Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Asher

    Zwyczajny dzień w szkole. Idziemy całą paczką na lunch do cafeterii na kampusie. Lili idzie między mną a Feniksem, który jak zawsze jest w pełni obecny — ma rękę luźno zarzuconą na jej ramionach i co chwilę pochyla się, żeby coś mruknąć jej do ucha. Ona śmieje się cicho i opiera głowę o jego bark. Wyglądają jak zwykle — blisko, ciepło, naturalnie.

    Zaszła jednak jedna, wyraźna zmiana, a jest nią zachowanie Ivory. Zaczyna się jej gra. To żałosny, przewidywalny taniec. Patrzę na dziewczynę, jak znowu subtelnie zmienia pozycję — gdy Feniks jest bliżej Lili, ona natychmiast przysuwa się do Cassiana. Wciska się obok niego, lekko ociera ramieniem o jego ramię i uśmiecha się do niego nieśmiało. Cassian, jak zawsze opiekuńczy, odruchowo kładzie dłoń na jej plecach, żeby jej nie potrącono w tłumie. Z kolei, gdy Cassian wraca do Lili, ona wraca do Feniksa.

    Nie czuję do niej ani sympatii, ani złości. Jest mi po prostu obojętna. Traktuję ją jak element tła — coś, co istnieje, ale nie ma większego znaczenia, dopóki nie zacznie przeszkadzać. Jednak teraz zaczyna mnie irytować.

    W jej wielkich, rozanielonych oczach, w tym nieustannym szukaniu uwagi, naiwnym, arystokratycznym sposobie bycia widzę echo tego, czego najbardziej nienawidzę w Imperium. Te same słodkie uśmiechy, ta sama udawana delikatność, to samo przekonana o własnej ważności, postawa małej księżniczki, która myśli, że świat powinien jej się ułożyć, bo jest „grzeczna”. Dziewczyna przypomina mi pałacowe korytarze, ludzi, którzy uśmiechali się do mnie, a za plecami knuli. Przypomina mi wszystko, od czego uciekłem.

    Wiem, że jest zakochana. Najpierw w Feniksie, teraz, gdy odkryła prawdę, również w Cassianie. Całkowicie, po uszy, w obu wersjach tej samej osoby. To nie prowadzi do niczego dobrego. Cassian prędzej czy później ją odtrąci. Nie będzie brutalny, ale będzie szczery, a dla kogoś tak naiwnego jak ona szczerość może być bolesna. Wtedy Lili, jak zawsze, weźmie winę na siebie. Będzie się czuła odpowiedzialna, stanie się smutna, a tego nie chcę. Dlatego obserwuję Ivy z chłodną, kalkulującą obojętnością.

    Jest nieszkodliwa… na razie, jednak jeśli kiedykolwiek stanie się problemem, jeśli jej głupie zauroczenie zacznie psuć Lili humor albo komplikować nam życie, nie będę się wahał. Lepiej pozbyć się drobnych problemów, zanim przerodzą się w duże.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Siedzę w pustej sali wykładowej na najwyższym piętrze zachodniego skrzydła, a Angelica krąży przede mną jak rozgorączkowane zwierzę w klatce.

    — …i wtedy, podczas następnego treningu, przywołam demona cienia i każę mu rozszarpać jej twarz na oczach wszystkich! — mówi podniecona, gestykulując energicznie. — Wyobraź sobie! Lilien z bliznami na całej buźce. Wszyscy zobaczą, jaka jest brzydka, jaka słaba, jaka… nieczysta!

    Milczę.

    Wewnętrznie czuję, jak narasta we mnie chłodne, kliniczne rozdrażnienie — to już piąty absurdalny, prymitywny pomysł w ciągu ostatnich trzech dni. Wczoraj chciała obciąć jej włosy. Przedwczoraj proponowała, żeby „przypadkowo” zrzucić ją ze schodów biblioteki. Dzisiaj – rozszarpanie twarzy demonem na oczach całej Akademii. Każdy kolejny koncept jest coraz bardziej chaotyczny, głośny i… żałośnie nieinteligentny.

