Rozdział 6 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Lilien
Przymykam oczy i głęboko oddycham. Do tej pory nie wiem, jak to się mogło stać. W Chicago coraz częściej otwierają się pełne demonów portale. Magiczne służby porządkowe mają pełne ręce roboty. Wuj Ashera wysłał do pomocy w usuwaniu zagrożeń jeden z najlepszych, magicznych oddziałów, w całych Stanach Zjednoczonych giną niewinni ludzie, a uczniowie Akademii Róż i Zaklęć… bawią się w przedszkole. Dosłownie.
Magiczna część szkoły podzieliła się na dwa obozy — #team Angelica oraz #team Lilien. Do tej pory nawet nie miałam pojęcia, że mam swoich fanów, a może raczej mamy, bo niektórzy kibicowali mi wyłącznie przez wzgląd na Cassiana, Feniksa lub Ashera.
Angelica otwarcie, publicznie wypowiedziała mi wojnę, a ja odnoszę wrażenie, że tworzy wokół siebie coś na kształt sekty.
Muszę przyznać, że sama nie znam zbyt wielu uczniów, bo nawet gdybym bardzo chciała, to w poprzednim roku nie za bardzo miałam czas ich poznawać, a teraz nagle okazuje się, że mnie samą znają dosłownie wszyscy, mimo że wcale o to nie zabiegałam.
— Lili! — podbiega do mnie bardzo przejęta Ivory. — Ratuj, proszę!
Dziewczyna natychmiast chowa się za moimi plecami. Podnoszę wzrok i widzę, że kawałek dalej czai się kilku chłopaków. Mają ze sobą kwiaty, słodycze, a jeden przyniósł nawet dużego, pluszowego misia. Ivy oberwała rykoszetem na fali popularności naszej grupy, jako jedyna czarodziejka bez partnera, która się z nami trzyma.
Stojący obok Cassian kładzie jej rękę na ramieniu. Jestem pewna, ze akurat on doskonale rozumie, z czym mierzy się dziewczyna. Uśmiecham się do siebie, bo właśnie zaczęłam się zastanawiać, co Feniks mówi do niego w myślach — jestem pewna, że ma bardzo ciekawe rozważania. Jego samego poprosiłam o to, żeby pilnował Ethana, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Jest do tego najlepszym kandydatem, bo jako jedyny w razie potrzeby może się do nas po prostu „teleportować”, wystarczy, że będzie chciał wrócić do Cassiana.
— Wszystko w porządku, Ivy? — pyta chłopak.
— Teraz już tak… — wzdycha dziewczyna, rozglądając się wokół siebie. — Gdzie Feniks?
— W Chicago — odpowiada jej Cassian. — Miał tam coś do załatwienia. Nie będzie go przez parę dni.
Dziewczyna wygląda na mocno zawiedzioną. Kto by pomyślał, że aż tak przywiązała się do Feniksa? Uśmiecham się do niej ze zrozumieniem i delikatnie przyciągam ją bliżej, obejmując ramieniem jej plecy.
— Wiem, że za nim tęsknisz — mówię cicho. — Obiecał, że będzie pilnował Ethana, mojego młodszego brata, o którym jeszcze nie wiemy czy ma w sobie magię, wiec nie może podróżować do magicznego świata. Przy tej fali demonów po niemagicznej stronie… — głos mi się lekko łamie, gdy przypominam sobie, co stało się z rodziną Everhartów — w Chicago nie jest bezpiecznie.
Ivy kiwa głową, ale wciąż wygląda na trochę smutną. Cassian patrzy na nią z tym swoim spokojnym, opiekuńczym wyrazem twarzy.
— Jeśli chcesz, możesz z nam pojechać po zajęciach do naszego mieszkania — proponuje. — Jestem pewien, że on też chętnie cię zobaczy.
Dziewczyna rumieni się lekko, ale wygląda na podekscytowaną.
— Naprawdę bym mogła? — pyta cichutko, nie patrząc jednak na Cassiana, tylko na mnie.
Przytakuję jej z przekonaniem, a ona cała się rozpromienia.
— Zrobimy sobie piżama party — proponuję, a oczy Ivy jeszcze bardziej się rozjaśniają.
