do Ivy — mówię spokojnie, ale bez najmniejszego śladu łagodności. — Zauważyłeś to, prawda?
Cassian sztywnieje. Jego szczęka zaciska się tak mocno, że widzę napięte mięśnie.
— To nie twój interes — warczy.
Uśmiecham się lekko, ale ten uśmiech nie sięga oczu.
— Owszem, mój. Bo jeśli Feniks dalej będzie tak wokół niej skakał, to dziewczyna prędzej czy później się w nim zakocha, o ile już nie jest zakochana — informuję go chłodno. — Co wtedy zrobisz? Chcesz, żeby została dziewczyną Feniksa, a może twoją? Wtedy Lili będzie miała więcej miejsca dla mnie. A kto wie — dodaję sugestywnie — może będzie chciała popchnąć cię w jej ramiona, tak jak w ramiona Angelicy? I szczerze? Nie mam nic przeciwko temu. Wręcz popieram.
Słowa spadają ciężko, jak cios prosto w twarz. Cassian zamiera. Przez sekundę na jego twarzy maluje się czysty szok. Potem wściekłość — czysta, paląca, pierwotna. W jego głowie Feniks musi właśnie eksplodować.
Widzę, jak jego ciało drży. Oczy błyskają złotem. Ramiona napinają się, a aura wokół niego robi się gorąca, niemal parząca.
— Ty… — syczy, a głos jest już nie tylko jego. Należy do nich obu. — Ty pieprzony sukinsynu…
Feniks przejmuje kontrolę w pełni. Twarz Cassiana zmienia się — rysy stają się ostrzejsze, oczy płoną czystym złotem, a wokół niego pojawia się lekka, złocista poświata. Stają się jednym bytem — pełnym, niepodzielnym, niebezpiecznym.
Przyglądam się temu beznamiętnie. W środku jednak czuję głębokie, zimne zadowolenie. Doczekałem się. W końcu Cassian przestał być bierny. Feniks nie jest już tylko „tym drugim”. Są jednym. I obaj będą walczyć o Lilien tak, jak powinni — bez zahamowań, bez udawania.
Uśmiecham się w duchu. Dobrze. Niech będzie zazdrosny. Niech będzie zaborczy. Im bardziej będą walczyć o nią, tym mniej miejsca zostanie dla kogokolwiek innego.
— No proszę — mówię spokojnie, patrząc na wściekłość istoty przede mną. — W końcu zaczynasz rozumieć.
Feniks/Cassian patrzy na mnie z czystą, morderczą nienawiścią. Czuję satysfakcję. Pchnąłem go dokładnie tam, gdzie chciałem.
Chłopak stoi przede mną przez długą chwilę — napięty, z zaciśniętymi pięściami, złote oczy Feniksa płoną czystą furią. Widzę, jak walczy ze sobą. Wiem, że obaj — on i Feniks — próbują nie wybuchnąć. W końcu bierze głęboki, drżący oddech. Ramiona mu opadają. Złocista poświata wokół niego blednie, oczy wracają do bursztynowego koloru, choć wciąż są pełne gniewu.
— Nie ma nic ważniejszego na świecie niż Lili — mówi cicho, ale głos ma twardy jak stal. — Ani Ivy. Ani ty. Ani ktokolwiek inny. Tylko ona.
Patrzy mi prosto w oczy. Nie ma w tym spojrzeniu strachu. Jest tylko absolutna, bezwarunkowa pewność. Kiwam głową. Nic więcej nie muszę mówić.
— Wiem — odpowiadam spokojnie.
Wychodzimy razem z auli na korytarz. Idziemy ramię w ramię, w milczeniu. Powietrze między nami jest gęste od napięcia.
Wtedy go widzimy. Mael Blackthorn stoi kilka metrów dalej, oparty niedbale o ścianę, rozmawia z profesorem Arcanem, jakby nic się nie wydarzyło. Uśmiecha się uprzejmie, kiwa głową, mówi coś na temat wykładu. Profesor słucha go z poważną miną i potakuje, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku.
Zatrzymujemy się jak wryci. Czuję, jak zimny dreszcz przechodzi mi po kręgosłupie. Cassian obok mnie sztywnieje. Feniks w jego głowie musi właśnie eksplodować, bo powietrze wokół nas robi się gorące.
— Jak on… — warczy Cassian półgłosem.
