Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Suri

    Portal zamknął się za nimi bezgłośnie. Przed nimi wznosiły się jasne mury Akademii Królewskiej. Plac z portalami przed murami Akademii był pusty. Suri, stojąc na kamieniach, które znała od miesięcy, poczuła ulgę. Jeszcze chwila i znajdą dyrektor Morrigan. Potem artefakt przestanie być ich problemem.

    Kruk szedł po jej lewej stronie, czujny, ale spokojniejszy niż w Tokio. Kuro trzymał się tuż za jej ramieniem. Rini i Christopher zamykali tył.

    Nie zdążyła zrobić trzeciego kroku.

    Pierwszy pocisk magiczny uderzył w bruk tuż przed nimi. Kamień pękł, a powietrze wypełniło się ostrym, metalicznym zapachem. Spomiędzy drzew wysunęły się ciemno odziane sylwetki. Nie nosili mundurów gwardzistów z Akademii. Ruchy mieli czyste i pewne.

    Kruk zareagował szybciej niż myśl. Stanął przed Suri, a mieniąca się fioletową poświatą kosa zmaterializowała się w jego dłoni. Kuro warknął cicho, nisko, i Suri poczuła, jak jego magia zagęszcza się wokół niej niczym tarcza. Na kolejny atak byli już przygotowani.

    Suri zrozumiała to w ułamku sekundy. To nie był przypadkowy napad. Ktoś wiedział, że tu będą.

    Kruk złapał ją za ramię i szarpnął w bok, w cień kolumny. Rini zniknęła, a po chwili jeden z napastników runął na bruk, jakby ktoś podciął mu nogi. Christopher stał kilka kroków dalej, blady, z zaciętym wyrazem twarzy. Tuż przy nim pojawił się biały tygrys.

    Potem wszystko potoczyło się zbyt szybko.

    Christopher zbliżył się do niej, osłaniając ją przed kolejnym magicznym atakiem. Ogromne zwierzę stanęło między Suri a resztą dziedzińca, a świat jakby przygasł. Cienie, które Suri odruchowo próbowała przywołać, nie odpowiedziały. Kuro syknął z wysiłkiem, jakby ktoś nagle odciął mu powietrze.

    — Kuro? — wyszeptała.

    Nie usłyszała odpowiedzi.

    Kruk, widząc przy niej Christophera, odwrócił się ku napastnikom i włączył się w wir walki. W tej jednej sekundzie, w której jego wzrok nie był na niej, dłoń Christophera zamknęła się na jej nadgarstku.

    — Przepraszam — powiedział tak cicho, że prawie zgubiła to w hałasie.

    Suri spojrzała na niego. W jego oczach czaił się strach i coś jeszcze, czego nie zdążyła nazwać. Przed nimi otworzył się pulsujący, gęsty portal.

    — Chris…

    Nie dokończyła. Chłopak wciągnął ich do portalu, który zamknął się za nimi tak niespodziewanie, jak się otworzył. Potem był wiatr, sól i zieleń. Upadła na miękką trawę. Nad nią rozpościerało się błękitne, czyste niebo. W dole, za grzbietem wzgórza, szumiał ocean. Na zboczu pasło się stado dzikich koni, zupełnie obojętnych na to, że ktoś właśnie rozdarł tu przestrzeń.

    Christopher stał nad nią, ciężko oddychając. Tygrys usiadł obok niego i patrzył na Suri spokojnym, złotym wzrokiem. Magia w jej żyłach nadal milczała.

    Suri uniosła się na łokciach.

    — Co zrobiłeś? — zapytała, a głos miała obcy nawet dla siebie.

    Chłopak milczał. Spojrzał na ocean, potem na nią, jakby sam dopiero teraz rozumiał, że nie ma już drogi wstecz.

    — Tu będziesz bezpieczna — powiedział w końcu.

    Dziewczyna wstała. Na dziedzińcu Akademii został Kruk. Zostali Kuro i Rini. Czemu Chris ich tam zostawił?