W tym momencie podchodzi do nas Sara z Nathanem. Sara od razu zauważa minę Ivy i rzuca mi pytające spojrzenie.
— Lili właśnie zaprosiła ją na piżama party — Cassian wyręcza mnie w wyjaśnieniach.
— Też mogę dołączyć? — pyta podekscytowana.
— Pewnie — uśmiecham się do niej radośnie. — Im nas więcej, tym weselej. W penthousie powinien się znaleźć gościnny pokój dla ciebie i Nathana.
Moja przyjaciółka wygląda na zadowoloną, ale potem zawadza spojrzeniem o grupkę wpatrujących się w Ivy maślanym wzrokiem chłopaków.
— Aha — mruczy Sara. — Znowu fani?
— Rykoszet — wzdycham. — Ivy oberwała przez nas.
Nathan parska śmiechem, a Sara klepie Ivy po plecach, żadne z nich ani odrobinę jej nie współczuje.
Po chwili dołączają do nas Asher i Lucas. Patrzę na całą naszą grupkę i czuję, jak mimo wszystko robi mi się cieplej na sercu. Nawet w tym chaosie, w którym nagle znalazła się cała Akademia, mamy siebie. To już coś. Jednak w głowie wciąż kołaczą mi się słowa Angelicy i ten zimny, kalkulujący uśmiech Maela.
„Nie należysz do tego świata.”
Zaciskam palce ręce Cassiana i staram się, żeby mój głos brzmiał normalnie.
— Chodźcie — mówię do wszystkich. — Zróbmy coś normalnego, zanim znowu coś wybuchnie.
Ivy uśmiecha się niepewnie, ale kiwa głową. Cassian wciąż trzyma rękę na jej ramieniu, a ja czuję za plecami kojącą obecność Ashera. Na razie to musi wystarczyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Idziemy szerokim korytarzem Akademii po ostatniej lekcji. Lilien jest między mną a Asherem, a ja cały czas trzymam dłoń na jej plecach — nie mogę się powstrzymać. Lucas idzie po drugiej stronie, Sara i Nathan tuż za nami, a Ivy trzyma się blisko Lilien, jakby bała się, że ktoś ją znowu zaatakuje.
Cała szkoła jest podzielona na pół i to już nie jest żart.
Z jednej strony korytarza grupa dziewczyn z #team Angelica patrzy na nas z otwartą nienawiścią. Kilka z nich ma na plecakach małe naklejki z inicjałami „A.L.”. Z drugiej strony ktoś głośno szepcze „#team Lilien” i ktoś inny unosi kciuk w naszą stronę. To jest chore. Dosłownie jak w przedszkolu, tylko z magią i realnym ryzykiem, że ktoś komuś przywoła demona na głowę.
Feniks w mojej głowie jest w pełni aktywny, chociaż fizycznie jest teraz w Chicago z Ethanem.
„Patrz na te suki” — warczy z obłąkańczym chichotem. — „Patrz, jak się gapią na Kochanie. Chcę spalić im włosy. Tylko końcówki. Żeby ładnie pachniało spaloną zazdrością. Chcę, żeby płakały. Chcę, żeby błagały. Lili jest nasza. Nasza. NASZA.”
Zaciskam szczękę i staram się nie pokazać po sobie, jak bardzo jest wkurwiony. Lilien lekko się do mnie przysuwa. Czuję, że jest spięta.
— Wszystko w porządku? — pytam cicho, głaszcząc ją kciukiem po plecach.
— Tak… — odpowiada, ale jej głos jest trochę zbyt spokojny. — Tylko… nie mogę się przyzwyczaić do tego, że nagle mam „drużynę”. I że połowa szkoły mnie nienawidzi.
Asher parska krótkim śmiechem.
— Połowa szkoły zawsze kogoś nienawidzi. Angelica tylko to ukierunkowała w naszą stronę.
Sara, idąca za nami, wtrąca się z sarkazmem.
— No właśnie. Przedtem nienawidziły cię tylko te dziewczyny, które chciały Cassiana. Teraz nienawidzą cię też ci, którzy adorują Angelicę. Jesteś multi-level hate magnet.
Nathan parska śmiechem.
— To brzmi jak tytuł piosenki.