Mael zauważa nas. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotykają. On uśmiecha się subtelnym, ale wyraźnie drwiącym uśmiechem, który nigdy nie sięga oczu. Lekko kiwa nam głową, jakbyśmy byli starymi znajomymi, po czym wraca do rozmowy z profesorem, jakbyśmy w ogóle nie istnieli.
Stoimy w korytarzu jak sparaliżowani. Coś jest bardzo, bardzo nie w porządku. Feniks w Cassianie jest wściekły do granic. Czuję to nawet ja — gorącą, palącą falę agresji, która ledwo się mieści w ludzkim ciele. Cassian zaciska pięści tak mocno, że knykcie mu bieleją.
— On powinien siedzieć w celi — cedzi przez zęby. — A nie rozmawiać z wykładowcą jak gdyby nigdy nic.
Patrzę na Maela, na jego spokojną postawę, na to, jak swobodnie się porusza. W mojej głowie zaczyna kiełkować bardzo nieprzyjemna myśl. Ktoś go chroni, albo… on sam zrobił coś, co sprawia, że nikt nie pamięta, co naprawdę się stało.
Czuję, jak narasta we mnie zimna, ciężka paranoia. Frustracja miesza się z niepokojem, który powoli zamienia się w coś ostrzejszego. Feniks warczy cicho w gardle Cassiana niskim, zwierzęcym pomrukiem, który niesie się po korytarzu.
— Jeśli on jeszcze raz zbliży się do Lilien… — zaczyna Cassian, ale nie kończy.
Nie musi. Wiemy obaj, co się stanie. Tym razem nie uda mi się powstrzymać Feniksa.
Stoimy tam we dwóch, patrząc na Maela, który zachowuje się, jakby cały świat należał do niego. Nie podoba mi się to, że tracę kontrolę nad sytuacją. Zupełnie mi się to nie podoba.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Wreszcie wychodzę ze szpitala. Czuję się jeszcze trochę słabo, ręka w gipsie boli przy każdym ruchu, a na czole mam świeże szwy, ale nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że jestem wolna, a oni wszyscy czekają na mnie przed głównym wejściem. Cała paczka.
Lili od razu podbiega i przytula mnie ostrożnie, jakby bała się, że się rozpadnę. Asher stoi tuż za nią, Sara i Nathan żartują, Lucas uśmiecha się tym swoim spokojnym uśmiechem, a Feniks…
Feniks czeka na mnie z rękami w kieszeniach, oparty o czarny SUV. Gdy tylko mnie zauważa, prostuje się i jego złociste oczy miękną.
— Pisklak wychodzi na wolność — mówi cicho, ale w jego głosie nie ma tego zwykłego, figlarnego mruczenia.
Podchodzę prosto do niego. Nie wytrzymuję. Obejmuję go zdrową ręką w pasie i wtulam twarz w jego tors. Pachnie dymem, ciepłem i czymś, co kojarzy mi się z domem.
— Tęskniłam — szepczę mu prosto w koszulę.
Feniks obejmuje mnie jedną ręką. Drugą delikatnie głaszcze mnie po plecach. Czuję, jak jego broda opiera się na czubku mojej głowy.
— Wiem — odpowiada tylko.
To wszystko. Zwykle by już mruczał, żartował, nazywał mnie pisklakiem w ten swój rozkoszny sposób. Dzisiaj jest… dziwnie cichy.
Wsiadamy do samochodu i jedziemy do miasta. Lili proponuje, żebyśmy poszli na spacer po Riverwalk — „przyda ci się trochę świeżego powietrza”. Wszyscy się zgadzają. Siadam obok Feniksa. Oczywiście. Obejmuję jego ramię obiema rękami — tą zdrową i tą w gipsie — i opieram głowę na jego barku. Chłopak nie protestuje, nawet mnie nie odsuwa, ale nie mówi prawie nic.
Co chwilę zerkam na niego ukradkiem. Jego szczęka jest lekko zaciśnięta, spojrzenie nieobecne, jakby był gdzieś daleko. Palce jednej ręki rytmicznie zaciskają się i rozluźniają na jego udzie.
— Feniks…? — odzywam się cicho kilkanaście minut później, kiedy reszta paczki idzie kilka kroków przed nami. — Wszystko w porządku?
Patrzy na mnie. Przez chwilę w jego oczach pojawia się ten ciepły, złoty błysk, który tak kocham, ale zaraz znika.