    Nie krzyczała. Najpierw musiała zrozumieć, co się właśnie stało.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Suri wstała z trawy i stanęła naprzeciwko niego. Miała jeszcze w oczach resztkę szoku, ale jej głos, kiedy się odezwała, był już twardy.

    — Zabierz nas z powrotem — zażądała.

    Christopher spojrzał na nią długo, jakby wciąż sprawdzał, czy naprawdę tu stoi. Potem powoli pokręcił głową.

    — Przecież wiesz, że nie potrafię.

    Dziewczyna wciągnęła powietrze.

    — Gdzie my w ogóle jesteśmy?

    Wzrok Christophera opadł na ziemię. Przez chwilę wydawało mu się, że jeśli nie spojrzy jej w oczy, to wszystko stanie się mniej rzeczywiste.

    — To wyspa na Oceanie Atlantydzkim — powiedział w końcu.

    — Co?

    Wzruszył ramionami. Gest wyszedł mu bardziej bezradny, niż chciał.

    — To pierwsze bezpieczne miejsce, które przyszło mi do głowy. Stoi tu instytut badawczy, ale o tej porze roku jest pusty.

    Suri patrzyła na niego z niedowierzaniem. Wiatr unosił jej włosy, a za jej plecami, na zboczu, konie spokojnie skubały trawę, jakby nic się nie stało. Christopher poczuł, jak coś ściska go w gardle. Chciał, żeby zrozumiała. Bał się, że właśnie zrozumiała zbyt dużo.

    Dziewczyna odezwała się ciszej, siląc się na spokojny ton.

    — Dlaczego nas tu zabrałeś?

    — To był impuls — przyznał szczerze. 

    Nie potrafił tego ubrać w nic lepszego. Nie było planu. Była tylko ta jedna sekunda na dziedzińcu, w której pomyślał, że jeśli teraz jej nie zatrzyma, to już nigdy jej nie zobaczy.

    — Czy możemy jakoś wrócić? — zapytała. — Jak daleko jesteśmy od stałego lądu?

    — Jakieś dwieście kilometrów — wyjaśnił, i nawet w jego własnych uszach zabrzmiało to jak przeprosiny.

    Suri spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. W tej jednej chwili Christopher zobaczył, jak bardzo się pomylił, jeśli liczył na ulgę. Nie było w niej ulgi. Był strach i rosnące zrozumienie, że naprawdę zostali odcięci.

    — Poza tym to Stary Świat — dodał szybciej, jakby chciał zdążyć przed jej gniewem. — Możliwe, że uda nam się skontaktować z kimś przez radio, żeby po nas przypłynął, ale z niewielu miejsc można dotrzeć do Nowego Świata — wyjaśnił. — Pozwól mi pomyśleć. Na razie chodźmy do instytutu — zasugerował.

    Wskazał biały domek na wzgórzu. Budynek wyglądał niewinnie. Zbyt niewinnie jak na miejsce, w którym właśnie ich uwięził.

    Suri niechętnie skinęła głową. Ruszyli pod górę. Biały tygrys szedł przy boku Christophera, cichy i spokojny, a Suri trzymała się o krok dalej, jakby próbowała zebrać myśli. Z każdym krokiem Christopher czuł, jak adrenalina opada, a jej miejsce zajmuje coś gorszego. Świadomość. Tak, bał się o jej bezpieczeństwo. Na dziedzińcu szalała magia, ludzie jego macochy atakowali ich, by zabić. Chciał ją stamtąd zabrać, ale to nie była cała prawda.

    Jeszcze bardziej bał się tego, że Suri go zostawi, wróci do Kruka. Ta cienka, krucha przestrzeń, która między nimi istniała, zamknie się na zawsze. Dlatego wciągnął ją do portalu. Dlatego wybrał wyspę, z której nie potrafił ich zabrać z powrotem. I dopiero teraz, patrząc na jej spięte ramiona i na ocean, który odcinał ich od wszystkiego, zrozumiał, że ochronił ją przed atakiem, ale tak naprawdę, chciał ją zmusić, żeby wybrała jego.