Ivy idzie obok Lili i wygląda na lekko przytłoczoną.
— Ja… ja po prostu nie rozumiem, jak można kogoś tak nienawidzić — mówi cicho. — Przecież nic im nie zrobiłaś.
Feniks w mojej głowie wybucha głośnym, obłąkańczym rechotem.
„Nic nie zrobiłaś?! Ona im zabrała ich ukochaną narrację! Złodziejka przeznaczenia! Chcę spalić im wszystkie plakaty z Angelicą. Chcę, żeby płonęły razem z nimi. Lili jest lepsza. Lili jest nasza. Chcę wrócić. Chcę być przy niej. Powiedz jej, że tęsknię. Powiedz jej, że jak ktoś ją dotknie, to spalę całe skrzydło Akademii.”
Uśmiecham się lekko i ściskam Lilien mocniej.
— Feniks mówi, że tęskni — mówię półgłosem. — I że jak ktoś cię dotknie, to spali całe skrzydło.
Lilien parska cichym śmiechem, choć wciąż jest spięta.
— Powiedz mu, żeby nie spalał niczego. Ethan jest ważniejszy.
Feniks w mojej głowie warczy z frustracją.
„Szczeniak jest bezpieczny. Ja też chcę być bezpieczny… przy niej. Chcę ją przytulać. Chcę ją gryźć. Chcę ją… kurwa, Cassian, powiedz jej, że jak wróci do domu, to nie odpuszczę ani na sekundę.”
Kręcę głową i patrzę na Lilien.
— On mówi, że jak wrócimy, to będzie bardzo… nachalny.
Asher unosi brew i rzuca mi rozbawione spojrzenie.
— Jakby teraz nie był.
Lucas tylko wzdycha.
— Szkoła się rozpada, a my gadamy o tym, jak bardzo Feniks będzie nachalny.
Sara parska śmiechem.
— Bo to jest ważniejsze niż demony w Chicago, najwyraźniej.
Idziemy dalej korytarzem, a ja czuję, jak Feniks w mojej głowie nadal szaleje — mieszanka wściekłości, obsesyjnej miłości i frustracji, że nie może być tu fizycznie.
„Lili… Lili… Lili… Moja. Nasza. Nikt jej nie tknie. Nikt.”
Trzymam dłoń na jej plecach i staram się, żeby mój głos brzmiał normalnie.
— Chodźmy stąd. Im szybciej wyjdziemy z tego cyrku, tym lepiej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wchodzimy do penthouse’u wszyscy razem — ja, Cassian, Asher, Lucas, Ivy, Sara i Nathan. Po całym dniu w Akademii marzę tylko o tym, żeby zdjąć buty i paść na kanapę. Otwieram drzwi i zamieram w progu.
Na środku stołu w salonie płonie mały, starannie ułożony stosik z patyczków i papieru. Nad nim unosi się dym o dziwnym, słodkawym zapachu. Przy stole siedzą Feniks i Ethan.
Feniks w swojej dorosłej formie trzyma w palcach małą, niedorobioną laleczkę ze szmatki i patyczków. Ma na niej przyklejoną kartkę z napisem „Angelica” nakreślonym wielkimi, dziecinnymi literami. Ethan siedzi obok niego z wypiekami na twarzy i właśnie wbija szpilkę w głowę kolejnej laleczki.
— Jeszcze raz! — mówi Ettie z ekscytacją. — Tym razem w serce!
Feniks mruczy z aprobatą.
— Dobrze, szczeniaku. Celuj prosto w próżność. To jej najsłabszy punkt.
Obaj jednocześnie podpalają laleczkę. Płomyk jest złocisty, piękny i absolutnie niekontrolowany. Laleczka skręca się w ogniu, a Feniks śmieje się gardłowo.
— Spal się, suko — mówi z wyraźną satysfakcją.
Zamieram w drzwiach.
Jestem jednocześnie rozbawiona i… totalnie załamana.
— Kotku… Ettie… — wyduszam z siebie.
Obaj odwracają się w moją stronę.
Ethan natychmiast zeskakuje ze stołka i rzuca się na mnie z impetem, przytulając twarz do mojego brzucha.
— Lili! — woła radośnie. — Zrobiłem laleczkę Angelicy! Feniks pokazał mi jak!