    Patrzę na nią jak na narzędzie, które właśnie zaczęło rdzewieć i tracić jakąkolwiek wartość użytkową. Była użyteczna. Przez pewien czas. Dostarczała mi czystej, surowej energii i stanowiła wygodną marionetkę. Teraz stała się ciężarem — hałaśliwym, niezdarnym i niebezpiecznie niekontrolowanym.

    — Angelico — przerywam jej w końcu, głosem spokojnym i precyzyjnym. — Twoje pomysły zaczynają być nie tylko infantylne, ale także… żenująco prymitywne.

    Jej twarz na moment tężeje.

    — Ale ja chcę, żeby cierpiała! — syczy. — Chcę, żeby wszyscy zobaczyli, kim naprawdę jest ta mała złodziejka!

    Uśmiecham się lekko, ale w środku czuję tylko zmęczenie i narastającą pogardę. Ona jest prymitywna. Emocjonalna. Niezdarna. Nie rozumie, że prawdziwa zemsta nie polega na spektaklu, tylko na cichym, eleganckim usunięciu przeciwnika z szachownicy.

    Patrzę na jej rozgorączkowaną twarz, na te błyszczące, pełne nienawiści oczy, i podejmuję decyzję. Muszę się jej pozbyć. Nie w sposób, który mógłby wzbudzić podejrzenia. Cicho. Czysto. Bez śladu.

    — Rozumiem twoje uczucia — mówię gładko, pochylając się lekko. — I zapewniam cię, że Lilien Everhart zapłaci za wszystko, jednak musimy działać z większą… finezją.

    Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, nieświadoma, że właśnie przestała być użyteczna. Powoli już planuję, jak najczystszym i najefektywniejszym sposobem usunąć to zużyte, hałaśliwe narzędzie z mojej gry. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Angelica

    Stoję na środku placu treningowego, serce bije mi mocno z ekscytacji. Nadszedł mój moment. Wreszcie wszyscy zobaczą. Mael stoi kilka kroków ode mnie, wysoki, chłodny, idealny. Wokół nas zebrała się cała grupa, są tu drugoroczni, pierwszoroczni, nawet kilku profesorów. Doskonale. Niech patrzą.

    Uśmiecham się szeroko, pewna siebie. Dzisiaj wszystko się skończy. Lilien w końcu dostanie to, na co zasłużyła.

    Mael podchodzi bliżej. Jego stalowoszare oczy są zimne jak zawsze, ale tym razem czuję w nich coś innego, ostrego, jakby… ostatecznego.

    — Angelico — mówi cicho, ale na tyle głośno, żeby inni usłyszeli. Wszyscy milkną. Idealnie. — Nasza… współpraca — ciągnie, a jego głos jest tak spokojny, tak kliniczny, że coś we mnie drży — dobiegła końca.

    Mrugam. Raz. Drugi.

    — Co…?

    Nie zdążam dokończyć. Mael unosi rękę. Na jego przedramieniu widnieje moje imię — czarne, eleganckie litery magicznej więzi, które… zaczynają blaknąć. Chłopak patrzy na nie przez ułamek sekundy, jakby to było coś zniesmaczającego, a potem po prostu… napis znika. Magiczna więź się rozpada.

    Czuję to jak uderzenie młotem w mostek. Ból jest fizyczny — ostry, palący, jakby ktoś wyrwał mi kawałek duszy. Dlaczego… to się stało? Na dodatek… nie po raz pierwszy. Boleśnie przypominam sobie spotkanie z Lucasem w ogrodzie na dachu.  

    Stoję tak, z otwartymi ustami, a cała Akademia się nam przygląda. Mael patrzy na mnie z góry. Jego twarz jest całkowicie obojętna.

