Rozdział 16 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Mael
Czekamy na korytarzu Akademii, aż Lilien skończy pisać ostatni egzamin przed zimową przerwą. Stoję trochę z boku, oparty o zimną ścianę, i obserwuję w milczeniu. Feniks kręci się nerwowo, co chwilę zerkając w stronę drzwi sali. Ivory jest blisko, zbyt blisko, przyklejona do boku Feniksa, jej palce co chwilę muskają jego ramię, jakby nie mogła się powstrzymać. On się nie odsuwa. Mruczy coś do niej cicho, a ona rumieni się i uśmiecha.
Od jakiegoś już czasu rozumiem, że to nie Lilien go kontroluje. To nigdy nie była ona. To Cassian. Widziałem już, do czego jest zdolny Feniks — spalił pół Chicago, wchłonął moc Królowej Demonów, jednym gestem wysłał Angelicę do piekła. Widziałem, jak patrzy na Lilien, jakby była jedyną rzeczą, która trzyma go przy zdrowych zmysłach… i jednocześnie jak patrzy na resztę świata, jakby chciał go spopielić dla zabawy.
Teraz obserwuję, jak Ivory klei się do niego, jak on na to pozwala, a jego złociste oczy błyszczą tym samym obłąkanym blaskiem, co zawsze.
To wszystko wzbudza we mnie niepokój. Co będzie, jeśli Feniks kiedyś straci nad sobą kontrolę? Co będzie, jeśli ta jego nieokiełznana, spalająca wszystko natura zwróci się kiedyś przeciwko Lilien? Przecież ona jest jedyną osobą, która go powstrzymuje… a jednocześnie jedyną osobą, dla której on jest gotowy zniszczyć wszystko. Jeśli ona kiedykolwiek mu się sprzeciwi… jeśli kiedykolwiek stanie między nim a tym, czego pragnie…
Nie kończę tej myśli.
Odwracam się na dźwięk kroków. Z głębi korytarza nadchodzi grupa uczniów z Północy. Na czele idzie Catherina — moja starsza siostra. Wysoka, zimna, z tym samym stalowym spojrzeniem co moje, tylko ostrzejszym. Między nami nigdy nie było ciepła. Zawsze istniała wyłącznie rywalizacja. Zero emocji.
Zatrzymuje się kilka metrów ode mnie. Jej towarzysze milkną, a ona nawet nie pomyśli o tym, żeby się przywitać.
— Demonów nie ma — zaczyna prosto z mostu, w naszym ojczystym języku. — Nikt nie może ich już przywołać. Cała Kraina Cieni… milczy. Co ty zrobiłeś, Maelu?
Patrzę na nią obojętnie. Potem powoli unoszę brodę i wskazuję ruchem głowy na Feniksa, który stoi kilka metrów dalej, wciąż z Ivory przy boku.
— To on — odpowiadam spokojnie, w tym samym języku. — Zabił Królową. Wchłonął jej moc. Całą.
Catherina odwraca głowę. Patrzy na Feniksa. Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem jej oczy się rozszerzają. Widzę, jak jej ciało sztywnieje. Czuje to. Czuje tę nieokiełznaną, pierwotną moc, która otacza Feniksa jak złocista aura. Widzę, jak jej twarz blednie.
— Bogowie… — szepcze. — To nie jest demon. To… to jest sam bóg chaosu.
Uśmiecham się lekko, choć w środku czuję nieprzyjemny ciężar.
— Tak — odpowiadam cicho. — I właśnie on jest teraz najbliżej Lilien Everhart.
Catherina patrzy na mnie z mieszaniną oszołomienia i czegoś, co wygląda prawie jak… strach. W mojej piersi powoli, boleśnie rodzi się nowa myśl. Może Feniks jest większym zagrożeniem dla Lilien niż ja kiedykolwiek byłem. I może jedynym sposobem, żeby ją chronić… będzie trzymanie się jej tak blisko, jak tylko się da. Nawet jeśli ona tego nie chce.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Kończymy pisać ostatnie egzaminy semestralne. Czuję, jak Feniks w mojej głowie jest niespokojny — kręci się, mruczy, nie może usiedzieć w miejscu. Niecierpliwie czeka na Lili i nie uspakaja go nawet obecność Ivy, która siedzi na parapecie i nerwowo macha nogami.