Feniks wstaje leniwie, podchodzi do mnie tym swoim kocim krokiem i bez słowa obejmuje mnie od tyłu, wtulając twarz w moją szyję. Czuję jego ciepły oddech na skórze.
— Kochanie wróciło — mruczy z zadowoleniem, muskając nosem moją skroń. — Tęskniliśmy. Szczeniak był bardzo grzeczny. Razem pracowaliśmy nad… terapią.
Asher za moimi plecami parska cichym śmiechem. Cassian tylko wzdycha ciężko.
— Kotku… — zaczynam, ale nie wiem, czy chcę go strofować, czy sama się roześmiać. Feniks przytula mnie mocniej, a Ethan wciąż nie chce puścić moich nóg.
— Co? — pyta niewinnie Feniks, a w jego głosie słychać ten charakterystyczny, obłąkany uśmieszek. — To tylko terapia. Spalanie negatywnych emocji. Bardzo zdrowe. Szczeniak świetnie sobie radzi.
Ethan podnosi głowę i patrzy na mnie wielkimi, niewinnymi oczami.
— Lili, nie gniewaj się… Feniks powiedział, że jak spalimy Angelicę, to przestanie cię męczyć.
Czuję, jak jednocześnie chce mi się śmiać i płakać. Przytulam Ettiego jedną ręką, a drugą sięgam do tyłu i głaszczę Feniksa po rudych włosach. On mruczy głośniej i wtula się we mnie jeszcze mocniej.
— Jesteście niemożliwi — wzdycham, ale nie mogę powstrzymać uśmiechu. — Obaj.
Feniks całuje mnie w szyję.
— Dla ciebie, Kochanie… wszystko — szepcze mi prosto do ucha. — Nawet terapia szczeniaka.
Ethan chichocze i mocniej obejmuje moje nogi. Stoję w progu naszego domu, otoczona dwoma moimi ulubionymi chłopakami — jednym małym i jednym bardzo, bardzo dużym — i zastanawiam się, jak to możliwe, że w tym całym chaosie czuję się jednocześnie tak bezpieczna i tak kompletnie szalona.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ethan
Drzwi się otwierają i od razu wiem, że to Lili! Zeskakuję z krzesła tak szybko, że prawie przewracam stosik patyczków, z których robiliśmy laleczki z Feniksem. Biegnę przez cały salon i rzucam się prosto na nią.
— Lili! Wróciłaś! — wołam i mocno się do niej przytulam, wciskając twarz w jej bluzkę.
Pachnie domem i trochę dymem z tego, co Feniks robił na zewnątrz. Potem podnoszę głowę i widzę Go. Asher stoi tuż za nią, wysoki i spokojny, z lekkim uśmiechem, który zawsze ma, kiedy na mnie patrzy. Serce mi podskakuje jak szalone.
— Asher! — krzyczę i puszczam Lili, żeby rzucić się prosto na niego.
Przytulam się do niego z całej siły, obejmując go w pasie. On śmieje się cicho i kładzie mi dużą, ciepłą rękę na głowie, mierzwiąc mi włosy.
— Hej, mały — mówi miękko. — Tęskniłem za tobą.
Jestem taki szczęśliwy, że aż mnie boli buzia od uśmiechu. Asher i Feniks to moi absolutni ulubieńcy na całym świecie. Nikt nie jest fajniejszy od nich dwóch.
— Asher, musisz to usłyszeć! — mówię bardzo szybko, bo nie mogę wytrzymać. — Smok mnie uratował! Ten magiczny smok, którego mi dałeś! Kiedy tamci źli ludzie przyszli do domu i wszystko… no wiesz… robiło się strasznie… smok mnie schował w sobie! Byłem w środku szkatułki i nic mi się nie stało! Siedziałem tam cicho i słuchałem, a on mnie pilnował!
Asher patrzy na mnie z tym poważnym, ale ciepłym spojrzeniem i kiwa głową.
— Wiedziałem, że cię ochroni — mówi cicho. — Dlatego ci go dałem.
Feniks podchodzi do nas i kładzie mi rękę na ramieniu. Jest bardzo ciepły, jak zawsze.