    — Byłaś… użyteczna — mówi cicho, ale każdy słyszy. — Przez jakiś czas. Jednak twoja prymitywna żądza zemsty i brak subtelności stały się… męczące. — Każde słowo wbija się we mnie jak szkło. — Jesteś głośna. Niezdarna. Emocjonalna. — Uśmiecha się delikatnie, ale w tym uśmiechu nie ma nic ludzkiego. — Krótko mówiąc, przestałaś być przydatna. A tak poza tym — dodaje niemal radośnie — nie umywasz się do Lilien Everhart. 

    Wokół nas rozlega się szmer. Ktoś parska śmiechem. Ktoś inny szepcze „o kurwa…”. Czuję, jak twarz mi płonie. Gardło się zaciska. Oczy pieką. Nie. Nie tutaj. Nie na oczach wszystkich.

    — Mael… — mój głos łamie się żałośnie.

    On tylko unosi brew.

    — Nie rób scen, Angelico. To żenujące.

    Odwraca się do mnie plecami, jakbym była niczym. Odchodzi, nie oglądając się za siebie. Stoję pośrodku placu treningowego i czuję, jak cały świat wali mi się na głowę. Zdruzgotana. Upokorzona. Wściekła. I, co najgorsze, zupełnie sama.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Ceremonia parowania przed feriami międzysemestralnymi przebiega jak zawsze — nudna, przewidywalna, pełna fałszywej nadziei dziesiątek młodych czarodziejek. Stoję wśród tłumu, ale tak naprawdę nie istnieje dla mnie nikt inny. Tylko ona — Lilien Everhart.

    Obserwuję ją już od kilku miesięcy i z każdym tygodniem moja fascynacja staje się coraz bardziej intensywna, niemal bolesna. Z każdym jej gestem, spojrzeniem, cichym śmiechem czuję, jak limerencja w mojej piersi rozrasta się jak żywa, gorąca istota. Jest piękna w sposób, który wykracza poza zwykłą atrakcyjność — ma w sobie tę rzadką, niebezpieczną mieszankę delikatności i stalowej siły. Nie boi się mroku. Ona w nim kwitnie. Widzę to w sposobie, w jaki patrzy na Feniksa, jak pozwala mu się dotykać, akceptuje jego najciemniejsze, nieokiełznane oblicze bez najmniejszego wahania.

    Jej empatia jest jednocześnie irytująca i… upajająca. Ta szczera, głęboka zdolność do zrozumienia i zaakceptowania nawet najczarniejszych stron drugiej osoby. Pragnę, żeby skierowała tę empatię na mnie. Chcę, żeby patrzyła na mnie tak, jak patrzy na nich — z tym samym oddaniem, z tą samą bezwarunkową akceptacją.

    Jeśli uda mi się stworzyć między nami magiczną więź, nie będzie miała wyboru. Będzie zmuszona być blisko mnie. Codziennie. Niezależnie od tego, jak bardzo będzie się opierała. Jej empatia zrobi swoje. Mrok ją przyciągnie. Zaś oddanie — które potrafię symulować lepiej niż ktokolwiek inny — dokończy resztę. Będę jej cieniem, obsesją, wszystkim, czego potrzebuje, nawet jeśli jeszcze tego nie wie.

    Magia ceremonii gęstnieje. Czuję ciepło na przedramieniu. Powoli, elegancko, czarne litery materializują się na mojej skórze, układając się w jedno słowo — Lilien.

    Uśmiecham się ledwo zauważalnie, ale w środku czuję prawdziwy, palący głód. Doskonale. Teraz naprawdę zacznie się gra.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Ceremonia parowania przed feriami międzysemestralnymi jest jak zawsze napięta i pełna szeptów. Stoję wśród tłumu, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Asher jest po mojej prawej stronie, Feniks po lewej. Obaj stoją blisko, ich obecność jest jak mur, który chroni mnie przed całym światem.