— Tak, pisklaku — odpowiada i próbuje się uśmiechnąć. — Po prostu… dużo się dzieje.
Przytulam się mocniej do jego ramienia.
— Jak będziesz chciał pogadać, to jestem — szepczę.
Kiwa głową, ale nic nie mówi. Tylko obejmuje mnie mocniej w pasie i przyciąga bliżej do siebie. Idziemy dalej wzdłuż rzeki. Słońce zachodzi, woda błyszczy pomarańczowo, a ja czuję się taka szczęśliwa, że aż boli. Feniks jest przy mnie. Trzyma mnie. Jest ciepły, wielki i mój.
Wyraźnie dostrzegam jednak, że coś jest nie tak. Czuję to w jego milczeniu. W każdym napiętym mięśniu. W tym, jak jego palce czasem zaciskają się na mojej talii odrobinę za mocno, jakby bał się, że ktoś mu mnie zabierze. Nie wiem, co się dzieje. Wiem tylko, że chcę, żeby znowu był tym samym Feniksem, który mruczy mi do ucha i nazywa mnie pisklakiem tak, że robi mi się gorąco. Na razie jednak po prostu trzymam się go jeszcze mocniej i cieszę się każdym krokiem, który robimy razem.
Idziemy powoli wzdłuż Riverwalk. Feniks nie odsuwa się ode mnie ani na krok — jego ramię jest mocno owinięte wokół mojej talii, a ja wtulam się w jego bok, jakby świat mógł się rozpaść, gdy tylko go puszczę. Jest ciepły, duży i bezpieczny. Co chwilę zerkam na niego z dołu, rumieniąc się, kiedy nasze spojrzenia się spotykają.
Nagle powietrze robi się ciężkie. Jakby ktoś rozdarł niebo.
Z boku, tuż nad wodą, pojawia się czarna, poszarpana szczelina. Portal.
Ludzie zaczynają krzyczeć.
Wszyscy moim przyjaciele natychmiast rzucają się w wir walki. Widzę, jak Asher podnosi Lili i sadza ją przed sobą na białym tygrysie. Cassian przywołuje armię duchowych bestii. Feniks zostawia mnie za dużym krzakiem, nad rzeką i każe mi się nie wychylać. Na chwilę znika mi z oczu.
Wokół panuje chaos, a ja staram się zrobić dokładnie to, co mi kazano — nie wychylać się. Problem jednak polega na tym, że krzak, za którym byłam ukryta, właśnie spłonął.
Cofam się o kilka kroków. Stoję teraz przy balustradzie nad rzeką i nie mogę się ruszyć. Demon pojawia się tuż przede mną — wielki, czarny, z rogami zakrzywionymi jak sierpy. Jego czerwone ślepia patrzą prosto na mnie. Czuję smród spalenizny i siarki. Serce wali mi tak mocno, że prawie nie słyszę własnych myśli.
„To koniec” — przebiega mi przez głowę.
Nagle słyszę głos. Niski, gardłowy, pełen szalonej radości.
— Nie dotkniesz pisklaka.
Feniks pojawia się obok mnie w ułamku sekundy. Uśmiecha się tym drapieżnym, obłąkanym uśmiechem, który znam aż za dobrze. Rzuca się na demona jak burza. Rozszarpuje go gołymi rękami, a potem podnosi i ciska w stronę reszty bestii, jakby był tylko workiem śmieci. Śmieje się przy tym — głośno, radośnie, obłąkańczo.
— To jest moje! — ryczy, a jego głos brzmi dziwnie, jakby towarzyszyło mu echo. — Ona jest nasza!
Patrzę jak zahipnotyzowana. To jest czysta, nieokiełznana furia — złociste płomienie tańczą po jego ramionach, skóra jarzy się, a każdy jego ruch jest szybki, brutalny i piękny jednocześnie. W ciągu kilku sekund robi z kolejnych demonów krwawą miazgę. Gdy ostatni z nich pada, Feniks stoi pośrodku pobojowiska, dysząc ciężko. Złocisty blask na jego skórze zaczyna powoli gasnąć.
A potem… się zmienia. Na moich oczach.
Złocista skóra blaknie, włosy tracą ognistą intensywność i wracają do ciemnego, brązowego odcienia. Płomienie gasną. Oczy przestają żarzyć się złotem, są łagodne, bursztynowe. Zostaje tylko Cassian — zmęczony, z plamami krwi na koszuli, ale jest w pełni sobą.