— Szczeniak był dzielny — mruczy i patrzy na Ashera. — Prawda, że był?
Kiwam głową tak mocno, że aż mi się włosy trzęsą.
— Byłem! Feniks też mnie pilnował! I ty mnie uratowałeś, bo dałeś mi smoka! Wy dwaj jesteście najfajniejsi na całym świecie!
Przytulam się znowu do Ashera, a Feniks śmieje się tym swoim niskim, mruczącym śmiechem i mierzwi mi włosy drugą ręką. Czuję się taki szczęśliwy, że aż chce mi się skakać. Lili wróciła, Asher jest tutaj, Feniks też, i nikt już nie jest smutny. To jest najlepszy wieczór ever.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Piżama party w penthousie to najfajniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła od bardzo dawna. Siedzimy wszyscy na ogromnym dywanie w salonie, rozłożeni wśród poduszek i koców. Zamówiliśmy ogromne ilości sushi — rolki, nigiri, sałatki i te pyszne, chrupiące tempury. Na stole stoi cała bateria miseczek z sosem sojowym i wasabi. Feniks siedzi tuż obok mnie i co chwilę podkrada mi kawałek z talerza, mrucząc z zadowoleniem.
— Pisklak ma dobry gust — mówi z pełnymi ustami. — Ten z łososiem jest prawie tak smaczny jak ty.
Rumienię się i szturcham go w ramię. On tylko się śmieje tym swoim niskim, gardłowym śmiechem i obejmuje mnie ramieniem, przyciągając bliżej.
Gra, w którą gramy, nazywa się „Prawda czy Wyzwanie – edycja magiczna”. Pytania są tak krępujące, że co chwilę ktoś parska śmiechem albo czerwieni się jak burak. Wyzwania… no cóż… lepiej się ich nie podejmować.
Sara właśnie kończy opowiadać, jak Nathan kiedyś przypadkowo przywołał swoją duchową bestię podczas ich pierwszej randki po parowaniu i jeleń zjadł jej bukiet kwiatów. Wszyscy się śmieją.
Teraz kolej na mnie.
— Ivy — mówi Sara z szelmowskim uśmiechem. — Prawda, czy kiedykolwiek miałaś crusha na kogoś z naszej paczki?
Czuję, jak moja twarz robi się gorąca. Wszyscy patrzą na mnie. Feniks obok mnie unosi brew i patrzy tym swoim złotym, ciekawskim spojrzeniem.
— No… — dukam, starając się brzmieć lekko. — Może… troszeczkę…
Sara piszczy z radości.
— Na kogo?!
Nie zdążam odpowiedzieć, bo Ethan, który siedzi po drugiej stronie Feniksa w swojej piżamie z dinozaurami, nagle chichocze głośno.
— Na Feniksa! — woła triumfalnie. — Wszyscy to wiedzą! Ona jest pisklakiem, a ja szczeniakiem!
Feniks parska śmiechem i mierzwi Ethanowi włosy.
— Dokładnie tak, szczeniaku. Ty jesteś moim szczeniakiem, a ona moim pisklakiem.
Ethan śmieje się jeszcze głośniej i wciska się pod ramię Feniksa.
— Ale ja byłem pierwszy! — mówi dumnie.
— Byłeś — potwierdza Feniks i patrzy na mnie z tym leniwym, drapieżnym uśmiechem. — Ale pisklak też jest nasz.
Czuję, jak serce mi podskakuje. „Nasz”. On to powiedział tak naturalnie, jakby to było oczywiste.
Lilien uśmiecha się do mnie ciepło z drugiej strony kanapy, gdzie siedzi wtulona w Ashera.
— Nie dręczcie jej — mówi łagodnie, ale w jej oczach jest rozbawienie.
Nathan rzuca kolejną prawdę, tym razem do Lucasa, a ja ukradkiem patrzę na Feniksa. On nadal ma rękę zarzuconą na moje ramiona i co chwilę podkrada mi sushi, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Czuję się jednocześnie szczęśliwa i trochę zagubiona. Kiedy Ethan i Feniks śmieją się razem z tego „szczeniaka” i „pisklaka”, wszystko wydaje się takie proste i ciepłe, a jednak w głowie wciąż kołacze mi się pytanie, które zadałam sobie wcześniej — Czy ja naprawdę jestem tylko „pisklakiem”? Czy może… jest szansa, że kiedyś będę kimś więcej?