Wtedy z głębi korytarza nadchodzi grupa uczniów z Północy. Na ich czele idzie wysoka, smukła dziewczyna o kruczoczarnych włosach, które opadają jej na plecy jak jedwabny welon. Ma bladą, niemal porcelanową twarz i te same stalowoszare oczy co Mael — zimne, ostre, przenikliwe. Podobieństwo jest uderzające.
Zatrzymują się kilka metrów od nas. Ich spojrzenia natychmiast padają na Maela.
— Demonów nie ma — mówi Catherina w ich gardłowym, północnym języku. — Nikt nie może ich już przywołać. Cała Kraina Cieni milczy. Co ty zrobiłeś, Maelu?
Mael, który stoi trochę z boku, wzrusza ramionami i wskazuje ruchem głowy na Feniksa.
— To on — odpowiada spokojnie. — Zabił Królową. Wchłonął jej moc. Całą.
Dziewczyna odwraca głowę i patrzy prosto na Feniksa. Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem jej oczy się rozszerzają. Widzę, jak jej ciało sztywnieje, a na jej bladej twarzy pojawia się wyraz absolutnego, pierwotnego zachwytu.
— Bogowie… — szepcze. — To nie jest demon. To… to jest sam bóg chaosu.
Feniks w mojej głowie zamiera… a potem wybucha śmiechem.
„Bóg chaosu?! O kurwa, Cassian, słyszałeś to?! Ona nazwała mnie bogiem chaosu!” — rechocze w mojej czaszce, a jego głos jest czysty, dziecięcy i kompletnie obłąkany. — „Ja? Ja, który tysiące lat temu paliłem całe cywilizacje, bo się nudziłem? Który pożerał bogów na śniadanie? To jest… to jest tak absurdalnie piękne, że aż chce mi się płakać ze śmiechu.”
Nie wytrzymuje. Feniks robi krok naprzód i wtrąca się do rozmowy płynnie, w ich ostrym, północnym języku.
— Bóg chaosu? — mówi głośno, z tym swoim złotym, drapieżnym uśmiechem. — To miłe. Bardzo miłe. Dawno nikt nie był tak uprzejmy.
Cała grupa zamiera. Ich oczy rozszerzają się w szoku, a potem w czymś, co wygląda jak… cześć. Czyste, pierwotne, religijne oddanie. Patrzą na nas jak na żywą legendę. Jak na coś, co wyszło z najstarszych mitów i właśnie postanowiło ich odwiedzić.
Catherina Blackthorn patrzy na Feniksa z zachwytem, który graniczy z ekstazą.
— Zostanę twoją główną kapłanką — oświadcza bez wahania. — Założę dla ciebie kult. Największy, jaki kiedykolwiek widziały krainy Północy.
Feniks w mojej głowie wyje ze śmiechu tak głośno, że aż dzwoni mi w uszach.
„Kapłanka? O tak, proszę bardzo. Ale pod jednym warunkiem.”
Odpowiada jej w ich języku, głosem słodkim, leniwym i pełnym obłąkanej radości.
— Nie mam nic przeciwko kultowi… ale to musiałby być kult Lilien Everhart. Ona jest moją panią. Moją jedyną, ukochaną. Ja jestem tylko jej Kotkiem. Więc jeśli chcecie się modlić… macie modlić się do niej.
Catherina promienieje. Dosłownie. Jej oczy błyszczą fanatycznym blaskiem, jakby właśnie otrzymała boskie objawienie.
— Tak będzie — odpowiada natychmiast, z absolutnym oddaniem. — Kult Lilien Everhart. Najwyższej Pani Chaosu.
Feniks mruczy z zadowoleniem, a w mojej głowie jego głos jest pełen czystej, dziecięcej ekstazy.