Patrzy na mnie przez chwilę, jakby dopiero teraz mnie zauważył. Stoję obok niego, z otwartymi ustami, i nie jestem w stanie wykrztusić ani słowa. To nie było tak, że Feniks „zniknął”. To było tak, jakby Feniks… wrócił do środka Cassiana. Jakby nigdy nie był kimś innym. Jakby zawsze był nim.
Cassian robi krok w moją stronę, wyciągając rękę.
— Ivy… — mówi cicho, głosem już całkowicie swoim. — Jesteś cała?
Nie odpowiadam. Tylko patrzę na niego szeroko otwartymi oczami, bo w głowie mam jeden, wielki, ogłuszający chaos. To był on. Cały czas to był on. Feniks… to był Cassian.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Siedzimy w moim pokoju w penthouse. Drzwi są zamknięte, światła przyciemnione. Tylko my dwoje. Cassian stoi przede mną, włosy ma wciąż wilgotne po prysznicu. Zdejmuje koszulę i odwraca się do mnie tyłem.
— Chcę, żebyś zobaczyła — mówi cicho.
Na jego plecach, od karku aż po linię bioder, płonie ogromny feniks — złocisto-czerwony, z rozpostartymi skrzydłami, jakby właśnie miał wzbić się do lotu. Patrzę na tatuaż i czuję, jak serce mi przyspiesza.
Cassian odwraca się z powrotem do mnie i zakłada koszulę, ale nie zapina jej do końca.
— Feniks nie jest autonomiczną istotą — mówi spokojnie, cierpliwie, jakby wyjaśniał dziecku coś ważnego. — On jest mną. Drugą stroną mnie. Tą, która nie ma żadnych hamulców. Tą, która robi wszystko, czego ja sam nie potrafię zrobić, bo boję się konsekwencji.
Słucham go w milczeniu. Słowa powoli docierają do mnie. On jest Feniksem. Cały czas to był on. Zaczynam dostrzegać podobieństwa — sposób, w jaki Cassian patrzy na Lili, jak ją chroni, jak jego głos czasem staje się głębszy, jak podobne są ich gesty. Głos, sposób patrzenia, ochrona — wszystko jest takie samo.
Uświadamiam sobie, że z wyglądu też są bardzo podobni. Po prostu wcześniej patrzyłam wyłącznie na Feniksa, jego ognistą aurę, złocistą skórę, na ten drapieżny uśmiech — i nie dostrzegałam Cassiana.
Nic dziwnego, że moje pytanie o to, czy nie jest zazdrosny o Feniksa wydało mu się takie… absurdalne.
Moje serce robi totalny, piękny bałagan… uczucia zaczynają się gwałtownie przerzucać i nagle jestem tak mocno zapatrzona w obie wersje tej jednej osoby, że czuję motyle w brzuchu i lekki zawrót głowy. Kompletnie zagubiona emocjonalnie przytulam się do Cassiana. Przyciągam go do siebie i wtulam twarz w jego tors. On obejmuje mnie delikatnie, ale mocno, jakby wiedział, że potrzebuję tego uścisku.
— Wszystko w porządku? — pyta cicho, gładząc mnie po plecach.
Zamiast odpowiedzieć tylko mocniej się do niego przytulam. Jestem kompletnie zagubiona, ale jednocześnie… czuję się dziwnie spokojna. Bo to był on. Przez cały czas to był on.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Wieczór jest leniwy i cichy — pierwszy taki od wielu dni. Siedzimy w salonie, światła są przyciemnione, na ekranie leci jakiś stary film, którego nikt tak naprawdę nie ogląda. Lili siedzi wtulona w mój bok, jej głowa spoczywa na moim ramieniu, a palce leniwie bawią się brzegiem mojej koszulki. Czuję jej ciepło przez materiał i to jest jedyna rzecz, która ma teraz znaczenie.
Feniks leży rozciągnięty na kanapie z głową na jej kolanach. Jego oczy są na wpół przymknięte, ale wciąż skierowane na ekran. Lilien machinalnie głaszcze go po rudych włosach, a on mruczy cicho z zadowoleniem, jak wielki, rozleniwiony kot.
Cassian siedzi w fotelu obok, milczący, z nogą założoną na nogę.