Czas mija nieubłaganie. Zrobiło się już bardzo późno. W penthousie jest cicho, tylko od czasu do czasu ktoś ziewa albo cicho się śmieje. Sara i Nathan już dawno zniknęli w jednym z gościnnych pokoi, żegnając się z nami zaspanymi „dobranockami”. Asher przed chwilą zaniósł śpiącego Ethana do jego pokoju — mały zasnął na kanapie z głową na kolanach Feniksa i pluszowym feniksem w ramionach. Lucas gdzieś wyszedł — powiedział tylko, że „musi coś sprawdzić” i zniknął.
Zostaliśmy we czwórkę — ja, Lili, Cassian i Feniks.
Serce zaczyna mi bić szybciej, kiedy zdaję sobie sprawę, że zaraz zostanę sama. Czuję, jak ogarnia mnie panika. Nie chcę spać sama. Nie po tym wszystkim, co się działo w szkole. Nie po tym, jak przez tyle dni bałam się, że ktoś znowu mnie gdzieś zamknie albo upokorzy.
Lili zauważa moją minę. Uśmiecha się do mnie miękko.
— Ivy, jeśli chcesz, możesz wziąć ostatni wolny pokój gościnny — mówi cicho. — Jednak… jeśli wolisz, możesz spać z nami. W głównej sypialni jest duże łóżko.
Nie zastanawiam się nawet sekundy.
— Z wami — odpowiadam szybko, może zbyt szybko. — Jeśli… jeśli nie przeszkadzam.
Lili uśmiecha się jeszcze szerzej i kiwa głową.
— Oczywiście, że nie przeszkadzasz.
Kilka minut później leżę już w ogromnym łóżku, pomiędzy Lilien a Feniksem. Cassian leży po drugiej stronie dziewczyny, ale ja jestem dokładnie pośrodku — między nimi dwojgiem. Serce mi wali jak szalone. Jestem taka szczęśliwa, że aż mnie coś ściska w gardle.
Feniks od razu wtula się we mnie od swojej strony, zarzucając na mnie ciężkie, ciepłe ramię. Lili leży po drugiej stronie, twarzą do mnie. Rozmawiamy przyciszonymi głosami, prawie szeptem, żeby nie obudzić nikogo.
— …i wtedy Ethan powiedział, że Feniks jest jego ulubionym „dużym kotem” — mówi Lili cicho, chichocząc.
Feniks mruczy zadowolony i wtula nos w moje włosy.
— Szczeniak ma rację. Jestem najlepszym kotem.
Lili wyciąga rękę ponad moją głową i delikatnie głaszcze Feniksa po rudych włosach. On wydaje z siebie głęboki, gardłowy pomruk rozkoszy i mocniej przytula się do mnie. Czuję jej palce tuż nad moją głową, są ciepłe, spokojne i pełne czułości. W mojej piersi pojawia się dziwna, skomplikowana mieszanka uczuć. Szczęście, że leżę tak blisko nich. Zazdrość, bo Lili dotyka go z taką naturalną, bezwarunkową miłością. I coś jeszcze — coś ciepłego i smutnego jednocześnie.
Leżę nieruchomo, wdychając zapach Feniksa i Lilien, i myślę sobie, że nigdy w życiu nie czułam się jednocześnie tak bezpieczna… i tak bardzo zagubiona.
— Dobranoc, pisklaku — Feniks mruczy mi prosto we włosy.
— Śpij dobrze, Ivy — szepcze Lili.
Zamykam oczy i staram się zapamiętać to uczucie. Mimo tego całego mętliku w głowie… właśnie w tej chwili czuję się najcudowniej na świecie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Leżę w wielkim łóżku w naszej sypialni w penthouse’u i nie mogę zasnąć. Lili śpi spokojnie po mojej lewej stronie, wtulona w moje ramię, jej oddech jest ciepły i równy. Po jej drugiej stronie znajduje się Ivy — zwinięta w mały kłębek, w mojej zdecydowanie za dużej na nią bluzie. Pisklak oddycha równomiernie, ale co jakiś czas porusza się niespokojnie przez sen.