    ✩ ✩ ✩

    Suri 

    Domek okazał się przyjemny i zadbany, jakby ktoś wyszedł z niego dopiero wczoraj. Na dole znajdowała się jedna, szeroka przestrzeń, która łączyła salon, jadalnię i kuchnię. W drugiej części parteru było laboratorium oraz radiostacja. Suri podeszła do radia pierwsza i dopiero po chwili zrozumiała, że urządzenie milczy nie dlatego, że jest zepsute. W całym budynku nie było prądu.

    Doszli do wniosku, że generator musi stać gdzieś na zewnątrz. Zanim jednak zdążyli wyjść, za oknami rozpętała się burza. Deszcz uderzył w szyby tak gwałtownie, że Suri odruchowo cofnęła się od okna. Szukanie generatora odłożyli na później.

    W kuchni znaleźli spiżarnię. Stały w niej worki z mąką, makaron, kasza i rzędy konserw. Na górze były niewielkie pokoje gościnne. W szafkach leżała czysta pościel, a na końcu korytarza znajdowała się łazienka. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Zbyt zwyczajnie jak na miejsce, w którym właśnie utknęli.

    Po oględzinach zeszli na dół i usiedli na kanapie. Suri splatała palce na kolanach i przez chwilę wpatrywała się w ciemniejące okno. Wciąż nie była pewna, dlaczego Christopher ich tu zabrał. Czy naprawdę aż tak spanikował? To wydawało się mało prawdopodobne. Nie znała nikogo bardziej opanowanego niż on. Chłopak nie działał pod wpływem impulsu. Christopher myślał. Ważył. Czekał. A jednak na dziedzińcu Akademii złapał ją za nadgarstek i otworzył portal, jakby nie było już czasu na nic innego.

    Burza nie słabła. Zamieniła się w nawałnicę, a ocean za wzgórzem zaczął huczeć coraz głośniej, aż Suri poczuła, że sztorm jest niezwykle realny i dzieje się tuż obok. W domu zrobiło się nieswojo. Bez prądu bardzo szybko zapanował półmrok. Meble traciły ostre kształty, a białe ściany wydawały się nagle ciaśniejsze. Na ścianie salonu wisiała mapa. Suri podeszła bliżej i przy wąskim świetle, które jeszcze wpadało przez okno, odczytała skalę. Wyspa miała czterdzieści dwa kilometry długości i zaledwie dwa kilometry szerokości. Długi, wąski pas ziemi pośrodku oceanu. Nie było dokąd uciec. Nie było nawet gdzie się zgubić.

    Odeszła od mapy i zaczęła chodzić po domku. Z kuchni do salonu. Z salonu do laboratorium. Z laboratorium z powrotem do kuchni. Każdy okrążenie tylko potwierdzało to samo — byli sami, magia milczała, a burza odcinała ich nawet od tej resztki nadziei, że ktoś przypadkiem ich znajdzie.

    W spiżarni zauważyła rząd butelek z winem. Stanęła przed nimi dłużej, przyglądając im się uważnie. Potem doszła do wniosku, że to i tak lepsze niż bezczynne czekanie. Otworzyła jedną z nich, znalazła dwie szklanki i nalała sobie oraz Christopherowi.

    Wracała na kanapę powoli, trzymając szkło ostrożnie, jakby ten zwyczajny gest mógł na chwilę przywrócić im coś z dawnego porządku. Usiadła obok niego i podała mu szklankę. Za oknem grzmiało. Wino pachniało kwaśno i słodko zarazem. Suri, patrząc na profil Christophera w półmroku, wciąż nie potrafiła pogodzić ze sobą dwóch rzeczy — chłopaka, którego znała jako najspokojniejszego z nich wszystkich, i tego, który w jednej sekundzie bezsensownie spanikował.