„Podoba mi się to. Bardzo mi się podoba. Może jednak nie spalę ich wszystkich. Może dam im z powrotem zabawki” — szepcze mi w głowie z rozkoszą. — „Wiesz co, Cassian? Przywrócę im możliwość przyzywania demonów. Tylko tym, którzy będą wyznawali Lilien. Niech służą jej. Niech klękają przed nią. Niech płoną dla niej, jeśli będzie trzeba.”
Czuję, jak jego obłąkany uśmiech rozciąga się też na mojej twarzy. Bo to jest piękne. Całkowicie, absolutnie piękne. I cholernie zabawne. Oni nie mają pojęcia, co właśnie zaczęli czcić. A my… my mamy teraz nową zabawkę i nie możemy się doczekać, kiedy Lilien się o tym dowie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Catherina
Idę korytarzem Akademii, czując coraz większą irytację. Mój młodszy brat. Ten zimny, pozbawiony emocji chłopak, który zawsze patrzył na świat jak na szachownicę, nagle ma partnerkę. Prawdziwą. Lilien Everhart. Dziewczynę, której imię nosi wypalone na przedramieniu jak piętno. To… obrzydliwe.
Słabość. Czysta, żałosna słabość. Zawsze uważałam, że Mael jest ponad to, że jest taki jak ja — chłodny, kalkulujący, nie dający się złamać żadnym uczuciem, a on pozwolił sobie na coś tak… ludzkiego. Na przywiązanie, pożądanie, realną magiczną więź.
Zaciskam zęby. Idę do niego, żeby mu to powiedzieć, przypomnieć mu, kim powinien być.
Skręcam za róg i zamieram. Kilka metrów dalej stoi Mael. A obok niego… On.
Nie wiem, jak to opisać. To nie jest człowiek. To nie jest nawet demon. To jest coś, co nie powinno istnieć w naszym świecie. Majestatyczny. Cudowny. Wszechmocny. Ogniste włosy, oczy jak stopione złoto, aura tak potężna, że powietrze wokół niego drży i faluje. Czuję jego moc — pierwotną, chaotyczną, piękną. Jakby ktoś wziął samo serce chaosu i ubrał je w ciało.
Kolana uginają się pode mną. Padam na nie bez wahania. Cała grupa za mną robi to samo. Nie myślę. Nie kalkuluję. Jest tylko czyste, niezmącone uwielbienie. On jest… boski.
Mężczyzna odwraca głowę i patrzy na mnie. Ten uśmiech… ten obłąkany, złotawy uśmiech sprawia, że czuję, jak całe moje ciało drży z zachwytu.
— Zostanę twoją główną kapłanką — szepczę, zanim zdążę pomyśleć. Głos mi drży z euforii. — Założę dla ciebie kult. Największy, jaki kiedykolwiek widziały krainy Północy.
On się śmieje. Nisko, gardłowo, pięknie.
— Nie mam nic przeciwko kultowi… — odpowiada w naszym języku, leniwie i słodko — …ale to musiałby być kult Lilien Everhart. Ona jest moją panią. Moją jedyną, ukochaną. Ja jestem tylko jej Kotkiem. Więc jeśli chcecie się modlić… macie modlić się do niej.
Lilien Everhart. Dociera do mnie, że to partnerka Maela i zaczynam rozumieć, czemu znalazł się blisko niej. Czuję, jak serce mi rośnie. Rozpływam się. Marzę o niej. O tej, którą On nazywa swoją panią. Chcę ją poznać. Chcę jej służyć. Chcę klęczeć przed nią tak samo, jak klęczę teraz przed Nim.
Promienieję. Cała drżę z radości.
— Tak będzie — odpowiadam, a mój głos jest pełen fanatycznego oddania. — Kult Lilien Everhart. Najwyższej Pani Chaosu.