Drzwi jednego z pokoi gościnnych otwierają się cicho i wchodzi Ivy. Ma na sobie jasną piżamę w drobne, różowe kwiatki, wygląda w niej jeszcze młodziej i delikatniej niż zwykle. Przez chwilę stoi w progu, rozglądając się niepewnie, jakby szukała miejsca dla siebie. Potem jej wzrok zatrzymuje się na Cassianie.
Bez słowa rusza w jego stronę pewnym, choć trochę nieśmiałym krokiem. Wciska się na fotel obok niego, przywierając do jego boku. Cassian nie mówi ani słowa, po prostu unosi koc i otula nim ich oboje, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Feniks nawet nie odrywa wzroku od ekranu.
— Głaszcz mnie, Lili, nie przestawaj — żąda cicho, leniwie, niemal kapryśnie.
Czarodziejka uśmiecha się lekko i kontynuuje głaskanie jego włosów. Patrzę na całą scenę i czuję dziwny, spokojny ciężar w piersi. Wszystko się zmienia. Uznałbym to nawet za ciekawe, gdyby nie obawa, że kiedy bańka pęknie, to wybuchnie prosto w twarz Lilien.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
W salonie jest ciepło i spokojnie, jedyny dźwięk to ciche dialogi z filmu, którego nikt tak naprawdę nie śledzi. Lili siedzi wtulona w bok Ashera, z głową opartą na jego ramieniu. Feniks leży rozciągnięty na kanapie z głową na udach Lilien. Jego oczy są na wpół przymknięte, a na twarzy ma ten błogi, leniwy wyraz, który pojawia się tylko wtedy, gdy ona go dotyka. Dziewczyna powoli, czule głaszcze go po rudych włosach, a ja czuję wszystko to, co on, dlatego zupełnie nie przeszkadza mi to, że siedzę obok w fotelu.
Feniks mruczy. Głęboko. Nisko. Zupełnie jak wielki, rozkoszujący się kot.
„Mmm… tak, Kochanie… właśnie tak… nie przestawaj…” — wibruje mi w głowie jego głos, pełen czystej, leniwej rozkoszy. — „Jej palce są idealne. Ciepłe. Miękkie. Chcę, żeby robiła to wiecznie. Chcę zasnąć tutaj, na jej kolanach, z jej dłonią we włosach…”
Mruczy głośniej, gdy Lilien przesuwa palce za jego uchem. Czuję to echo w swojej klatce piersiowej — ciepłe, przyjemne drżenie i czuję się tak samo błogo, jak on.
Wtedy drzwi pokoju gościnnego otwierają się cicho i wchodzi Ivy. Ma na sobie lekką, kwiatową piżamę. Przez chwilę stoi niepewnie, rozglądając się po pokoju. Jej wzrok zatrzymuje się na mnie. Bez słowa podchodzi i wciska się na fotel obok mnie. Przytula się do mojego boku, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Nie protestuję, tylko unoszę koc i otulam nim nas oboje. Feniks nawet nie odrywa wzroku od ekranu.
— Głaszcz mnie, Lili… nie przestawaj… — żąda cicho, ale wyraźnie, głosem już trochę zachrypniętym od zadowolenia.
Dziewczyna uśmiecha się i kontynuuje głaskanie, a Feniks mruczy jeszcze głębiej, jeszcze głośniej. Czuję, jak jego zadowolenie rozlewa się po mojej głowie jak gorący miód.
„Ona jest taka dobra dla nas… taka ciepła… taka nasza… Chcę więcej. Chcę, żeby nigdy nie przestała. Chcę zasnąć na jej kolanach…”
Patrzę na Lili. Na jej delikatny uśmiech, na to, jak jej palce zataczają powolne kręgi we włosach Feniksa. Czuję, jak on rozpływa się z rozkoszy, a ja wraz z nim. Patrzę na Ivy, która wtula się mocniej w mój bok, i czuję dobrze znaną, ciepłą ochronną falę. Jest dla nas jak młodsza siostra Lilien, ktoś, kogo pilnujemy, kogo lubimy i o kogo się troszczymy. Feniks w mojej głowie mruczy dalej, całkowicie zatopiony w dotyku Lili.
„Kochanie… tak… właśnie tak… jesteś najlepsza…”
Uśmiecham się lekko pod nosem i mocniej otaczam Ivy kocem. To nasza rodzina. Trochę dziwna, trochę poplątana… ale nasza.