Feniks w mojej głowie jest wyjątkowo aktywny.
„Patrz na tego pisklaka… leży tak blisko Kochania. Blisko. Za blisko? Nie. Nie spalamy pisklaka. Lili lubi pisklaka. Pisklak jest nasz. Mały, piegowaty, przestraszony pisklak. Lubię, jak pachnie strachem i wanilią. Chcę ją chronić. Chcę spalić wszystkich, którzy spróbują ją skrzywdzić. Ją samą również. Ale nie za mocno. Tylko troszeczkę. Żeby zapamiętała, że nie wolno jej zabierać uwagi Kochania.”
Uśmiecham się w ciemności. Feniks mruczy dalej, jego myśli są chaotyczne, ale spójne w jednym — wszystko kręci się wokół Lilien.
„Szczeniak jest nasz. Pisklak jest nasz. Bo Kochanie ich lubi. Jak Kochanie jest szczęśliwa, to my jesteśmy szczęśliwi. Ale jak pisklak za bardzo się zbliży… jak spróbuje zabrać choć odrobinę Kochania dla siebie… wtedy spalimy tylko jej włosy. Tylko końcówki. Żeby ładnie pachniało spaloną nadzieją.”
Przyciągam Lilien bliżej do siebie. Ona mruczy przez sen i wtula się we mnie mocniej. Feniks w głowie wydaje z siebie głęboki, gardłowy pomruk zadowolenia.
„Tak. Właśnie tak. Kochanie jest tu. Pisklak też jest tu. Obaj pilnujemy. Ja i ty.”
Patrzę na śpiącą Ivy. Wiem, że Feniks naprawdę ją lubi — na swój sposób. Jednak wiem też, że gdyby kiedykolwiek stanęła między nami a Lilien… nie byłoby litości.
„Pisklak jest nasz” — mruczy Feniks, czytając mi w myślach. — „Ale Kochanie jest najważniejsza. Zawsze. Na zawsze. Na wieczność.”
Zamykam oczy i przytulam Lilien jeszcze mocniej. W głowie Feniks nadal mruczy cicho, obsesyjnie, radośnie.
„Lili… Lili… Lili… Nasz pisklak. Nasz szczeniak. Wszystko nasze.”
Wzdycham, bo trudno mi się z nim nie zgodzić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Budzę się gwałtownie w środku nocy, serce wali mi jak młot. Penthouse jest pogrążony w ciszy, tylko delikatny oddech Lilien obok mnie przerywa ciemność. Leży wtulona w moje ramię, ciepła i spokojna. Przymykam oczy i natychmiast łączę się z Feniksem.
Widzę miasto jego oczami. Chicago nocą śmierdzi strachem i spalinami. Stoję na dachu jednego z tych szklanych wieżowców, wiatr smaga mi twarz, a ja czuję, jak krew mi się gotuje. Ethan siedzi za mną na wentylatorze, owinięty w moją bluzę, która sięga mu prawie do kostek. Trzyma w rękach małego pluszowego feniksa, którego mu dałem — a raczej on mu go dał.
W dole miasto płonie. Nie dosłownie — jeszcze nie — ale kolejna wyrwa w niebie właśnie się otworzyła, czarna i poszarpana, a z niej wylewają się demony. Setki. Głodne. Głupie. Słabe.
Feniks w mojej głowie — a właściwie ja sam — uśmiecha się szeroko, obłąkańczo.
„No dalej, robaki. Chodźcie. Chodźcie wszyscy.”
Rzucam się w dół. Ogień niesie mnie, złocisty i gorący. Materializuję się pośród nich i rozrywam pierwszego demona gołymi rękami. Krew tryska, czarna i gęsta. Śmieję się głośno, gardłowo.
„Za słabi. Za wolni. Za głupi.”
Drugi próbuje mnie ugryźć. Przywołuję czarnego rumaka, a ten tratuje go kopytami, miażdżąc kręgosłup z przyjemnym chrupnięciem. Trzeci chce uciec. Łapię go za szyję i podnoszę.
„Powiedz swojej pani, że Chicago jest moje” — warczę mu prosto w czerwone ślepia. — „Powiedz jej, że jeśli jeszcze raz otworzy bramę blisko mojej Lili… spalę całe jej królestwo.”