Patrzę na Niego i wiem, że właśnie odnalazłam cel. To piękne, złociste szaleństwo, które właśnie zaczęło się w moim życiu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wychodzimy z sali egzaminacyjnej i od razu czuję, jak z ramion spada mi wielki ciężar. Koniec. Naprawdę koniec. Dwa miesiące opóźnienia, ale wreszcie mam to za sobą. Przynajmniej studia w Paryżu mniej więcej pokrywały się materiałem z tymi po niemagicznej stronie Akademii.
— Kawiarnia — oznajmiam natychmiast, zanim ktokolwiek zdąży zaproponować coś innego. — Muszę uczcić, że nie zwariowałam do reszty.
Cała paczka zgadza się w mig. Feniks otacza mnie ramieniem, Cassian łapie mnie za dłoń z drugiej strony, Asher idzie tuż za nami, a reszta — Lucas, Ivory, Sara i Nathan — rusza za nami jak stadko. Nawet Mael, niestety, też idzie. Nie mówi nic, tylko trzyma się trochę z tyłu, ale i tak go czuję. Jak cień, którego nie da się do końca zignorować.
Wchodzimy do naszej ulubionej kawiarni na rogu kampusu i… zamieram w progu.
Całe górne piętro jest zajęte. Dosłownie całe. Wszystkie stoliki, kanapy, nawet te dodatkowe krzesła, które zwykle stoją pod ścianami. Ludzie siedzą ściśnięci, ale gdy nas zauważają, natychmiast robią miejsce, jakby na nas czekali.
— Co… — mruczę pod nosem.
Feniks tylko chichocze mi prosto do ucha i prowadzi mnie na górę.
— Zarezerwowałem — mówi niewinnie, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
— Całe piętro?!
— No tak. Zdawałaś egzaminy. Trzeba było to uczcić.
Siadamy. A raczej — zajmujemy pół sali. Feniks oczywiście klei się do mnie, ale mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż zwykle. Jest tak blisko, że praktycznie siedzę mu na kolanach, jedną rękę ma zarzuconą na moje ramiona, drugą leniwie głaszcze mnie po udzie pod stołem. Jest gorący, ciężki i absolutnie nie zamierza się odsunąć.
Wtedy podchodzi do nas grupa, której nie znam. Na czele idzie wysoka, czarnowłosa dziewczyna o bladych, ostrych rysach. Wygląda jak starsza, zimniejsza wersja Maela. Szare oczy, idealna twarz, postawa kogoś, kto przywykł, że świat schodzi mu z drogi.
Feniks uśmiecha się szeroko i macha ręką w jej stronę.
— Lili, poznaj Catherinę Blackthorn. Siostrę Maela.
Dziewczyna patrzy na mnie i nagle czuję się… bardzo dziwnie. Ona i cała grupa za nią — kilkunastu studentów z Północy — wpatrują się we mnie tak intensywnie, że aż mi ciarki przechodzą po plecach. Nie patrzą na mnie jak na zwykłą osobę. Patrzą jak na… coś świętego. Jak na ósmy cud świata.
Catherina lekko się kłania. Naprawdę się kłania.
— Pani Everhart — mówi cicho, z nabożnym szacunkiem. — To dla mnie zaszczyt.
Mrugam zaskoczona. Cassian, który siedzi po mojej drugiej stronie, parska cichym, rozbawionym śmiechem. Widzę, jak jego ramiona drżą. Asher natomiast jest wyraźnie spięty — spojrzenie, które rzuca Catherinie, jest zimne i ostrzegawcze.
Feniks tylko uśmiecha się jeszcze szerzej, jakby to była najlepsza zabawa od miesięcy.
— Widzisz, Kochanie? — mruczy mi do ucha, muskając nosem moją skroń. — Zaczynają rozumieć.