    Wypiła więcej, niż zamierzała. Na tyle dużo, że poprawił jej się humor. Uspokoiła się już zupełnie, uznając, że martwić będzie się następnego dnia. Christopher przytulił ją do siebie, a ona mu na to pozwoliła. Siedzieli w półmroku, blisko siebie, i rozmawiali cicho, tak jak rozmawiali kiedyś, zanim wydarzenia przybrały nieoczekiwany obrót.

    W pewnym momencie chłopak nachylił się ku niej, żeby ją pocałować. To nie było nic niezwykłego. Przez długie tygodnie przed jej wyjazdem do Nivarii często się całowali. W końcu oficjalnie była jego dziewczyną. Suri zaklęła w duchu. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała odbyć z nim tę rozmowę, ale to zdecydowanie nie był moment, jaki by na nią wybrała. Jednak musiała to zrobić, przynajmniej jeżeli nie zamierzała się z nim więcej całować, a mimo że wciąż darzyła go silnym uczuciem, nie zamierzała. Nawet teraz, kiedy była tylko przy nim, całą sobą wiedziała, że to nie u jego boku pragnie spędzić życie. Jedyne, o co tak naprawdę się obawiała, to czy wciąż będą mogli być przyjaciółmi. 

    Powoli się od niego odsunęła.

    — Chris, musimy porozmawiać — odezwała się cichutko.

    On jednak przyciągnął ją do siebie z powrotem, a potem i tak ją pocałował. Mocno, głęboko, nie pozwalając jej na ucieczkę. Odepchnęła go od siebie stanowczo, ale on przyciągnął ją jeszcze mocniej.

    — Nie zgadzam się na tę rozmowę — powiedział tuż przy jej uchu.

    — Ale…

    Suri nie rozumiała, co się dzieje. Nie rozumiała, dlaczego Christopher trzyma ją tak blisko i czemu nie może wyswobodzić się z jego objęć. Jego ramiona były pewne, ciepłe i nagle obce. Wino, które jeszcze przed chwilą rozluźniało jej myśli, teraz tylko utrudniało zebranie ich w całość.

    — To jedyna przydatna rzecz, jakiej nauczyli mnie rodzice, żeby zawsze brać to, czego chcę — oznajmił spokojnie Christopher, wciąż przytrzymując ją stanowczo przy sobie.

    Suri spojrzała na niego, jakby widziała go po raz pierwszy.

    — I nie zamierzasz pozwolić mi zdecydować? — spytała cicho.

    Chłopak przecząco pokręcił głową.

    — Nie, bo wiem, że źle wybierzesz. Moja matka zawsze wolała go ode mnie, ale myślałem, że ty… dokonasz innego wyboru.

    Dziewczyna przestała się wyrywać. W głowie miała nie lada mętlik. Nie miała pojęcia, jak powinna się teraz zachować. W półmroku salonu Christopher wciąż wyglądał jak ten sam chłopak, który jeszcze niedawno okrywał jej ramiona swetrem i był jej bezpieczną przystanią, a jednak słowa, które właśnie wypowiedział, nie należały do kogoś, kogo znała. Należały do domu, z którego uciekał. Do rodziców, których tak bardzo nie chciał naśladować.

    Suri siedziała nieruchomo w jego objęciach i czuła, jak w jej piersi miesza się strach z czymś gorzkim i bardzo cichym. Nie dlatego, że przestała go lubić. Dlatego, że nie była pewna, czy Christopher jeszcze w ogóle zamierza jej słuchać.

    Teraz, kiedy poznała prawdę, bez wahania wybrałaby znowu Kruka, ale… to co zaczęło ją łączyć z Christopherem było realne. Suri naprawdę go kochała. Tylko że… to Kruk był jej bratnią duszą. I nigdy, przenigdy, nie potrafiłaby z niego zrezygnować. Nie miała tylko pojęcia, jak wytłumaczyć to Christopherowi.

    Koniec części drugiej.

    Note