Wbijam palce w jego gardło i podpalam od środka. Demon eksploduje w fontannie ognia i popiołu.
Ethan patrzy na to wszystko wielkimi, zachwyconymi oczami. Klaszcze w dłonie uradowany.
— Feniks! Jeszcze jednego! Tego dużego!
Uśmiecham się. Szczeniak ma dobry gust.
„Szczeniak jest bezpieczny” — mruczę do siebie. — „Nikt go nie ruszy. Spalę każdego, kto spróbuje.”
W głowie mam szaleństwo.
„Widzisz, Kochanie?” — szepczę w myślach. — „Robię to dla ciebie. Dla ciebie i szczeniaka. Spalam wszystko, co mogłoby was dotknąć. Chcę być przy tobie. Chcę cię przytulać. Chcę cię gryźć. Chcę cię spalić i odrodzić w ogniu, żebyś była tylko moja.”
Kolejna fala demonów wylewa się z portalu. Śmieję się jeszcze głośniej, obłąkańczo, radośnie.
„Chodźcie. Chodźcie wszyscy.”
Przywołuję orła i wilka jednocześnie, żeby kolejne bestie dołączyły do walczącego u mojego boku rumaka. Cała ulica staje w ogniu. Płomienie są moje — złociste, idealne, piękne. Demony wrzeszczą, a ja tańczę między nimi jak wariat. Rozrywam, palę, rozszarpuję. Krew paruje na mojej skórze, ale nie parzy. Nic mnie nie parzy oprócz tęsknoty za nią.
„Lili… wrócę. Wrócę i nie odpuszczę ani na sekundę. Będę przy tobie. Będę cię chronił. Będę cię kochał tak mocno, że spłoniesz razem ze mną.”
Otwieram oczy w penthousie. Leżę obok Lilien, która śpi spokojnie, wtulona w moje ramię. Serce wali mi jak oszalałe. Czuję smak krwi demonów na języku, choć przecież jestem tutaj. Feniks w mojej głowie nadal się śmieje — nisko, szaleńczo, obsesyjnie.
„Widziałeś? Widziałeś, jak pięknie płoną? To wszystko dla niej. Dla naszej Lili.”
Przytulam dziewczynę mocniej i całuję ją w skroń. Ona mruczy coś przez sen i wtula się we mnie jeszcze głębiej. Leżę w ciemności i czuję, jak Feniks w mojej głowie nadal płonie. Wiem, że on nie przestanie. Nigdy.
„W głowie mam tylko ciebie. Twój zapach. Twój śmiech. Twój dotyk, kiedy głaszczesz mnie po włosach i mówisz dobry Kotek. Chcę być przy tobie. Chcę cię przytulać. Chcę cię gryźć. Chcę cię spalić i odrodzić w ogniu, żebyś była tylko moja.”
Ponownie znajduję się w jego ciele. Jeden z demonów próbuje przebić się w stronę budynku, na dachu którego siedzi Ethana.
„Nie.”
Jestem tam w ułamku sekundy. Łapię go za głowę i wciskam twarz w asfalt tak mocno, że czaszka pęka jak jajko.
„Nikt nie dotknie szczeniaka. Nikt nie dotknie niczego, co jest moje.”
Wracam na dach. Ethan patrzy na mnie wielkimi oczami, ale nie ma w nich strachu, jest tylko czysty zachwyt.
— Jesteś najfajniejszy — mówi cicho.
Uśmiecham się i kucam przy nim, głaszcząc go po głowie.
— Tylko dla ciebie i dla Kochania, szczeniaku. Tylko dla was.
W głowie nadal szaleję.
„Lili… Wrócę i nie odpuszczę ani na sekundę. Będę przy tobie. Będę cię chronił. Będę cię kochał tak mocno, że spłoniesz razem ze mną.”
Patrzę na miasto w dole — na płonące ulice, na dym, na ciała demonów zmieniające się w popiół. Uśmiecham się szeroko. Chicago właśnie nauczyło się, że jest ktoś, kto kocha Lilien Everhart bardziej niż samo życie i że ten ktoś nie zna umiaru.