Czuję, jak po plecach przechodzi mi dreszcz. To wszystko… jest jednocześnie śmieszne… i trochę przerażające. Siedzę pośrodku chaosu, z Feniksem przyklejonym do boku, z Asherem i Cassianem w pobliżu, i mam wrażenie, że właśnie weszłam do kolejnego, jeszcze dziwniejszego rozdziału naszego życia. Nie jestem tylko pewna, czy chcę wiedzieć, co będzie dalej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Siedzę przy stoliku w kawiarni i patrzę na nich wszystkich. Lilien śmieje się z czegoś, co powiedziała Sara, ale jej śmiech jest inny niż kiedyś — lżejszy, ale jednocześnie jakby wymuszony. Feniks, jak zawsze, zajmuje miejsce tuż przy niej, z ramieniem zarzuconym na jej oparcie. Ivy jest po drugiej stronie stołu, uśmiecha się, ale jej spojrzenie co chwilę ucieka w stronę Cassiana. Mael siedzi na końcu, cichy, prawie niewidoczny, ale obecny — zdecydowanie za bardzo.
I nagle myślę o tym, co się stało. Mael porwał ją i zamknął w idealnej iluzji. W świecie, w którym wszystko było „normalne”. Uniwersytet, Paryż, romantyczne randki, spokojne życie bez demonów, bez Akademii, bez ciągłego zagrożenia. Tam Lilien nie musiała walczyć. Nie musiała być centrum wojny. Była po prostu… dziewczyną. Mimo że wiem, jak bardzo to było chore, nie mogę się pozbyć myśli, że w tamtej iluzji była spokojniejsza, rozluźniona, może nawet szczęśliwsza.
To nie znaczy, że to cokolwiek usprawiedliwia, ale rozumiem, dlaczego tak łatwo w nią uwierzyła.
Mój wzrok przesuwa się na Ivy.
Dziewczyna patrzy na Cassiana z tym samym rozanielonym, bezbronnym wyrazem twarzy, co zawsze. Wszyscy już to widzą. Cała paczka. Cała szkoła. Po tym, jak Feniks pozbył się Angelicy w tak widowiskowy sposób, nie mogę przestać myśleć… co będzie, jeśli Ivy przesadzi? Jeśli jej uczucie stanie się zbyt widoczne? Jeśli Feniks uzna, że „pisklak” za bardzo zbliża się do tego, co należy do Lilien? Nie chcę nawet wyobrażać sobie, jak by to wyglądało.
Jest jeszcze to, co dzieje się teraz.
Grupa studentów z Północy siedzi przy stoliku obok. Catherina Blackthorn i jej otoczenie. Patrzy na Feniksa jak na bóstwo, które zstąpiło na ziemię. Cała reszta grupy też. Klękają wzrokiem. Szepczą. Oddają cześć. A kiedy Feniks mówi coś do nich w ich języku, ich oczy błyszczą fanatycznym zachwytem.
I co gorsza — ten sam zachwyt kierują też w stronę Lilien.
Ona tego nie lubi. Widzę to po tym, jak sztywnieje, jej uśmiech robi się trochę wymuszony. Nie chce być obiektem kultu. Nie chce, żeby ludzie patrzyli na nią jak na boginię.
Za to Feniks… on się tym bawi. Widzę to w jego oczach. Jest rozbawiony. Dumny. Jakby właśnie stworzył coś nowego i bardzo mu się to podobało.
To wszystko przechodzi wszelkie pojęcie. Feniks „przygarnął” całą grupę. Stworzył kult. I to nie jest żart. To jest realne. Ludzie naprawdę zaczynają wierzyć, że Lilien jest kimś więcej niż czarodziejką.
Do tego dochodzą plotki. Słyszałem je już w szkole — zarówno po magicznej, jak i niemagicznej stronie. I są coraz głośniejsze.
Po magicznej stronie szepcze się, że Lilien Everhart wróciła „inna”. Ma teraz trzech partnerów naraz, co zdarzyło się zaledwie kilka razy w historii magicznego świata — Ashera, Cassiana i Maela — a do tego wciąż kręci się przy niej Feniks, jakby był czwartym. Ludzie mówią, że więź partnerska z Maelem jest prawdziwa i że Lilien nosi na sobie ślad jego magii, nie rozumieją jak to możliwe po tym, jak go publicznie odrzuciła.