    Wtedy to się dzieje. Na przedramieniu Maela Blackthorna powoli, elegancko materializują się czarne litery.

    Lilien.

    W sali treningowej zapada cisza tak głęboka, że słyszę własne serce. Mael podnosi wzrok i patrzy prosto na mnie. Na jego twarzy pojawia się ten sam zimny, kalkulujący uśmiech, który widziałam już zbyt wiele razy.

    Wściekłość uderza we mnie gorącą falą. Nie waham się ani sekundy. Robię krok do przodu, podnoszę brodę i mówię głośno, wyraźnie, tak żeby każdy w tej cholernej Akademii mnie usłyszał.

    — Odrzucam cię, Maelu Blackthorn.

    Słowa spadają jak cios. Tłum wstrzymuje oddech. Szum, który rozchodzi się po placu, jest głośny i chaotyczny — szepty, sapnięcia, okrzyki niedowierzania.

    Nie spuszczam wzroku z Maela.

    — Nie chcę cię. Nigdy cię nie chciałam. I nigdy nie będę twoja — mówię twardo, z czystą, nieukrywaną pogardą. — Mam dwóch mężczyzn, którzy są dla mnie całym światem. Cassiana, który oddałby za mnie życie i Ashera… który jest moją drugą połową. Oni są moimi partnerami, a ja należę tylko do nich. — Mój głos drży, ale nie ze strachu. Ze złości. — Ty jesteś nikim. Tylko cieniem, który próbuje się wślizgnąć tam, gdzie nie ma dla niego miejsca.

    Mael stoi nieruchomo. Jego uśmiech powoli gaśnie, ale oczy wciąż są zimne i niebezpieczne. Wokół nas wybucha chaos. Szum głosów staje się głośniejszy, ktoś krzyczy, ktoś inny woła moje imię. Czuję, jak Asher kładzie mi dłoń na plecach, a Feniks robi krok bliżej, jego aura jest gorąca i gotowa do walki.

    Stoję tam, z podniesioną głową, serce wali mi jak oszalałe, a w piersi czuję mieszankę wściekłości, ulgi i czystej determinacji.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Stoję tuż obok Lili, gdy jej słowa wciąż wiszą w powietrzu jak lodowe odłamki. Cała Akademia zamarła. Szum głosów powoli narasta, ale ja skupiam się tylko na jednym człowieku — Maelu Blackthornie. Patrzy na moją czarodziejkę z kalkulującym, lodowatym wyrazem twarzy, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że właśnie został publicznie odrzucony.

    Robię krok do przodu i staję ramię w ramię z moją dziewczyną. Feniks jest po drugiej stronie Lili, a jego aura jest gorąca, gotowa, by wybuchnąć.

    Patrzę prosto na Maela i uśmiecham się powoli, szczerze rozbawiony.

    — Naprawdę myślałeś, że moja dziewczyna jest empatyczną idiotką i przyjmie cię, tylko dlatego, żeby cię nie skrzywdzić? — pytam szczerze rozbawiony. — Moja mała czarodziejka własnymi rękami zamordowała cesarzową — informuję go chłodno. — Jest nieobliczalna i zdolna do wszystkiego. Dlatego… tak idealnie do nas pasuje. 

    Mael patrzy na nas nic nierozumiejącym wzrokiem i wiem, że nie widzi różnicy między sobą, a Feniksem. Tylko, że Cassian… spaliłby dla niej cały świat… z miłości, czystej i nieokiełznanej… podczas, gdy Mael chciałby ją trzymać jako dekorację, dodatek do własnych, egoistycznych planów.  

    Przez chwilę w auli panuje absolutna cisza. Potem wybucha chaos. Stoję tam, z Lili u mojego boku i Feniksem po drugiej stronie, i czuję, jak w piersi rozlewa mi się zimna, mroczna satysfakcja. Jestem pewien, że to nie koniec. To dopiero początek prawdziwej wojny.

    Note