Po niemagicznej stronie jest jeszcze gorzej, bo tam nikt nie zna prawdy o magii, więc plotki są brutalnie proste i okrutne. „Lilien Everhart ma teraz harem.” „Trzech facetów naraz — ten zimny blondyn, Cassian i ten rudowłosy psychol, co zawsze się do niej klei.” „Mówią, że nawet ten nowy, Mael, też jest w to zamieszany.” „Dziewczyna najwyraźniej lubi mieć wybór.”
Słyszałem, jak dwie dziewczyny z niemagicznego wydziału śmiały się w korytarzu, że „Lilien wróciła z Paryża jako królowa dramatu i teraz ma czterech chłopaków na smyczy”.
Martwię się. Nie o plotki same w sobie — te zawsze były. Martwię się o to, co te plotki robią z Lilien. O to, jak szybko ludzie zaczynają patrzeć na nią jak na obiekt. Jak na kogoś, kto „ma zbyt wiele”. Jak na dziewczynę, która „zbyt dużo chce”. A ona i tak ma już wystarczająco problemów na głowie.
Przyglądam jej się uważnie — uśmiecha się słabo, ale widzę napięcie w jej ramionach. Feniks jest przyklejony do jej boku jak zawsze. Mael siedzi kilka stolików dalej i milczy. Książę Asher sprawia wrażenie tak samo zaniepokojonego, jak ja.
Boję się, że to dopiero początek. Wiem, jak szybko plotki mogą się stać niebezpieczne. Jak szybko ludzie zaczynają się bać tego, czego nie rozumieją. A Lilien… Patrzę na nią znowu. Śmieje się z czegoś, co powiedział Nathan, ale jej oczy są zmęczone. Wiem, że czuje na sobie te wszystkie spojrzenia, ciężar tego wszystkiego co dzieje się wokół. Odnoszę wrażenie, że wszystko wymyka się spod kontroli. Nawet Ashera.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Oddycham z ulgą tak głęboko, że aż czuję, jak coś w piersi mi się rozluźnia. Koniec. Naprawdę koniec. Egzaminy zdane, semestr zamknięty, a przede mną ponad miesiąc wolnego. Żadnych zajęć, ocen, stresu — przynajmniej tego związanego z uczelnią. Na dodatek właśnie szykujemy wspólną kolację, a ja cieszę się z pogodnej, ciepłej atmosfery. Wiem, jednak, że muszę im jeszcze coś powiedzieć. Zbieram się na odwagę.
Podchodzę do Cassiana, który właśnie kroi pomidory. Serce bije mi trochę szybciej.
— Cassian… — zaczynam cicho. — Chciałam cię przeprosić. Za tamto… na moich urodzinach. Za pocałunek. Byłam pijana i… głupia. Przepraszam.
Patrzy na mnie tymi ciepłymi, bursztynowymi oczami. Uśmiecha się miękko, bez cienia urazy.
— Już ci mówiłem, pisklaku. Nie ma za co przepraszać. Wszystko w porządku.
Lili podchodzi do nas i obejmuje mnie ramieniem.
— Ciebie też chcę przeprosić — szepczę do niej. — Za to, że… no wiesz.
Ona tylko ściska mnie mocniej i całuje w skroń.
— Jesteś moją rodziną, Ivy. Nie ma o czym mówić.
Czuję, jak oczy mi wilgotnieją, ale tym razem to z ulgi. A potem Cassian mówi coś, co sprawia, że świat robi się jeszcze jaśniejszy.
— Moi rodzice zaprosili nas wszystkich na święta. Do Austrii. Luksusowy hotel w Alpach. Lili, jej bracia… i ty też, Ivy.
Zamieram.
— Ja też?
— Oczywiście — odpowiada z uśmiechem. — Mama powiedziała, że nie ma mowy, żebyś siedziała sama w Chicago.
Czuję, jak po policzkach spływają mi łzy. Tym razem nie staram się ich powstrzymać. Nie wracam do Imperium. Nie wracam do tej zimnej, pustej posiadłości, w której każdy uśmiech był obliczony, a każdy gest kontrolowany. Zamiast tego jadę z nimi — z Lili, Asherem, Cassianem, Feniksem i Lucasem — do śnieżnych Alp, do miejsca, gdzie będę mogła być po prostu sobą.
Lili i chłopaki stali się dla mnie bliżsi niż ktokolwiek z mojej biologicznej rodziny. Są moją prawdziwą rodziną. Hałaśliwą, pokręconą, czasem przerażającą… ale moją.
Ocieram łzy i uśmiecham się szeroko.
— Dziękuję za zaproszenie… — szepczę. — Bardzo dziękuję.
Feniks podchodzi do mnie od tyłu i obejmuje mnie ramieniem.
— No proszę, pisklak jedzie w Alpy — mruczy mi do ucha. — Tylko nie zapomnij zabrać ciepłego szalika. I pamiętaj, że jak ktoś będzie na ciebie patrzył za długo, to ja…
— Kotku… — przerywa mu Lili ze śmiechem.
On tylko chichocze i całuje mnie w skroń, a ja czuję przypływ czystego szczęścia. Nie muszę jechać do domu. Będę ze swoją rodziną — tą, która mnie wybrała i przygarnęła. Uśmiecham się sama do siebie. Jeszcze kilka dni temu myślałam, że będę musiała wracać do Imperium, do tej zimnej, złotej klatki, posiadłości mojego ojca. Jednak nie wracam. Nie tym razem. Nie wyobrażam sobie cudowniejszego pomysłu na święta.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Siedzę na tym cholernym tronie z kości i obsydianu i mam ochotę wyć. Piekło jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam — gorące, śmierdzące siarką, pełne wrzasków i ognia. Tyle że teraz to ja tu rządzę. Demonami. Cieniami. Całym tym przeklętym miejscem. Feniks dał mi moc, ale zamknął mnie tu na zawsze. Jak w złotej klatce, tylko że klatka jest z lawy i kości.
Użalam się nad sobą już trzeci dzień z rzędu. Nikt mnie nie kocha. Nikt mnie nie chce. Nawet Mael mnie porzucił jak zużyte narzędzie. Lilien ma wszystko — chłopaków, moc, szacunek. A ja siedzę tu sama, jako królowa niczego.
Nagle czuję to. Coś naruszyło granicę między światami. Powietrze drży, a w wielkiej sali tronowej pojawia się znajomy, złocisty blask. Feniks.
Zrywam się z tronu tak szybko, że prawie się przewracam. Serce mi wali jak oszalałe. Nadzieja eksploduje we mnie jak bomba. On wrócił. Wrócił po mnie. Na pewno. Na pewno zobaczył, jak bardzo się mylił, jak bardzo jestem mu potrzebna. Będę błagać. Będę klęczeć. Zrobię wszystko, byle tylko mnie stąd wyciągnął.
Biegnę w stronę światła, potykając się o własne szaty z cienia i wtedy zamieram. Feniks nie jest sam. Oprowadza po piekle wycieczkę. Dosłownie.
Idzie leniwym, kocim krokiem, z rękami w kieszeniach, jakby był przewodnikiem w muzeum. Za nim podąża młoda kobieta — wysoka, czarnowłosa, o bladych, ostrych rysach. Wygląda jak starsza, zimniejsza wersja Maela. A za nią… podąża kilkunastu uczniów Akademii. Idą za nim jak stadko wiernych owieczek, z szeroko otwartymi oczami i ustami pełnymi zachwytu.
Feniks gestykuluje ręką w stronę rzeki lawy.
— …a tu mamy główną salę tortur — mówi swobodnie, jakby oprowadzał ich po galerii sztuki. — Bardzo ładnie się pali, prawda? Można tu wrzucić kogoś, kto wkurzył Lili. Polecam.
Uczniowie kiwają głowami z nabożnym szacunkiem. Dziewczyna o czarnych włosach patrzy na niego jak na boga. A ja stoję tam, w swojej królewskiej szacie z cienia, z koroną z kości na głowie… i czuję, jak świat mi się wali.
On nie wrócił po mnie. Wrócił, żeby urządzić sobie cholerną wycieczkę szkolną po moim piekle.
Feniks zauważa mnie i uśmiecha się tym swoim złotym, obłąkanym uśmiechem.
— O, patrzcie — mówi do swojej grupy. — To nowa królowa Krainy Cieni, Angelica. Bardzo się stara.
Kilka osób kiwa mi głowami z uprzejmym, ale obojętnym szacunkiem. Jakby byli w muzeum i właśnie zobaczyli eksponat. Czuję, jak rośnie we mnie coś przeraźliwie zimnego i niewygodnego. Chciałam być królową. I właśnie nią zostałam. Tylko że nikt — absolutnie nikt — nie chce już być mną.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Leżę między nimi w wielkim łóżku penthouse’u, a moje ciało wciąż drży po tym, co przed chwilą zrobili ze mną Asher i Cassian.
Asher całuje moją szyję powoli, zmysłowo, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr mojej skóry. Jego dotyk jest zawsze taki — czuły, ale pewny, rozpala mnie najlżejszym muśnięciem palców. Gdy sunie dłonią po moim brzuchu, wzdycham głośno i wyginam się w łuk, nie mogąc powstrzymać się od westchnięcia rozkoszy.
Cassian jest po drugiej stronie. Gorący, namiętny, zaborczy. Gdy się zlewa w jedno z Feniksem, staje się jeszcze bardziej intensywny — jego ręce zaciskają się na moich biodrach tak mocno, że zostają ślady, a usta gryzą moją szyję, jakby chciał mnie naznaczyć. Kocham to. Kocham ich obu dokładnie takich, jacy są.
I nagle, w samym środku tego gorąca, tego pięknego chaosu, mój umysł zdradza mnie w najgorszy możliwy sposób. Przypominam sobie Maela. Przypominam sobie, jak przytrzymywał moje ręce nad głową jedną dłonią, jak jego palce zaciskały się na moich nadgarstkach tak mocno, że zostawały siniaki. Przypominam sobie, jak chwytał mnie za włosy, odchylając moją głowę do tyłu, kiedy dochodziłam, i szeptał mi prosto do ucha tym swoim niskim, aksamitnym głosem „Grzeczna dziewczynka…”.
Przypominam sobie, jak namiętnie całował moją szyję — powoli, głęboko, jakby chciał mnie pożreć i jednocześnie zostawić na niej swój ślad.
Zaciskam powieki i czuję, jak wściekłość zalewa mnie gorącą falą. Dlaczego o nim myślę? Dlaczego, kurwa, właśnie teraz?
Asher muska ustami moją pierś, a ja przygryzam wargę, żeby nie jęknąć. Cassian całuje mnie w ramię, zaborczo, mocno. Są tutaj. Są moi. Są dokładnie tacy, jakich kocham.
A ja… ja wciąż czuję na skórze tamte dłonie. Tamten szept. Tamten sposób, w jaki Mael potrafił mnie jednocześnie kontrolować i rozpalać.
Nienawidzę siebie za to, ale jego nienawidzę jeszcze bardziej. Wściekam się tak bardzo, że aż czuję pieczenie pod powiekami. Dlaczego ta więź wciąż istnieje? Dlaczego moje ciało pamięta jego dotyk, jego dominację, jego „grzeczna dziewczynka”, jakby to było wypalone w mojej pamięci na zawsze?
Asher unosi głowę i patrzy na mnie uważnie.
— Lili? — pyta cicho, a w jego głosie jest troska.
Kręcę głową i przyciągam go bliżej, całując go mocno, desperacko, jakbym chciała wymazać tamte wspomnienia jego ustami. Jednak wiem, że to nie zadziała. Bo więź wciąż tam jest, a ja, mimo całej wściekłości, nie potrafię przestać o tym myśleć. O tym, jak bardzo mnie to wkurza i o tym, jak bardzo — cholernie, przerażająco — wciąż to pamiętam. Boje się, że w ten sposób nigdy nie pozbędę się tej przeklętej, łączącej nas więzi.